Rok Szuchewycza zrujnował odbudowane relacje — Magdalena Sobkowiak-Czarnecka w TERAZ P&M
Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka była gościnią Zbigniewa Parafianowicza i Marka Magierowskiego w programie TERAZ P&M. Przez ponad półtorej godziny rozmawiali o tym, jak uchwała lwowskiej rady obwodowej o roku Szuchewycza zahamowała wymianę migów na drony, o niezestrzelonych dronach i rakietach, o alarmach dla mieszkańców Lubelszczyzny, o Forcie Trump i amerykańskich gwarancjach dla Patriotów oraz o rewolucji na rynku zbrojeniowym. Na wiele pytań wiceszefowa resortu odpowiedzi odmówiła. Kilka razy przyznała, że czegoś nie wie, a przy innych tematach wdawała się w otwarty spór z prowadzącymi.
Lwowski gest rujnuje odbudowane relacje
Rozmowę otworzyła decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej, by rok 2027 był rokiem Romana Szuchewycza i upamiętniał zarazem okrągłą rocznicę powstania UPA. Parafianowicz podkreślił, że chodzi o radę obwodową, a nie miejską, bo niektórzy zaczęli już winić mera Lwowa Andrija Sadowego. Szuchewycza nazwał kieszonkowym Hitlerem, bezpośrednio odpowiedzialnym za ludobójstwo Polaków na Wołyniu. Za uchwałą stoi, jak mówił, znany antypolski prowokator Swiatosław Szeremeta, który decyzją ministra Radosława Sikorskiego trafił na listę osób z zakazem wjazdu do Polski. Dziennikarz pytał, jak Kijów chce pogodzić takie gesty z wolą resetu, skoro jednocześnie oczekuje polskiego udziału w koalicji patriotowej i pomocy na trudną zimę.
Sobkowiak-Czarnecka przyznała, że decyzja jest dla niej zupełnie niezrozumiała. Zapadła, gdy relacje znów były bardzo dobre, tuż po spotkaniu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego z premierem Donaldem Tuskiem, kiedy w rządzie debatowano o formach pomocy dla Ukrainy. Dostrzegła różnicę wobec sytuacji, gdy to sam Zełenski nadawał imię jednemu z pododdziałów: tym razem chodzi o niższy szczebel, a ukraińskie MSZ zareagowało. Mimo to historia znów, jak oceniła, służy dzieleniu, a nie współpracy. Sprawę umieściła w szerszym kontekście. Głównym celem Rosji jest zniechęcenie świata do pomocy Ukrainie. Jedną metodą są naloty tuż przy granicy, które mają fizycznie odciąć pomoc albo wywołać poczucie zagrożenia. Drugą, jej zdaniem dużo groźniejszą, jest próba odwrócenia nastrojów obywateli tak, by presja społeczna wymusiła wstrzymanie wsparcia.
Parafianowicz drążył, czy z tego wynika, że Szeremeta pełni rolę agenturalną. Rozmówczyni zastrzegła, że tego nie powiedziała. Dziennikarz przypomniał więc, że już w 2017 roku Witold Waszczykowski wpisał Szeremetę do systemu SIS za działania przeciwko ekshumacjom. Przywołał też relacje uczestników ekshumacji w Puźnikach, którzy widzieli go w prowokacyjnych strojach nawiązujących do barw i symboliki UPA. Pytał, czy to wciąż mieści się w kategoriach działań nie quasi-agenturalnych.
Wiceminister odparła, że to na pewno nie jest działanie, które poprawia sytuację Ukrainy. Po decyzji Zełenskiego relacje były bardzo trudne i w pewnym momencie doszło nawet do zawieszenia jakichkolwiek kontaktów. Potem krok po kroku je odbudowywano, a jednym z efektów była wymiana migów na drony. Rozmowy o konkretnej pomocy ruszyły także na szczeblu unijnym, a lwowski gest, jak oceniła, zrujnował wszystko, co zbudowano. Tak jak wcześniej apelowano do Zełenskiego o najprostsze rozwiązanie, czyli wycofanie decyzji, tak teraz liczy, zgodnie z oświadczeniem ukraińskiego MSZ, że uchwała nie wejdzie w życie.
Parafianowicz docenił, że szef ukraińskiej dyplomacji Andrij Sybiha w pewnym sensie zdystansował się od samej postaci Szuchewycza, co nazwał nową jakością. Sobkowiak-Czarnecka oceniła, że Sybiha dobrze rozumie położenie swojego kraju. Przypomniała, że Zełenski podejmował swoją decyzję i nie chciał się z niej wycofać w czasie, gdy Ukraina uchodziła za silniejszą, a jej sukcesy wydawały się większe od rosyjskich. Potem przyszły rosyjskie drony odrzutowe, które zaskoczyły Ukrainę i większość świata. Od kilku tygodni trwa ważna dyskusja, jaka broń jest na nie skuteczna.
Tajemnica amunicji 20 mm
Parafianowicz zapytał, czy skuteczna jest amunicja 20 mm. Wiceminister doprecyzowała, że chodzi o amunicję do F-16. Dziennikarz wywnioskował, że to właśnie za nią Zełenski dziękował w Brukseli Tuskowi, zastrzegając wówczas, że nie może ujawnić, o co chodzi. Rozmówczyni zapytała z przekąsem, czy skoro mówiono, że nie można tego ujawnić, on naprawdę sądzi, że ona powie więcej. Parafianowicz odparł, że jako dziennikarz musi pytać o wszystkie szczegóły. Wiceminister przyznała jedynie, że amunicja 20 mm należy dziś do najbardziej poszukiwanych towarów na rynku zbrojeniowym.
Policzkowani przez Ukraińców wyborcy
Magierowski zadał pytanie stricte polityczne. Jego zdaniem i Zełenski, i lwowskie władze intencjonalnie sięgają po narrację historyczną, która budzi w Polsce oburzenie. Nastroje proukraińskie zdecydowanie się pogarszają, a ukraińskie elity, jak przyznał szczerze, wcale w tym nie pomagają. Pytał, jak partie rządzące mają przekonywać wyborców, że pomoc jest nadal potrzebna, a nawet powinna być większa, skoro Polska co chwilę jest policzkowana przez ukraińskich polityków.
Sobkowiak-Czarnecka przyznała mu rację, że postawa niektórych Ukraińców nie poprawia sytuacji. Jej zdaniem zbyt rzadko mówi się jednak wprost, że Polska nie jest wprawdzie na wojnie konwencjonalnej z Rosją, ale jest na wojnie hybrydowej. Odcinkiem, na którym Rosja wygrywa, jest dezinformacja. Przypomniała, że Polacy otworzyli domy i serca, a ponad milion Ukraińców znalazło schronienie bez żadnej pomocy z zewnątrz. Jako korespondentka w Brukseli w czasie kryzysu migracyjnego widziała, że kraje południa Europy dostawały pomoc finansową od innych państw i budowano obozy dla uchodźców. Po wybuchu wojny w Ukrainie nic takiego się nie wydarzyło, a cztery lata później społeczeństwo grzmi, że pomocy wystarczy. To, jak oceniła, zwycięstwo Rosji w sieci, oparte na opowieściach w rodzaju historii ciotki czyjejś ciotki, która stała w kolejce do lekarza dalej niż Ukrainka, i na nieustannej awanturze, że każda dostawa sprzętu osłabia Polskę.
Zastrzegła, żeby nikt nie wycinał tego fragmentu: przy każdej formie wsparcia Ukrainy o tym, czy można coś przekazać, decyduje Sztab Generalny, bo nikt nie robi donacji dla własnej przyjemności. Jedyne wyjście to mówić prawdę. Dopóki Ukraina walczy, Polska jest bezpieczna, a rosyjskie drony lepiej strącać nad Ukrainą niż nad Polską. Prawdziwa odpowiedzialność rządzenia polega według niej na tym, że decyzjami kieruje bezpieczeństwo, a nie słupki poparcia, nawet za cenę utraty poparcia.
Magierowski dopytał, czy Polska powinna zestrzeliwać rosyjskie drony zbliżające się do granicy. Wiceminister odpowiedziała, że to nie jest dziś omawiane, a takie prawo istnieje nad polskim terytorium.
Ukraiński dron nad Polską i rakieta pod Kraśnikiem
Parafianowicz zapytał o ukraińskiego drona, który przeleciał najprawdopodobniej nad Polską i spadł na Litwie. Jego zdaniem był to dron typu Luty albo maszyna Firepointu. Sobkowiak-Czarnecka przekazała, że Ukraina przyznała, że to jej dron, więc wyjaśnień oczekuje się od strony ukraińskiej. Zwrócił się o nie dowódca operacyjny gen. Nowak. Podkreśliła, że Polska nikomu nie udostępnia swojej przestrzeni powietrznej do jakichkolwiek działań. Temat jest na tyle wrażliwy, że lepiej trzymać się faktów niż spekulacji.
Wróciła też do zestrzeleń. Nie podoba jej się, że każdy przy tablecie czy komputerze uważa, że wie lepiej od dowódcy operacyjnego. Zachęcała, by wyobrazić sobie jego sytuację: decyzja zapada w ułamkach sekund, a kierownictwo resortu musi za nią stać, bo dowódca bez komfortu psychicznego nie będzie skuteczny. Parafianowicz odparł, że do tej pory nie zestrzelono niczego, co znalazło się w polskiej przestrzeni powietrznej. Ceni troskę o komfort dowódcy, ale bardziej interesuje go komfort ludzi, na których może spaść dron albo rakieta Ch-101. Pytał, czy nie czas wreszcie pokazać sprawczość.
Wiceminister dopytywała, czy Ch-101 wyrządziła jakieś szkody. Usłyszała, że leciała w stronę Kraśnika i spadła na polu, choć równie dobrze mogła trafić w zakłady Mesko. Odpowiedziała, że dowódca dysponuje danymi, których nie mają ani widzowie, ani redaktorzy, i kazała wyobrazić sobie sytuację odwrotną: zestrzelony obiekt spada na budynek mieszkalny. Parafianowicz zauważył, że w przypadku ukraińskiego drona Polska nawet nie wiedziała, że jest w jej przestrzeni powietrznej, a dowiedziała się od Litwinów, którzy nie słyną z perfekcyjnej obrony przeciwlotniczej. Na to wiceminister odpowiedziała tylko, że nie da się namówić na spekulacje.
Alarmy, których nie było, i miejsca schronienia
Widz z Lubelszczyzny pytał, dlaczego mieszkańcy dostają mnóstwo alertów, gdy coś zbliża się do granicy, a gdy dron rzeczywiście ją przekroczył, alarmu nie było, choć kamery przemysłowe nagrały charakterystyczne brzęczenie. Wiceminister obiecała odnieść się do sprawy po jej wyjaśnieniu i przyznała, że analizuje się kilka scenariuszy. Do niej również docierają głosy, że alertów jest za dużo. Zawsze pozostaje jednak pytanie o ten jeden niewysłany alarm, który mógł komuś uratować życie. Na zarzut, że alerty przychodzą, gdy dron jest jeszcze nad Ukrainą, odpowiedziała, że po przekroczeniu granicy liczą się już sekundy. Parafianowicz zripostował, że wtedy jest za późno, a w tym przypadku dron granicę przekroczył i alarmu nie było.
Magierowski pytał, ilu mieszkańców wie, jak się zachować i gdzie jest najbliższy schron. Sobkowiak-Czarnecka obawia się, że niewielu, i bardzo ją to martwi. Dlatego resort organizuje ćwiczenia gotowościowe i powstał poradnik bezpieczeństwa, z którego nie wiadomo czemu kpiono, choć można w nim znaleźć odpowiedź na pytanie, co robić po alercie. MSWiA wydało aktualizację poradnika na wypadek ataku z powietrza, bo z tym zagrożeniem Polska ma dziś właściwie wyłącznie do czynienia.
Zaapelowała, by zamiast o schronach mówić o miejscach schronienia. Słowo schron przywodzi na myśl obiekty znane z filmów, a wystarczy pomieszczenie bez okien, możliwie daleko od ściany zewnętrznej, często podziemny parking. MSWiA uruchomiło stronę z mapą, na której można sprawdzić najbliższe punkty. Gdy Magierowski zapytał, ile prawdziwych schronów zbudowano w ostatnich trzech latach, odmówiła odpowiedzi i odesłała do MSWiA.
Parafianowicz zapytał, co zrobiłaby po alercie o 3.50 nad ranem. Odpowiedziała, że jako wiceminister dokładnie wie, co ma robić, i nie ma to nic wspólnego z ucieczką, więc odpowie jako obywatelka. Gdy dziennikarz podsunął zasadę dwóch ścian, wyjaśniła, że alerty mają dwa poziomy. W tym niższym chodzi o sprawdzanie komunikatów w mediach, przede wszystkim publicznych, i w kanałach rządowych. Wyższy od razu nakazuje udać się do miejsca schronienia. Dodała, że poprzedniego dnia na Lubelszczyźnie rozesłano oba rodzaje.
W trakcie tego wątku wróciła biedronka, którą Magierowski na początku programu powitał jako dodatkowego gościa, wyrażając nadzieję, że nie jest chińskim nanorobotem podsłuchującym rozmowę. Owad wpadł do szklanki z wodą. Magierowski nie chciał go wyciągać, żeby źle nie wyglądało to w kamerze. Parafianowicz zażartował, że biedronka pochodzi z jednostki w rodzaju Navy SEAL, bo umie pływać, skakać i latać. Magierowski dopowiedział, że raczej z Formozy.
Spór o wojnę hybrydową
Magierowski przypomniał, że rumuńskie lotnictwo zestrzeliło właśnie dwa drony nad własnym terytorium, i przyznał, że jest gorącym przeciwnikiem określenia wojna hybrydowa. Jego zdaniem Rosja przekroczyła już czerwoną linię, a ten termin daje politykom zgrabną wymówkę, by nie sięgać po artykuł 4 traktatu waszyngtońskiego, nie mówiąc o artykule 5. Wiceminister zapowiedziała, że w takim razie mają spór. Przesuwanie granicy tego, co jest wojną, jest jej zdaniem celem Rosji. Ważniejsze jest dla niej mówienie, że Polska w ogóle jest na wojnie, bo w niektórych obozach politycznych buduje się przekonanie, że to rząd straszy wojną. Działania w sieci i sabotaż to wojna hybrydowa, a wojna kinetyczna to bezpośrednie starcie.
Magierowski pytał, czy czerwona linia zostanie przekroczona, gdy rakieta podobna do tej spod Kraśnika spadnie na dom, a Rosja zwali winę na Ukraińców albo w ogóle się nie przyzna. Parafianowicz dopytywał, na jakie zapisy traktatu się wtedy powołamy. Sobkowiak-Czarnecka odpowiedziała, że jeśli ktoś zginie, trzeba rozmawiać o artykule 5. Wyjaśniła różnicę, której według niej mało kto jest świadomy: artykuły 4 i 5 to sfera polityczna NATO, a czym innym są działania prowadzone przez naczelnego dowódcę sił sojuszniczych w Europie. Bez uruchomienia artykułu 5 też istnieją konkretne plany i trwają operacje, jak ta na wschodniej flance.
Strategia Grynkewicha, a polskiej wciąż brak
Parafianowicz przypomniał, że gen. Alexus Grynkewich przedstawił na Warsaw Security Forum trzyfilarową strategię zwycięstwa. Jest w niej ciekawy element: walka z Rosjanami ma się toczyć w punkcie styku, a nie na Wiśle czy innej rzece. Dziennikarz uznał za kompromitujące dla rządu i obozu prezydenckiego, że Grynkewich ogłasza ją w państwie, które od 2020 roku nie potrafi przyjąć strategii bezpieczeństwa narodowego, a obowiązuje dokument sprzed inwazji na Ukrainę.
Wiceminister zauważyła, że zastanawiała się, dokąd zmierza tak skonstruowane pytanie. Najpierw odpowiedziała na wątpliwości, co to za strategia, skoro ogłasza się ją przed kamerami. Ma ona część niejawną, a osoby z dostępem do takich informacji nie słyszały jej po raz pierwszy podczas wizyty Grynkewicha, bo była długo przygotowywana i konsultowana. O polskiej strategii nie chciała zapeszać. Jest blisko, a przyjęcie spodziewa się jeszcze w tym roku.
Magierowski przyznał, że słuchał Grynkewicha z mieszanymi uczuciami. Koncepcja zablokowania, stępienia i złamania przeciwnika wydała mu się bardzo defensywna, a nawet deeskalacyjna, bo nie mówi o zwycięstwie w wojnie ani o ostatecznym pokonaniu Rosji. Na Kremlu i w rosyjskim resorcie obrony mogli wywnioskować, że NATO zareaguje szybko i mocno, ale gdzieś się zatrzyma, a więc cena ewentualnego ataku nie byłaby zbyt wysoka. Sobkowiak-Czarnecka odpowiedziała, że szczegóły operacji są w dokumentach niejawnych. Najważniejszy przekaz był jej zdaniem w innym miejscu przemówienia: Grynkewich kilka razy powtórzył, że sojusz jest gotowy działać już teraz, a nie w 2030 czy 2035 roku. To odpowiedź na rosyjskie próby przesuwania granic i skłócania NATO. Przypomniała, że szczyt w Ankarze po raz pierwszy wskazał Rosję jako największego przeciwnika i uciął spekulacje, czy sojusz zostawi kraje bałtyckie. Znaczenie ma też to, że naczelny dowódca jest Amerykaninem, choć niektórzy uważają to za oczywistość.
Parafianowicz drwił, że gotowość do działania tu i teraz może oznaczać polskich żołnierzy na froncie i dowodzenie z Poznania, jak w scenie ze Shreka, w której władca jest gotów ponieść ofiarę, tyle że cudzymi rękami. Zapytał, czy 82. Dywizja Powietrznodesantowa wyląduje w Królewcu i od pierwszego dnia stanie ramię w ramię z Polakami. Wiceminister zarzuciła mu, że namawia ją do ujawnienia treści niejawnych dokumentów. Gdy pytanie uogólnił, odpowiedziała, że jej zdaniem Amerykanie od pierwszego dnia staną do walki z Rosją i Białorusią obok Polaków.
Fort Trump: liczy się podpis
Magierowski zapytał, czy wiceminister wierzy w powstanie stałej amerykańskiej bazy. Odpowiedziała, że rząd robi wszystko, by tak się stało. Gdy dopytywał o wiarę, odparła, że jej praca nie polega na wierzeniu, tylko na działaniu. Wpisy Donalda Trumpa w mediach społecznościowych i jego odpowiedzi łapane przez dziennikarzy są ważne, ale najważniejszy jest papier z podpisem. Dobrym prognostykiem jest dla niej podejście Amerykanów: w Pentagonie powstał zespół, odpowiada za niego Elbridge Colby, a przedstawiciel resortu przylatuje do Polski, ogląda potencjalne lokalizacje i omawia warunki. Nikt, jak mówiła, nie angażuje sił i środków w projekt, który ma nie powstać.
Magierowski wyjaśnił, po co zadał pierwsze pytanie. Obawia się, że nawet po złożeniu podpisów jeden telefon z Kremla i miła pogawędka Putina z Trumpem mogą projekt zniweczyć, jak w mniejszej skali stało się z zapowiadanymi i wycofanymi dostawami Tomahawków dla Ukrainy. Putin może się też powoływać na Akt stanowiący NATO–Rosja. Wiceminister przyznała, że gdy Polska zaczęła głośno zabiegać o centrum serwisowe systemów PAC, a docelowo o ich produkcję, z Kremla popłynęły pohukiwania o konsekwencjach. Rolą Polski jest uświadamianie Amerykanów, co Rosjanie robią w tej części Europy, i nie ma rozmowy, w której nie mówi się tego wprost. Przypomniała, że w ciągu doby od poprzedniej wizyty Jareda Kushnera w Moskwie nastąpił zmasowany atak na Ukrainę, a Amerykanie dopytywali ją, co się dzieje, skoro Putin dopiero co zapewniał, że wszystko jest w porządku.
Parafianowicz zasugerował, że Amerykanie może tylko udają naiwnych. Trump mimo szalonego wizerunku zdradza szczegółową wiedzę o wojnie, na przykład o tym, że rosyjska 1. Armia Pancerna w lutym 2022 roku zjechała pod Przyłukami na polne drogi i utknęła. Wiceminister odpowiedziała, że Amerykanie byli wtedy przekonani, iż Putin wykonuje pewne ruchy na potrzeby wewnętrzne. Polska może mówić jasno i zabiegać o bazę, centrum serwisowe i produkcję, bo im więcej amerykańskiej obecności, tym więcej bezpieczeństwa. Na pytanie, czy w finale rozmów są Poznań z Camp Kościuszko i Powidz z magazynami APS, odpowiedziała, że docenia próby wyciągnięcia z niej informacji, których nie może ujawnić.
Klucze w kieszeni Muska
Magierowski przywołał aferę wokół Starshield, wojskowej odmiany Starlinka, której możliwości w Ukrainie zostały mocno ograniczone. „Wall Street Journal” napisał, że decyzję podjął sam Elon Musk. Magierowski w to nie wierzy i podejrzewa, że Musk skonsultował ją z kimś ważniejszym w jednym ważnym domu. Pytał o uzależnienie europejskiej obronności od takich technologii. Wiceminister przyznała, że w tym przypadku Europa jest uzależniona, ale powstaje wiele inicjatyw konkurencyjnych wobec Starlinka, w tym ogłoszona współpraca ICEYE z PGZ. Deficytem nie jest sprzęt, tylko infrastruktura do wynoszenia obiektów na orbitę. Tu Musk trzyma wszystkie klucze w kieszeni, a kolejki są wieloletnie. Francuska Ariane jest jej zdaniem mało konkurencyjna, a budowa takiej infrastruktury trwa. Zgodziła się z przywołanym przez Magierowskiego amerykańskim publicystą, że oddawanie tak ogromnej władzy prywatnemu biznesmenowi jest niebezpieczne, i dodała, że niektóre kompetencje muszą zostać w rękach państwa.
Parafianowicz zapytał o rosyjskiego satelitę, który niebezpiecznie zbliżył się do satelity wykorzystywanego przez Polskę. Wiceminister odpowiedziała tak, jak politycy rzadko odpowiadają: że nie wie. Sprawa leży w gestii wiceministra Cezarego Tomczyka.
Tarcza Wschód to nie linia Maginota
Widz zapytał, czy prawdą jest, jak pisze Marcin Wyrwał z Onetu, że prace nad Tarczą Wschód są słabo zaawansowane, a państwo w tej sprawie zamula. Sobkowiak-Czarnecka się nie zgodziła. Wskazała dwie duże zmiany. Pierwsza to finansowanie: z mechanizmu SAFE, którym się zajmowała, na projekty włączane do Tarczy Wschód przypada około 10 miliardów. Druga to wsparcie sojuszników, którzy w rozmowach międzynarodowych często pytają, jak pomóc. Przyznała, że pewnie nie wszystko wychodzi idealnie, ale wszystkie ręce są na pokładzie.
Parafianowicz pytał, czy Polska nie buduje linii Maginota, którą Rosjanie obejdą. Widzą przecież potencjał NATO i dostosowują taktykę: drony, jednostkę Rubikon odcinającą szlaki komunikacyjne. Wiceminister odpowiedziała, że chciałaby, by użycie Tarczy w praktyce nigdy nie było potrzebne. Przypomniała, że rosyjska inwazja w 2022 roku zaczęła się od ciężkiego sprzętu, a wojna nakłada kolejne warstwy. Po nocy z 9 na 10 września zeszłego roku, gdy rosyjskie drony wleciały nad Polskę, powstała koncepcja systemu SAN. Teraz zapadają decyzje w sprawie dronów odrzutowych. Ogromnym i mało omawianym tematem jest walka radioelektroniczna, którą Rosjanie stosują na nieprawdopodobną skalę. Nie można budować jednej warstwy do połowy i porzucać jej, gdy przeciwnik zmieni taktykę. Fundamentem jest odstraszanie, bo nikt nie szykuje się na wojnę po to, by ją prowadzić, tylko po to, by Rosjanie nie odważyli się zrobić ostatecznego kroku.
Lekcje z Ukrainy: drony i ciągłość produkcji
Magierowski zapytał, czego Polska nauczyła się od Ukraińców w dziedzinie dronów. Wiceminister zaprzeczyła, że Polska szykuje się wyłącznie ciężkim sprzętem, bo inwestycje w drony są bardzo duże. Jako jedną z największych lekcji wskazała zaproponowany przez Sztab Generalny model 44, czyli dronową osłonę w ramach batalionu, w której drony stają się częścią całego systemu. Drony są dziś wykorzystywane wszędzie, od ochrony jednostek po duże projekty. Wspomniała, że rozwiązania ewakuacyjne podobne do tych ze świeżych zdjęć z Ukrainy widziała wcześniej na polskich ćwiczeniach, a w publicznym odbiorze dron wciąż kojarzy się zbyt wąsko.
Drugą fundamentalną lekcją z czterech lat wojny jest to, że po powstrzymaniu uderzenia w pierwszych godzinach trzeba utrzymać zdolności przez cały czas. Dlatego MON dotuje firmy zbrojeniowe, by mogły błyskawicznie zwiększyć produkcję w godzinie W, i stawia na krajowy przemysł. Obok jakości i ceny liczy się przenoszenie produkcji do Polski albo przynajmniej do regionu, bo wojny w Ukrainie i w Iranie pokazały, że łańcuchy dostaw pękają jako pierwsze. Chodzi też o zdolności odtwórcze i serwis ciężkiego sprzętu, a więc części zamienne i pieniądze na utrzymanie.
Parafianowicz zapytał, czy Polska ma choć jeden morski dron bojowy podobny do ukraińskiej Magury. Wiceminister wspomniała o polsko-norweskim projekcie tego typu, który przeszedł testy i którym resort jest zainteresowany. Na pytanie, czy mógłby posłużyć do blokowania okrętów na Bałtyku, i ostatecznie, czy jakikolwiek taki dron jest na wyposażeniu, przyznała, że dziś nie.
Chińska inwazja technologiczna
Magierowski przypomniał incydent w Wielkiej Brytanii, gdzie podwodne drony Kraken z chińskimi komponentami wysyłały sygnały do Pekinu. Zażartował, że do biedronki byłoby im bliżej. Wspomniał też o nieszczęsnym robocie wprowadzonym do jednej z baz polskiej marynarki wojennej i o zakazie wjazdu chińskich samochodów do jednostek. Parafianowicz dorzucił, że robot nie odpowiada na pytania o to, co wydarzyło się 4 czerwca 1989 roku. Magierowski pytał, czy chińskiej technologii da się jeszcze przeciwstawić.
Wiceminister zostawiła na boku życie cywilne, na które nie ma wpływu, choć przyznała, że zalew chińskiej technologii jest ogromny, a wielu cywilów nie zdaje sobie sprawy, jak wiele informacji o sobie udostępnia Chińczykom. W wojsku dużo zrobił znienawidzony przez wszystkich mechanizm SAFE, który wymaga eliminacji chińskich komponentów. Pamięta dyskusje, w których odrzucano produkty z powodu zbyt dużego udziału chińskich części, a gdy ktoś chciał się spierać, argumentem rozstrzygającym było finansowanie. To jeden z pozytywnych skutków SAFE, o których nikt nie mówi. Stąd też decyzja o wycofaniu chińskich pojazdów z jednostek. Na pytanie, czy można wnosić chińskie smartfony, które też rejestrują dźwięk i obraz, odpowiedziała, że nie wie, wie natomiast o zakazie wjazdu pojazdów.
Migi za drony: już na finiszu
Parafianowicz wrócił do wymiany migów na drony. Pytał, dlaczego Ukraińcy się ociągają, czy szukają pieniędzy na modernizację samolotów, czy wyłoży je Polska, czy będzie zrzutka państw NATO i co to za mityczne drony: sama konstrukcja czy maszyny nakarmione danymi z pola walki. Wiceminister odpowiedziała, że dzień wcześniej przed godziną 16 powiedziałaby, że sprawa idzie bardzo dobrze. Lwowska decyzja zmniejszyła tempo rozmów i chęć do różnych działań. Proces był już na etapie finalizacji, z wieloma zwrotami akcji, i osiągnięto pewne porozumienie. Ma nadzieję, że zostanie sfinalizowane, gdy relacje wrócą do normy, bo trwa to już po prostu za długo. Parafianowicz podsumował, że uchwała nie zamroziła sprawy, ale wygasiła tempo. Wiceminister przyznała, że od tamtej pory rozmowy nad różnymi projektami toczą się dużo wolniej. Jakie drony i czy z danymi, nie powiedziała.
Pod koniec programu dziennikarz zapytał, co musiałoby się stać, by klimat wrócił. Usłyszał, że potrzebne jest definitywne zamknięcie sprawy: przyznanie, że to był błąd, wycofanie decyzji i zapewnienie, że Ukrainie zależy na relacjach z Polską. Jeśli Ukraińcy się nie wycofają, wiceminister przewiduje scenariusz jak po decyzji Zełenskiego. Rząd mówił wtedy jasno, że polityka nie może w stu procentach przekładać się na współpracę w dziedzinie bezpieczeństwa i pomoc, dzięki której ludzie nie giną. Dopytywana o pociski do Patriotów dla Ukrainy, mówiła, że rozmowy o donacjach toczą się między państwami europejskimi i natowskimi. Przyznała, że nikt Polsce decyzji nie narzuca. Na pytanie, czy wyobraża sobie, by Warszawa powiedziała wprost, że bez porzucenia Szuchewycza nie będzie Patriotów, odmówiła odpowiedzi.
Pytania za pięć punktów
Na pytanie widza, czy wojska cyberprzestrzeni zyskały kompetencje ofensywne wobec Rosji i Białorusi, wiceminister odparła, że prowadzący mają świetną listę pytań, na które nie będzie odpowiadać. Magierowski zaoferował się jako ten, który modyfikuje pytania i łagodzi atmosferę. Rozmówczyni zauważyła, że rozmawia się przyjemnie, ale wciąż jest wiceministrem i nie wszystkim może się dzielić. Gdy Magierowski zapowiedział pytanie uproszczone, skwitowała, że będzie za pięć punktów, a nie za dziesięć.
Magierowski opowiedział, że jeszcze w Stanach Zjednoczonych przekonywał rozmówców, iż Zachód ma związane ręce. Polskie służby mogłyby przecież sparaliżować lotnisko Szeremietiewo na 72 godziny albo wyłączyć sieć wodociągową w jakimś rosyjskim mieście. Nie robimy tego z powodów etycznych i kulturowych, a Parafianowicz dodał, że także z awersji do ryzyka i eskalacji. Magierowski pytał, czy nie należałoby działać bardziej asertywnie.
Wiceminister wskazała dwa wyzwania. Pierwszym jest prawo. Ukraina jest w stanie wojny, a Polska działa na prawie czasu pokoju, które jest absolutnie niewystarczające. Gdy premier Kosiniak-Kamysz zapowiedział ustawę przedwojenną, wybuchła, jak to nazwała, histeria, że rząd zapowiada wojnę. Przeprosiła, jeśli to słowo kogoś uraziło. Magierowski dopowiedział ironicznie, że podążamy ku wojnie. Odpowiedziała, że brakuje narzędzi i owszem, chciałaby więcej ruchów takich jak ukraińskie, ale prawo na to nie pozwala. Na zarzut, że Ukraińcy stawiają fabrykę od ręki, a w Polsce wszystko trwa, przypomniała zmianę prawa sprzed roku o decyzjach w sprawie inwestycji kluczowych. Pierwsze takie decyzje wydała dwa, trzy tygodnie wcześniej i znacznie przyspieszają one budowę fabryk. To jednak protezy, a potrzebna jest konkretna ustawa, którą wciąż będzie nazywać przedwojenną, choć w istocie chodzi o deregulację.
Koniec anonimowości w sieci
Drugim wyzwaniem, w którym, jak przyznała, jest bardzo radykalna, jest internet. Region z młodą demokracją, w którym część społeczeństwa pamięta brak wolności słowa, reaguje alergicznie na każdą dyskusję o ograniczeniach. Dla niej nawoływanie do przestępstwa czy groźby to nie wolność słowa. Gdyby w realnym świecie nawrzucała redaktorowi i groziła mu śmiercią, miałaby gigantyczne problemy. Opowiedziała się za likwidacją anonimowości w sieci i zapowiedziała, że mówi o czymś po raz pierwszy publicznie. Osoby pełniące najwyższe funkcje w państwie dostają wiele gróźb karalnych, a gdy przychodzą z anonimowych kont, nic się nie dzieje. Ci, którzy piszą pod nazwiskiem, ponoszą konsekwencje: w jej przypadku niektórzy zostali już skazani. Internet nie jest magiczną przestrzenią obok życia, a dla dzieci to codzienny świat.
Przywołała historię kandydata na prezydenta Rumunii. Rumuńscy koledzy przyznali jej, że widzieli, co dzieje się w sieci, ale wiedzieli, że każdy ruch wywoła awanturę o ograniczanie wolności słowa. Skoro są reguły dla świata rzeczywistego, potrzebne są też dla wirtualnego, bo tę lukę Rosja wykorzystuje na całego. Magierowski jako adwokat diabła, który sam nadziewa się na takie komentarze, pytał o prawdziwe osoby i boty głoszące brutalne, skrajnie prorosyjskie i antyukraińskie opinie. Wiceminister odpowiedziała, że nie mogą to być konta anonimowe ani puste profile pod zmyślonym nazwiskiem. Jako przykład podała Janinę Kowalską, na co prowadzący przeprosili wszystkie osoby o tym nazwisku. Wyjaśniła, że rosyjska propaganda nie pisze, że Rosja jest wspaniała. Sugeruje raczej, że pomoc Ukrainie wystawia Polskę na zagrożenie, bo pozbywa się sprzętu, albo że Ukraińcy mają za dużo praw.
Parafianowicz się nie zgodził. Atmosferę w relacjach z Ukrainą schładzają według niego nie mityczne boty i trolle Putina, tylko realni politycy. Przykładem jest Szeremeta, polityk głównego nurtu z Europejskiej Solidarności Petra Poroszenki, a nie margines. Przypomniał, że autora gróźb wobec premiera i wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza namierzono, a niedoszły zamachowiec siedzi w areszcie. Pytał, czy skoro narzędzia działają, trzeba nakładać internetowi kaganiec. Wiceminister odparła, że relacje polityczne między państwami to jedno, a reakcja społeczna to drugie, podobnie jak droga, jaką Polacy przeszli przez cztery lata. Na uwagę, że za to trzeba podziękować Zełenskiemu, odpowiedziała, że nastroje antyukraińskie nie pojawiły się wczoraj ani cztery miesiące temu. Gdy dziennikarz upierał się, że temperaturę nadają liderzy, wskazała najlepszy, jej zdaniem, barometr presji społecznej. Jedna z głównych partii opozycyjnych, rządząc, bardzo pomagała Ukrainie, a dziś bywa skłonna wołać o zamknięcie hubu w Jasionce, byle tylko nie pomagać.
MON i Pałac Prezydencki
Magierowski zapytał o współpracę MON i premiera Kosiniaka-Kamysza z Kancelarią Prezydenta. Wiceminister oceniła ją jako dobrą. Resort jest w stałym kontakcie z BBN, a sprawy bezpieczeństwa są dziś wyraźnie oddzielone od polityki. Podział ról wobec USA jest jasny: prezydent Karol Nawrocki rozmawia z Donaldem Trumpem, premier z sekretarzem Pete’em Hegsethem, a ona z odpowiednikami, przy czym przyznała, że dołącza też do tego wyższego grona. Minister Bartosz Grodecki co tydzień osobiście uczestniczy w posiedzeniach Komitetu Bezpieczeństwa, czego wcześniej nie było. Dowodem poprawy po odejściu Sławomira Cenckiewicza jest sierpniowa liczba nominacji generalskich, która pokazała, że da się dogadać.
Parafianowicz pytał, skąd w takim razie oskarżenia otoczenia prezydenta i sympatyzującej z nim partii, że rząd straszy Polaków. Wiceminister zaznaczyła, że nie słyszała tego od Grodeckiego. Krzyczący w ten sposób próbują jej zdaniem zbić polityczne punkty, i to głupio, bo przy uzbrojonej rosyjskiej rakiecie w polskiej przestrzeni powietrznej, podpaleniach fabryk zbrojeniowych i dywersji na torach trzeba być ślepym i głupim, by nie widzieć zagrożenia. Zapytana, czy to już szczyt, odpowiedziała, że od Prawa i Sprawiedliwości zawsze można spodziewać się więcej. Co do Rosji zapewniła, że rząd robi wszystko, by więcej nie było.
Dziennikarz nakreślił scenariusz, w którym Trump dogaduje się z Putinem kosztem rozbioru Ukrainy, sytuacja się uspokaja, do wiosny nic się nie dzieje, a opozycja pyta, gdzie ta wojna. Wiceminister nie wyobraża sobie przehandlowania Ukrainy i zapewniła, że rząd się pod tym nie podpisze. Parafianowicz zauważył, że nikt nie prosi Warszawy o podpis. Poprawiła się więc, że nikt w Polsce nie będzie w tej sprawie siedział cicho. Przedstawiła roboczą teorię: wiele rzeczy za oceanem eskaluje na potrzeby wyborów połówkowych, choć traci na tym cały świat. Magierowski zażartował, że jako były ambasador pewnie nie może tego skomentować.
Uzbrojone Niemcy i strach przed skrajną prawicą
Magierowski przywołał rozmowę z Justyną Gotkowską z Ośrodka Studiów Wschodnich o ambitnych niemieckich planach zbrojeniowych. Pytał, czy Polska powinna się z nich cieszyć, skoro wobec Niemiec pojawiają się wiadome skojarzenia. Wiceminister pozdrowiła swoich hejterów i zdradziła, że w poniedziałek leci do Berlina, co pewnie wielu będzie przeżywać. Parafianowicz dowcipkował, że jedzie omawiać der SAFE. Rozmówczyni odpowiedziała, że po tym, jak ktoś wymawia nazwę programu, od razu wie, jaką telewizję ogląda. Uważa, że Polska przyczyniła się do wzrostu niemieckich wydatków na obronność, bo wielokrotnie apelowała o to na forum unijnym, a Niemcy długo tkwiły w powojennym myśleniu. Magierowski ocenił, że najbardziej przyczynił się Trump. Prowadzący dopowiadali o przeoranych mózgach i dywidendzie pokoju. Wiceminister żałowała, że opozycja w wojnie o SAFE zantagonizowała relacje z Niemcami, bo sojuszników trzeba mieć jak najbliżej, a Niemcy są w NATO i w UE.
Magierowski zapytał, co będzie, jeśli kanclerzem zbrojących się Niemiec zostanie Alice Weidel z AfD, prezydentem Francji Marine Le Pen, a premierem Wielkiej Brytanii Nigel Farage. Parafianowicz sparafrazował znany dowcip: czasy się zmieniły, ale ludzie wciąż ci sami, doktorze Mengele. Dodał, że nawet przy rządach chadeków czy socjaldemokratów silne Niemcy upomną się o podmiotowość i odbiorą Polsce argumenty państwa, które chce być dostawcą, a nie biorcą bezpieczeństwa. Wiceminister przyznała, że bardziej niż same zbrojenia niepokoić powinny nastroje i scenariusze polityczne w Niemczech. Jeszcze bardziej martwi ją duża grupa Polaków, którzy chcieliby rządów Grzegorza Brauna. Na uwagę, że na tym polega demokracja, odparła, że to człowiek, który niedawno ramię w ramię z AfD wychwalał Nord Stream. Trzeba więc skutecznie przekonywać wyborców, by głosowali na gwarantów pokoju, a nie na otwarcie prorosyjskie ugrupowania.
Izrael: pytanie dla ministra Sikorskiego
Magierowski, były ambasador w Izraelu, zapytał o współpracę MON z izraelskim rządem. Wiceminister się zawahała i poprosiła o zwolnienie z odpowiedzi oraz zaproszenie ministra Sikorskiego. Magierowski obiecał nie dociskać, ale poszerzył pytanie o etykę. Jego zdaniem Izrael popełnia zbrodnie wojenne w Strefie Gazy i częściowo w południowym Libanie, a Polska współpracuje też z niedemokratycznymi państwami Zatoki Perskiej. Pytał, czy powinniśmy kupować broń od Izraela. Sobkowiak-Czarnecka, zastrzegając, że nie jest to stanowisko rządu, oceniła, że złe jest to, co Izrael robi wobec Palestyńczyków. Delikatnie mówiąc nie najlepsze jest też to, kto zainspirował Trumpa do działań wojennych w tamtym regionie, co uznała za duży problem. Dodała, że takich kontaktów gospodarczych dziś nie ma.
Patrioty: gwarancje bez papieru i walka o koprodukcję
Parafianowicz zapytał o pociski do Patriotów przekazane Ukrainie w pierwszej donacji. Gdy podał ich liczbę, wiceminister zwróciła mu uwagę, że wplótł informację, której resort nie ujawniał. Stanęło na kilku pociskach, by w komentarzach nie pisano, że coś przyznała. Ministrowie Tomczyk i Kosiniak-Kamysz mówili o amerykańskiej gwarancji uzupełnienia zapasów w razie eskalacji. Dziennikarz dopytywał, czy jest ona na piśmie, czy to deklaracja na gębę. Wiceminister kilkakrotnie powtórzyła tylko, że donacje takiego sprzętu ustala się z Amerykanami, a rozmowy z nimi gwarantują Polsce bezpieczeństwo. Konkretu o piśmie nie podała.
Magierowski zwrócił uwagę, że amerykańskie zapasy szybko się kurczą, i zapytał, czy Amerykanie nie obiecują jak Zagłoba. Wiceminister przyznała, że wojna w Iranie nadwyrężyła ich sprzętowo, i zauważyła, że ambasador znalazł bardziej dyplomatyczne słowo niż to, którego sama chciała użyć. Jedynym rozwiązaniem jest koprodukcja. Dziś poza USA pociski do Patriotów produkuje tylko Japonia, a skoro większość użytkowników jest w Europie, takie miejsce powinno powstać także tutaj. Administracja jej zdaniem do tego dojrzała, bo to rozwiązałoby także problem wynikający z zaangażowania w Iranie, a sojusznicy przecież kupili konkretny sprzęt. Nazwała to sytuacją, w której wygrywają obie strony. Postawiła też odważną tezę: jeśli Amerykanie nie zdecydują się na koprodukcję i większe moce, za dziesięć lat mogą się obudzić na rynku, którego już nie dominują, bo państwa regionu chcą sprzętu tu i teraz.
O centrum serwisowe Polska rywalizuje ze Szwecją, Holandią i Niemcami, które złożyły wnioski. Ukraina to osobna historia ze zwrotami akcji. Trump ogłosił w Ankarze, że da Ukraińcom licencję na produkcję pocisków, nie precyzując wersji. Dwa dni później wiceminister przedstawiła w Waszyngtonie propozycję polskiego rządu: fabryka w Ukrainie byłaby łatwym celem dla Rosjan, więc lepiej postawić ją w Polsce, we wspólnym projekcie z Ukrainą, na bezpiecznym terenie. Potem Trump oświadczył, że licencji dla Ukrainy nie będzie. Parafianowicz pytał, czy przyczyniła się do tego Polska. Wiceminister mówiła o otwartej rozmowie o scenariuszach. Po deklaracji z Ankary zwłaszcza amerykański przemysł zastanawiał się, jak chronić fabryki, skoro są głównym celem Rosjan, a nikt nie chce, by technologia wypłynęła jeszcze dalej na wschód. Dziennikarz podsumował, że Polska utrąciła koncepcję ukraińską. Wiceminister dodała, że prezydent po kilku tygodniach do tego wątku wrócił.
Na pytanie, kiedy Polska będzie masowo produkować tanie pociski manewrujące Barracuda, odpowiedziała, że to wymaga czasu, a wyzwania leżą po stronie amerykańskiej. Zapytana o doniesienia, że szef Sztabu Generalnego gen. Wiesław Kukuła rozpoznawał możliwość zakupu tureckich pocisków balistycznych Tayfun, nie chciała mówić o żadnym kierunku. Za naturalne uznała ciągłe szukanie najlepszych i najszybciej dostępnych rozwiązań.
Agencja Uzbrojenia 2.0 i kamizelki dla kobiet
Gdy Magierowski przyznał, że nie ma więcej pytań, wiceminister zażartowała, że zostaje z Parafianowiczem sama. Ten zapytał, czy deregulacja pozwoli małej firmie z dronami odpornymi na zagłuszanie szybciej dotrzeć do MON z pominięciem skomplikowanych przetargów. Wiceminister przypomniała, że drony uregulowano wcześniej decyzją nr 123 ministra obrony. Jeśli testy wskazują konkretne rozwiązanie, zakup wyjęty jest spod prawa zamówień publicznych i agencja nabywa sprzęt szybciej. Szczegółów ustawy nie zdradziła, by widzowie nie poznali ich przed członkami rządu. Z jej obszaru będzie to skrócenie drogi od przedsiębiorcy do zamówienia i wejścia sprzętu do służby oraz wzmocnienie Agencji Uzbrojenia.
Mówiła o projekcie Agencji Uzbrojenia 2.0, wynikającym z refleksji po pracy nad SAFE, że system nie widzi sam siebie. Dużo inwestuje się w badania i rozwój, ale ich efekty nie trafiają dalej, a problemem jest też eksploatacja. Nowa agencja ma prowadzić sprzęt od koncepcji do końca użytkowania. W podległym jej Departamencie Polityki Zbrojeniowej wprowadziła zasadę, że każde zgłoszenie przedsiębiorcy musi zostać rozpatrzone, i działa formularz kontaktowy. Prosiła o sygnał, jeśli ktoś został potraktowany inaczej. Rynek tanich, szybko rozwijających się technologii jest gigantyczny i trudny do zmapowania, w przeciwieństwie do rynku ciężkich bojowych wozów piechoty.
Przy kamizelkach odpornych na odłamki dronów FPV wiceminister przyznała, że trafił na jej konika. Badania pokazują, że uniwersalna kamizelka gorzej chroni kobiety ze względu na różnice anatomiczne i inną reakcję przy uderzeniu. Kilka firm już takie robi, trzeba tylko zbadać rynek. Najpierw Sztab Generalny wskazuje potrzeby, potem Agencja Uzbrojenia bada rynek. Drony to sprzęt, którego nie ma sensu kupować na zapas i magazynować, bo technologia zmienia się błyskawicznie. Na rynku zbrojeniowym trwa totalna rewolucja: małe firmy, cywilne komponenty, technologie podwójnego zastosowania i niski próg wejścia. Strona państwowa wciąż nie dostrzega wszystkich nowych graczy.
Parafianowicz zauważył, że małe firmy wręcz boją się MON, obawiają się podpaść i oczekują, że nie przegrają z dużym koncernem dostarczającym od lat ten sam szpej. Wiceminister odpowiedziała, że jej zadaniem jest widzieć wszystkich i wybierać najlepszych. Wobec zagranicznych koncernów stosuje model z programu Orka: cena i jakość to jeden czynnik, ale trzeba produkować w Polsce, mieć polskich poddostawców i inwestować w edukację. Zachodni koncern nie może już po prostu przyjść i siedzieć na polskim rynku. Zaprosiła prowadzących na negocjacje. Firmy, jak mówiła, same już przychodzą z takimi ofertami, rozumiejąc, że inaczej do Polski nie wejdą.
Największe różnice z branżą ma w sprawie długości kontraktów. Przemysł przyzwyczaił się w czasach pokoju do wygodnych umów wieloletnich, w których roczne opóźnienie nic nie znaczyło, a dziś każde opóźnienie to realna rysa na bezpieczeństwie. Zapowiedziała, że z producentem dronów nie podpisze kontraktu na 15 lat. Parafianowicz przypomniał Bayraktary, które dziś są znacznie mniej przydatne niż w chwili zakupu. Wiceminister mówiła o gigantycznym hype’ie i dodała, że katalizatorem rynku są konflikty, a wnioski płyną dziś z dwóch: ukraińskiego i irańskiego. Swój wywód nazwała z uśmiechem wykładem o przemyśle zbrojeniowym.
Pioruny, drony i okręty na eksport
Magierowski zapytał, jakie trzy produkty wymieniłaby, gdyby partnerzy z Brazylii, Indii czy Wietnamu pytali o polską ofertę. Wiceminister odpowiedziała, że nie przywozi się już katalogu tysiąca produktów. Najpierw trzeba poznać potrzeby, budżet i lokalne mocne strony partnera, bo trend local content dotyczy nie tylko Polski, więc oferuje się produkty z częściowo podmienionymi komponentami. Od ręki wymieniła Pioruny, drony produkowane przez największą prywatną firmę na rynku i system SAN. Tym, którzy pytają, po co SAN, skoro są drony odrzutowe, odpowiedziała, że trzeba inwestować we wszystkie warstwy. Na liście eksportowej znalazły się nawet okręty, choć niedawno wiele osób założyłoby się, że to niemożliwe. Parafianowicz przytaknął, że Stocznia Remontowa to zupełnie nowa historia.
Wiceminister opowiedziała o pierwszej wizycie z przedsiębiorcami mniej więcej rok wcześniej w Rzymie. Wieczorem, w męskim gronie, jak to w zbrojeniówce, zapytała, co uda się sprzedać. Jeden z przedsiębiorców odparł, że Polacy raczej nie są eksportowi, bo wszyscy są od nich lepsi. Magierowski skwitował, że to bardzo polskie, wręcz genetyczne. Dziś, po roku zajmowania się eksportem, minister wymienia kilkanaście krajów, które robią zakupy w Polsce. Zapytała prowadzących, który z nich pół roku temu obstawiłby, że Kanada będzie kupować polskie drony.
Firepoint i medal za konsekwencję
Parafianowicz odwrócił pytanie. Ukraińska firma Firepoint, która produkuje niezłe drony uderzeniowe i deklaruje produkcję pocisków balistycznych, co trudno dziś zweryfikować, interesowała się polskim rynkiem. Dlaczego Polska nie weszła z nią w kooperację? Wiceminister nie chciała odnosić się do konkretnych firm. Zauważyła, że wiele państw próbowało koprodukcji z Ukrainą, a efekty ma mało kto. Gdy dziennikarz zapytał, czy rolę odegrały korupcyjne wątki wokół Tymura Mindicza, który miał być ukrytym udziałowcem Firepointu, odparła, że rozmówca nie poddaje się z pytaniami, na które wie, że nie może odpowiedzieć, i należy mu się medal za konsekwencję. Parafianowicz zaproponował Order Uśmiechu.
Na pożegnanie Magierowski zapytał, czy woli tytuł wiceminister, czy wiceministra. Odpowiedziała, że jest jej to obojętne. Parafianowicz zauważył, że resortem kieruje konserwatywny polityk ludowców. Sobkowiak-Czarnecka przypomniała wtedy, że jest pierwszą w historii nowej Polski kobietą odpowiedzialną za uzbrojenie armii.
Rozmowę przeprowadzili Zbigniew Parafianowicz i Marek Magierowski. Program „Uhonorowanie UPA we Lwowie, SAFE i wschód. Sobkowiak-Czarnecka o kondycji MON | TERAZ P&M #2” dostępny na kanale TERAZ WP na YouTube, liczącym 26,3 tys. subskrybentów. Wyemitowany na żywo 21 października 2026.










