Nord Stream da się uruchomić, ale ryzyko powrotu rosyjskiego gazu jest niskie — Ernest Wyciszkiewicz w „Końcu Świata”

Ernest Wyciszkiewicz z Ośrodka Studiów Wschodnich, współautor książki „Nord Stream za wszelką cenę. Anatomia gazowego przymierza”, był gościem Arlety Bojke w programie „Koniec Świata”. Rozmowa odbyła się w czasie, gdy w Niemczech ruszył proces jednego z Ukraińców oskarżonych o wysadzenie gazociągu, a doradca Władimira Putina nazywa jego ponowne uruchomienie nieuniknionym. Wyciszkiewicz opisał Nord Stream jako symbol dwóch dekad niemiecko-rosyjskiego gazowego przymierza, które przygotowało grunt pod wojnę. Opowiedział, jak garstka ukraińskich nurków głębinowych z jachtu wysadziła rury na dnie Bałtyku. Porównał też podejście niemieckiego i polskiego wymiaru sprawiedliwości do sprawców i przestrzegał przed mitem taniego rosyjskiego gazu. Uszkodzony gazociąg da się technicznie odbudować, ale ryzyko powrotu do niego ocenia jako niskie.

Rura jako opowieść o dwóch dekadach polityki

Bojke zapytała, czy zardzewiałe, zniszczone rury na dnie Bałtyku były w ogóle warte opisywania. Wyciszkiewicz odpowiedział, że autorzy nie opisywali rur, które interesują dziś głównie inżynierów zastanawiających się nad ich odbudową. Eksplozje dały pretekst do refleksji nad polityką, bo zamknęły pewien okres. Zaczął się on od romansu Władimira Putina z Gerhardem Schröderem ponad dwie dekady temu, którego kulminacją był Nord Stream 1. Potem przyszła aneksja Krymu, która powinna była skierować politykę w inną stronę, a tymczasem rok później na stole pojawił się Nord Stream 2. Wreszcie wybuchy pozwoliły wszystkim odetchnąć z ulgą, nawet zwolennikom projektu. Ukraińcy zrobili im prezent, bo rozwiązali za nich problem. Historia trwa jednak dalej, bo właśnie zaczyna się proces jednego z domniemanych sprawców.

Prowadząca zauważyła, że losy gazociągu są parafrazą polityki europejskiej wobec Rosji: najpierw dynamiczny rozwój i ignorowanie ostrzeżeń, potem wysadzenie, a wreszcie niejednoznaczne podejście rządów do jeszcze nieskazanych ukraińskich sprawców. Wyciszkiewicz przyznał jej rację. Rura biegnąca od rosyjskiego do niemieckiego wybrzeża Bałtyku daje motyw przewodni opowieści o relacjach europejsko-rosyjskich, a ściślej niemiecko-rosyjskich, bo Polska metodycznie i konsekwentnie projekt krytykowała. Gdy Bojke przypomniała, że udziałowców było więcej, w tym Holendrzy i Brytyjczycy, gość dodał Francuzów i dziesiątki podwykonawców. Taka była taktyka Gazpromu: zaangażować jak najwięcej firm z różnych krajów, by móc mówić o projekcie europejskim. Rosjanie celowo szukali też małych dostawców specjalistycznego sprzętu i usług, na przykład we Włoszech czy w Szwajcarii, by wszędzie mieć dźwignię wpływu. Zablokowanie projektu oznaczałoby czyjś utracony kontrakt. Skupili się jednak na Niemcach, bo bez nich nic by się nie udało.

Pisząc rozdział wstępny o sowiecko-europejskich relacjach gazowych, autorzy odkryli, że te same motywy, kryzysy i spory między Ameryką a Europą występowały już w latach 70. i 80. Te same ostrzeżenia przed uzależnieniem od Sowietów padały już wtedy, więc lekcje nie zostały odrobione. Wyciszkiewicz nie jest pewien, czy zostały odrobione teraz, bo powtarza się niemiecka idea, że wystarczy zbudować mnóstwo mostów energetycznych, handlowych i inwestycyjnych, a wojna nie grozi. Budowano je i budowano, a jesteśmy w piątym roku wojny.

Niemiecki legalizm kontra polski sędzia

Bojke zapytała, dlaczego Niemcy, które nie chcą już rosyjskiego gazu, tak usilnie domagają się ekstradycji potencjalnych sprawców. Przypomniała spektakl we Włoszech wokół zatrzymanego Ukraińca, z kolejnymi decyzjami o wydaniu i ich ponownym rozpatrywaniem. Gdyby była niemieckim politykiem, nie umiałaby tego wytłumaczyć. Wyciszkiewicz przywołał niemal równoległą książkę Bojana Pancevskiego, dziennikarza „Wall Street Journal”, który opisał samą operację na podstawie źródeł niemieckich i ukraińskich. Według Pancevskiego sprawa była dla państwa niemieckiego niewygodna od początku. W latach 2022–2023 rząd markował swoje stanowisko i nie chciał wchodzić w szczegóły, bo dopiero zwiększał pomoc dla Ukrainy. Jej pierwsze miesiące, jak przypomniała prowadząca, symbolizowały hełmy i stare koce. Rząd obawiał się, że śledztwo utrudni wsparcie dla Kijowa, więc sprawę wyciszał.

Hipoteza Pancevskiego mówi, że do głosu doszedł niemiecki legalizm. Policja Federalna zebrała kilka poszlak, takich jak zdjęcia z fotoradaru po przekroczeniu prędkości przez jednego ze sprawców i dane o wynajmie jachtów, i metodycznie je analizowała. Gdy niemiecka policja coś zacznie, nie zatrzymają jej nawet politycy, choć Wyciszkiewicz zastrzegł, że sam nie ma na ten temat wiedzy. Niemcy poszli drogą prawną: było przestępstwo, więc ściga się sprawców. Wystąpili też do Polski o ekstradycję Ukraińca zatrzymanego pod Warszawą. Bojke przypomniała, że najpierw podawano nazwisko Żurawlow, a potem samo imię Wołodymyr.

Gość zwrócił uwagę na paradoks: przestępstwo popełniono na wodach międzynarodowych, a jego skutki dotknęły Niemcy, choć są przesadzane. Zwolennicy ukarania Ukraińców mówią o miliardowych stratach, tymczasem w chwili wybuchu gaz handlowy nie płynął, bo Rosjanie zakręcili kurek. W rurach był tylko tak zwany gaz techniczny, potrzebny, by nie ulegały degradacji, i to jego bąble widać na zdjęciach. Koszty były więc relatywnie niskie, a Niemcy i tak już szukali innych źródeł. Niemieckie uzasadnienie rozbił w pył polski sędzia. Wyciszkiewicz zachęcał, by porównać oba krótkie dokumenty, dostępne w internecie. Niemcy odwołują się wyłącznie do kodeksu, a polski sędzia przypomina o kontekście: trwa wojna, gazociąg zasilał rosyjską machinę wojenną i przynosił jej ogromne zyski, więc był uprawnionym celem ukraińskich sił. Sędzia odwołał się nawet do idei wojny sprawiedliwej.

W tych dwóch uzasadnieniach mieści się według Wyciszkiewicza historia ostatnich 20 lat sporu. Niemcy mówili, że to zwykła rura i projekt biznesowy bez polityki. Krytycy wskazywali na państwowy Gazprom, przyjaciół Putina, Rotenbergów, dziwne podmioty, podejrzane praktyki biznesowe i korupcję polityczną, czyli na kontekst, na który Niemcy zamykali oczy. Takie myślenie wciąż jest żywe w Niemczech i nie tylko, czego dowodem są politycy AfD nieustannie wzywający do powrotu Nord Streamu. To, że rura spoczywa bez życia na dnie, nie powinno nas więc jeszcze radować.

Trzy nitki zniszczone, jedna czeka

Pytany, czy Nord Stream da się jeszcze uruchomić, Wyciszkiewicz odpowiedział, że tak. Uszkodzone rury zaczopowano, bo największym zagrożeniem było wypełnienie ich słoną wodą, która przyspieszyłaby korozję. Zrobiono to po to, by ułatwić ewentualny powrót do gazociągu, więc w biznesie taka myśl na pewno istnieje. Z czterech nitek trzy zostały zniszczone: obie nitki pierwszej rury i jedna drugiej. Nienaruszona pozostała nitka Nord Stream 2, która nigdy nie przeszła certyfikacji i nie została formalnie dopuszczona do użytku.

Nurkowie z jaskiń środkowej Ukrainy

Bojke zauważyła, że nie każdy nurek z certyfikatem jest w stanie wysadzić rurę leżącą na dnie morza. Wyciszkiewicz opisał warunki: 80 metrów głębokości, jesień, nieprzyjazny wtedy Bałtyk, ciemność i wysokie fale. Nawet nurkowie wojskowi nie są szkoleni do takich operacji, bo zwykle działają na głębokości 30–40 metrów przy statkach. Na takie głębokości schodzą tylko techniczni nurkowie głębinowi obsługujący skomplikowane procesy przemysłowe. To bardzo nieliczne grono, co zresztą pozwoliło ich wykryć. Ukraina już w czasach sowieckich słynęła ze szkolenia nurków głębinowych w głębokich naturalnych jaskiniach w środkowej części kraju, gdzie można trenować z dala od ciekawskich. Ukraińcy do dziś biją rekordy głębokości nurkowania, o czym mało kto wiedział przed eksplozją. Trzeba było znaleźć garstkę cywilów lub byłych wojskowych z takim doświadczeniem oraz ludzi ze służb zdolnych zaplanować operację i ich do niej przekonać. W warunkach wojny było to łatwiejsze, bo motywacja była zupełnie inna. Bojke dodała, że cztery lata temu inne były też emocje.

Operacja miała większą skalę. Była też nieudana próba na Morzu Czarnym, gdzie nie udało się dotrzeć do miejsca planowanej eksplozji. Chodziło o TurkStream, który zastąpił pogrzebany South Stream i biegnie do Turcji, a dalej przez Bałkany do Europy, i działa do dziś. Wyciszkiewicz przypuszcza, że Ukraińcy potem się z tego ucieszyli, bo reakcja prezydenta Turcji mogła być inna, niż się spodziewali. Nie wiadomo, jak w warunkach wojny tak szybko zorganizowano zespół. Na to pytanie być może odpowie proces, który zwykle pozwala ujawnić nowe informacje.

Władze zaprzeczają i zostawiają ludzi na lodzie

Kluczowa niewiadoma to autoryzacja ze strony władz. Ukraińskie władze zaprzeczają, a prezydent Wołodymyr Zełenski zapewniał, że nie ma z tym nic wspólnego. Politycznie to zrozumiałe, ale po ludzku wystawia to wykonawców. Ich najlepszą obroną byłoby bowiem to, że realizowali misję państwa ukraińskiego, które uderza w infrastrukturę służącą agresorowi. Wtedy wszystko spina się prawnie. Gdy państwo mówi, że nie ma z tym nic wspólnego, zostawia ich na lodzie.

Bojke zastrzegła, że nie chce usprawiedliwiać ukraińskich władz, z którymi ostatnio, jak dodała, trudno się na cokolwiek umówić. Zauważyła jednak, że przez długi czas taktyką Kijowa były fakty dokonane: wszyscy wiedzieli, kto stoi za akcją, ale oficjalnie Ukraina zaprzeczała, puszczając oko. Tak było z atakami na rosyjskie terytorium, z początkiem operacji w obwodzie kurskim i z likwidacjami rosyjskich wojskowych na klatkach schodowych, do których Kyryło Budanow długo się nie przyznawał. Zapytała, czy Ukraińcy nie stali się zakładnikami tej taktyki.

Wyciszkiewicz zaznaczył, że może jedynie spekulować na podstawie dziennikarskich śledztw. Hipoteza głosi, że stała za tym grupa ludzi ze służb, sfrustrowanych swoją pozycją i potraktowanych przed wojną nieładnie przez administrację Zełenskiego, która nie do końca im ufała. Gdy wybuchła wojna, uznali, że trzeba działać ostrzej, niekoniecznie szukając zgody najwyższego przywódcy, ale w środowisku służb. Pierwsza próba miała nastąpić w czerwcu 2022 roku, w trakcie manewrów NATO, pod które próbowano się podczepić. Byłaby to decyzja bardzo niebezpieczna, gdy Ukraina walczyła o każde europejskie wsparcie. Uznano, że władze nie są zdolne do takiego kroku, więc potrzebna jest kozacka fantazja. Być może była autoryzacja przez mrugnięcie okiem. Zdarza się, że daje się ogólną misję bez konkretów, a potem zrywa się kontakt: uda się, to się uda, nie uda, to koniec.

Przyjacielska wyprawa z ładunkami na pokładzie

Dla wielu ekspertów sam wybuch był zagadką, bo ze względu na trudność techniczną zakładano, że potrzebna jest wielka operacja, a nie jacht z sześcioma czy ośmioma osobami, specjalistycznymi aparatami do nurkowania i ładunkami. Rura jest gruba i wzmocniona, by wytrzymać ciśnienie, o czym przypomniała Bojke, wskazując na powtarzane w mediach zdjęcia jej opuszczania do wody. Wyciszkiewicz wyjaśnił, że ładunki umieszczono przy spawach łączących odcinki rur. Ktoś dobrze wiedział, gdzie jest najsłabszy punkt i jak ułożyć ładunek, by skumulował energię. Nie wszystkie eksplozje przyniosły zamierzony efekt, ale cel osiągnięto.

Zakładano więc, że stał za tym duży, dobrze wyposażony aktor. Rosjanie od razu wskazali na kogoś z poważnym sprzętem, a po zachodniej stronie podejrzewano perfidną rosyjską prowokację, skoro Moskwa dopiero co zakręciła kurek i utrzymywanie rurociągu straciło sens. Tymczasem dziś widać, że była to trochę jak przyjacielska wyprawa wakacyjna z dodatkowymi elementami na pokładzie. Nawet w ukraińskich władzach mogło panować przekonanie, by pozwolić im spróbować, bo szanse były niewielkie. Wyciszkiewicz uważa, że służby państwa walczącego z agresją na taką skalę to nieustanna burza mózgów nad tym, co i jakimi środkami można zrobić. Większości z tysięcy operacji nigdy nie poznamy, a wiele się nie udaje. Widzimy tylko te udane.

Bojke przyznała, że znając ukraiński temperament, nie zdziwiłaby się, gdyby kilku poważnych panów z wojskową przeszłością siedziało przy czymś mocniejszym i jeden powiedział drugiemu, że skoro uważa, iż się nie da, to on mu pokaże. Wyciszkiewicz odpowiedział, że w książce Pancevskiego jest dokładnie taka scena. Zastrzegł, że to książka świetna narracyjnie, mająca chwycić czytelnika za gardło, ale kilka scen prowadzi właśnie w tę stronę. Zaskoczyło go, że Pancevski wystawił laurkę niemieckiej Policji Federalnej, choć nie całemu państwu. Opisał krok po kroku, jak ze szczątkowych informacji i drobnych błędów ekipy, jakie popełnia każdy, policja złożyła całość. Bojke zauważyła, że rzadko zdarza się, by autor polecał konkurencyjną książkę. Wyciszkiewicz wyjaśnił, że obie się uzupełniają. Jego książka to 20 lat historii inwestycji z jednym rozdziałem o eksplozji i jej skutkach, a u Pancevskiego jest sensacyjna opowieść o samej operacji.

Wątpliwości dotyczą tylko tego, kto wydał rozkaz

Pytany, czy kupuje wersję Pancevskiego, Wyciszkiewicz odpowiedział, że jego zdaniem opis organizacji przedsięwzięcia się spina. Niejasna pozostaje atrybucja, czyli kto wydał rozkaz, a to kwestia polityczna, o czym pisze sam Pancevski. Przypomniał, że informacje nie leżą na ziemi i dziennikarzom najczęściej oferują je służby. Laurka dla niemieckiej policji oznacza, że przekazała ona dziennikarzowi wiele ciekawych materiałów, a on się odwdzięczył. Laurka jest też dla Ukraińców, przedstawionych jako ludzie kreatywni i innowacyjni, którzy szukają wszelkich sposobów, by zaszkodzić wrogowi, i nie przyjmują odpowiedzi, że czegoś się nie da. Bojke dodała, że Ukraińcy wielokrotnie pokazali, że się da.

Wyciszkiewicz podkreślił, że nikt nie zginął. Atak przeprowadzono daleko na morzu i jedną z jego cech była troska, by nikomu nic się nie stało, poza samymi uczestnikami, którzy ryzykowali życie. Złożyło się na to wiele czynników naraz, a dziesiątki innych mogły sprawić, że wybuchów by nie było, choćby gdyby ładunki nie zadziałały. Ostrzegł jednak, że sensacyjna opowieść o eksplozji przesłania sam problem Nord Streamu, czyli niemiecko-rosyjskie powiązania, które w dużej mierze doprowadziły do katastrofy. Gazociąg odegrał swoją rolę w przygotowaniach do wojny.

Gazowy szantaż przed inwazją i raport z Berlina

Bojke przypomniała, że Rosja zgromadziła dzięki sprzedaży gazu ogromne środki. Wyciszkiewicz dodał, że chodziło o coś więcej. Rok przed inwazją Rosja sprokurowała w Europie kryzys gazowy. Nie uzupełniała magazynów i formalnie dotrzymywała kontraktów, ale dostarczała minimalne ilości, co gwałtownie podniosło ceny. Jednocześnie publicznie dawała do zrozumienia, że wyśle więcej gazu, jeśli Europa uruchomi Nord Stream 2, który był wtedy w procesie certyfikacji, a Amerykanie grozili sankcjami. Rosjanie liczyli, że gdyby w chwili inwazji działały cztery nitki o przepustowości 110 mld metrów sześciennych rocznie, czyli prawie dwóch trzecich rosyjskiego eksportu do Europy, a Ukraina szybko upadła, uzależnienie byłoby tak głębokie, że nikt nie zrobiłby niczego głupiego. Byłoby trochę szumu i krótkotrwałe sankcje, a potem rury pozwoliłyby chwycić Europę za gardło i ustalić nowy porządek bezpieczeństwa.

Najbardziej dojmujące jest dla Wyciszkiewicza to, że jesienią 2021 roku CIA jeździła po Europie z danymi pokazującymi, że inwazja nastąpi. W tym samym czasie niemieckie Ministerstwo Gospodarki przygotowało raport, według którego gazociąg można dopuścić do certyfikacji, bo nie zagraża bezpieczeństwu Europy. Był to listopad lub grudzień 2021 roku, kilka miesięcy przed inwazją. Rura do samego końca wpływała na niemiecką politykę. Na szczęście Putin przelicytował, jak wielokrotnie w ostatnich dwóch dekadach, bo nie potrafi zatrzymać się krok wcześniej i atakuje zbyt zuchwale.

Losy sprawców i film z Seanem Pennem

Wyciszkiewicz ocenił, że przesłanki znane z dziennikarskich śledztw i materiałów niemieckiego sądu wskazują na operację wykonaną przez Ukraińców, choć nie wiadomo, czy na zlecenie państwa, a na wyrok trzeba poczekać. Bojke przypomniała dwa najgłośniejsze zatrzymania: domniemanego szefa operacji we Włoszech i Ukraińca zatrzymanego w Polsce. Gość odpowiedział, że o ile wie, większość uczestników wróciła na Ukrainę. Na jachcie było sześć osób, w tym jedna kobieta, którą nazwał ciekawą postacią i jedną z bohaterek przedsięwzięcia.

Według relacji, które Pancevski uzyskał również od męskich członków załogi, była to relatywnie młoda ekscentryczka. Wybrała pasję zdominowaną przez mężczyzn, była w niej od nich lepsza i bardziej zuchwała, może dlatego, że musiała udowodnić, że daje radę. Była też bardzo wytrzymała psychicznie. Gdy ekipa wahała się, czy warunki są odpowiednie i czy nie zrezygnować, to ona naciskała, by iść dalej. Była motywatorką nie tylko na pokładzie, ale i w głębinach, bo sama układała ładunki. Nie była przeszkolona z lekkiego specjalistycznego sprzętu, bez którego taka głębokość grozi śmiercią, więc musiała zabrać znacznie więcej konwencjonalnych butli, by wytrzymać kilkadziesiąt minut pod wodą. Fizycznie było to dla niej dużo trudniejsze niż dla towarzyszy. Takie szczegóły pokazują determinację, która również wskazuje na Ukraińców, bo to oni mieli motywację, by za wszelką cenę zaszkodzić rosyjskiej machinie.

Bojke przewidziała, że powstanie o tym film. Wyciszkiewicz odpowiedział, że już powstaje. Sean Penn kręcił w Chorwacji film o eksplozji, a Ukrainiec, którego uwolnił polski sąd, przyjechał tam jako konsultant. Bojke skwitowała, że był konsultantem filmu o sobie samym. Wyciszkiewicz dodał, że Penn ma dobre relacje z Zełenskim, więc może dostać ciekawe informacje od kuchni. Prowadząca przypomniała, że aktor był z ukraińskim prezydentem dzień przed rosyjską inwazją.

O kolejnych zatrzymaniach gość nie słyszał. Problem polega na tym, że niemiecka policja zidentyfikowała większość uczestników z twarzy, profilując nieliczne środowisko cywilnych nurków głębinowych i przeglądając setki tysięcy zdjęć z fotoradarów na autostradach. Pomogło to, że sprawcy jechali na ukraińskich numerach. Bojke zauważyła, że przy powszechnej inwigilacji jest to coraz łatwiejsze. Gdy twarz jest znana, można wystawić europejski nakaz aresztowania. Dlatego Wyciszkiewicz nie rozumie, po co Ukrainiec pojechał do Chorwacji. Zakłada, że pozostali unikają europejskiej jurysdykcji, bo następnym razem może zabraknąć takiego polskiego sędziego.

Polski sędzia zachował się według niego niekonwencjonalnie i to raczej wyjątek. Najłatwiej byłoby potraktować sprawę jako problem czysto prawny, jakby wysadzono gazociąg zasilający osiedle, czyli jako akt terroru. Nic by takiego sędziego nie spotkało, bo miałby podstawy prawne. On jednak pokazał, że prawo działa w kontekście społecznym i politycznym i ma pozwalać w nim funkcjonować, a nie być zbiorem przepisów stosowanych literalnie. Pytany, czy Ukrainiec liczył, że Chorwacja przymknie oko, gość uznał jego przyjazd za niemądry. Ktoś powinien był mu doradzić, by przez jakiś czas się tam nie pojawiał. Może dostał sygnał, że nic mu nie grozi, ale skala rejestracji w hotelach i zdjęć na przejściach granicznych jest ogromna, a narzędzia, także sztuczna inteligencja, o której wspomniała Bojke, pozwalają dziś szybko analizować dane, które kiedyś zginęłyby w bazach. Zabrakło mu instynktu samozachowawczego. Może skusiła go rola konsultanta filmu o sobie samym, wielkie nazwisko i przekonanie, że rozgłos go ochroni.

Europa wciąż nie rozumie kontekstu

Bojke uznała legalistyczne podejście za kolejną część metafory. Mimo ogromnej pomocy wojskowej dla Ukrainy większość państw Europy wciąż nie rozumie problemu tak, jak rozumie go Polska, choć wydawałoby się, że po pięciu latach nawet w Portugalii wszyscy wiedzą, że Rosja jest zagrożeniem. Wyciszkiewicz przyznał, że może tak być. Za niemiecką polityką stał jego zdaniem pewien cynizm, ale też wiara, że będzie ona czynić cuda i ucywilizuje Rosję i Putina. Gdy przez dekady realizuje się politykę w takim przekonaniu, wspieraną przez grupy interesów i wielki biznes, szok inwazji otrzeźwia wielu, ale nie wszystkich. Nawyki myślenia wracają, bo każdy ma kłopot z przyznaniem się do błędu i posypaniem głowy popiołem. W książce autorzy opisują postawy niemieckich polityków: zamiast przyznania się do błędu jest wyparcie, zrzucanie winy na okoliczności i tłumaczenie, że Putin ich oszukał.

Mit taniego rosyjskiego gazu

Bojke przypomniała, że pokusa taniego rosyjskiego gazu jest ogromna. Czytała akurat we włoskich mediach, które dzięki sztucznej inteligencji może czytać bez znajomości włoskiego, o paraliżu w kraju: braku żywności i paliwa oraz strajku przewoźników, dla których wożenie warzyw i owoców z południa na północ przestało się opłacać przez koszty energii. Padały tam głosy, że gdy były surowce z Rosji, takich problemów nie było. Wyciszkiewicz odpowiedział, że Rosjanie pięknie grają tą kartą, podobnie jak AfD w Niemczech. Bojke dodała, że Rosja kusi w ten sposób, jakby mówiła, że ma te cukierki i może je dać. Gość zauważył jednak, że sytuacja jest lepsza niż przed wojną. Wtedy polskie, litewskie, łotewskie i estońskie ostrzeżenia, że tani gaz jest tani tylko pozornie, zbywano wzruszeniem ramion jako obsesje historyczne rozemocjonowanych Polaków i Litwinów. Przekonywano, że Rosja też chce robić biznes i nie opłaca jej się zrywać zależności. Państwa bałtyckie były jednak ofiarami gazowego szantażu już za Jelcyna, a Niemcy nigdy tego nie doświadczyli i uważali, że ich to dotknąć nie może.

Bojke przypomniała, ile razy cierpiała Ukraina i jak Julia Tymoszenko jeździła trzepotać rzęsami do Putina. Wyciszkiewicz dodał ciekawostkę. Przy pierwszym sowieckim kontrakcie gazowym z Austrią, około 50 lat temu, Sowieci mieli problemy z dostawami i mogli je wykonać tylko kosztem własnych obywateli. Pierwsze ograniczenia dotknęły więc Ukraińców, wtedy obywateli ZSRR, którzy zimą 1968/1969 dostawali mniej gazu, by zaspokoić kapitalistyczną Austrię. Od zarania tych projektów obowiązywała zasada, że są równi i równiejsi, ale dla Niemców nie miało to znaczenia, bo uważali, że wiedzą lepiej.

Rosjanie wbili Europejczykom do głów formułę, że koszt gazu równa się jego cenie. Cena to kwota za tysiąc metrów sześciennych, a koszt obejmuje wpływ na całą gospodarkę i inflację, tak jak w przypadku dzisiejszej ceny benzyny. Rosyjski gaz bywał zresztą tani dla jednych, a drogi dla drugich. Polska, jak zauważyła Bojke, nigdy nie dostawała najtańszego. Komisja Europejska, która przy pierwszej rurze projekt popierała, przy drugiej wszczęła postępowanie antymonopolowe i wykazała, że Gazprom stosował różne stawki. Polska płaciła więcej niż Niemcy, choć kupowała duże ilości i była bliżej. Przypomniał, że w 2022 roku nikt nie wprowadził sankcji na gaz. To Rosjanie sami zakręcili kurek, żądając płatności w rublach po odcięciu ich od systemu finansowego, by wymusić złagodzenie sankcji albo ich omijanie. Polska i Bułgaria odmówiły i zostały odcięte. Niemieckie firmy nerwowo przestępowały z nogi na nogę, ale presja polityczna po Buczy była zbyt duża.

Rosjanie sami dostarczyli argumentów i często to ich błędy są źródłem siły Zachodu, bo działali zbyt szybko i zbyt zuchwale, licząc na szybkie zwycięstwo bez strat. Gdy Komisja Europejska i instytucje ekonomiczne podliczyły skutki zerwania tej relacji, okazało się, że w ciągu czterech lat wojny Unia zapłaciła ponad 600 mld euro (ok. 2,62 bln zł). To jest prawdziwa cena rosyjskiego gazu, czyli koszt uzależnienia. Przy partnerze, z którym są problemy, trzeba doliczyć, co się stanie, gdy zakręci kurek. Z Norwegami nie trzeba tego robić, bo nigdy nie dali powodów do obaw przed szantażem. Mit taniego rosyjskiego gazu trzeba zwalczać, bo pojawia się także w polskim internecie, nie tylko we Włoszech.

Słowa mają znaczenie

Bojke zauważyła, że takie zbitki utrwalają się bezwiednie. Sama zatrzymuje się za każdym razem, gdy chce powiedzieć aneksja Krymu, bo to określenie sugeruje pogodzenie się z utratą półwyspu i brak drogi powrotnej, w przeciwieństwie do okupacji. Wyciszkiewicz zastrzegł, że w prawnym rozumieniu aneksja zawiera w sobie nielegalność, a na pewno nie wolno mówić o przyłączeniu. Zgodził się jednak, że terminy mają ogromne znaczenie. Wymienił mit niezwyciężonej Rosji i często spotykany w polskiej prasie kolektywny Zachód, termin wprowadzony przez Rosjan. Dziennikarz, który podaje takie pojęcia dalej, nie wiedząc, co za nimi stoi, mimowolnie staje się pasem transmisyjnym.

Przytoczył przykład, który go poruszył. Po wystąpieniu Putina na Forum Wałdajskim, w którym rosyjski przywódca eskalował napięcie i groził użyciem broni jądrowej, duży polski portal, którego nazwy z litości nie podał, szybko opublikował tekst złożony wyłącznie z cytatów Putina, bez komentarza dziennikarza czy eksperta. Przeciętny Polak, słysząc takie groźby bez kontekstu, po prostu się boi. W ten sposób mimowolnie realizuje się cel rosyjskiej propagandy, czyli zastraszenie i skłonienie społeczeństwa do domagania się od rządu mniejszego wsparcia dla Ukrainy. Dziennikarze powinni nie tylko przekazywać informacje, ale je wyjaśniać i nadawać im kontekst, samodzielnie lub z pomocą eksperta. Inaczej, gdy przekaz rozleje się w mediach społecznościowych, na imieninach u cioci pojawia się pytanie, czy będzie wojna jądrowa, na które niełatwo odpowiedzieć.

Czy uzależnienie może wrócić

Pytany, czy uzależnienie może wrócić, Wyciszkiewicz odpowiedział, że w polityce nigdy nie należy mówić nigdy. Jeśli wszystko sprowadza się do woli politycznej, może sobie wyobrazić taki układ sił w Europie, że żaden sprzeciw nie pomoże i rurę uruchomi się ponownie. Bojke nie potrafiła sobie wyobrazić powrotu do czasów, gdy polscy ministrowie latali do Moskwy negocjować kontrakty gazowe. Gość przypomniał jednak, że przedstawiciel ważnego polskiego środowiska politycznego niedawno występował razem z AfD i mówił o powrocie do Nord Streamu.

Mimo to ocenia ryzyko jako bardzo niskie. Po pierwsze, Unia Europejska przyjęła regulacje, które od ubiegłego roku wygaszają zakupy rosyjskiego gazu, zarówno rurociągowego, jak i LNG. Bojke zauważyła, że to też da się odwrócić. Wyciszkiewicz przyznał, że tak, ale byłoby to trudniejsze. Nic nie jest definitywnie niemożliwe, chodzi o zmniejszanie prawdopodobieństwa złych scenariuszy. Unijne decyzje sprawiają, że inwestor budujący zakład dwa razy się zastanowi, zanim znów oprze się na rosyjskim gazie. Po drugie, wydarzyło się coś niewyobrażalnego, a skoro sześciu nurków z jachtu wysadziło rurę raz, mogą to zrobić ponownie, bo wojna nie skończy się ani dziś, ani jutro. Ubezpieczyciele i fundusze nie będą stawać okoniem, ale koszty odbudowy wzrosną, bo rura pozostanie celem wojskowym, dopóki wojna trwa lub się tli.

Bojke dodała, że w latach 2014–2015 Europa nie potrafiła sobie wyobrazić rezygnacji z rosyjskiego gazu, a to się stało. Wyciszkiewicz przyznał, że sam, zajmując się energetyką, był przekonany, że szybkie odcięcie wygeneruje tak wysokie koszty i polityczne turbulencje, że taki scenariusz jest mało prawdopodobny. Tymczasem nastąpiło szybkie cięcie, a przedstawiciele niemieckiego rządu socjaldemokratów, liberałów i Zielonych, odpowiedzialni za rozwój energii odnawialnej, pojechali na Bliski Wschód negocjować kontrakty na brudne paliwa. Połknęli żabę, a po dwóch, trzech nerwowych latach Europa funkcjonuje całkiem normalnie. Jest drożej, ale nie z powodu braku rosyjskiego gazu, tylko z powodu wojen, także na Bliskim Wschodzie.

Bojke zauważyła, że Francuzi czy Włosi odpowiedzieliby inaczej, bo nałożył się drugi, nieprzewidziany konflikt, a osób, którym źle się powodzi, przybywa. Gość przyznał, że upraszcza. Podkreślił jednak, że to nawarstwianie się różnych problemów społecznych i gospodarczych, inne w Niemczech, Włoszech i Francji, a sprowadzanie wszystkiego do jednej przyczyny jest elementem rosyjskiej dezinformacji. Prowadząca dodała, że chcielibyśmy prostych odpowiedzi, takich jak migranci czy Rosja. Wyciszkiewicz odpowiedział, że Rosja to wie i żeruje na prawdziwych problemach: podpala, obserwuje i dolewa oliwy w innym miejscu. Argument o tanim gazie należy rozpoznawać jako jedną z podstawowych rosyjskich klisz.

Gazprom tańszy niż Orlen

Rosjanie mają pokusę powrotu do Europy, bo ich sektor gazowy podupadł. Chiny, które pomagają Rosji w wielu dziedzinach, w gazie są brutalne do bólu. Przy rurociągu Siła Syberii 1, negocjowanym latami, wymusiły minimalne stawki. O drugą rurę Rosjanie walczą desperacko, bo mają nadmiar gazu, a Chińczycy żądają cen krajowych i najlepiej, by Rosja sama ją zbudowała, wykorzystując asymetrię między oboma krajami. Europejczycy są bogaci i płacą na czas, więc pokusa powrotu pozostanie. Gdyby zmieniła się władza na Kremlu i ktoś nowy, niekoniecznie demokrata, zechciał odciąć się od Putina, wygłaszając na przykład drugi referat Chruszczowa o kulcie jednostki, mógłby przekonywać, że Rosja potrzebuje Europy, by uniezależnić się od Chin. Bojke nazwała to odwróconym Nixonem, który działa na Amerykanów.

Rosja jest według Wyciszkiewicza mocarstwem oportunistycznym. Nie ma planu na wieki, ale niezwykle skutecznie wykorzystuje okazje i słabości rywali. Budowanie sieci zależności w Europie było, z rosyjskiego punktu widzenia, jak zastrzegła Bojke, bardzo dobrym i misternym pomysłem. Wielu europejskich premierów i ministrów wylądowało w rosyjskich spółkach, a niżej było jeszcze więcej takich osób. Dlatego zaskakuje go, że Putin poświęcił to wszystko dla wojny z Ukrainą. Widzi dwie odpowiedzi: albo liczył, że wojna potoczy się tak szybko, że wszystko wróci do normy, albo kieruje nim obsesja ukraińska, dziś zapewne spotęgowana porażkami. Bojke dodała, że obsesja działa w obie strony, bo po stronie ukraińskiej jest obsesja rosyjska. Wyciszkiewicz uznał, że zaszło to tak daleko, iż nie ma odwrotu. Myślenie rosyjskich elit organizuje dziś wojna, a nie gospodarka.

Pytany o stan rosyjskiej branży gazowej, Wyciszkiewicz najpierw doprecyzował, że ropa była ważna, ale miała alternatywy na rynku światowym. Bojke mówiła o tym jako o zamienności, a gaz był inny. Dziś kapitalizacja Gazpromu jest niższa niż Orlenu, choć kilkanaście lat temu kreślono wizje, że stanie się jedną z największych firm świata. Gazprom stracił wielu europejskich klientów, którzy płacili na czas i między którymi mógł grać cenami. Wpadł w pułapkę, którą zastawił na Europę: chciał być w niej monopolistą, a uzależnił się od Chin, które stały się monopsonem, czyli jedynym nabywcą. Dostaje znacznie mniej pieniędzy, a inwestycje siadły, bo sankcje dotykają technologii gazowych, a złoża wymagają stałych nakładów. Gazu nie da się długo magazynować, bo kawerny służą pokrywaniu szczytowego zapotrzebowania, a nie przechowywaniu na wieczność. Zyski Gazpromu pikują od początku wojny. Nie przeszkadza mu to tworzyć regularnych oddziałów wysyłanych na front, co trzeba pamiętać, gdy ktoś twierdzi, że to zwykła firma.

Gazprom był spleciony z Putinem. Wyciszkiewicz pamięta liczne wystąpienia, w których Putin promieniał, mówiąc o gazie. Był niesłychanym szczegółowcem, znał przekroje rur, przepustowości, kierunki i ceny. Nie ropa, tylko gaz był jego konikiem, a dziś to wszystko się posypało. Bojke zauważyła, że rafinerie płoną, a gazoporty nie. Gość potwierdził, że terminale LNG leżą na północy i nie wie, czy Ukraina ma zasięg, by do nich dotrzeć. Być może to jeden z powodów, dla których rosyjskie LNG wciąż płynie do Francji, Belgii i Hiszpanii, choć od przyszłego roku ma przestać. Nie jest to jednak ekwiwalent dawnych dostaw. Sektor walczy o przetrwanie, a Chiny nie kwapią się do zakupów, bo mają świetnie zdywersyfikowane źródła w Australii, Afryce i na Bliskim Wschodzie. Rosjanie sami założyli sobie pętlę na szyję. Będą więc mocno inwestować w europejskie środowiska biznesowe i polityczne, które chciałyby powrotu ich gazu. Najpierw musi się jednak skończyć wojna, bo w obecnych warunkach jest to nie do wyobrażenia.

Zamrożenie nie jest końcem

Bojke przyznała, że potrafi sobie wyobrazić zamrożenie konfliktu, ale nie jego koniec, w którym wszyscy wychodzą z okopów, przybijają piątkę i uznają wynik. Wyciszkiewicz odpowiedział, że zamrożenie nie jest końcem i kryje paradoks. Można go chcieć, by uniknąć ofiar i kosztów, które ponosi Ukraina, ale coraz bardziej także Rosja. Zamrożenie daje jednak Rosji czas na gromadzenie zapasów i dronów, które można wykorzystać do prowokacji lub eskalacji w innym miejscu. Działa to zarazem przeciwko powrotowi rury, bo atmosfera napięcia na Bałtyku, z przeciętymi kablami i zardzewiałymi tankowcami floty cieni, utrzymuje niepewność. Rola Bałtyku zmieniła się też w strategii NATO, bo Szwecja i Finlandia są w Sojuszu, a morze stało się niemal wewnętrznym akwenem NATO. Powrót do rury wymagałby wyjątkowo niekorzystnego splotu okoliczności.

Prowadząca uznała za symptomatyczne, że Europa zaczopowała rury i odłożyła je na lepsze czasy, zamiast podnieść je z dna jak stary wrak. Wyciszkiewicz przedstawił bardziej optymistyczne wyjaśnienie: wydobycie rur byłoby tak trudne i kosztowne, że w obecnej sytuacji gospodarczej po prostu się nie opłaca. Przyznał jednak, że jedno nie wyklucza drugiego, bo czopuje się po coś i ci, którzy to zrobili, na pewno zostawiali sobie taką możliwość. Z polskiej perspektywy ryzyko powrotu nie jest wysokie, ale Rosja nie jest jedynym aktorem. Podobne błędy Europa popełniała wobec Chin, uzależniając się od komponentów i metali rzadkich. Niemieckie firmy same weszły na szubienicę i dziwią się teraz, że na niej wiszą.

Istotą problemu Nord Streamu jest według niego projekcja własnej racjonalności ekonomicznej, politycznej i społecznej na gracza o innym ustroju, tradycji myślenia, celach i interesach. Robiono to nawet wtedy, gdy ten gracz otwarcie komunikował swoje zamiary: przemówieniem Putina w Monachium, wojną w Gruzji, aneksją Krymu i okupacją części Ukrainy. Mimo to uznawano, że racjonalne jest budowanie mostów, bo to lepsze niż ich zrywanie. Lekcja, która oby została wyciągnięta, brzmi: nie przenosić własnej perspektywy na państwa tak odmienne ustrojowo, ideowo i kulturowo, które wyraźnie dają do zrozumienia, że nie są sojusznikami, i skupić się na partnerach patrzących na świat podobnie. Nie wie, czy politycy wyciągną tę lekcję, ale ma wrażenie, że głosy polskie, litewskie i łotewskie znaczą dziś więcej niż kiedyś, a dowody są empiryczne i dostępne w internecie. Bojke dodała, że także w książkach, na przykład jego. Wyciszkiewicz wyraził na koniec nadzieję, że historia Nord Streamu zostanie zapamiętana jako przestroga i potraktowana poważnie przez polityków, zwłaszcza zachodnich sojuszników.


Rozmowę przeprowadziła Arleta Bojke. Program „KREML MARZY O PRZYWRÓCENIU PRACY NORD STREAM. GAZOCIĄG BYŁ FASCYNACJĄ PUTINA [WYCISZKIEWICZ I BOJKE]” dostępny na kanale Koniec Świata – Arleta Bojke na YouTube, liczącym 307 tys. subskrybentów. Opublikowany 23 października 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *