„Teatr polityczny”, który ma testować nastroje. Po co Putinowi wybory do Dumy — Ernest Wyciszkiewicz w podcaście „Po prostu Wschód”

Ernest Wyciszkiewicz, ekspert ds. rosyjskich i były dyrektor Centrum Mieroszewskiego, był gościem Piotra Pogorzelskiego w podcaście Polskiego Radia „Po prostu Wschód”. Rozmowa dotyczyła trwających w dniach 18–20 września wyborów do Dumy Państwowej, pierwszych od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Wyciszkiewicz wyjaśnił, po co dyktatorowi wybory, jak Kreml steruje wynikiem przez trzydniowe i elektroniczne głosowanie, dlaczego błyskawicznie usunięto z wyborów partię Jabłoko i jaką rolę mają odegrać weterani „specjalnej operacji wojskowej”. Mówił też o słabości rosyjskiej opozycji, losie małych przedsiębiorców poszkodowanych przez wojnę, stanie gospodarki przed zimą i o tym, dlaczego Rosja coraz częściej sięga po tanie narzędzia destabilizacji Polski i Europy. Pogorzelski zapowiedział, że w kolejnym odcinku porozmawia o Juliuszu Mieroszewskim i o tym, czy idea niepodległych Ukrainy, Litwy i Białorusi jest wciąż żywa w polskiej polityce wschodniej.

Po co dyktatorowi wybory?

Prowadzący przypomniał, że Rosjanie wybierają 450 deputowanych, połowę z ogólnokrajowych list partyjnych, a połowę w okręgach jednomandatowych. Wyciszkiewicz przyznał, że pytanie, po co dyktatorowi wybory, skoro ma wszystkie narzędzia władzy i kontroluje system represjami i propagandą, jest zasadne, tym bardziej że nie wiadomo nawet, jak je nazwać. Wskazał jednak kilka powodów. Pierwszym jest legitymizacja: autokrata co jakiś czas potrzebuje publicznego odnowienia mandatu. Drugim, chyba ważniejszym, jest zarządzanie elitami centralnymi i lokalnymi. Wybory są momentem sprawdzenia lojalności i skuteczności, bo wobec przedstawicieli partii formułuje się oczekiwania, a potem weryfikuje, na ile je spełnili. Pokazują też, jak wygląda konkurencja wewnątrz systemu, który nie jest jej pozbawiony, bo toczy się walka o pieniądze i wpływy. Kreml może w ten sposób sygnalizować, kogo docenia bardziej, a kogo mniej, przeprowadzać roszady i zmiany pokoleniowe, odsuwać jednych i wprowadzać obiecujących ludzi, dla których mandat bywa trampoliną do administracji prezydenta czy ministerstwa. Trzecim celem jest sygnał dla świata, że władze cieszą się poparciem społecznym, choć wszyscy wiedzą, że od dawna to teatr polityczny, a nie rzeczywiste wybory. Na uwagę Pogorzelskiego, że to drogie przedsięwzięcie w czasie, gdy pieniądze są potrzebne gdzie indziej, Wyciszkiewicz odpowiedział, że koszty racjonalizują innowacje. Głosowanie trwa trzy dni, a prawie 50 milionów spośród około 112 milionów wyborców miało dostęp do głosowania elektronicznego, co ironicznie nazwał „bardzo nowoczesnym podejściem”. Trzy dni oznaczają większe koszty, bo, jak się poprawił, „mamy tych obserwatorów, znaczy nie mamy obserwatorów, ale mamy komisje wyborcze”. Dają jednak większą swobodę ingerowania w wyniki, bo komisje liczą głosy każdego wieczoru. Głosowanie elektroniczne daje zaś tanie, praktycznie niemożliwe do zweryfikowania bez zewnętrznych audytorów narzędzie sterowania wynikiem. Korzyść z sygnału o zdolności Putina do kształtowania sceny politycznej jest dla władz bardzo cenna, bo propaganda i politycy będą później nieustannie podkreślać zdobyty mandat.

Nie instrukcja z góry, lecz wyścig regionów

Wyciszkiewicz zastrzegł, że błędem jest wyobrażanie sobie, iż Putin wysyła instrukcję, która rozchodzi się po regionach i ustala wyniki. Raczej formułuje się oczekiwanie, a potem trwa wewnętrzna rywalizacja regionów o to, kto lepiej „podkręci” wynik. Dodał, że wojna zmienia społeczno-polityczną geografię Rosji: do jednych regionów płyną pieniądze, z innych odpływają, a ludzie giną na froncie. Wybory są więc także sondą, którą władze wpuszczają do systemu, by zrozumieć, gdzie pojawiają się napięcia, obok własnych badań opinii. Ciekawy będzie wynik Jednej Rosji, która cztery lata temu uzyskała około 49 procent. Pogorzelski przytoczył „tak zwane sondaże” dające jej 50–51 procent, a Wyciszkiewicz zauważył, że w ostatnich miesiącach notowania wynosiły trzydzieści kilka procent. Skok do poziomu sprzed czterech lat może być przygotowaniem opinii publicznej do wyniku końcowego. Jego zdaniem, gdyby był autokratą, wysłałby sygnał, że partia władzy została delikatnie ukarana, bo trzeba wskazać winnego problemów społecznych. Tym łatwiej, że pozostałe partie też są partiami władzy, tylko w innym kostiumie.

Wybory pod karabinami na okupowanych terytoriach

Pogorzelski przypomniał, że na okupowanych terytoriach Ukrainy wyznaczono 11 okręgów jednomandatowych, choć wybory te są niezgodne z prawem międzynarodowym. Rosyjska propaganda chwali się nagraniami żołnierzy z karabinami chodzących za urnami. Wyciszkiewicz odpowiedział, że to absurdalne, ale symbolicznie konieczne, bo w wewnętrznym porządku prawnym i politycznym trzeba pokazać, że to „nasze ziemie”. Nie wywołuje to skutków prawnomiędzynarodowych, ale Zachód powinien być czujny, identyfikować wybranych tam deputowanych i obejmować ich sankcjami za kwestionowanie porządku międzynarodowego. Posłużą oni bowiem do legitymizacji aneksji, także w polityce zagranicznej. Ekspert wyobraził sobie deputowanego „wybranego” na terytorium Ukrainy, który w delegacji, niekoniecznie na Zachód, raczej na globalne Południe, reprezentuje Rosję jako przedstawiciel regionu, który według prawa międzynarodowego nie jest jej częścią. Zauważył, że skoro kontrola rosyjska opiera się tam na aparacie represji, wiadomo, że to teatr, a pokazywanie siły ma zrównoważyć informacje o buksującym froncie. Z perspektywy zewnętrznego obserwatora wojskowy pilnujący wyborów świadczy jednak raczej o słabości niż sile, bo w normalnych warunkach wybory po prostu się odbywają. Na uwagę prowadzącego, że w formalnie anektowanych obwodach zaporoskim i chersońskim wybory nie odbywają się na całym terytorium, Wyciszkiewicz odpowiedział, że to niuanse dla analityków. Dla rosyjskiej publiczności obraz musi być jednoznaczny, a aparat informacyjny dobrze sobie z tym radzi, bo w Rosji liczą się dziś przede wszystkim sprawy materialne, a nie nawet wybory.

Partie-marionetki i szczątkowy pluralizm

Pytany o pozostałe ugrupowania, Wyciszkiewicz wymienił komunistów z KPRF oraz partię Komuniści Rosji, stworzoną kiedyś po to, by ich „podszczypywać”. Wymienił też LDPR, wciąż w cieniu zmarłego Władimira Żyrinowskiego, bo trudno wskazać kogoś, kto mógłby go przyćmić. Na liście są również Nowi Ludzie, Rodina i Sprawiedliwa Rosja, a łącznie startuje chyba 11 partii. Przy 5-procentowym progu do Dumy wejdzie zapewne sześć lub siedem. Podkreślił, że Nowi Ludzie, Rodina i inne to narzędzia wymyślone na Kremlu, by wprowadzić pluralizm do „ekipy teatralnej”. Wybory to moment, by docenić jakieś środowisko i dać mu paliwo do rozwoju, sygnalizując budowę nowej konkurencji. Partie te świadomie biorą udział w spektaklu, choć niektórym doskwiera traktowanie ich jak marionetek Kremla, a ironizują na ten temat nawet systemowi dziennikarze, co według eksperta ludzie czytają. Pogorzelski zauważył, że komuniści istnieją od lat i nie są tworem epoki putinowskiej. Wyciszkiewicz odpowiedział, że Rodina miała zagospodarować nastroje nacjonalistyczne, a Nowi Ludzie klasę średnią i przedsiębiorców, którym nie odpowiadała partia Żyrinowskiego, „ani liberalna, ani demokratyczna”.

Jabłoko: zbyt szybki sukces, zbyt szybka reakcja

Za najciekawszy wątek kampanii Wyciszkiewicz uznał usunięcie z federalnych list partii Jabłoko. Jego zdaniem pokazało to, że władze projektują proces, ale nie mają pełnej kontroli nad wynikiem. Jabłoko uważano za martwą demokratyczną partię sprzed lat, której obecnego szefa nikt nie pamięta. Gdy jednak została dopuszczona do wyborów, nastąpiło nagłe społeczne wzmożenie, wykraczające daleko poza jej elektorat. Pogorzelski przypomniał nagrania młodzieży pozującej z jabłkami. Ekspert opisał to jako spontaniczną, szybką akcję społeczną, na którą państwo zareagowało równie szybko: kilka dni po rejestracji partię wyrejestrowano, czasem na kuriozalnych podstawach, m.in. praw autorskich i bezprawnego użycia sztucznej inteligencji. Prowadzący dodał przykłady: jednego z kandydatów oskarżono o naruszenie praw autorskich za zacytowanie Gromyki, „a nie wiadomo, czy on sobie tego życzył”, a inny przed laty opublikował zdjęcie Lemmy’ego z Motörhead z elementami przypominającymi nazistowskie, co uznano za propagandę nazizmu. Wyciszkiewicz wyjaśnił, że Jabłoko jako jedyne miało hasło „nie dla wojny”, więc mogło skanalizować ludzi niezadowolonych, którzy nie potrafią do końca tego nazwać i którym nie podoba się główne osiągnięcie polityczne Putina ostatnich lat. Władze zakładały, że pozwoli im to zmierzyć antywojenny elektorat na poziomie 3–7 procent. Byłoby to wygodne, bo pokazałoby pluralizm i zarazem dowiodło, że zdecydowana większość popiera „specjalną operację wojskową”. Najwyraźniej jednak szybkość, z jaką wokół Jabłoka zaczęły się gromadzić inne środowiska, i dynamiczna, organiczna, „nie w rosyjskim stylu” akcja w mediach społecznościowych, w której partia stała się symbolem sprzeciwu, wystraszyły Kreml. Wynik rzędu 11, 15 czy 20 procent, jaki wieszczyła część opozycji, byłby już zagrożeniem. Wyciszkiewicz przypuszcza, że spin doktorzy na Kremlu dyskutują, gdzie przebiega granica, i w połowie sierpnia, na miesiąc przed wyborami, pojawiła się czerwona flaga. Uznano, że lepiej uciąć sprawę od razu, kosztem pewnego rezonansu, niż ryzykować falę, z którą nie da się poradzić bez represji lub tak poważnych fałszerstw, że ściągnęłyby kłopoty. Pogorzelski uznał, że Kreml wyciągnął wnioski z Białorusi z 2020 roku, by nie fałszować wyborów zbyt jawnie, a ekspert dodał, że trzeba reagować z wyprzedzeniem. Pytany o kandydatów Jabłoka w okręgach jednomandatowych, zauważył, że w ostatnich dniach kilkunastu z nich też usunięto pod różnymi pretekstami. Nawet jeśli kilka osób wejdzie do Dumy, nie będzie to miało jakościowego znaczenia.

Jak Kreml nauczył się nie doceniać społeczeństwa

Wyciszkiewicz przypomniał historię okręgów jednomandatowych. W latach 90. system był taki sam jak dziś, ale okręgi zaczęły wynosić do Dumy osoby z regionów spoza kontroli Moskwy, więc po pierwszej kadencji Putina wprowadzono system czysto partyjny, pozwalający centralnie sterować obsadą mandatów. Po protestach na placu Błotnym spin doktorzy uznali, że trzeba „wpuścić trochę powietrza” i wrócili do systemu mieszanego, ale okręgi służą dziś de facto Jednej Rosji. W poprzednich wyborach, gdy listy partyjne nie dawały oczekiwanego wyniku, Jedna Rosja dostała w okręgach „prezent” w postaci większej liczby zwycięzców, a także w postaci głosowania elektronicznego, które po niesatysfakcjonujących wynikach fizycznych nagle zmieniało rezultat. Ekspert zauważył, że rosyjskie elity nie doceniają społecznego wymiaru polityki, czego przykładem jest niezrozumienie Ukrainy, pomarańczowej rewolucji i Euromajdanu. Pogorzelski ironicznie wtrącił, że „to byli Amerykanie”. Wyciszkiewicz odpowiedział, że to były organiczne procesy wynikające z niezadowolenia społecznego, których Kreml nie pojmuje i na które nakłada kalkę zewnętrznego sterowania. Stąd mechanizm „agentów zagranicznych”, którzy nie mogą kandydować, a tym mianem można kogoś obciążyć, by wykluczyć go z wyborów. Rosyjskie elity są przekonane, że demokracja na Zachodzie to tylko makijaż, pod którym wszyscy działają tak samo. Gdy widzą w społeczeństwie coś, czego nie potrafią odczytać, bo są zakładnikami własnych błędów i przekonań, sięgają po radykalne rozwiązania i błyskawicznie gaszą każde zarzewie sporu. Według eksperta coraz częściej władze muszą szybko gasić pożary lub potencjalne pożary, bo wojna radykalnie zmienia rosyjską gospodarkę i społeczeństwo, a same władze nie wiedzą, w którą stronę to zmierza. Badania opinii istnieją, ale zawsze trzeba na nie patrzeć z ograniczonym zaufaniem.

„Czas bohaterów”: nowe elity czy pozoranctwo?

Pogorzelski zauważył, że poza wychwalaniem „specjalnej operacji wojskowej” trudno wskazać tematy tej kampanii, a nową jej postacią byli „bohaterowie” tej operacji. Wyciszkiewicz omówił program „Wriemia Gierojew”, czyli „Czas bohaterów”. W rosyjskiej polityce toczy się dyskusja, co zrobić z szeroko pojętą grupą weteranów wracających z frontu, którzy z założenia mają być nowymi elitami. Program ma się nimi zaopiekować i w drodze swoistego castingu wyłonić osoby o największym potencjale do pełnienia funkcji publicznych w regionach czy w Dumie. Kilkadziesiąt takich osób umieszczono na listach. W dyskusjach pojawia się jednak zarzut, że to pozoranctwo podobne do samych wyborów: władze muszą pokazać, że interesują się tą grupą, by za chwilę ogłosić, że 50 czy 60 deputowanych to bohaterowie wojny. Jednocześnie widać obawę przed środowiskami szowinistycznymi i nacjonalistycznymi, na razie rozproszonymi wokół blogerów wojskowych i pozbawionymi reprezentanta, choć ktoś będzie chciał nim zostać. Kreml chce mieć nad nimi kontrolę, ale ta grupa nieustannie rośnie. Dziś ma pieniądze z wynagrodzeń i świadczeń socjalnych dla rodzin uczestników wojny, ale gdy przepływy się skończą, naturalnie zacznie się konsolidować i pytać, dlaczego państwo zapomina o „bohaterach”. Blogerzy z tego środowiska nie kryją niezadowolenia i widzą w programie sztuczne wyłanianie osób przychylnych władzy. Wyciszkiewicz uważa, że po pierwszym zawieszeniu broni, które prędzej czy później nastąpi, miliony ludzi w różny sposób wplecionych w wojnę będą szukać politycznej nagrody. Przypuszcza, że ten niewykorzystany potencjał dostrzeże raczej następca Putina, zastrzegając, że to spekulacja. Dziś nie ma partii, która by się nimi zajęła, a Jedna Rosja nie jest specjalnie ceniona. Ciekawe, czy władze wskażą ją jako częściowo winną, odbierając jej 5–10 procent, czy uznają to za zbędne. Celem jest bowiem utrzymanie większości konstytucyjnej, którą Jedna Rosja dziś ma, choćby po to, by po wyborach, gdy „kurz opadnie”, swobodniej przeprowadzić spekulowaną mobilizację.

Blogerzy wojskowi jako „checks and balances”

Pogorzelski zauważył, że blogerzy wojskowi mają wciąż swoją przestrzeń i informują o froncie uczciwiej niż władze, kwestionując rzekome zdobycze, które według Moskwy zdobywano już po pięć razy. Wyciszkiewicz przestrzegł przed kliszą, że władze trzymają wszystkich na krótkiej smyczy. Na początku wojny blogerów celowo wypuszczono, by tworzyli obraz zwycięskiej kampanii. To się nie udało, narosły frustracja i grupy interesu, a gigantyczne pieniądze idące na front są jednocześnie rozkradane. Blogerzy zdobywają informacje nie przed komputerem, nagrywając filmiki na Telegram, lecz będąc zaangażowani na miejscu. Dla władz są potrzebni, bo armia oficjalnymi kanałami zawsze przesyła na górę wygładzone meldunki, że wszystko idzie dobrze, a zestawienie ich z przekazem blogerów daje administracji prezydenta większą wiedzę. Są też narzędziem dyscyplinującym: publicznie Putin może mówić, że nic złego się nie dzieje, ale nie wiadomo, jak wewnątrz dyscyplinuje się urzędników. Ekspert nazwał to swoistym systemem „checks and balances”, czyli hamulców i przeciwwag, w którym ministerstwo i blogerzy, każdy powiązany z jakąś koterią, grają własną grę. Dzięki temu Zachód ma lepszy wgląd w emocje frontowe i ważne źródło wiedzy o wojnie. Przestrzegł jednak, że niektórzy zachodni obserwatorzy traktują blogerów jak prawdę objawioną, nie wiedząc, że mają oni też zadanie dezinformowania, bo obie strony toczą gigantyczną wojnę propagandową.

Co z wyborcami Jabłoka?

Pogorzelski zapytał, jak powinni zachować się wyborcy Jabłoka, skoro kierownictwo partii zaleca głosowanie w okręgach jednomandatowych lub darcie kart. Przypomniał też obejrzany niedawno wywiad z politykiem Nowych Ludzi, który przekonywał, że jego partia nie powstała na Kremlu, a jej zadaniem jest działać w ramach, na które pozwala władza. Wyciszkiewicz odpowiedział, że to nie są wyborcy Jabłoka. Chcieli wyrazić sprzeciw, a Jabłoko miało być jego symbolem. Kto uważa Nowych Ludzi za kremlowski twór sprzed kilku lat, nie powinien na nich głosować. Opozycja też jest podzielona: jedni wzywają do głosowania przeciw Jednej Rosji, by zmierzyć antywojenny elektorat, inni do bojkotu. Ekspert podkreślił, że to bardzo zróżnicowana grupa. Są w niej ludzie przeciwni wojnie, bo się boją, i tacy, którzy tracą materialnie. Ci, którzy chcą wycofania Putina z Ukrainy, to zapewne ułamek. Wiele osób widzi wojnę z bliska, boi się płonących magazynów Wildberries czy Ozon widocznych z ich domów i rozlewającej się po Rosji niepewności. Nie ma lidera, który mógłby nimi pokierować, a przekaz opozycji jest niejednorodny i dociera do ograniczonej liczby Rosjan. Desperackie próby Nowych Ludzi, by odkleić się od Kremla, mają przejąć część tego elektoratu i de facto sprawić, że zagłosuje na partię kremlowską. Partia ta jest na progu i wejdzie do Dumy wtedy, gdy będzie potrzebna. Wyciszkiewicz docenił szybkość reakcji władz: balon społecznej emocji został przekłuty, a choć na YouTubie było mnóstwo ciekawych dyskusji, dziś uwaga trwa tydzień czy dwa. Sprawa została wygaszona, emocja odpowiednio zarządzona i, jak to ujął, „pozamiatane”.

Opozycja bez dźwigni

Pytany o wpływ opozycji, w większości przebywającej poza Rosją, Wyciszkiewicz odpowiedział krótko, że go nie ma. Opozycjoniści prowadzą ciekawe debaty, m.in. cykl rozmów o przyszłej Rosji w Telewizji Dożd z udziałem Julii Nawalnej, Michaiła Chodorkowskiego i młodszego pokolenia, ale pozostaje pytanie „kiedy”. Ekspert wspomniał okrągły stół w Warszawie, w którym uczestniczył dwa lata po wybuchu wojny. Rosyjscy blogerzy, dziennikarze i aktywiści przedstawiali się wtedy imieniem i miastem emigracji, jak „Igor Iwanow, Barcelona” czy „Swietłana, Dubrownik”, i wszyscy byli zdołowani. Jeden z nich porównał się do „białych” emigrantów sprzed osiemdziesięciu lat, którzy w końcu uznali, że zmiany doczekają może wnuki lub prawnuki, a im pozostają barwne dyskusje o przyszłej Rosji. W opozycji toczy się spór o to, co zrobić, gdy Putina zabraknie. Był pomysł, by wsiąść w samolot i przejąć władzę w Moskwie, ale pytanie brzmi, kto podstawi samolot. Jedni uważają, że wszyscy są zakładnikami Putina i bez niego, jako zwornika, system sam się odświeży. Chodorkowski jest bardziej sceptyczny i realistycznie zauważa, że wojna gruntownie zmienia społeczeństwo przez indoktrynację, edukację i propagandę, więc trzeba będzie zmierzyć się ze społeczeństwem takim, jakie jest. Wyciszkiewicz postawił pytanie bez odpowiedzi: co ma zrobić demokrata, który dostaje niedemokratyczne, agresywne i szowinistyczne społeczeństwo? Demokrata powinien odpowiadać na zapotrzebowanie społeczne, ale ten, kto chce demokrację wprowadzić, musi prowadzić ludzi wbrew nawykom ostatnich lat. Dodał, że sami opozycjoniści przyznają, iż mogli „spalić” Jabłoko, zbyt szybko i mocno wzywając swoich zwolenników do głosowania na nie, co mogło przyspieszyć decyzję Kremla i odebrać przestrzeń do organicznego rozwoju grupy niezadowolonych. Julia Nawalna ma wizję „pięknej Rosji przyszłości”, ale niezbyt konkretną, opartą na micie, że po usunięciu Putina i pięciu jego kolegów zdrowe siły dostaną energii. Brakuje debaty o podręcznikach historii i o tym, co zrobić z obszarami, w których państwo popycha społeczeństwo ku ustrojowi na wpół totalitarnemu. Ciekawy będzie moment zmiany, bo potencjalny następca będzie zapewne szukał legitymizacji na Zachodzie i potrzebował opozycji jako narzędzia oswajania nowej elity. Wtedy okaże się, czy opozycjoniści pozostaną przy demokratycznej Rosji przyszłości, czy wejdą w starą rosyjską politykę, w której „troszkę się odnowimy, ale działamy po staremu”.

Gospodarka, mobilizacja i wojna na wykrwawienie

Pytany o najbliższą jesień i zimę, Wyciszkiewicz ocenił, że zima będzie bardzo zła dla Ukraińców, zwłaszcza jeśli będzie surowa, i Rosjanie to wiedzą, dlatego tak atakują. Sytuacja gospodarcza Rosji jest zła i „pudrowana”, wskaźniki lecą na łeb na szyję. Byłoby jednak zbyt łatwo stwierdzić, że Rosja się wali, bo istnieje poduszka z dochodów surowcowych, a napięcia w cieśninie Ormuz czasowo podbijają ceny ropy i zasilają machinę wojenną. Gospodarka pracuje, ale nie ma rozwoju i inwestycji, więc Rosja zabija swoją przyszłość i za dziesięć lat będzie w katastrofalnym stanie. Dla reżimu nie ma to jednak znaczenia, bo ważniejsze jest osiągnięcie celu politycznego. Na pierwszym planie jest mobilizacja, którą Rosjanie od lat prowadzą w sposób zamaskowany, od więźniów po pozytywne i negatywne bodźce. Te metody się wyczerpują, a brakuje też rąk do pracy, co przy, jak ironizował, „fantastycznym” braku bezrobocia nie jest dobre, bo chodzi o ludzi w wieku produkcyjnym. Kluczowe jest pytanie o realną sytuację na froncie i o to, kiedy Putin uzna, że wygrał. Kilka miesięcy temu obiecywał, że w październiku Rosja zdobędzie Donbas, a nic na to nie wskazuje. Naciska na Amerykanów, by ci naciskali na Ukraińców w sprawie ustępstw, bo potrzebuje symbolicznego zwycięstwa. Wyciszkiewicz nie sądzi, by Ukraina się na to zgodziła w najbliższych miesiącach, chyba że sytuacja stałaby się fatalna, bo europejskie wsparcie finansowe i militarne pozwoli jej się utrzymać. Mamy więc dwa państwa toczące wojnę na wykrwawienie: rosyjski potencjał jest wyższy, ale nie nieskończony, ukraiński niższy, ale zasilany przez Zachód. Scenariuszem alternatywnym byłaby decyzja po wyborach o mobilizacji 100, 200 czy 300 tysięcy ludzi, by „dobić” Ukrainę. To zależy jednak od sytuacji na froncie, której nie znamy, bo zarówno rosyjskie, jak i ukraińskie komunikaty to propaganda wojenna. Putin może też popełnić kolejny błąd strategiczny, jeśli dostanie informację, że trzeba działać teraz, a operacja się nie uda. Ekspert przyznał, że ma tysiące pytań bez odpowiedzi, bo co trzy miesiące sytuacja jest inna.

Spalone magazyny i brak organizacji

Pogorzelski zapytał, czy Rosjanie rzeczywiście popierają Putina, skoro ktoś, komu w magazynie Wildberries spłonęły rękawiczki czy kurtki, którymi handlował, raczej nie zareaguje entuzjazmem na wiadomość, że armia wchodzi do Konstantynówki. Wyciszkiewicz przyznał, że widać duży ferment, zwłaszcza że państwo nie chce wspierać poszkodowanych. Wspiera samo Wildberries, a małym przedsiębiorcom proponuje jedynie restrukturyzację długu. Dług jednak pozostaje: ktoś kupił towar na kredyt, umieścił go w magazynie, towar spłonął, a Wildberries umywa ręce, powołując się na warunki umowy ubezpieczenia. Państwo pozwala spłacić dług w ciągu kilku lat, ale przy stopach procentowych 13–14 procent oznacza to gigantyczne odsetki. Pomoc jest więc fikcyjna: ogłoszona publicznie, ale ludzie jej nie otrzymują. Ekspert podkreślił, że takie słabe punkty i niepokoje w różnych grupach społecznych trzeba nieustannie obserwować, ale zasadniczym problemem jest brak organizacji. Putin skutecznie ją wyczyścił, wsadzając do więzienia Aleksieja Nawalnego i pacyfikując jego struktury, jedyną organizację, która miała przyczółki w każdym regionie i usieciowionych ludzi, czego władze nie rozumiały. Dziś nawet wyspowe protesty i niepokoje są dla władzy znacznie łatwiejsze do opanowania. Bez organizacji, niezależnie od tego, co ludzie czują, nie ma efektu politycznego, bo liczy się działanie. Można, jak to ujął, porozmawiać o tym w kuchni, ale nie będzie to miało żadnego wpływu na system.

Tanie narzędzia przeciw Polsce

Wyciszkiewicz uważa, że Rosja ponownie liczy na osłabienie woli Zachodu w cyklach wyborczych. Jeśli nie wykrwawi Ukrainy przez zimę, będzie nadszarpywać zachodnią wolę prowokacjami takimi jak te, których świadkiem jest teraz Polska. Kwestia ukraińska jest obecna w wyborach lokalnych w Niemczech i będzie obecna w polskich wyborach. W kontekście samych wyborów do Dumy liczy się jednak odnowienie mandatu Putina i sygnał do świata oraz rosyjskiego społeczeństwa, że jego cel finalny i polityczne dziedzictwo cieszą się poparciem. Pogorzelski zapytał, jaka jest logika Rosjan, skoro, jak mówił jeden z polskich generałów, upadek Ukrainy oznaczałby rosyjskie czołgi pod Przemyślem, a nie pod Charkowem. Ekspert odpowiedział, że to hipoteza i konstrukcja intelektualna, a bezpośrednie ataki, zagrożenie życia, „dron tu, dron tam” mają wprowadzić społeczeństwo w stan podwyższonego niepokoju. Zadaniem władz, mediów i ekspertów jest pokazywać, że Rosja celowo wykorzystuje emocje i chce skierować je w określone tory. Emocję można bowiem skierować w czujność, zabezpieczenia i rozmowę o tym, co oznaczałoby rosyjskie zwycięstwo dla Polski, albo w strach i przekonanie, że trzeba porzucić Ukrainę, bo grozi trzecia wojna światowa. Rosjanie są w tym sprawni: pokazują możliwości i potencjalne intencje, nie przekraczając pewnej granicy, ale wspinając się coraz wyżej po schodach eskalacji. Obywatele zderzają się niemal codziennie z kolejną informacją o pożarach czy incydentach, nie zawsze wiedząc, czy mają one związek z Rosją, co tworzy atmosferę zagrożenia i lęk, że w końcu dotknie to i ich. To bardzo tani instrument wpływania na świadomość, a nawet podświadomość. Strach łatwo kanalizuje uwagę nie na Rosję, zwłaszcza gdy buduje się wizerunek niepokonanego państwa z arsenałem zdolnym do wszystkiego, choć od pięciu lat nie radzi sobie z dużo mniejszą Ukrainą. Część ludzi może wtedy uznać, że sojusze nie mają sensu, nikt nas nie obroni, trzeba zakończyć wspieranie Ukrainy i „nasza chata z kraja”. Ekspert przewiduje, że będzie się to nasilać, bo wymaga jedynie wsparcia w mediach społecznościowych i pojedynczych operacji sabotażowych, a im słabsza jest Rosja, tym częściej sięga po tanie narzędzia. Dotyczy to też Niemców i Bałtów, a ostatecznym celem jest wyłonienie się w Europie sił politycznych, które odwrócą się od Ukrainy. Pogorzelski podkreślił, że upadek Ukrainy jest obiektywnie bardzo groźny dla Polski, Unii i państw bałtyckich. Wyciszkiewicz zgodził się, że wystarczy spojrzeć na mapę i przypomnieć sobie, co robili Rosjanie, a efektem byłaby, jak to ujął, „umownie mówiąc, Bucza w Otwocku”. Uznał, że taką wizję należy sobie wyobrazić, jeśli pozwolimy Rosji dojść do Bugu, i powinno to działać otrzeźwiająco, bo Polska nie schowa się za żaden filar. Podkreślił, że mimo wewnętrznych sporów polska polityka jest strategicznie sensowna, bo przyszłość, dobrobyt i przetrwanie Polski zależą od wyniku wojny rosyjsko-ukraińskiej, i dlatego trzeba odpowiedzialnie podchodzić do prób informacyjnego wpływu.


Rozmowę przeprowadził Piotr Pogorzelski. Materiał „Rosyjskie wybory bez wyboru | Po prostu Wschód” dostępny na kanale Polskie Radio na YouTube, liczącym 272 tys. subskrybentów. Opublikowany 19 września 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *