Igor Tracz w Super Expressie: życie na froncie, spór o order i banderyzm oczami polskiego wolontariusza

Igor Tracz, wielokrotny mistrz świata w wyścigach psich zaprzęgów (bikejoringu) i założyciel Fundacji Igora Tracza, był gościem Karoliny Pajączkowskiej w materiale Super Expressu „Ukraina. Prawda frontu czy prawda historyczna?”. Wolontariusz, który od 2022 roku regularnie jeździ na front wschodniej Ukrainy, opowiedział o początkach swojej pomocy, współpracy z brytyjskim Ministerstwem Obrony, ewolucji technologii wojennej, sporze o Order Orła Białego i ukraińskie odznaczenia, kontrowersjach wokół symboliki UPA, korupcji i zdradach na froncie, a także o relacjach polsko-ukraińskich i przyszłości obu krajów po wojnie.

Od ewakuacji zwierząt do 104 konwojów humanitarnych

Tracz przyznał, że jego decyzja o wyjeździe na Ukrainę po wybuchu wojny nie była wcześniej planowana i wynikała z czystego instynktu — porównał go do instynktu, jaki mają jego psy. Zaznaczył przy tym, że nie jest „turystą wojennym” szukającym wojennych wrażeń do zdjęć, choć — jak zauważył — tacy ludzie również się zdarzają. Pierwszym impulsem była chęć pomocy ludziom i zwierzętom uciekającym z kraju. Jak wspomniał, w mediach społecznościowych zamieszczał wtedy posty informujące, że jedzie tylko do granicy, ponieważ nie czuł się przygotowany do wjazdu w strefę konfliktu, a jako opiekun dużej stada psów zaprzęgowych czuł się odpowiedzialny za ich dalszy los. Założeniem było więc dojechanie tylko do granicy i włączenie się w ewakuację ludzi i zwierząt uciekających w panice — w tym porzuconych zwierząt. Zespół zorganizował samochody i klimatyzowane przyczepy przystosowane do bezpiecznego transportu zwierząt w klatkach. Już po trzech-czterech dniach jego grupa działała w okolicach Lwowa, a miesiąc później docierała do wyzwolonych Buczy i Irpienia. Od marca 2022 roku Tracz zorganizował 104 konwoje humanitarne (najbliższy, w chwili nagrania, miał jechać na odcinek kupiańsko-wowczański), a jego zespół ewakuował dziesiątki ludzi i około 300 zwierząt domowych z terenów zagrożonych.

Współpraca z brytyjskim MON i szkolenia medyczne dla żołnierzy

Działalność zespołu Tracza rozwinęła się z pomocy zwierzętom — łatwiejszej do zorganizowania dzięki jego międzynarodowym kontaktom sportowym, umożliwiającym zdobycie pomocy weterynaryjnej, medycznej i żywnościowej dla zwierząt — do współpracy z Ministerstwem Obrony Wielkiej Brytanii, która trwa do dziś. Kontakt umożliwił Will Blackburn, były operator jednostki SAS, wolontariusz w zespole Tracza i autor dobrze sprzedającej się w Wielkiej Brytanii książki „The War Next Door”, opisującej pierwszy rok działalności pomocowej zespołu. Dzięki zbudowanemu zaufaniu, brytyjskie MON zaczęło przekazywać zespołowi tzw. list żelazny — dokument potwierdzający, że sprzęt pozostaje własnością Wielkiej Brytanii — na podstawie którego wolontariusze co 2-3 miesiące odbierają w bazach wojskowych w Wielkiej Brytanii sprzęt wycofywany z użycia: hełmy, kamizelki kuloodporne, optykę, odzież wojskową, opatrunki, plecaki. Tracz nazwał tę działalność „łataniem dziur” w systemie pomocy, który — z powodu problemów logistycznych, a czasem korupcji na Ukrainie — często nie trafia na czas do jednostek, które najbardziej go potrzebują. Podkreślił, że o tym, do których konkretnie małych jednostek i brygad trafia sprzęt, decyduje jego zespół, korzystając z bezpośrednich relacji na froncie. Dostarczając pomoc, zespół prowadzi też — gdy jest na to czas — szkolenia z medycyny taktycznej i pola walki dla młodych żołnierzy, tłumacząc, że mimo czwartego roku wojny wielu z nich wciąż nie przechodzi podstawowego przeszkolenia z tzw. prolonged care, czyli długotrwałej samopomocy rannego żołnierza czekającego na ewakuację, która — według standardów NATO — powinna nastąpić w ciągu dwóch godzin, a w warunkach ukraińskiego frontu bywa niemożliwa. Jako przykład podał kolegę o imieniu Bartek, Polaka, który podczas szturmu, z połamanymi nogami i odłamkiem w ciele, czekał na ewakuację samodzielnie 11 dni w tzw. strefie śmierci — pasie o szerokości 20-30 kilometrów, gdzie niewielkie grupy żołnierzy działają pod nieustanną obserwacją dronów, często niewiadomego pochodzenia. Tracz zaznaczył, że według statystyk aż 97% ran na polu walki powodują obecnie odłamki (dawniej głównie artyleria, dziś przede wszystkim drony), a tylko około 3% to postrzały z broni strzeleckiej.

Wojna dronów, sztuczna inteligencja i lasery na froncie

Tracz szczegółowo opisał, jak zmieniła się technologia walki. Opowiedział o systemie, w którym duży dron jeżdżący o udźwigu 500 kg wjeżdża na pole walki, przenosząc na sobie „drona matkę”, który po dalszym przejeździe kilkudziesięciu kilometrów startuje w powietrze i leci na kolejne kilkadziesiąt kilometrów, uwalniając kilkanaście mniejszych dronów, każdy wyposażony we własną bombę szybującą kierowaną samodzielnie przez sztuczną inteligencję prosto w cel — żołnierz obsługujący cały system może w tym czasie przebywać w Kijowie. Wolontariusz opisał też ukraińskie interceptory typu Sting — niewielkie drony o koszcie około tysiąca dolarów i prędkości 300-350 km/h, zdolne w około 20 minut lotu przechwycić wrogie drony typu Shahed bez konieczności użycia znacznie droższego uzbrojenia lotniczego, jak myśliwiec F-16 z pociskiem Sidewinder czy systemy Patriot. Według Tracza jedna z odwiedzanych przez niego fabryk, zatrudniająca kilkuset pracowników, produkuje dziennie 5 tysięcy dronów typu FPV (kamikadze) na kilku piętrach — i nie jest to odosobniony przypadek skali produkcji. Dla porównania wskazał, że w Polsce niektóre firmy chwalą się możliwością produkcji 10 tysięcy dronów rocznie, zaznaczając jednak, że Polska nie potrzebuje na razie takiej skali. Zwrócił uwagę, że rozwój tych technologii sfinansowały głównie inwestycje w młodych, dwudziesto- i trzydziestoletnich przedsiębiorców z dobrymi pomysłami, ale bez kapitału — inwestorem, o którym wspomniał, był m.in. były ukraiński minister spraw wewnętrznych, który przeprowadził go po kilku swoich fabrykach. Dodał, że osobiście był świadkiem testów laserowych systemów broni (w kwietniu, w jednej z fabryk), które są już w fazie przygotowań do produkcji masowej. Pochwalił też rozwój ukraińskiej muzyki i twórczości artystycznej w czasie wojny, określając ukraińskich artystów jako „genialnych” i otwartych umysłowo.

Obawa, że technologia trafi w ręce Rosji przeciw Polsce

Na pytanie, czy podczas wizyt w ukraińskich fabrykach uzbrojenia nie pojawiła się u niego obawa, że rozwijane tam technologie mogłyby zostać wykorzystane przeciw Polsce, Tracz przyznał, że tak, i przywołał słowa ukraińskiego oficera z pierwszych miesięcy wojny, który ostrzegał go: „Igor, jak wy nam nie pomożecie, wy jako Europa, nie tylko Polska, to za pięć, dziesięć lat nie Rosja was zaatakuje, tylko my was zaatakujemy pod dyktando Rosji, bo tak tutaj wejdą, tak nam wypłuczą mózgi, tak nas przełamią i tak nas uzależnią od siebie, że to my wykonamy krok w waszym kierunku”. Tracz ocenił, że jego zdaniem ten oficer miał rację, i stwierdził, że dla bezpieczeństwa regionu nie ma dziś innej opcji, niż próba „ucywilizowania” Ukrainy poprzez jej integrację z Unią Europejską i NATO — zaznaczając przy tym, że Polska w momencie wstępowania do UE też nie była „wspaniała” i miała wiele do zrobienia.

Spór o Order Orła Białego i własne odznaczenia od Ukrainy

Wolontariusz odniósł się do decyzji prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Orderowi Orła Białego prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu. Sam Tracz został dwukrotnie odznaczony przez stronę ukraińską — raz przez ukraińskie MSZ za wkład i pomoc humanitarną dla Ukrainy, drugi raz przez konsulat ukraiński odznaczeniem nazywanym Krzyżem Waleczności dla „bohaterów bez broni”. Zaznaczył, że nie jest przywiązany do samych odznaczeń — swoje medale sportowe regularnie oddaje na aukcje dla dzieci — ale publicznie zadeklarował, że nie zamierza oddawać ukraińskich odznaczeń, ponieważ obie strony sporu medalowego zaczęły się przepychać o to, kto jest ważniejszy i bardziej dumny, co określił jako „pojedynek kogucików”. Przypomniał, że ten sam order otrzymał w 1991 roku jego wujek Adam Bień, skazany w tzw. procesie szesnastu i więziony na Łubiance przez pięć lat. Wspomniał też, że słyszał opinię znajomego, że Zełenski nie powinien być odznaczony tym orderem — ale, jak zaznaczył, order już został przyznany, więc „mleko się wylało” i nie powinno się go teraz odbierać. Ocenił, że decyzja Nawrockiego była w pewnym sensie odpowiedzią na wcześniejsze zachowanie Zełenskiego, ale prezydent Polski mógł postąpić rozważniej i mniej pod wpływem emocji, korzystając z niepublicznych kanałów wpływu na decyzje ukraińskie, zamiast działać w sposób publiczny — który, jak stwierdził Tracz, służy przede wszystkim budowaniu słupków poparcia. Według Tracza jedynym realnym efektem tej decyzji było zwiększenie międzynarodowej świadomości na temat zbrodni wołyńskiej, natomiast nie przełożyła się ona ani na osłabienie Rosji, ani na poprawę bezpieczeństwa Polski, ani na usprawnienie wymiany sprzętu wojskowego z Ukrainą.

Symbolika UPA i spór o patronat „Kuki”

Tracz przywołał przykład, który — jego zdaniem — przeszedł w Polsce niezauważony: w marcu tego roku jedna z jednostek szkolących operatorów bezzałogowych statków na Ukrainie otrzymała patronat postaci określanej jako „Kuka”, zastępcy Romana Szuchewycza z lat czterdziestych i jednego z dowódców UPA. Wolontariusz zaznaczył, że jako Polak nie uważa, by tego rodzaju postacie powinny być czczone, ale ocenił, że symbolika UPA jest na Ukrainie wszędzie i nie jest to nic nowego. Przywołał rozmowę z Ukraińcem, który porównał Stepana Banderę do Józefa Piłsudskiego — jako postać, która dała jego narodowi nadzieję, niezależnie od trudnej historii. Zauważył, że nie całe UPA pomagało nazistom i nie całe UPA mordowało Polaków, a to, co zostało w pamięci Ukraińców, to fakt, że UPA walczyło z Sowietami — to jest dla nich najważniejsze do dziś i tę pamięć pielęgnują, wybierając z historii to, co daje im nadzieję na przyszłość. Podkreślił, że wie, co UPA zrobiła Polakom i że jest to dla niego bolesne, ale uważa, że na poziomie codziennej współpracy humanitarnej i wojskowej temat historii pojawia się rzadko, w przeciwieństwie na przykład do jego wcześniejszych rozmów z Rosjanami (gdy pracował w Rosji jako instruktor sportu), którzy odmawiali uznania nawet daty wybuchu II wojny światowej. Zaznaczył, że wielu Ukraińców, gdy prosi ich o schowanie czerwono-czarnych flag UPA, reaguje ze zrozumieniem, mówiąc „Polacy są z nami”. Jego zdaniem rozliczenie z przeszłością powinno pozostać w rękach najmądrzejszych historyków, a politycy powinni trzymać się od tego tematu z daleka, bo na poziomie pomocy humanitarnej i wojskowej rozmowa o Wołyniu nie zmienia niczego w przyszłości — a wręcz, jak stwierdził, „strasznie to brzmi”, ale porzucenie tego tematu może wpłynąć na przyszłość na lepsze.

Ukraiński Panteon Narodowy i przyszłość rozliczenia z historią

Odnosząc się do przyjętej przez Radę Najwyższą Ukrainy ustawy o Panteonie Bohaterów Narodowych, w którym mają się znaleźć postacie uznawane w Polsce za zbrodniarzy i ludobójców, Tracz wyraził przekonanie, że Ukraina w przyszłości będzie musiała odsunąć na bok takie postaci, jeśli chce wejść do Unii Europejskiej — ale nie stanie się to teraz, ponieważ priorytetem władz ukraińskich jest obecnie bezpieczeństwo kraju. Dodał, że Zełenski walczy o własne notowania i będzie podejmował decyzje niewygodne dla Polski, by przetrwać politycznie.

Codzienność wojny: czarny humor, egzekucje na oczach kamer i normalność w Kijowie

Wolontariusz opisał realia pracy w punktach dowodzenia blisko linii frontu — tzw. ofisach, podziemnych stanowiskach z dostępem do dziesiątek monitorów z podglądem z dronów oraz do baz danych systemów wojskowych Delta i Wiraż — gdzie na żywo obserwuje się śmierć, rosyjską i ukraińską. Według niego panujący tam czarny humor i żarty w obliczu tragedii są mechanizmem obronnym niezbędnym do zachowania równowagi psychicznej, ponieważ żołnierze, jak zaznaczył, nie walczą z „Rosjaninem”, lecz z „okupantem, terrorystą” i posługują się przy tym inwektywami. Opowiedział o pilotce dronów o pseudonimie Trinity, 22-letniej studentce prawa walczącej od dwóch lat, która po powrocie z pozycji, informując, że tego dnia zabito 14 przeciwników, określiła to jako „świetny dzień” i zapytała, czy zrobić komuś kawę. Przywołał też scenę z nagrania z drona pokazywanego mu przez dowódcę jednostki, na którym żołnierz po ataku dronowym czyszczącym teren dokonuje egzekucji trzech rannych, wciąż żywych rosyjskich żołnierzy na miejscu — Tracz zaznaczył, że jeńców bierze się tylko wtedy, gdy jest to potrzebne do wymiany. Zwrócił uwagę na kontrast między tymi doświadczeniami a codziennością w Kijowie, gdzie mieszkańcy przyzwyczaili się do alarmów przeciwlotniczych (aplikację ostrzegawczą Trivoga wyłącza się w telefonie), kontynuują życie towarzyskie — dzieci bawią się na placach zabaw, ludzie jedzą lody i pizzę, mimo że kilka ulic dalej coś wybucha — a żołnierze wracający z frontu, oddaleni 30 km od linii walk, chodzą na dyskoteki. Ocenił, że właśnie ta odporność psychiczna społeczeństwa, brak poddania się strachowi z pierwszych miesięcy wojny, jest jednym z powodów, dla których Ukraina nie została dotąd pokonana. Dodał przy tym osobisty przykład — w pierwszym miesiącu wojny we Lwowie spał w butach, w gotowości do ewakuacji z plecakiem pod ręką, a dziś na alarm reaguje już obojętnie.

Korupcja, braki zaopatrzenia i zdrady na froncie

Tracz nie ukrywał, że wojna ujawniła też patologie po stronie ukraińskiej. Opisał sytuację z Pokrowska z okresu, gdy front był już zaledwie 8 km od miasta i słychać było odgłosy wybuchów — a mimo to lokalne władze sadziły świeże kwiaty na rondach i malowały pasy na drogach, zamiast inwestować czas i środki w okopy, umocnienia i barykady, co ocenił jako absurd wynikający z konieczności rozliczenia przyznanych na ten cel pieniędzy. Zwrócił uwagę, że żołnierze na froncie bywają zmuszeni korzystać z jednego kompletu ubrań przez pół roku, a w jednostkach brakuje antybiotyków, morfiny i innych podstawowych środków medycznych — nazwał to „odłamkami wojny”, czyli konsekwencjami wielkiej eksplozji, która rani społeczeństwo w każdym aspekcie życia. Opowiedział również o przypadku zdrady — ukraiński żołnierz, przekupiony przez stronę rosyjską za pieniądze, przekazał informacje o lokalizacji bazy jednego z batalionów, którą zespół Tracza odwiedził na noc krótko przed jej zniszczeniem przez rosyjski ostrzał balistyczny; ewakuacja obiektu powiodła się w ostatniej chwili, a Tracz przyznał, że długo obawiał się, że to jego zespół nieświadomie „przywiózł ogon” — na przykład poprzez śledzenie telefonów czy podłożony czujnik GPS. Zaznaczył, że takie zdrady, choć stanowią margines, zdarzają się, bo w każdym dużym społeczeństwie znajdą się jednostki podatne na przekupienie, czym bez skrupułów moralnych żywią się rosyjskie służby.

Żduni i podzielone społeczeństwo wschodniej Ukrainy

Wolontariusz opisał zjawisko określane jako „żduni” — mieszkańców wschodniej Ukrainy, zwłaszcza starszego pokolenia bez dostępu do niezależnych informacji (za to w zasięgu silnych sygnałów rosyjskich mediów radiowych i telewizyjnych), wciąż czekających na tzw. ruski mir i wyzwolenie przez Rosję. Wspomniał też o zjawisku donoszenia na wolontariuszy i dziennikarzy przez część miejscowej ludności w zamian za pieniądze wypłacane przez stronę rosyjską. Podał przykład starszego, około 80-letniego mężczyzny w Chersoniu (listopad/grudzień 2022), którego dom został częściowo zniszczony przez rosyjski ostrzał gradowy z lewego, wciąż rosyjskiego brzegu Dniepru — mężczyzna mimo to odmówił pomocy medycznej i ewakuacji, deklarując, że czeka na wyzwolenie przez syna, który znajduje się na rosyjskim brzegu. Tracz opisał też zasady bezpieczeństwa, jakich jego zespół przestrzega w rejonach przyfrontowych na Donbasie, np. w okolicach Kramatorska i Słowiańska — unikanie rozmów po angielsku i w ogóle rozmów w miejscach publicznych po zmroku, zasłanianie okien czarną folią, niebranie autostopowiczów, unikanie kontaktu z lokalną ludnością i kontakt wyłącznie z wojskiem — zaznaczając, że żołnierzom ciężko walczyć w miejscu, które w jakimś stopniu im nie ufa.

Sieć wolontariatu, rywalizacja i wymiana barterowa

Tracz opowiedział o funkcjonującej na Ukrainie nieformalnej sieci kontaktów między wolontariuszami z różnych krajów, którzy pomagają sobie wzajemnie realizować konkretne potrzeby — np. przez wymianę barterową, w której kamizelkę kuloodporną wymienia się na kilka hełmów, albo poprzez proste zgłoszenia w grupach na komunikatorach typu „potrzebuję palety żywności” czy „potrzebuję pieluch”. Zauważył, że o ile na początku wojny z Polski wyjechało kilka tysięcy wolontariuszy, to z czasem, gdy wojna „znudziła” społeczeństwo (Tracz określił to słowo jako „paskudne”, ale opisujące rzeczywistość), środowisko wolontariackie znacznie się przerzedziło i pozostały w nim głównie osoby najbardziej wytrwałe, mające jasno określony cel. Przyznał, że wśród wolontariuszy zdarza się rywalizacja, wynikająca ze zwykłych ludzkich potrzeb bycia ważniejszym i skuteczniejszym, ale ocenił ją pozytywnie, o ile nie prowadzi do wzajemnego szkodzenia sobie, bo ostatecznie na tej rywalizacji zyskują żołnierze, którym pomaga się w większej liczbie.

Znajomości na froncie i emocjonalny wymiar pomocy

Wolontariusz podkreślił, że przywożony przez niego sprzęt jest dla żołnierzy ważny, ale równie istotne bywa wsparcie mentalne i poczucie, że ktoś w nich wierzy. Opowiedział o koledze z frontu, który wieczorem przed wyjściem na patrol pokazywał mu na telefonie nagranie swojej córki tańczącej w zespole tanecznym — a rano jego dowódca, prowadząc obserwację z drona, pokazywał Traczowi tego samego żołnierza czyszczącego teren po ataku dronowym. Skontrastował to ze swoimi obserwacjami po powrocie do Polski — poczuciem niedowierzania, że sceny, których był świadkiem na żywo dzień wcześniej, dzieją się naprawdę.

Rekrutacja i wykorzystanie umiejętności żołnierzy

Na pytanie o wiek i profil żołnierzy walczących na Ukrainie Tracz odpowiedział, że mieści się on w przedziale od 18 do 60 lat, a wśród żołnierzy są lekarze, rolnicy, medycy, prawnicy i kierowcy — czyli zwykli ludzie, jakich można spotkać codziennie na ulicach Warszawy. Zauważył, że w pierwszym roku wojny system rekrutacji często nieefektywnie przydzielał ludzi do zadań niezgodnych z ich umiejętnościami — np. doświadczonego pilota dronów wysyłano na szturm, a osobę nieumiejącą prowadzić ciężarówki przydzielano do transportu. Ocenił, że z czasem ten proces się poprawia z konieczności przetrwania. Zwrócił uwagę na różnice w warunkach między formacjami — żołnierze jednostek wywiadu wojskowego (HUR) i SBU, prowadzący bardziej taktyczne operacje (np. w głębi terytorium Rosji), są lepiej opłacani i traktowani z większą partnerską relacją ze strony dowódców niż w klasycznej armii.

Opinie żołnierzy o władzy i o rezygnacji z walki o Donbas

Tracz zaznaczył, że na linii frontu żołnierze rzadko rozmawiają o polityce czy relacjach polsko-ukraińskich, skupiając się na bieżącym przetrwaniu. Wśród żołnierzy panują bardzo różne, czasem skrajne opinie o Zełenskim — od określania go bohaterem do otwartej krytyki — ale mimo różnic razem broniący jednego odcinka frontu żołnierze sobie pomagają, uznając bezpieczeństwo za priorytet nadrzędny wobec podziałów politycznych. Na pytanie, czy żołnierze nie czują, że dalsza walka o Donbas, gdzie pozostali głównie mieszkańcy czekający na „wyzwolenie” przez Rosję, jest already bezcelowa kosztem życia młodych ludzi, Tracz odpowiedział, że opinie wśród samych żołnierzy są podzielone — część uważa, że bez oddania Donbasu wojna się nie zakończy, inni wskazują na historyczne rosyjskie osiedlenie tych terenów. Niezależnie od osobistych opinii, żołnierze wykonują rozkazy. Ocenił, że Ukraina nie zakończy wojny, odzyskując wszystkie okupowane terytoria.

Zmiana poglądów Ukraińców po wybuchu wojny

Wolontariusz przytoczył rozmowę ze znajomym Ukraińcem mieszkającym już dłużej w Polsce, który przyznał, że przed wojną głosował na partie prorosyjskie, uważając integrację z Europą za nierealną, podczas gdy jego dzieci głosowały na partie prounijne — po wybuchu wojny mężczyzna przeprosił swoje dzieci, uznając, że Rosja pokazała swoje prawdziwe oblicze wobec „braterskiego” narodu. Tracz przywołał też opinię usłyszaną od Ukraińców w pierwszym roku wojny, że wybór dla ich kraju sprowadza się do bycia „pod butem Rosji” albo w „amerykańskim śnie” — i że wolą to drugie. Zwykli Ukraińcy, według jego doświadczeń, chcą przyszłości podobnej do tej, jaką ma Polska — europejskiej.

Rywalizacja gospodarcza po wojnie

Na uwagę, że wzmocniona wojną Ukraina może chcieć budować własną, środkowoeuropejską pozycję konkurencyjną wobec Polski, Tracz odpowiedział, że obecnie priorytetem obu krajów jest bezpieczeństwo wobec zagrożenia rosyjskiego, natomiast po zakończeniu wojny państwa będą ze sobą konkurować gospodarczo — np. w sektorze rolnictwa, w którym rozwinięte ukraińskie rolnictwo może stanowić wyzwanie dla polskiego. Zaznaczył, że wolałby taką rywalizację gospodarczą niż jakąkolwiek formę rywalizacji militarnej.

Wojna ukraińska jako wojna polska?

Na pytanie, czy wojna ukraińska jest w jakimś sensie wojną polską, Tracz odpowiedział, że jest to przede wszystkim wojna ukraińsko-rosyjska, w którą Polska jest jednak zaangażowana ekonomicznie i politycznie, a Rosja prowadzi wobec Polski wojnę niekonwencjonalną, hybrydową — poprzez dezinformację, cyberatak i działania dywersyjne, przywołując przykład podpalenia hali na Marywilskiej, w którym uczestniczyli między innymi obywatele Ukrainy zwerbowani przez służby rosyjskie i białoruskie, oraz wcześniejsze akty dywersji na kolei. Ostrzegł, że kwestią czasu mogą być kolejne incydenty w Polsce — wyłączenia internetu i prądu, pożary infrastruktury (np. rafinerii) czy zatrucie wody w metrze — których odpowiedzialność, mimo braku bezpośrednich dowodów, będzie zwykle wskazywać na Kreml, posługując się przy tym powiedzeniem: „jak coś śmierdzi Kremlem, to pewnie jest Kremla”.

Wątki dotyczące ukraińskich imigrantów w Polsce

Tracz zaznaczył, że nie należy obarczać całego narodu ukraińskiego incydentami patologicznymi dotyczącymi części imigrantów w Polsce, porównując to zjawisko do wcześniejszej krytyki polskich emigrantów w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Podkreślił, że większość Ukraińców w Polsce dobrze pracuje, płaci podatki i jest zasymilowana, a odsetek osób łamiących prawo znajduje się w każdym społeczeństwie. Zaznaczył jednak, że część incydentów przestępczych i dywersyjnych jest celowo wykorzystywana przez rosyjskie i białoruskie służby specjalne, które łatwo werbują osoby w trudnej sytuacji życiowej (np. osoby uzależnione). Przywołał też przykład znajomego Ukraińca prowadzącego warsztat samochodowy w Poznaniu, który uciekł z Charkowa i odmówił zaangażowania się w pomoc, mówiąc, że to nie jego wojna — zaznaczając jednak, że jest to odosobniony przypadek, a większość znanych mu Ukraińców w Polsce stara się pomagać na tyle, na ile mogą; są też tacy, którzy z powodu przeżytych traum nie są w stanie się zaangażować.

Order Orła Białego, dżaweliny i zakaz przewozu wojennych artefaktów

W kontekście rozmowy o odznaczeniach Tracz wspomniał, że przywoził na Ukrainę m.in. prezydent Gdańska Aleksandrę Dulkiewicz z dedykacją dla żołnierzy ukraińskich, a w jego gabinecie stoi pusty łuska po jednym z pierwszych dżawelinów przekazanych Ukrainie. Zaznaczył, że w pierwszym roku wojny można było przywozić więcej wojennych artefaktów (np. stary hełm stalowy po sowietach czy paczki żywnościowe po wypędzonych z Charkowa Rosjanach), natomiast po ustanowieniu embarga na transport przedmiotów związanych z militariami takie pamiątki nie mogą już być swobodnie przewożone.

Ekonomia Ukrainy w czasie wojny

Odnosząc się do obserwacji, że niektóre ukraińskie miasta rozkwitają, jakby wojna napędzała ich gospodarkę, Tracz zaznaczył, że w jego ocenie Ukraina bez zewnętrznej pomocy finansowej upadłaby, nie będąc w stanie samodzielnie utrzymać prowadzenia wojny.

Kariera sportowa: 25 lat w wyścigach psich zaprzęgów

W końcowej części rozmowy Tracz opowiedział o swojej karierze sportowej, którą zajmuje się od 25 lat. Do dyscypliny — biegów zaprzęgowych z psami typu Grayster (mieszanka wyżła i harta), poruszających się z prędkością do 50 km/h — trafił przypadkowo, poprzez pierwszego prywatnego psa rasy husky, z którym początkowo biegał i jeździł na rowerze. Wielokrotny mistrz świata i Europy wspominał, że pierwszy wyjazd na mistrzostwa świata w Ameryce Północnej w 2009 roku sfinansował ze sprzedaży własnej kawalerki — pierwszy wyścig przegrał, ale podczas drugiego pobytu, dzięki pozostałym środkom, wygrał dwa złote medale mistrzostw świata jako pierwszy reprezentujący Polskę zawodnik w tej części świata. Po powrocie do kraju otrzymał za to osiągnięcie dyplom i nagrodę finansową w wysokości 960 zł brutto. Zwrócił uwagę, że dyscyplina straciła w Polsce status sportu olimpijskiego/ministerialnego w 2019 roku i funkcjonuje obecnie jako sport powszechny, mimo posiadania około 700 wydanych licencji zawodniczych w kraju. Podkreślił, że w tym sporcie nie można zmuszać zwierząt do startu — psy muszą chcieć biegać samodzielnie, a z jego 12 psów zaprzęgowych tylko jeden odmawia biegu w zaprzęgu, wybierając bieganie wolne obok niego. Dodał, że zawodnicy ludzcy i ich psy są regularnie testowani przez Światową Agencję Antydopingową (WADA), a start na zawodach międzynarodowych, w których bierze udział nawet 1400 zawodników z ponad 40 krajów, nie jest związany z nagrodami finansowymi, lecz z prestiżem tytułu mistrza świata. Swój dochód z tego sportu zapewnia sobie poprzez rozpoznawalność, szkolenie psów i zawodników, własną markę sprzętu oraz sponsorów.

Zakończenie: napięcie polityczne, nie wojna między narodami

Na zakończenie rozmowy Tracz podsumował, że Polska i Ukraina nie są ze sobą w stanie wojny, a jedynie w stanie napięcia politycznego, podsycanego przez polityków i siły zewnętrzne, z którym oba narody muszą sobie mądrze radzić.


Rozmowę przeprowadziła Karolina Pajączkowska. Materiał dostępny na kanale Super Express na YouTube, liczącym 1,28 mln subskrybentów. Opublikowany 4 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *