Wołodymyr Zełenski traci zaufanie Ukraińców, choć wciąż pozostaje jednym z najpopularniejszych polityków w kraju — wynika z rozmowy Piotra Pogorzelskiego z Danielem Szeligowskim, analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. W oparciu o najnowsze badanie pracowni SOCIS rozmówcy przeanalizowali rosnącą pozycję generałów w ukraińskiej polityce, mechanizm tzw. populistycznego suwerenizmu, ryzyko powtórzenia się na Ukrainie „syndromu weimarskiego” po wojnie oraz bieżące problemy z obroną przeciwlotniczą i mobilizacją.
Generałowie na czele rankingu zaufania
Odwołując się do badania SOCIS dotyczącego zaufania do ukraińskich polityków, Pogorzelski wskazał, że na czołowych miejscach, biorąc pod uwagę saldo zaufania i braku zaufania, znajdują się kolejno: Mychajło Fedorow (były minister obrony), Wałerij Załużny (były naczelny dowódca), Mychajło Drapatyj (obecny dowódca wojsk lądowych), Kyryło Budanow — a dopiero daleko za nimi, z wynikiem minus 11 procent, sam Wołodymyr Zełenski.
Szeligowski umieścił ten wynik w szerszym kontekście, przypominając, że każdy ukraiński prezydent w dość szybkim tempie tracił zaufanie społeczeństwa po objęciu urzędu — Zełenski przed wojną nie był tu wyjątkiem, ale w czasie wojny, w siódmym już roku swojej prezydentury, wyjątkiem jest, wciąż pozostając w czołówce sondaży. Zaznaczył, że wynik można interpretować różnie — patrząc na samo saldo, wypada on gorzej, patrząc na sam poziom zaufania w liczbach bezwzględnych — znacznie lepiej. Porównał to zjawisko do losu Winstona Churchilla, który wygrał wojnę, ale zaraz po niej przegrał wybory, sugerując, że podobny mechanizm może dotyczyć też Zełenskiego. Zwrócił uwagę, że w czołówce rankingu dominują wojskowi, co świadczy o rosnącym wpływie środowiska generalskiego na politykę, choć nie zawsze widać to jeszcze w nagłówkach prasowych. Rozróżnił przy tym zaufanie od realnych notowań wyborczych — wśród czterech głównych pretendentów do władzy wymienił Zełenskiego, Załużnego, Budanowa oraz nową gwiazdę ukraińskiej polityki, Fedorowa.
Korupcja, centralizacja i odpowiedzialność prezydenta
Szeligowski wskazał trzy główne segmenty problemów wymienianych przez przeciętnych Ukraińców: zmęczenie wojną, zmęczenie establishmentem politycznym (afery korupcyjne, centralizacja władzy, napięcia wokół mobilizacji) oraz pogarszającą się sytuację społeczno-gospodarczą. Zaznaczył, że w kwestii korupcji około połowy respondentów jako głównego odpowiedzialnego wskazuje bezpośrednio prezydenta Ukrainy.
Wyjaśnił to konsekwencją zbudowania przez Zełenskiego silnie scentralizowanego systemu władzy — skoro władza jest scentralizowana, scentralizowana jest też odpowiedzialność, a po odejściu Andrija Jermaka, który dotąd pełnił funkcję swoistego „zderzaka” przyjmującego na siebie krytykę, cała odpowiedzialność spada bezpośrednio na prezydenta. Zełenski próbuje temu przeciwdziałać, poszerzając zaplecze władzy i kooptując nowe środowiska — stąd rosnąca rola generała Budanowa czy szefa frakcji parlamentarnej Dawyda Arachamii — jednak społeczeństwo wciąż utożsamia odpowiedzialność przede wszystkim z osobą prezydenta.
Pogorzelski zapytał, czy w sytuacji istnienia dwóch silnych instytucji antykorupcyjnych — Narodowego Biura Antykorupcyjnego oraz Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej — i po ubiegłorocznej, lipcowej próbie ograniczenia ich niezależności, za którą stał Jermak i Biuro Prezydenta, nie byłoby lepiej dla Zełenskiego zbliżyć się do tych instytucji zamiast z nimi rywalizować. Szeligowski odpowiedział, że należy rozróżnić to, co byłoby lepsze dla kraju, od tego, co jest lepsze politycznie dla samego prezydenta — Zełenski konsekwentnie traktuje działanie zcentralizowanego mechanizmu władzy jako priorytet nadrzędny wobec pojedynczych decyzji personalnych, nawet kosztem akceptowania pewnego poziomu korupcji jako „smaru” utrzymującego system w ruchu. Jako przykład wskazał odwołanie Fedorowa z funkcji ministra obrony przy jednoczesnym pozostawieniu na stanowisku generała Ołeksandra Syrskiego, mimo że logika mogłaby sugerować decyzję odwrotną.
Populistyczny suwerenizm
Szeligowski przedstawił koncepcję, którą sam określa mianem „populistycznego suwerenizmu” — szerszego ruchu na ukraińskiej scenie politycznej, którego częścią jest, jego zdaniem, także sam Zełenski. Wyjaśnił, że gdy Ukraina okrzepła po początkowym szoku lat 2022–2023, w społeczeństwie i elitach narosło przekonanie o własnej sile i potrzebie dystansowania się zarówno od Moskwy, jak i od Brukseli — instytucje antykorupcyjne, powstałe pod naciskiem partnerów zagranicznych jako warunek pomocy finansowej, są przez dużą część establishmentu postrzegane jako obcy element narzucony z zewnątrz. Porównał ten mechanizm do polskiego konceptu „ulicy i zagranicy”, zaznaczając, że ukraińscy politycy często zapożyczają koncepcje z polskiej sceny politycznej. Wskazał, że koncept suwerenizmu bywa też wykorzystywany czysto instrumentalnie — do utrzymania status quo i ograniczenia wpływów zagranicznych inwestorów na rzecz krajowych grup interesu, np. w sektorze bankowym czy ubezpieczeniowym.
Pogorzelski przypomniał, że podobną retorykę niezależności od Waszyngtonu i Brukseli głosiła już rok wcześniej Julia Tymoszenko z mównicy Rady Najwyższej, po zamachu na senatora SAB. Szeligowski ocenił, że ten sposób myślenia zatacza coraz szersze kręgi wśród ukraińskich elit — część polityków autentycznie wierzy w ingerencję zagranicznych partnerów w wewnętrzne sprawy Ukrainy, część wykorzystuje ten narracyjny instrument do maskowania własnych interesów. Zaznaczył, że napięcia te dotyczą nie tylko relacji z Polską, ale też szerzej z partnerami zachodnimi — Zełenski stawia ich w niezręcznej sytuacji, wywierając presję moralną i domagając się pomocy, jednocześnie nie dotrzymując części zobowiązań reformatorskich uzgodnionych z Unią Europejską, choć Bruksela — jak zauważył Szeligowski — przymyka na to oko, traktując priorytetowo samo wsparcie Ukrainy.
Ukraiński syndrom weimarski
Odnosząc się do integracji europejskiej, Szeligowski zauważył paradoks — mimo retoryki suwerenistycznej większość Ukraińców nadal opowiada się za wejściem do Unii Europejskiej. Zasugerował jednak, że obecna narracja może służyć przygotowaniu społeczeństwa na rozczarowanie — z sześciu obiecanych na to lato klastrów negocjacyjnych otwarto jedynie dwa, a Ukraina nie spełnia obecnie kryteriów gospodarczych członkostwa, będąc w pełni zależną od finansowania zagranicznego.
Postawił hipotezę, że może to doprowadzić do czegoś, co nazwał „ukraińskim syndromem weimarskim” — narracji, w której Ukraina miała siłę, by wygrać wojnę, ale to zachodni partnerzy zawiedli, nie udzielając wystarczającego wsparcia, co pozwoli przerzucić na nich odpowiedzialność za porażkę i budować dalszą politykę na resentymencie. Jako możliwe scenariusze na przyszłość wskazał tzw. drogę turecką — formalne utrzymywanie więzi z Zachodem przy jednoczesnym poszukiwaniu nowych, niezależnych formatów bezpieczeństwa, wobec przekonania części ukraińskich elit, że zarówno NATO, jak i Unia Europejska są już przestarzałe. Przywołał też analogię do relacji Azerbejdżanu i Armenii — spotykaną, jego zdaniem, wśród ukraińskich środowisk wojskowych postawę wyczekiwania na osłabienie Kremla i otwarcie „okna możliwości” do odzyskania utraconych terytoriów, niezależnie od tego, czy nastąpiłoby to za pięć, czy dziesięć lat, co wymagałoby jednak utrzymywania państwa w stanie stałej centralizacji i gotowości militarnej, niekompatybilnej z liberalnym modelem integracji europejskiej.
Pytany o możliwość wojskowego przewrotu, Szeligowski ocenił to jako mało prawdopodobne — oznaczałoby to dla Zełenskiego polityczne samobójstwo związane z przyjęciem rosyjskich warunków, czego jego zdaniem prezydent ani nie chce, ani nie musi robić.
Czy możliwe jest pojednanie z Rosją?
Odpowiadając na pytanie o analogię do powojennego pojednania francusko-niemieckiego, Szeligowski wskazał na kluczową różnicę — Niemcy jako państwo pokonane i okupowane zostały do pojednania z Francją de facto zmuszone przez Amerykanów, sami Francuzi również nie palili się do zbliżenia. W przypadku Ukrainy i Rosji nie widzi na razie takiego scenariusza w bliskiej przyszłości, choć nie wykluczył go całkowicie, przywołując wypowiedź generała Budanowa, który w jednym z wywiadów dopuścił możliwość, że w kolejnym — nie najbliższym — cyklu wyborczym może dojść do władzy ktoś dążący do takiego pojednania. Zaznaczył jednak, że skoro czołówkę sondaży zaufania i potencjalnych kandydatów prezydenckich zdominowali obecnie wojskowi, a wśród osób sprawujących już dziś kluczowe funkcje państwowe — szefa Biura Prezydenta (Budanow), jego zastępcy (generał Palisa), przyszłego ministra obrony, szefa SBU (generał Pokład) czy szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony — dominują generałowie, ta rosnąca w siłę frakcja wojskowa raczej nie będzie dążyć do pojednania z Rosją, co przesuwałoby taki scenariusz dopiero na kolejny cykl polityczny.
Pytany, czy środowisko generalskie jest jednolite, Szeligowski ocenił, że przeciwnie — jest w nim wiele podziałów i ambicji politycznych porównywalnych z tymi wśród cywilnych polityków, co, jego zdaniem, Zełenski będzie starał się wykorzystać, dążąc do skłócenia potencjalnego sojuszu wojskowego przeciwko sobie i przeciągnięcia części generałów na swoją stronę — uznał to za jedyny realny sposób na zapewnienie sobie reelekcji. Za pierwszą jawną deklarację polityczną w tym środowisku uznał doniesienia ukraińskich mediów o gotowości generała Załużnego do kandydowania w wyborach prezydenckich, co, jego zdaniem, zmusi też innych generałów, w tym Budanowa, do politycznego pozycjonowania się.
Scena polityczna po wojnie
Odnosząc się do pytania o szanse polityków starej daty — Jurija Boyki, Julii Tymoszenko i Petra Poroszenki — Szeligowski ocenił, że jako „plankton polityczny” utrzymają się w grze ze względu na kosztowność prowadzenia kampanii wyborczych na Ukrainie i dostęp do dużych zasobów finansowych, jednak w większości bez realnych szans na przejęcie władzy — zastrzegł przy tym, że przypadek Julii Tymoszenko oceniłby inaczej niż pozostałych, uznając go za bardziej otwarty. Partii Poroszenki przypisał trwały, twardy elektorat rzędu 8–10 procent, wystarczający do wejścia do parlamentu, ale raczej jako mały partner koalicyjny niż realna siła sprawcza. Przewidział, że po wojnie dojdzie do znaczącej wymiany sceny politycznej — przypominając, że już w wyborach 2019 roku doszło do wymiany około dwóch trzecich składu parlamentu — i spodziewa się podobnej skali odświeżenia, przy czym część starych polityków z zapleczem finansowym może wejść w sojusze z nowymi twarzami, w tym z popularnymi dziś generałami, potrzebującymi funduszy na kampanie.
Wspominając o reformie samorządowej, Szeligowski ocenił ją, podobnie jak analogiczną reformę w Polsce, jako jedną z najbardziej udanych zmian ostatnich lat, dającą lokalnym społecznościom realną sprawczość, i wyraził przekonanie, że po wojnie samorządy raczej wrócą do swojego dotychczasowego trybu funkcjonowania.
Obrona przeciwlotnicza i granice pomocy Zachodu
Odnosząc się do problemu obrony przeciwlotniczej Ukrainy i apeli Zełenskiego o dodatkowe systemy Patriot ze strony Polski i Niemiec, Szeligowski zaznaczył, że nawet gdyby cała bieżąca produkcja rakiet do systemów Patriot trafiała na Ukrainę, i tak nie byłoby to wystarczające w dłuższej perspektywie — samą obroną nie da się wygrać wojny. Ocenił, że Ukraina potrzebuje możliwości atakowania rosyjskich zakładów produkujących rakiety balistyczne oraz infrastruktury logistycznej, czego przykładem są już prowadzone ataki na rafinerie i magazyny firmy Wildberries. Głównym problemem w tym zakresie jest jednak, jego zdaniem, opór polityczny partnerów zachodnich, w tym administracji Donalda Trumpa, traktujących zgodę na takie ataki jako kolejną „czerwoną linię” eskalacji, po tym jak wcześniejsze ograniczenia dotyczące np. przekazywania samolotów czy czołgów zostały już przełamane.
Pytany o możliwość wykorzystania ukraińskiej produkcji rakietowej, np. systemu Flamingo, do takich uderzeń, Szeligowski przyznał, że nie jest w stanie ocenić rzeczywistych zdolności technicznych tych rakiet, ale zaznaczył, że nawet przy wsparciu finansowym i technologicznym partnerów zagranicznych przeszkodą pozostaje erozja zaufania do Ukrainy — wynikająca z takich wydarzeń jak atak na niezależność instytucji antykorupcyjnych, chaotyczne odwołanie Fedorowa, afery korupcyjne oraz obawy o wyciek technologii czy własności intelektualnej — co realnie ogranicza gotowość zachodnich producentów zbrojeniowych, takich jak Raytheon czy Lockheed Martin, do dzielenia się zaawansowanymi rozwiązaniami.
Potencjał mobilizacyjny a wola polityczna
W kontekście zbliżającej się jesieni — rosyjskich wyborów parlamentarnych we wrześniu, możliwej rosyjskiej mobilizacji, doniesień o zwiększającej się liczbie północnokoreańskich żołnierzy na terytorium Rosji oraz spodziewanych ataków na ukraińską infrastrukturę energetyczną — Pogorzelski zapytał, czy Ukraina jest w stanie odpowiedzieć własną mobilizacją, przywołując przy tym własne obserwacje z Zakarpacia, gdzie brzeg rzeki Cisy na całej długości zabezpieczono zwojami drutu kolczastego, by ograniczyć ucieczki mężczyzn unikających poboru — mimo że miejscowi wciąż znają odpowiednie szlaki przerzutowe.
Szeligowski ocenił, że potencjał mobilizacyjny na Ukrainie istnieje, ale pytanie o wolę polityczną sięgnięcia po niego pozostaje otwarte i należy je kierować do prezydenta i władz, a nie do niego samego. Wskazał trzy obszary tego potencjału: obniżenie wieku mobilizacyjnego, zmianę zasad rezerwacji zwalniających z poboru pracowników określonych branż oraz „kreatywne” podejście do już zmobilizowanych — znaczna część osób formalnie wcielonych do wojska nigdy nie trafiła na front, obsadzając zamiast tego mniej newralgiczne kierunki, jak granica z Naddniestrzem czy Białorusią, podczas gdy część walczących na wschodzie tkwi tam od lat bez rotacji. Zaznaczył, że próba reformy systemu mobilizacji podjęta wcześniej przez ministra Fedorowa — obejmująca obniżenie wieku poborowego i zmianę zasad rezerwacji w przedsiębiorstwach zbrojeniowych — szybko napotkała silny opór polityczny, ponieważ osoby unikające dotąd poboru w dużej mierze znajdują się blisko władzy i są zainteresowane utrzymaniem status quo. Podsumował, że choć obecnie brakuje woli politycznej do przeprowadzenia takiej reformy, presja zewnętrzna — w tym ewentualne żądania administracji Trumpa uzależniające dostawy systemów Patriot od obniżenia wieku mobilizacyjnego — może w przyszłości zmusić władze Ukrainy do zmiany stanowiska.
Rozmowę przeprowadził Piotr Pogorzelski. Program dostępny na kanale Polskie Radio na YouTube, liczącym 268 tys. subskrybentów, w ramach cyklu „Po prostu Wschód”. Opublikowany 15 sierpnia 2026 roku. Oryginalny tytuł materiału: „Ukraiński syndrom weimarski: co czeka Ukrainę po wojnie?”.