Zbigniew Parafianowicz w komentarzu do doniesień brytyjskiego „Daily Telegraph” ocenia, czy Rosja rzeczywiście chce wykorzystać rozmowy o rozejmie na Ukrainie do rozbrojenia wschodniej flanki NATO, w tym Polski. Jego zdaniem to żądanie nie jest nowe. Służy do skomplikowania negocjacji, wykazania „dobrej woli” Moskwy wobec Donalda Trumpa i zbudowania narracji, że pokoju nie chcą Ukraina i Europa.
Żądanie sprzed wojny w nowym opakowaniu
Brytyjski dziennik napisał, że Rosjanie chcą wykorzystać rozmowy o rozejmie, aby rozbroić wschodnią flankę Sojuszu. Parafianowicz przypomina, że warunek demilitaryzacji nie jest zupełnie nowy. Rosja próbowała go przekazać zachodnim dyplomatom na długo przed rozpoczęciem wojny na dużą skalę. Po raz pierwszy sformułowała go na piśmie w grudniu 2021 roku podczas spotkania z Amerykanami w Genewie, w dokumencie znanym jako memorandum Gruszko. Jedni nazywali je ultimatum rozbrojeniowym, inni, przede wszystkim Rosjanie, projektem nowych traktatów o bezpieczeństwie w Europie.
Z punktu widzenia Polski komentator wskazuje w nim dwa kluczowe zapisy. Pierwszy zakładał demilitaryzację wschodniej flanki NATO. Chodziło o usunięcie wszystkich oddziałów Sojuszu, także amerykańskich, z Polski i państw bałtyckich oraz całej wojskowej infrastruktury amerykańskiej i natowskiej. Drugi wykluczał dalsze rozszerzanie NATO na państwa byłego ZSRR.
Rosjanie argumentowali, że to powrót do Aktu Stanowiącego z 1997 roku, który miał ukształtować nowy porządek bezpieczeństwa w Europie po zimnej wojnie. Twierdzą, że zawiera on jednoznaczne zapisy, iż wojska NATO, w tym amerykańskie, nie pojawią się na wschodniej flance. NATO odpowiada, że aneksja Krymu w 2014 roku, czyli zajęcie terytorium Ukrainy i zmiana granic, złamała zasadę nienaruszalną po 1945 roku. Zdaniem Sojuszu unieważniło to wszelkie porozumienia z Rosją zawarte po upadku ZSRR.
Zagmatwanie rozmów i dowód siły Sojuszu
Według Parafianowicza postulat demilitaryzacji wschodniej flanki, podobnie jak próba włączenia państw europejskich do negocjacji, to próba utrudnienia procesu i wprowadzenia nowych czynników, które go skomplikują. Dzięki temu łatwiej będzie wykazać złą wolę państw europejskich: Polski, państw bałtyckich i Finlandii, ale też całego NATO i całej Europy. Całość zaczyna przypominać raczej „negocjacjonizm” niż rozmowy prowadzone w dobrej wierze i nastawione na rezultat. Oba postulaty mają pokazać, że to Rosja chce pokoju i nowego ładu w Europie, a nie chcą go Zachód ani Ukraina.
Jednocześnie komentator widzi w tym żądaniu dowód, że Sojusz ma się dobrze i nie jest organizacją fasadową. Skoro Rosja domaga się wycofania sił amerykańskich, brytyjskich i francuskich, na przykład stacjonujących w Rumunii, oraz całego wzmocnienia po aneksji Krymu, to postrzega je jako coś groźnego dla Federacji Rosyjskiej.
Moskwa równocześnie zbroi Leningradzki Okręg Wojskowy. Parafianowicz przypomina, że stolicą obwodu leningradzkiego jest Petersburg. Militaryzacja tego regionu ma być rękawicą rzuconą NATO i pokazaniem intencji Kremla. Rosjanie instalują też głowice nuklearne na Białorusi, zacieśniają współpracę wojskową z Mińskiem i rozmieszczają wojska w Arktyce po rozszerzeniu NATO o Szwecję i Finlandię.
Komentator wyciąga z tego wniosek, że Moskwa realnie postrzega NATO jako groźną organizację z dużym potencjałem. Trzeba ją pokonać niewojenną drogą, poniżej progu wojny, przez dywersję albo negocjacje, które zmuszą europejską część Sojuszu do kapitulacji i wycofania sił amerykańskich oraz natowskich ze wschodniej flanki.
Spin o odrzuconych rozejmach
Równolegle do żądań demilitaryzacyjnych Parafianowicz dostrzega wyraźny spin, który jego zdaniem najpewniej płynie z Moskwy. Głosi on, że od początku wojny w 2022 roku żadnej propozycji rozejmowej nie chciała przede wszystkim Ukraina. Dowodem mają być rozmowy w Stambule i Ankarze z marca 2022 roku. Rosjanie spinują swoje artykuły także do znakomitych tytułów, takich jak „Financial Times”. Próbują przekonać, że to Ukraińcy stoją za przedłużającą się wojną, bo co najmniej dwukrotnie proponowano im korzystne rozwiązanie. Miało się to zdarzyć w marcu 2022 roku i latem 2023 roku, tuż przed ofensywą ukraińską na Zaporożu i Chersońszczyźnie.
Komentator uznaje tę wersję za mocno zmanipulowaną i rozbiera ją na szczegóły:
- W marcu 2022 roku Rosjanie stali pod Kijowem. Ukraińcy mieli się zgodzić na rozejm, neutralność, zrzeczenie się starań o wejście do NATO i zamrożenie statusu Krymu, o czym mówiono wówczas w perspektywie 100 lat.
- Miałoby to nastąpić w sytuacji, gdy oddziały rosyjskie stały pod Irpieniem i dokonały masakry w Buczy. Mówienie o rozejmie, gdy pod stolicą suwerennego państwa trwa obrona przed inwazją, to według niego kompletny absurd. Zarzut złej woli Ukraińców zupełnie nie trzyma się kupy.
- Rosjanie ostrzeliwali też Sałtiwkę, wschodnią blokową dzielnicę Charkowa. Stali w Cyrkunach, wsi pod Charkowem, i zagrażali drugiemu co do wielkości miastu Ukrainy. Ukraińcy szykowali się wtedy do kontrofensywy, która miała odepchnąć Rosjan spod Kijowa i Charkowa.
- Trudno oczekiwać, że Ukraina zgodziłaby się na niekorzystne porozumienia także jesienią 2022 roku, gdy odbijała Charkowszczyznę, a w listopadzie szła odbić Chersoń.
- Zwłaszcza rok 2023 jest tu kluczowy. Zełenski miał wtedy poczucie pełni sił i władzy oraz przekonanie, że może odbić ziemie do granic sprzed inwazji z lutego 2022 roku. Ruszył na Tokmak, w kierunku Bachmutu i próbował operacji na lewym brzegu Dniepru w rejonie Chersonia. Ofensywa się załamała, i od tego momentu pozycja negocjacyjna Ukraińców zaczęła się pogarszać.
Teza przedstawiana poważnym redakcjom zachodnioeuropejskich mediów, że to Ukraińcy odrzucali wszelkie propozycje rozejmowe od wiosny 2022 roku, jest według Parafianowicza ogromną manipulacją.
Rosja nie chce rozejmu, dopóki nie zdobędzie Donbasu
Komentator uważa, że Rosja nie chce rozejmu w tej chwili, przynajmniej dopóki nie zawojuje Donbasu albo dopóki Ukraina sama się go nie zrzeknie. Jednocześnie buduje dość kordialne relacje z Trumpem, więc nie może okazać złych intencji ani udowodnić, że bez Donbasu pokój jej nie interesuje. Stąd narracje o odrzuconych rozejmach w 2022 i 2023 roku. Stąd też nowe postulaty pod adresem NATO, czyli próba demilitaryzacji wschodniej flanki, już nie tylko Polski i państw bałtyckich, ale też Finlandii, Szwecji i niewykluczone, że Rumunii, którą Rosja postrzega jako sąsiada przez Morze Czarne.
Stąd wreszcie postulat włączenia Europy do rozmów. Europa ma stać się hamulcowym i czynnikiem sprzyjającym narracji, że to Rosja chce pokoju, a Europa go odrzuca, i to we współpracy z Ukrainą. To komunikat do Trumpa, który ma wykazać, że dobra wola leży po stronie rosyjskiej, a nie europejskiej czy ukraińskiej.
Niewykluczone, że ma z tym związek także uspokojenie w prowadzeniu przez Rosję działań dywersyjnych. W ostatnich tygodniach, najpewniej do wyborów w Stanach Zjednoczonych, można obserwować próbę wykazania, że Rosja nie jest państwem agresywnym, nie prowadzi podpaleń i ataków w Europie Zachodniej. Otwarte pozostaje pytanie, co stanie się po wyborach połówkowych. Trump najprawdopodobniej straci wtedy zainteresowanie budowaniem negocjacji wokół Ukrainy. Czy Rosja wróci wówczas do osłabiania Europy i jej woli współpracy z Ukrainą? Komentator nazywa to dziś poważnym dylematem.
Parafianowicz zwraca uwagę na rozdźwięk. Politycy europejscy od wielu tygodni głosili, że za chwilę dojdzie do gwałtownego zaostrzenia relacji z Rosją i że będzie ona prowadziła intensywne działania dywersyjne i sabotażowe przeciwko Europie. Tymczasem w ostatnich dniach i tygodniach widać „ofensywę miłości” Rosji pod adresem Trumpa i ofensywę otwartości Kremla wobec Stanów Zjednoczonych. Rodzi to konfuzję i pytania o to, z czego wynikały narracje o zbliżającym się dużym tąpnięciu w bezpieczeństwie. Komentator nie wyklucza, że po wyborach Rosjanie znów pokażą prawdziwą twarz i zintensyfikują dywersję.
Drugi poważny element analizy to mobilizacja. Od września pytano, czy Putin przeprowadzi ją na dużą skalę, uderzy ponownie od północy w Ukrainę lub spróbuje manewru przeciwko państwom bałtyckim. Na razie oficjalnej mobilizacji nie ma. Trwa mobilizacja ukryta, ale nie na skalę masową. Parafianowicz nie wyklucza, że do wyborów połówkowych także to jest elementem polityki szarmu wobec Trumpa, która ma pokazać, że to Rosja chce pokoju i działa w dobrej wierze, w przeciwieństwie do Europy Zachodniej i Ukrainy.
Fort Trump jako karta przetargowa
Wszystko to ma według komentatora przede wszystkim zdezorientować partnerów europejskich. Ma też doprowadzić do kompromitacji wizerunkowej Europy w oczach Stanów Zjednoczonych i do podziałów w Europie Zachodniej, aby rozważyła, czy ustępstwa wobec Rosji nie są dobrym pomysłem. Chodzi o próbę powrotu do Aktu Stanowiącego Rosja–NATO z 1997 roku. Jego zdaniem na to wszystko obliczone są obecne działania Putina i polityka szarmu wobec Trumpa.
Parafianowicz nie wyklucza, że Putin będzie dążył do tego, by także Fort Trump, czyli stała baza amerykańska w Polsce, stał się przedmiotem targu w rozmowach o przyszłości Ukrainy. Mówienie o demilitaryzacji wschodniej flanki NATO może być zapowiedzią, że Putin potraktuje stałą bazę w Polsce jako kartę w grze z Trumpem.
Z tego powodu wszystko, co dzieje się wokół demilitaryzacji wschodniej flanki, obecności wojsk NATO i amerykańskich w Polsce oraz w nowych państwach Sojuszu, takich jak Szwecja i Finlandia, jest dla nas kluczowe. Według komentatora jest to o wiele ważniejsze dla Polski niż bombardowania Kijowa i niż to, czy Ukraińcy przetrwają zimę i w jakim stanie będą rozmawiać z Rosjanami. W całym procesie negocjacyjnym, w grze między Rosją, Stanami Zjednoczonymi a Europą Zachodnią, z polskiego punktu widzenia kluczowe jest, czy Putinowi uda się rozbroić wschodnią flankę NATO.
Materiał „Putin chce wyjścia NATO z Polski. Negocjacje pokoju na Ukrainie I Parafianowicz I Tu i Teraz” opublikowany w ramach cyklu „Tu i Teraz” na kanale „Teraz WP” na YouTube, liczącym 29,5 tys. subskrybentów. Opublikowany 27 października 2026.