Bachmut jako maszynka do mięsa — kulisy najkrwawszej bitwy XXI wieku

We wrześniu 2022 roku, po błyskawicznym przełamaniu ukraińskim w obwodzie charkowskim i utracie przez Rosjan kluczowego węzła w Izjumie, zdobycie leżącego nieopodal Bachmutu straciło jakikolwiek sens operacyjny. Miasto, które pierwotnie miało być dogodną bazą do wyprowadzenia uderzenia na Słowiańsk i Kramatorsk, z dnia na dzień stało się ślepym zaułkiem. Mimo to przez kolejnych osiem miesięcy Rosjanie rzucali na ten wąski odcinek frontu swoje najlepsze zasoby, zamieniając ruiny Donbasu w najbardziej krwawą i zaciekłą bitwę XXI wieku. Decyzja o kontynuowaniu szturmu nie zapadła jednak w sztabie generalnym w Moskwie – stała za nią prywatna armia Jewgienija Prigożyna oraz chłodny rachunek polityczny, w którym życie dziesiątek tysięcy skazanych z rosyjskich łagrów miało posłużyć jako paliwo do budowy jego własnej potęgi. Bachmut stał się cmentarzyskiem elity rosyjskich sił uderzeniowych, maszynką do mięsa dla ukraińskich kadr obronnych, a ostatecznie zapalnikiem buntu, który o mały włos nie doprowadził do obalenia władzy na Kremlu.

Jak Bachmut stał się osią wojny

Wiosną 2022 roku front pęka pod Popasną i rosyjskie wojska otwierają sobie drogę na zachód, choć samo miasto na razie nikogo szczególnie nie interesuje. Bachmut nie jest celem – jest węzłem. Przez jego ulice biegną dwie drogi, M03 i T0513, prowadzące do Słowiańska i Kramatorska – dwóch miast, na których opiera się cała ukraińska obrona w Donbasie. Kto je zdobędzie, ten łamie front na całej długości. Dlatego w Moskwie rodzi się plan podwójnego okrążenia: jedno zgrupowanie ma uderzyć z północy, od strony Izjumu, drugie z południa, właśnie przez Bachmut, tak by kleszcze zamknęły się na Słowiańsku, a cała ukraińska armia w Donbasie znalazła się odcięta w kotle.

Problem w tym, że żeby zamknąć kleszcze, trzeba mieć czym je zamykać, a akurat w tym momencie rosyjska armia zawodowa wykrwawia się gdzie indziej – miesiącami walczy o Siewierodonieck i Łysyczańsk, metr po metrze, ulicę po ulicy. To właśnie tam ścierają się jednostki, które miały być ostrzem uderzenia na południu: czołgiści, piechota morska i elitarne wojska powietrznodesantowe. Miasta ostatecznie padają w lipcu 2022 roku, ale zwycięstwo kosztuje więcej, niż sztab zakładał – sprzęt jest zdziesiątkowany, ludzie wyczerpani, magazyny opróżnione. Rosyjskie dowództwo musi ogłosić pauzę operacyjną, bo front zatrzymuje się nie z powodu decyzji taktycznej, lecz dlatego, że fizycznie nie ma już czym dalej walczyć.

Właśnie wtedy, latem 2022 roku, zapada decyzja, która na kolejny rok zmieni charakter wojny na tym odcinku frontu – dowództwo przekazuje odcinek bachmucki Grupie Wagnera i jej szefowi, Jewgienijowi Prigożynowi. Wagner do tej pory działał w cieniu – w Syrii, w Afryce, na Krymie w 2014 roku – ale nigdy nie miał własnego odcinka na wojnie o kluczowym dla Moskwy znaczeniu. Teraz go dostaje, a Prigożyn widzi w tym swoją szansę. Miasto, które miało być tylko przystankiem w drodze do Słowiańska, zaczyna żyć własnym życiem.

Atak bez sensu i „maszynka do mięsa”

We wrześniu 2022 roku, gdy pod Bachmutem trwają już regularne szturmy Wagnera, kilkadziesiąt kilometrów dalej na północ Ukraińcy zadają cios, który w ciągu kilku dni zawala cały rosyjski plan wojny w Donbasie. Ukraińska kontrofensywa pod Charkowem uderza tam, gdzie Rosjanie najmniej się tego spodziewają – w cienko obsadzony odcinek frontu. W ciągu tygodnia pada Izjum, kluczowe miasto, z którego miało wyjść północne ramię kleszczy okrążających Słowiańsk, pada też Łyman. Front na tym kierunku po prostu przestaje istnieć. To moment, w którym pierwotny plan Moskwy trafia do kosza – skoro nie ma zgrupowania spod Izjumu, nie ma drugiego ramienia kleszczy, a skoro nie ma drugiego ramienia, nie ma okrążenia Słowiańska. I właśnie dlatego atak na Bachmut od południa przestaje mieć jakikolwiek sens operacyjny.

W normalnych warunkach dowództwo odwołałoby w tym miejscu ofensywę, ale warunki nie są normalne – o Bachmut walczy już nie tylko regularna armia, lecz także Jewgienij Prigożyn, dla którego utrata sensu operacyjnego nie ma większego znaczenia. Prigożyn prowadzi w tym momencie dwie wojny naraz: jedną na Ukrainie, drugą w Moskwie, o wpływy i miejsce przy stole. To właśnie ta druga ostatecznie decyduje o dalszym przebiegu wydarzeń pod Bachmutem. Minister obrony Siergiej Szojgu i szef sztabu generalnego Walerij Gierasimow są dla Prigożyna rywalami, których chce upokorzyć na oczach Władimira Putina, a jedynym dowodem, jaki może im przeciwstawić, są żołnierze Wagnera zdobywający teren tam, gdzie regularna armia utknęła. Dlatego szturmy trwają, mimo braku sensu operacyjnego – Bachmut przestaje być celem wojskowym, a staje się areną politycznego pojedynku, w którym stawką jest pozycja Wagnera wobec Kremla.

Generał Siergiej Surowikin, obejmujący właśnie dowództwo nad rosyjskimi siłami na Ukrainie, patrzy na sytuację inaczej niż Prigożyn, ale dochodzi do podobnego wniosku – nie wierzy w szybkie zwycięstwo pod Bachmutem, widzi w tych walkach przede wszystkim sposób na kupienie czasu. Jeśli Ukraińcy rzucają kolejne rezerwy i amunicję w obronę jednego miasta, nie rzucają ich gdzie indziej, a Rosja akurat teraz potrzebuje czasu jak nigdy – trwa ogłoszona kilka tygodni wcześniej mobilizacja i trzeba zbudować pasy umocnień na południu Ukrainy, tzw. linię Surowikina, zanim Ukraińcy uderzą tam ponownie. Tak rodzi się koncepcja później nazwana maszynką do mięsa: Bachmut nie musi paść szybko, ma wiązać ukraińskie siły, wykrwawiać je w walce o ruiny i dawać Rosji czas na przygotowania gdzie indziej.

Doktryna czterech kategorii piechoty

Brytyjski instytut analityczny RUSI, po analizie zdobytych dokumentów i relacji jeńców, opisał to, co działo się zimą 2022 roku pod Bachmutem, jako całkowitą zmianę doktryny piechoty – nie modyfikację, lecz zmianę. Dowództwo Wagnera porzuciło standardowy rosyjski model natarcia oparty na batalionowych grupach taktycznych, łączących w jednym pododdziale czołgi, transportery opancerzone, piechotę i wsparcie artyleryjskie. Model ten sprawdzał się na otwartym polu, gdzie liczy się manewr i masa ognia, ale pod Bachmutem, w gruzach i lasach, na dystansie kilkudziesięciu metrów, okazał się zbyt sztywny – jeden trafiony transporter blokował całą kolumnę, jeden zabity dowódca paraliżował całą grupę.

Wagner zastąpił ten model prostszym w konstrukcji i o wiele bardziej brutalnym w działaniu systemem, dzielącym natarcie na małe, wyspecjalizowane elementy o jasno określonych funkcjach. Fundamentem nowego systemu stał się surowiec ludzki – rosyjskie władze uruchomiły rekrutację w koloniach karnych i łagrach w ramach tzw. Projektu K, obiecując więźniom ułaskawienie w zamian za pół roku służby. W ciągu kilku miesięcy do szeregów Wagnera trafiły dziesiątki tysięcy skazanych, w tym za ciężkie przestępstwa – ludzie ci nie przechodzili pełnego szkolenia bojowego i trafiali na front jako materiał zużywalny, otrzymując w nowej doktrynie własną, pierwszą kategorię.

Kategoria pierwsza – piechota jednorazowa – to grupy po dwóch, trzech, maksymalnie pięciu ludzi, ruszające na pozycje ukraińskie bez żadnego wsparcia ogniowego. Ich zadaniem nie jest zdobycie terenu, lecz wywołanie ognia obrońców i ujawnienie rozmieszczenia karabinów maszynowych, granatników i punktów dowodzenia – giną przy tym niemal zawsze, co jest wliczone w kalkulację od samego początku. Rozkaz jest jeden: iść naprzód, a odwrót bez zgody dowódcy kończy się egzekucją na miejscu, wykonywaną przez własnych. Kategoria druga – piechota liniowa – wchodzi na teren, gdy pierwsza fala już zrobiła swoje, a pozycje ukraińskie są rozpoznane lub osłabione; jej zadaniem jest nie walka, lecz utrzymanie zdobytych punktów, co zwalnia bardziej wartościowych żołnierzy do kolejnych zadań. Kategoria trzecia – piechota szturmowa – złożona z doświadczonych weteranów Wagnera, wchodzi do akcji dopiero wtedy, gdy artyleria zdąży zneutralizować główne środki ogniowe przeciwnika; to najbardziej kosztowny zasób systemu, dlatego chroniony najdłużej i rzucany do walki najpóźniej. Kategoria czwarta – piechota specjalistyczna – to operatorzy dronów rozpoznawczych, snajperzy oraz zespoły obsługujące broń ciężką, w tym automatyczne granatniki AGS-30 zdolne rażać cele na dystansie kilometra; ich zadaniem jest wsparcie ogniowe i informacyjne dla pozostałych trzech kategorii, nie szturm.

Cały system działa jak maszyna, w której każda kategoria istnieje po to, by chronić kategorię wyżej w hierarchii wartości – piechota jednorazowa ginie, żeby liniowa mogła bezpiecznie wejść, liniowa trzyma teren, żeby szturmowa nie musiała walczyć o każdy metr od zera, a szturmowa działa pod osłoną specjalistów widzących i strzelających z dystansu. Ludzkie życie zostało w tym modelu dosłownie skwantyfikowane.

Metal, elektronika i bomby

Pod Bachmutem obraz wojny pancernej znany z filmów i podręczników przestaje odpowiadać rzeczywistości – nie ma szarż czołgów jadących ramię przy ramieniu przez otwarte pole, bo takie natarcie kończy się w ciągu kilkudziesięciu sekund. Front jest nasycony ręcznymi przeciwpancernymi zestawami przenośnymi typu Javelin, NLAW czy Stugna-P, którymi pojedynczy żołnierz z odległości kilkuset metrów rozbija czołg jednym trafieniem. W tych warunkach rosyjskie czołgi T-72B3 i T-90M zmieniają rolę – zamiast szarżować, wykonują błyskawiczne rajdy. Kluczem jest czas ekspozycji: im krócej czołg pozostaje w polu widzenia obrońcy, tym mniejsza szansa, że operator zestawu przeciwpancernego zdąży wycelować i odpalić pocisk. Pojazd wyjeżdża zza osłony na pełnej prędkości, dojeżdża na kilkaset metrów do celu, oddaje trzy do pięciu szybkich strzałów w filary lub ściany budynku, który trzeba zawalić, stawia zasłonę dymną i wycofuje się tą samą trasą – cała operacja trwa czasem niecałą minutę. Czołg przestaje być bronią przełamania, staje się rodzajem latającego działa, które podjeżdża, strzela i znika, czasem w ogóle nie wjeżdżając w pole widzenia i strzelając zza osłony jak zwykła artyleria, tyle że na krótszym dystansie i z większą celnością pojedynczego pocisku.

Drugą stroną tej wojny jest cyfryzacja artylerii. Nad polem walki latają drony komercyjne – głównie Mavic 3 do bezpośredniej obserwacji oraz Orłan-10 do rozpoznania na większym dystansie – a obraz z kamery trafia bezpośrednio na tablet dowódcy baterii w systemie o nazwie Striełec. Cały łańcuch – wykrycie celu, przekazanie współrzędnych, wydanie rozkazu, oddanie strzału – skraca się do kilku minut, podczas gdy wcześniej ten sam proces zajmował godziny. Gdy trzeba zawalić nie pojedynczy pokój, lecz całą klatkę schodową razem z fundamentem, do gry wchodzi ciężka artyleria – samobieżny moździerz 2S4 Tulpan (kaliber 240 mm) oraz armata 2S7 Pion (kaliber 203 mm), systemy zaprojektowane jeszcze w czasach Związku Radzieckiego do niszczenia umocnień polowych, teraz wykorzystywane do burzenia betonowych bloków, w których broni się ukraińska piechota.

Nad tym wszystkim rozciąga się niewidoczna gołym okiem kurtyna walki elektronicznej – systemy Żitiel i Pole-21 zagłuszają sygnały radarowe i GPS na całym odcinku frontu. Efekt jest brutalnie prosty: komercyjne drony, na których opiera się ukraińskie rozpoznanie, tracą łączność ze sterownikiem i spadają albo giną pod ostrzałem – straty sięgają 10 tysięcy dronów miesięcznie na całym froncie, nie tylko pod Bachmutem. Zagłuszony sygnał GPS obniża też celność amunicji precyzyjnej, w tym pocisków Excalibur i rakiet HIMARS, które bez dokładnego sygnału satelitarnego trafiają dalej od celu, niż powinny. Pancerz, cyfrowa artyleria i zagłuszanie sygnału działają pod Bachmutem jako jeden zintegrowany system, w którym każda strona nieustannie modyfikuje sprzęt, by wyprzedzić przeciwnika o krok.

Bitwa o „drogi życia” i skrzydła

W styczniu 2023 roku walki w centrum Bachmutu utknęły w martwym punkcie, a linia frontu przesuwała się o dziesiątki metrów tygodniowo kosztem setek ludzi po obu stronach. Wagner zmienił kierunek uderzenia, otwierając dwa nowe fronty – na północy i południu miasta. Na północy padł Sołedar, małe miasto górnicze kilkanaście kilometrów od Bachmutu, znane z kopalni soli i kilometrów podziemnych tuneli – jego upadek w styczniu 2023 roku dał Rosjanom pozycję wyjściową do dalszego natarcia na północne przedmieścia Bachmutu i jednocześnie odciął jedną z dróg dojazdowych do miasta. Na południu Wagner podszedł pod Kleszczewkę i Iwaniwśke, dwie wsie leżące na wzgórzach, z których całe miasto widać jak na dłoni – kto trzymał te wzgórza, kontrolował ogniem każdą drogę wjazdową do Bachmutu. Była to już walka nie o samo miasto, lecz o naziemne linie zaopatrzenia – drogi, którymi do miasta docierała amunicja, żywność i uzupełnienia, a wyjeżdżali ranni. Bez tych dróg garnizon w mieście przestawał funkcjonować jako siła bojowa, nawet gdyby fizycznie wciąż trzymał pozycję.

Rosjanie celowali właśnie w te arterie, próbując odciąć trasy T0513, M03 i T0504 – trzy główne drogi łączące Bachmut z resztą ukraińskiej sieci logistycznej w Donbasie – jedna po drugiej trafiały pod bezpośredni ostrzał artyleryjski, a potem pod kontrolę ognia z pozycji zdobytych na skrzydłach. W marcu 2023 roku Ukraińcom pozostała już tylko jedna droga – polna, nieutwardzona, prowadząca przez małą wieś Chromowe na zachód od miasta. Wszystko, co miało dotrzeć do obrońców Bachmutu, i wszystko, co miało z niego wyjechać, musiało przejechać tą jedną trasą pod stałym ostrzałem artyleryjskim i moździerzowym – kierowcy jeździli nią, wiedząc, że każdy przejazd może być ostatnim. Dziennikarze i żołnierze nazwali tę trasę „drogą życia”, nawiązując do podobnie nazwanej drogi przez zamarznięte jezioro, którą podczas oblężenia Leningradu w czasie II wojny światowej dowożono zaopatrzenie do odciętego przez Niemców miasta – skala inna, mechanizm ten sam.

Po drugiej stronie tego wąskiego gardła Wagner prowadził metodyczną wojnę na wyczerpanie – fale piechoty jednorazowej, czyli skazańców z Projektu K, szły naprzód nie po to, by zdobyć teren, lecz by zmusić ukraińską artylerię do strzelania, wyczerpując zapasy amunicji przed kolejnym, poważniejszym szturmem. Rosjanie liczyli, że prędzej wyczerpią ukraińską amunicję niż własnych ludzi – w tym rachunku życie skazańca kosztowało mniej niż jeden pocisk artyleryjski, a droga przez Chromowe pozostawała jedyną rzeczą stojącą między garnizonem Bachmutu a całkowitym okrążeniem.

Betony, ruiny i wejście bomb UMPK

W centrum Bachmutu wojna zeszła na dystans, na jakim nikt już nie mówił o liniach frontu, lecz o piętrach i klatkach schodowych. W strefie przemysłowej i osiedlach wieżowców walka toczyła się na odległość rzutu granatem, czasem bliżej – żołnierze obu stron potrafili przez wiele dni dzielić tę samą ulicę, a nawet tę samą klatkę, nie widząc się nawzajem. Piwnice zamieniały się w schrony, gdzie chowano rannych, przechowywano amunicję i spano między szturmami, bo powierzchnia ziemi oznaczała śmierć w ciągu minut od artylerii lub snajpera. Dachy z kolei stawały się punktami obserwacyjnymi – z góry widać było, którą ulicą nadciąga kolejna grupa szturmowa, i to stamtąd padał pierwszy strzał. Linia frontu przestawała być linią w klasycznym sensie, biegnąc czasem przez środek tego samego bloku mieszkalnego, korytarz po korytarzu, piętro po piętrze – każdy budynek trzeba było zdobywać osobno, a każde zdobyte piętro kosztowało coraz więcej ludzi.

W tym momencie do gry weszło narzędzie zmieniające matematykę walki – bomby szybowcowe z modułem UMPK, czyli uniwersalnym modułem korekcyjno-planującym: zestawem skrzydeł i systemem naprowadzania, który Rosjanie doczepiali do starych radzieckich bomb lotniczych FAB-500 i FAB-1500, o wadze odpowiednio 500 i 1500 kilogramów. Sama bomba istniała od dekad – nowy był sposób, w jaki trafiała do celu. Bombowce Su-34 zrzucały te bomby z odległości 40–50 kilometrów, głęboko za rosyjskimi liniami, poza zasięgiem ukraińskiej obrony powietrznej, a bomba szybowała resztę drogi samodzielnie, korygując lot i trafiając w punkt oporu, który wcześniej trzeba było zdobywać piechotą przez tydzień, metr po metrze. Wielopiętrowy budynek, w którym broniło się kilkunastu żołnierzy, znikał w kilka sekund razem z fundamentami – nie było już czego szturmować. Był to pierwszy moment tej wojny, w którym rosyjskie lotnictwo wzięło bezpośredni, masowy udział w niszczeniu pojedynczych punktów oporu w mieście, a nie tylko celów strategicznych, robiąc to bezkarnie, bo dystans zrzutu trzymał samoloty poza zasięgiem systemów, które mogłyby je zestrzelić.

Samo zdobycie terenu, nawet zrównanego z ziemią, było dla Rosjan dopiero połową roboty – za piechotą szturmową natychmiast wchodziły grupy inżynieryjno-budowlane, których zadaniem było natychmiastowe umocnienie i zabetonowanie zdobytej piwnicy, zanim zdąży ją odbić ukraiński kontratak. Teren, który jeszcze wczoraj był polem walki, w ciągu kilkudziesięciu godzin zamieniał się w umocniony punkt oporu, gotowy odeprzeć uderzenie z powrotem. Wiosną 2023 roku Bachmut przestał przypominać miasto, stając się coraz gęstszą siatką zniszczonych budynków, betonowych bunkrów w piwnicach i lejów po bombach – każdy kolejny metr zdobyty w ten sposób miał jednak swoją cenę, nie tylko w betonie i stali, ale w ludziach, których ta wojna pochłaniała w tempie, jakiego formacja Prigożyna wkrótce nie była już w stanie utrzymać.

Pęknięty front i konflikt w Moskwie

W kwietniu 2023 roku Jewgienij Prigożyn opublikował kolejne nagranie – tym razem, stojąc między rzędami ciał poległych żołnierzy Wagnera, krzyczał o brak amunicji. Nie był to pierwszy raz, gdy robił z tego widowisko, ale tym razem było ono bardziej desperackie i osobiste – oskarżył wprost ministra obrony Siergieja Szojgu i szefa sztabu generalnego Walerija Gierasimowa o to, że celowo głodzą jego ludzi, przez co giną tysiące żołnierzy, których dałoby się uratować, gdyby pociski docierały na czas. Nie był to tylko teatr, choć Prigożyn doskonale wiedział, jak zrobić z tego widowisko – amunicji rzeczywiście brakowało. Odpowiedź, którą Prigożyn pomijał lub której nie chciał znać, była jednak prostsza i mniej osobista, niż sugerowały jego oskarżenia: sztab generalny w Moskwie świadomie ograniczał dostawy pod Bachmut, gromadząc zapasy na inny odcinek frontu, w oczekiwaniu na letni kontratak Ukraińców przewidywany przez rosyjski wywiad na południu kraju. Z tej perspektywy miasto, które i tak było już w większości ruiną, nie zasługiwało na pełne zaopatrzenie kosztem odcinków, które dopiero czekało decydujące starcie. Z punktu widzenia Gierasimowa Bachmut był już tylko jednym odcinkiem frontu spośród wielu, niekoniecznie najważniejszym – z punktu widzenia Prigożyna było to całe jego życie, cała armia i cała polityczna stawka.

Ten spór kosztował Wagnera więcej, niż ktokolwiek w Moskwie chciał przyznać. Formacja, wykrwawiona miesiącami szturmów, musiała w końcu oddać zdobyte wcześniej skrzydła regularnej armii i wojskom powietrznodesantowym. To właśnie w momencie tej wymiany jednostek, gdy nowe oddziały dopiero uczyły się terenu, a stare już go opuściły, Ukraińcy uderzyli. Dowodzone przez generała Ołeksandra Syrskiego wojska nie próbowały odbić samego miasta, bo w środku i tak nie było już czego bronić – uderzyły tam, gdzie dało się coś ugrać: na flanki, na wzgórza dające kontrolę ogniową nad drogami dojazdowymi. Trafiając dokładnie w moment słabości, uderzyły na skrzydła pod Kleszczewką i Andriwką, tam gdzie linia obrony była najświeższa i najsłabiej rozpoznana przez nowych obrońców, odbijając kluczowe wzgórza – te same, z których jeszcze kilka tygodni wcześniej Rosjanie kontrolowali ogniem drogi dojazdowe do miasta.

Rachunek zysków i strat oraz sukcesja

20 maja 2023 roku Prigożyn ogłosił zdobycie Bachmutu – w praktyce było to zdobycie ruin miasta, które przestało tętnić życiem i istnieć w takim sensie, w jakim istniało rok wcześniej. Bitwa o Bachmut przeszła do historii nie ze względu na kunszt manewrowy czy wybitne decyzje strategiczne, lecz z powodu chłodnej, bezwzględnej matematyki wojny materiałowej. Jewgienij Prigożyn zużywał ludzką masę jak amunicję – dla dowództwa w Moskwie tysiące poległych więźniów stanowiło koszt akceptowalny, sposób na pozbycie się jednostek obciążających budżet państwa, których śmierć nie wywoływała napięć społecznych na ulicach dużych rosyjskich miast. Tymczasem Ukraina w ruinach Bachmutu płaciła walutą najcenniejszą – życiem doświadczonych weteranów, wyszkolonych podoficerów oraz kadr z elitarnych jednostek, takich jak 93. Brygada Zmechanizowana czy 46. Brygada Aeromobilna. Z perspektywy Kijowa była to tragiczna, lecz świadoma kalkulacja – wykrwawienie najskuteczniejszych formacji szturmowych wroga kupowało czas niezbędny do sformowania nowych brygad i przyjęcia zachodniego sprzętu przed letnią kontrofensywą. Cena za ten czas okazała się jednak ogromna – wyrwa w ukraińskich kadrach dowódczych była widoczna podczas późniejszych walk na południu kraju.

Ostatecznie Bachmut okazał się zwycięstwem o charakterze pyrrusowym. Rosja zdobyła ruiny miasta, które po upadku Izjumu utraciło swoje pierwotne znaczenie operacyjne jako brama do Słowiańska i Kramatorska – zamiast otwarcia drogi w głąb obrony Donbasu, Moskwa otrzymała zniszczony teren bez wartości strategicznej. Co więcej, bitwa ta zrodziła kryzys polityczny, jakiego na Kremlu nie widziano od dekad – żądania Prigożyna dotyczące dostaw amunicji, publiczne oskarżenia Szojgu i Gierasimowa o zdradę oraz przelanie krwi więźniów, które ostatecznie okazało się na marne, doprowadziły do złamania monopolu siłowego państwa. Zaledwie miesiąc po ogłoszeniu zdobycia Bachmutu te same kolumny pancerne Grupy Wagnera, które szturmowały fabrykę Azom i wieś Chromowe, odwróciły się o 180 stopni i ruszyły na Moskwę. Bitwa o Bachmut dobitnie pokazała, że na współczesnym polu walki zdobycie terenu i zatknięcie flagi nad zrujnowanym miastem nie oznacza zwycięstwa, jeśli ceną za to jest utrata zdolności bojowych armii i demontaż własnego zaplecza politycznego.


Materiał opublikowany na kanale No To Wojna na YouTube, liczącym 1,61 tys. subskrybentów. Opublikowany 16 sierpnia 2026 roku. Oryginalny tytuł materiału: „Najkrwawsza Bitwa XXI Wieku | Kulisy i Taktyka Bitwy o Bachmut”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *