Igor Tracz, wolontariusz jeżdżący z konwojami pomocowymi na Ukrainę, opowiedział Marcinowi Strzyżewskiemu o swoim niedawnym, 105. konwoju, który objął odcinek charkowski oraz tereny bliżej Kramatorska. Rozmowa dotyczyła nowego rosyjskiego drona Gerań-5, zmieniającej się skuteczności ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, sytuacji frontowej pod Pokrowskiem i Kramatorskiem oraz dramatycznego epizodu podczas dostarczania pomocy do domu opieki na północy Charkowa.
Gerań-5 — dron, który wygląda jak pocisk manewrujący
Tracz opisał, jak wraz z zespołem spędził wiele godzin przy ukraińskich radarach, obserwując na żywo nocny nalot na Kijów przeprowadzany za pomocą dronów Gerań-5 — droższych od poprzedników, ale niosących znacznie większy ładunek, latających na większym pułapie i, przede wszystkim, ze znacznie wyższą prędkością, przez co fizycznie przypominają bardziej pocisk manewrujący niż klasycznego drona. Zaznaczył, że obserwowane na radarze prędkości sięgały 600–900 kilometrów na godzinę, podczas gdy wcześniejsze, tłokowe Szahedy latały z prędkością zaledwie 100–200 kilometrów na godzinę.
Ta różnica ma kluczowe znaczenie dla ukraińskiej obrony — skuteczne dotąd, tanie drony przechwytujące, osiągające prędkości 300–350 kilometrów na godzinę, nie są w stanie dogonić Geraniów-5. Tracz relacjonował, że osobiście widział próbę przechwycenia takiego drona przez jeden z oddziałów obsługujących interceptory — maszyny wracały bez osiągnięcia celu, ponieważ przeciwnik był po prostu zbyt szybki. Strzyżewski zwrócił uwagę, że w odróżnieniu od rakiety, koszt przechwytującego drona, który wraca bez trafienia, nie jest bezpowrotnie stracony.
W odpowiedzi na ten problem Ukraińcy zaczęli częściej podrywać samoloty myśliwskie wyposażone w działka pokładowe, strącając Gerany ogniem lufowym — ponieważ zarówno rakiety powietrze-powietrze, jak i same samoloty są ograniczonym zasobem, znacznie droższym od atakujących dronów. Tracz opisał obserwowany nalot: Gerany wystrzeliwano z terytorium Rosji dwoma równoległymi korytarzami, z których jeden przebiegał niemal wzdłuż granicy z Białorusią — nie wchodząc w białoruską przestrzeń powietrzną, ale wykorzystując znajdujące się tam retransmitery zwiększające zasięg i precyzję ataków. Część dronów leciała bezpośrednio na Kijów, część okrążała miasto od południa, a część kierowała się w inne rejony Ukrainy. Nalot rozpoczął się około godziny 21–22 i przebiegał w kilku falach po kilkadziesiąt sztuk.
Ograniczone możliwości ukraińskiego lotnictwa
Strzyżewski zwrócił uwagę, że dostępne w internecie dane mówią o 120–150 ukraińskich myśliwcach, ale liczba ta niewiele mówi o realnej gotowości bojowej — część maszyn została już utracona, a żadna armia na świecie nie utrzymuje stuprocentowej gotowości floty. Ocenił, że optymistycznym wariantem byłoby 80–90 sprawnych samolotów, choć Tracz zasugerował, że w rejonie największej intensyfikacji nalotów, czyli obwodzie kijowskim, realna liczba dostępnych maszyn może być jeszcze niższa.
Tracz opisał swoje wrażenia z porannego Kijowa po nocnym nalocie — w wielu miejscach miasta widoczne były pożary, mimo że codzienne życie toczyło się dalej: ludzie jechali do pracy, dzieci szły do szkoły, sklepy działały. Ocenił, że Rosja przed zimą robi wszystko, by maksymalnie osłabić ukraińską energetykę, a rozwój technologii wojskowej po obu stronach frontu postępuje w zawrotnym tempie — interceptory uznawane za przełomowe jeszcze miesiąc wcześniej dziś tracą częściowo swoją skuteczność wobec nowych zagrożeń.
Wojna kosztów: dlaczego trudno zatrzymać produkcję Geraniów
Strzyżewski przywołał wypowiedź założyciela firmy Firepoint, pytanego, dlaczego nie atakuje się intensywniej fabryki dronów w Ałabudze w Tatarstanie — odpowiedział on, że produkcja tego typu dronów jest na tyle prosta, że jej odbudowa w innym miejscu po ataku nie stanowi większego problemu. Strzyżewski zwrócił też uwagę na pytania widzów o ewentualne wsparcie Ukrainy polskimi przenośnymi zestawami przeciwlotniczymi Piorun — po analizie ocenił, że nawet cała roczna polska produkcja starczyłaby jedynie na krótki czas, biorąc pod uwagę skalę rosyjskich ataków — w samym sierpniu Rosja wystrzeliła 2800 dronów odrzutowych, a niewiele krajów dysponuje porównywalnym tempem produkcji własnych środków przeciwlotniczych.
Rozmówcy zgodzili się, że fundamentalny problem tkwi w asymetrii kosztów — produkcja precyzyjnej rakiety przeciwlotniczej, która musi trafić w poruszający się, manewrujący cel, jest z definicji droższa i bardziej skomplikowana niż produkcja bezzałogowca mającego jedynie dolecieć w rejon miasta. Tracz zauważył, że obecnie po stronie ukraińskiej brakuje prostej, taniej i masowej „tarczy” wobec tego zagrożenia, na co Strzyżewski odpowiedział przywołaniem popularnej wśród rosyjskojęzycznych komentatorów formuły, że nie ma sensu walczyć ze strzałami — trzeba walczyć z łucznikiem, czyli uderzać w źródło produkcji i logistykę, a nie same pociski.
Strzyżewski ocenił, że dotychczasowa kampania ataków na rosyjski transport morski na Morzu Czarnym i Azowskim była skuteczna, ale zniszczenie kluczowych węzłów logistycznych, takich jak most kolejowy, wymaga wielokrotnych trafień, zanim stanie się faktycznie nieprzejezdny — mimo to ocenił, że każde takie uderzenie zwiększa koszty wojny ponoszone przez Rosję, co w dłuższej perspektywie może okazać się dla niej nie do udźwignięcia. Przywołał przy tym niedawne doniesienia z rozmów w Moskwie, podczas których Władimir Putin miał zapewniać Jareda Kushnera o rychłym zdobyciu Donbasu — na co Kushner odpowiedzieć miał, że podobną deklarację słyszał już rok wcześniej i zapytał, jaka jest gwarancja, że za kolejny rok nie usłyszy tego samego.
Front pod Kramatorskiem: drony transportowe i niestabilna linia
Tracz relacjonował wizytę na zapleczu jednego z batalionów 67. Brygady Zmechanizowanej, pracującego na odcinku kramatorskim z tak zwanymi bomberami — dronami zrzucającymi niewielkie ładunki wybuchowe, o zasięgu do 20–30 kilometrów, które jednak, w odróżnieniu od jednorazowych dronów FPV, wracają do bazy. Koszt takiego drona wynosi od 70 do 150 tysięcy złotych, dlatego jego odzyskanie ma kluczowe znaczenie ekonomiczne. Drony te pełnią podwójną funkcję — oprócz zrzucania ładunków wybuchowych dostarczają żołnierzom na pierwszej linii baterie, leki, żywność i wodę.
Według obserwacji z systemu Delta linia frontu pod Pokrowskiem jest względnie stabilna na odległości 12–15 kilometrów od Kramatorska, natomiast małe rosyjskie grupy zwiadowcze, często liczące jedną lub dwie osoby wyposażone w drony FPV, potrafią wchodzić na obszar do około 8 kilometrów od miasta, skąd atakują cele w Kramatorsku i Słowiańsku. Tracz opisał ten pas jako niestabilny i płynny, gdzie pozycje obu stron potrafią się przenikać.
Rozmówca dowiedział się od dowódczyni jednego z batalionów, kapitan o imieniu Oksana, że strona rosyjska praktycznie nie dysponuje własnymi odpowiednikami ciężkich dronów transportowych, znanych jako „baba jaga”. Wynika to, jak ustalił, z dwóch przyczyn — Rosjanie nie inwestują w kosztowną, wymagającą stałej obsługi flotę dronów wielokrotnego użytku, wolą zamiast tego wykorzystywać liczne, tanie i jednorazowe drony FPV, a ponadto nie zapewniają swoim żołnierzom porównywalnego poziomu wsparcia logistycznego i medycznego jak strona ukraińska.
Taktyka wysuniętych grup i „deska w blindażu”
Strzyżewski zapytał o taktykę, w której ukraińska piechota wysuwa się lekko uzbrojona do przodu, a dopiero na miejscu doposaża się w sprzęt dostarczany przez drony transportowe. Tracz potwierdził, że wielokrotnie dostarczał w ten sposób zaopatrzenie, w tym specjalną wodę mineralną pakowaną w niewielkie, wytrzymałe woreczki, ułatwiające transport dronem bez ryzyka rozerwania opakowania. Przywołał też anegdotę usłyszaną wcześniej od jednego z żołnierzy — najważniejszym elementem wyposażenia blindażu miała być zwykła deska, wystawiana na zewnątrz jako platforma lądowania dla drona transportowego, dzięki czemu żołnierz nie musi wystawiać głowy ani ciała poza osłonę.
Dramatyczny epizod na północy Charkowa
Tracz opisał sytuację, która go szczególnie zaskoczyła — mimo wcześniejszego doświadczenia i przygotowania na ryzyko, jechał samochodem w północną, miejską część Charkowa, do znanego wcześniej jego zespołowi obozu dla osób przesiedlonych. Towarzyszący mu ukraińscy żołnierze odmówili udziału w wyjeździe, ostrzegając przed dużą liczbą dronów FPV w tym rejonie — w odróżnieniu od centrum i południa miasta, które funkcjonują względnie normalnie, jeśli nie liczyć okresowych nalotów pociskami KAB czy Szahedami.
Już po wjechaniu w kilka przecznic północnej części miasta, niemal całkowicie wyludnionej, detektory dronów w samochodzie zaczęły wykrywać sygnały FPV — w ciągu pierwszych pięciu minut naliczono co najmniej pięć różnych dronów na różnych częstotliwościach. Zespół, przekonany wcześniej o względnym bezpieczeństwie trasy, nie zdążył założyć kamizelek ani hełmów, leżących z tyłu pojazdu — jedynym zabezpieczeniem pozostał pistolet antydronowy z siecią. W drodze do celu doszło do trzech wyraźnych eksplozji w odległości 100–200 metrów od samochodu.
Celem podróży był dom opieki dla osób przesiedlonych, w stanie w większości paliatywnym, obsługiwany przez trzech opiekunów, w tym 62-letniego wolontariusza z Chicago, Christophera. Zespół Tracza przeprowadził na miejscu doraźne szkolenie z udzielania pierwszej pomocy w przypadku obrażeń odłamkowych, o które prosił personel placówki, nieprzeszkolony w tym zakresie. Podczas pobytu, trwającego ponad godzinę, słyszalne były kolejne eksplozje. Mieszkańcy domu opieki nie wykazywali chęci ewakuacji — częściowo z powodu przyzwyczajenia do sytuacji, częściowo z powodu wieku i stanu zdrowia. Tracz zaznaczył, że sam przyjazd zespołu mógł stanowić dodatkowe zagrożenie dla placówki — pojazd mógł zostać błędnie zidentyfikowany przez rosyjskie drony jako transport wojskowy, co mogłoby uczynić budynek celem ataku, dlatego zadeklarował, że nie będzie już powtarzał takiej dostawy w tym miejscu.
Analizując skalę zagrożenia, Tracz wskazał, że miejsce to znajduje się około 28 kilometrów od stabilnej linii frontu oraz 18–20 kilometrów od pozycji, do których potrafią docierać małe rosyjskie grupy wypuszczające drony FPV — a używane w samochodzie detektory wykrywają jedynie część zagrożenia, ponieważ nie są w stanie zarejestrować dronów sterowanych po światłowodzie. Ocenił, że skala tego zagrożenia będzie w najbliższym czasie rosła wraz z rozwojem technologii po obu stronach frontu, pozwalającej dronom operować na coraz większych odległościach od linii kontaktu.
Miny narzutowe i zniszczone stacje paliw
Strzyżewski wspomniał o rosnącym zagrożeniu również na południowej obwodnicy Charkowa, gdzie coraz częściej pojawiają się drony patrolowo-uderzeniowe określane jako „żduny”. Tracz przekazał również informację uzyskaną bezpośrednio od żołnierzy o zatrzymaniu dywersantów rozrzucających w nocy z ciężarówki miny narzutowe na odcinku drogi Izium, dotąd uznawanym za relatywnie bezpieczny — co jego zdaniem pokazuje skalę ryzyka nawet na pozornie spokojnych trasach, gdzie zwykłe cywilne samochody nie oferują żadnej ochrony przed takim zagrożeniem.
Odnosząc się do infrastruktury paliwowej, Tracz opisał, że na odcinku Połtawa–Charków, liczącym około 200 kilometrów, podczas poszukiwań stacji do zatankowania natrafiono na zaledwie dwie czynne stacje benzynowe, jedną uszkodzoną, ale wciąż działającą, oraz około 20 spalonych i zniszczonych — efekt ataków dronami typu Lancet oraz pociskami KAB, wymierzonych w cele zbyt oddalone od linii frontu, by mogły być atakowane bezpośrednio dronami FPV.
Podsumowanie wyjazdu
Tracz podsumował swój 105. konwój jako intensywne siedem dni, obejmujące dwie nieprzespane noce i pięć tysięcy przejechanych kilometrów, pełne bezpośrednich starć z nową rzeczywistością technologiczną wojny — oceniając, że zespołowi towarzyszyło też sporo szczęścia. Zapowiedział kolejny, 106. konwój za dwa lub trzy tygodnie, zaznaczając jednak, że sam w nim nie weźmie udziału ze względu na przygotowania do Mistrzostw Świata w zapasach, na które wyjeżdża do Szwecji.
Materiał „Na północy Charkowa roi się od dronów, rozmowa z Igorem Traczem” ukazał się na kanale Marcina Strzyżewskiego (172 tys. subskrybentów) 20 września 2026 roku.