Prof. Grzegorz Motyka uważa, że uchwała Lwowskiej Rady Obwodowej ogłaszająca 2027 rok rokiem UPA, Romana Szuchewycza i Ołeha Olżycza jest „zwyczajnie głupia albo wręcz agenturalna”. Członek Kolegium IPN i jeden z najważniejszych badaczy rzezi wołyńskiej rozmawiał z Pawłem Pawłowskim na kanale Żeby Wiedzieć. Pokazał meldunek UPA, który sam odnalazł w kijowskim archiwum, i streścił, co powiedział niedawno na debacie we Lwowie. Wyjaśnił też, dlaczego polscy i ukraińscy historycy z tych samych źródeł wyciągają skrajnie różne wnioski. Wskazał, co mogłoby zamknąć spór o Wołyń. „Jeśli czegoś bym oczekiwał od państwa ukraińskiego, to tylko i aż, aż i tylko tego, aby po prostu przyznano, że UPA przeprowadziła taką masową operację antypolską” – mówił.
„Zwyczajnie głupie albo wręcz agenturalne”
Pawłowski zaczął od pytania: „Po co to Ukraińcom, dlaczego oni znowu nam to robią?”. Motyka odpowiedział, że czy rada wycofa się z uchwały, „to jeszcze zobaczymy”. Za dobrą informację uznał to, że zdystansowało się od niej ukraińskie MSZ. Przypomniał, że głosy w Polsce są niemal jednolite. Decyzja jest nieprzyjazna wobec Polski i lekceważy fakt, że „Szuchewycz i UPA odpowiadają za śmierć dziesiątek tysięcy polskiej ludności cywilnej”.
Zwrócił też uwagę na moment, w którym zapadła uchwała. Ukraina szykuje się na ciężką zimę, a w takiej sytuacji jeszcze ważniejszy staje się strumień pomocy płynący przez Polskę. „Ja nie ukrywam, że opowiadam się za zasadą: pamiętać o historii, ale pomagać Ukrainie, pomagać Ukrainie, ale pamiętać o historii. I co tu dużo mówić, tego typu decyzje w sposób oczywisty utrudniają, zniechęcają do prowadzenia takiej akcji pomocowej” – mówił. „W takim znaczeniu to jest głupie po prostu, to jest zwyczajnie głupie albo, tak jak wiele osób przypuszcza, wręcz agenturalne, podsycone przez stronę rosyjską” – dodał.
Na pytanie, czy Rosjanie mogliby podsycać inicjatora uchwały, radnego Światosława Szeremetę, odparł: „To niech sobie już odpowiedzą ukraińskie służby na to”. Zauważył, że gdy w Polsce politycy mówią o wojnie z Ukrainą, chętnie szermuje się argumentem rosyjskiej agentury. „W tym wypadku wydaje mi się, że też warto użyć takiego argumentu i dobrze, że ze strony polskiej on również się pojawia” – mówił.
„Banderomularze” i próba sondowania
Motyka uważa, że majowa decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, by nadać jednostce imię bohaterów UPA, była „fatalna”. Przywróciła ona „z impetem” sprawy historyczne na agendę polityczną. Obawia się, że zerwano w ten sposób słuszną tradycję relacji polsko-ukraińskich, w której ścieżka historyczna szła równolegle do politycznej. „Wydaje mi się, że po tym sporze z lata tego roku jest niemożliwe, żeby tę linię kontynuować” – ocenił.
Nie wykluczył, że ktoś po ukraińskiej stronie postanowił sprawdzić polską reakcję. Mogły to być władze albo środowiska będące głównymi admiratorami kultu OUN. „Polscy ukrainoznawcy pół żartem, pół serio mówią, że to są tacy banderomularze. Być może ta decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej była taką próbą wysondowania, czy Polacy zareagują na taką decyzję, czy też machną na to ręką” – mówił. Uznał to jednak za mało prawdopodobne, bo świadczyłoby to o wyjątkowo słabej orientacji w polskich nastrojach. „Jestem w stanie zrozumieć, że być może ci radni, którzy podejmowali tę decyzję, się słabo orientują, ale na pewno nie przedstawiciele rządu” – dodał.
UPA równa AK. Polityka historyczna od 2015 roku
Pytany, czy Ukraina prowadzi lepszą politykę historyczną niż Polska, Motyka odpowiedział: „Aż tak bym nie powiedział, natomiast niewątpliwie Ukraina prowadzi sprawną politykę historyczną”. Dodał, że „wiele osób przez długie lata w to nie wierzyło”. Jej podstawą są ustawy Rady Najwyższej z 2015 roku, które uznały OUN i UPA za formacje niepodległościowe i kombatanckie. Ustawy zobowiązały też praktycznie wszystkie instytucje państwowe do kultywowania pamięci o tych formacjach. „W sposób oczywisty jest prowadzona polityka, która zakłada, że UPA była formacją wyzwoleńczo-niepodległościową, równą AK” – mówił.
W sprawie Wołynia ukraińska strona odrzuca polskie wyniki badań i twierdzi, że można mówić co najwyżej o wzajemnych mordach. Na lwowskiej debacie pojawiały się głosy, że zbrodni dopuszczali się pojedynczy dowódcy i oddziały, a nie UPA jako formacja. „I to jest oczywiście nieprawda, to znaczy decyzje o tym, żeby usunąć polską ludność, zapadały na najwyższym szczeblu banderowskiego kierownictwa podziemia” – podkreślił.
Zwykli Ukraińcy nie odpowiadają
Motyka wyraźnie oddzielił ukraińskie społeczeństwo od władz i części elit. „Ja myślę, że przeciętni Ukraińcy nie mają szansy tego zrozumieć” – mówił. Ogół Ukraińców jest według niego bardzo życzliwy wobec Polski i docenia pomoc z 2022 roku oraz tę, która płynie codziennie. „W żaden sposób nie należy obciążać tych tak zwanych zwykłych Ukraińców, szarych Ukraińców, jak to niektórzy mówią, odpowiedzialnością za to, co się dzieje. Oni w żaden sposób za to nie odpowiadają” – podkreślił. Dlatego dobrze, że państwo polskie zdecydowanie reaguje na „ksenofobiczne wybryki wobec mniejszości ukraińskiej”.
Wśród władz i dużej części elit panuje natomiast przekonanie, że wizja UPA jako formacji niepodległościowej jest ważna dla przyszłości państwa. Według Motyki powinna ona obowiązywać nie tylko na Ukrainie, ale i w świadomości zjednoczonej Europy. Prowadzona jest kampania jej propagowania. W ostatnich miesiącach ukazały się w tym duchu książki o UPA na rynku kanadyjsko-amerykańskim oraz przekłady na litewski i łotewski.
Herbert po chińsku, czyli dlaczego Polska przegrywa
Polsce, zdaniem Motyki, trudno uzyskać publiczne wsparcie na tłumaczenie książek na inne języki niż angielski, bo zakłada się, że to niepotrzebne. Przypomniał debatę sprzed dobrych dziesięciu lat. Ważny polski urzędnik pytał wtedy, „po co pomagać Chińczykom w tłumaczeniu Herberta na chiński, skoro są tłumaczenia na język angielski”. „Jeżeli my nie przeformatujemy swojego myślenia i zrozumiemy, że tego typu propagowanie naszej historii, naszego stanowiska we wszystkich możliwych językach jest korzystne dla państwa polskiego, no to będziemy się znajdowali ciągle w takiej sytuacji, kiedy potem będziemy mówili: ojej, nie rozumieją nas” – mówił.
Za podstawową przyczynę uznał „zachwycenie uniwersalizmem świata anglosaskiego” i lekceważenie własnych osiągnięć, które Polacy często nie doceniają.
Debata we Lwowie: „Nikt mi nie zarzucił, że to nie jest prawda”
Pawłowski zapytał, dlaczego historycy z obu krajów, mając dostęp do tych samych źródeł, wyciągają skrajnie różne wnioski. Motyka opowiedział o niedawnej debacie we Lwowie przed salą, która była „siłą rzeczy, tak eufemistycznie, bardzo krytycznie nastawiona”. Zaznaczył, że nagranie jest dostępne w języku ukraińskim.
Powiedział tam jednoznacznie, że ze stanu dowodowego, w tym z dokumentów opublikowanych przez samych byłych członków UPA, wynika jasno, iż Szuchewycz „zaakceptował ludobójcze czystki antypolskie, które miały miejsce na Wołyniu”. „Co najmniej zaakceptował, czyli uznał, że stało się generalnie dobrze” – doprecyzował. Po drugie Szuchewycz zdecydował o przeniesieniu czystek do Galicji Wschodniej. Motyka zacytował na debacie znane i opublikowane wypowiedzi Szuchewycza, w których ten wprost mówi, że wydał rozkaz wyczyszczenia Galicji Wschodniej z całej ludności polskiej.
Przytoczył też meldunek banderowskiego działacza. Według meldunku akcje antypolskie w Galicji Wschodniej, także na ziemi lwowskiej, zaczynały „wyglądać już wręcz tak jak niemieckie akcje przeciwko Żydom”, bo tak bardzo osłabł opór polskiego podziemia. „Na tej sali nikt nie powiedział, nikt nie zarzucił mi, że to nie jest prawda” – mówił. Wołodymyr Wjatrowycz odpowiedział tylko, że „tak wygląda walka antykolonialna”.
955 821 Polaków
Z kontekstu rozkazu Szuchewycza wynika według Motyki, że obejmował on 955 821 Polaków mieszkających w Galicji Wschodniej według stanu z 1943 roku. „Warto sobie uświadomić, że ten rozkaz depolonizacji obejmował de facto ponad milion Polaków” – mówił. Do tego należy doliczyć 300 tys. Polaków z Wołynia i kilkaset tysięcy z pogranicza leżącego dziś w granicach Polski.
Rozkaz stanowił, że w razie oporu należy niszczyć wsie i zabijać tylko mężczyzn. Szuchewycz przyznawał jednak, że część oddziałów idzie dalej i zabija także polskie kobiety i dzieci.
Rozkaz na stole
Po debacie Motyka zetknął się z zarzutami na Facebooku. Ukraiński historyk Wołodymyr Birczak napisał, że z rozkazu Szuchewycza wynika, iż zginąć mieli tylko ci mężczyźni, którzy po otrzymaniu polecenia UPA nie wyjadą dobrowolnie. Motyka zarzucano, że przekłamuje, bo powiedział o wszystkich mężczyznach. W odpowiedzi pokazał w studiu oryginalny dokument. „Państwo możecie sobie wyobrażać, że ten rozkaz to wygląda jakoś niezwykle krwawo i skomplikowanie. Nie, nie, to jest meldunek i tak wygląda taki dokument” – mówił.
„Jest mowa o losie prawie miliona Polaków na mocy tego rozkazu, czy między innymi tego rozkazu, bo zginęło ponad 30 tysięcy Polaków, dziesiątki tysięcy musiało uciekać” – mówił o Galicji Wschodniej. Dokument znalazł w 1995 roku w kijowskim archiwum, a dwa lata później opublikował go w 23. numerze kwartalnika „Karta”. We wrześniu 2026 roku Birczak opublikował ten sam dokument w całości. „Za co mu jestem wdzięczny, bo Facebook jest znacznie bardziej dostępnym narzędziem” – mówił z ironią Motyka, przypominając, że zarazem zarzucono mu przekłamanie. „Ja zostawiam na ręce pana redaktora to, jak to wyglądało” – dodał.
Archiwa otwarte od 20 lat
„Bardzo wielu tych zwykłych Ukraińców nie ma pojęcia o takim rozkazie. Również część tych przedstawicieli elit nie zdawała sobie sprawy z tego, że tego typu dokumentacja jest obecna” – mówił Motyka. Zwrócił uwagę na paradoks. W sierpniu ogłoszono jako wielki przełom udostępnienie archiwów Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, choć zaczęto je otwierać, najpierw częściowo, a potem całkowicie, już 20 lat temu. Wiele dokumentów jest dawno opublikowanych. Także dokument z cytatami z Szuchewycza pochodzi z archiwum SBU i ukazał się drukiem dwie dekady temu.
Las i drzewa: zorganizowana operacja
Dlaczego interpretacje tych samych źródeł tak się różnią? Motyka wskazał najpierw na czynnik ludzki. „Każda wspólnota jakakolwiek, religijna, narodowa, polityczna, ma problem z przyznaniem się do własnych win. I to jest takie bardzo naturalne, ludzkie” – mówił. Drugi problem to gubienie obrazu całości, nie tylko przez szeroką opinię publiczną, ale „nierzadko również przez fachowców zajmujących się historią”. „Czasami wchodzi się do lasu i widzi się drzewa, ale ten obraz tego lasu gdzieś się zatraca” – tłumaczył. Dyskusje toczą się wokół pojedynczych wydarzeń i dokumentów, a wiele osób, także w Polsce, długo nie rozumiało, że nie chodzi o pojedyncze zbrodnie wojenne.
„Mówimy o gigantycznej, zorganizowanej operacji, gdzie kierownictwo OUN i UPA podjęło decyzję, że nie ma miejsca dla Polaków na ziemiach, na których ma powstać niepodległa Ukraina. Że oni mają wszyscy być wypędzeni lub zabici. Na Wołyniu właśnie zabici” – mówił. Operacja trwała od 9 lutego 1943 roku, gdy wymordowano pierwszą wieś, do 18 maja 1945 roku, gdy ofiarą tych rozkazów padła wieś Bronica na Lubelszczyźnie. Zginęło 100 tys. Polaków, a z ponad miliona objętych rozkazami 300–400 tys. zostało wypędzonych.
Chodziło o granice, nie o krzywdy
Motyka zwrócił uwagę na uzasadnienie rozkazu. „Tam nie ma mowy o tym, że ze względu na to, co nas spotkało w dwudziestoleciu międzywojennym, wydajemy takie rozkazy” – mówił. Rozkaz powołuje się na stanowisko polskiego rządu w sprawie przyszłych granic polsko-ukraińskich. „Czyli innymi słowy Szuchewycz przyznaje, że chce rozstrzygnąć przyszły spór graniczny z Polską za pomocą dokonania takiego chirurgicznego cięcia na polskiej ludności cywilnej” – tłumaczył. Rozkazy obejmowały zarówno Polaków, jak i Żydów. „Tyle tylko, że Żydów wcześniej wymordowali Niemcy” – dodał.
Okrucieństwo jako metoda. „Masowa zbrodnia doskonała”
Pytany o źródło okrucieństwa UPA, opisywanego w relacjach świadków, Motyka przyznał, że jego odpowiedź może się wydać niesatysfakcjonująca. „Działo się tak dlatego, ponieważ sprawcy tak to założyli” – mówił. Już przed wojną zakładano, że czystki antypolskie i antyżydowskie powinny przypominać XVII-wieczne powstania kozackie, w których używano siekier, kos i maczug. Miało to zwiększyć przerażenie ofiar.
Zakładano też, że ukraińska ludność cywilna przyjmie to jako coś naturalnego. To się nie do końca udało. „Wbrew wielu polskim przekazom” wielu Ukraińców, choć popierało podziemie, było w najlepszym razie skonsternowanych tym, co spotykało ich polskich sąsiadów, i sprzeciwiało się takim metodom. Między innymi dlatego rozkazy Szuchewycza w Galicji Wschodniej były łagodniejsze niż to, co działo się wcześniej na Wołyniu.
Najważniejszy cel był jednak inny. „Chodziło o to, aby w ten sposób skutecznie ukryć zorganizowany charakter zbrodni. I to jest, można powiedzieć, masowa zbrodnia doskonała, ponieważ po dzień dzisiejszy znajdzie pan bez trudu poważne czasami osoby, które twierdzą, że właśnie ten okrutny charakter zbrodni dowodzi tego, że to była zbrodnia niezorganizowana” – mówił. W takim rozumowaniu na początku musiałaby stać nienawiść i krzywdy, a nie spór polityczny czy przekonanie, że państwo ma być etnicznie jednorodne. Do dziś trwają spory o pierwsze napady z wiosny 1943 roku, przygotowywane w największej tajemnicy: kto, gdzie i jak.
Meldunek spod Dobromila i rodziny mieszane
Motyka przytoczył meldunek OUN z jesieni 1943 roku, gdy w Galicji Wschodniej dochodziło do pierwszych punktowych napadów przypominających Wołyń. Napisano w nim, że w Błozwi Górnej w powiecie dobromilskim, tuż przy dzisiejszej polskiej granicy, zabito kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Dalej następowała analiza reakcji miejscowych Ukraińców. „Byłem zdziwiony, skonsternowany właściwie tembrem tego meldunku” – przyznał.
Najpierw panowało odrzucenie i przekonanie, że „to nie mogli być nasi ludzie”. Gdy zrozumiano, kto jest sprawcą, Ukraińcy się podzielili. Jedni uważali, że spór z Polakami trzeba rozwiązywać wszelkimi metodami. Inni mówili, „że tak się nie godzi”, bo można walczyć z AK, ale nie z ludnością cywilną.
Właśnie dlatego, zdaniem Motyki, Szuchewycz wydał łagodniejsze rozkazy. Na Wołyniu nie było litości dla rodzin mieszanych polsko-ukraińskich. W Galicji Wschodniej, gdzie takich rodzin było bardzo dużo, zdecydowano, że nie będą mordowane. Decyzje pozostawiono lokalnym dowódcom, bo nie było odgórnego rozkazu, by czystka „tak głęboko schodziła w dół”. Tym Motyka tłumaczy przewodnik wydany niedawno przez ukraińskich historyków, który pokazuje, że w późniejszej walce UPA z komunistami brali udział także Polacy. „Oni pochodzili zapewne z takich mieszanych polsko-ukraińskich rodzin” – mówił.
Nie ma prawdy, są narracje
Pawłowski zauważył, że nastroje nacjonalistyczne na Ukrainie rosną w związku z rosyjską wojną. Zapytał, czy „banderomularze” rządzą dziś Ukrainą i nadają ton jej polityce. Motyka odpowiedział, że od 2015 roku obowiązuje oficjalne założenie, iż OUN i UPA to normalne formacje niepodległościowe. Jednocześnie panuje przekonanie, że w negocjacjach z Unią Europejską trzeba doprowadzić do uznania tej wizji za normalną, „a wręcz obowiązującą dla europejskiej przestrzeni kulturowej”.
Nie użyłby jednak słowa „wybielanie”. „W ich przekonaniu to nie jest wybielanie, tylko po prostu przedstawienie własnej narracji. To jest raczej uznanie, że nie ma prawdy, są narracje. W związku z tym chodzi nam o to, żeby narzucić taką narrację, która będzie korzystna dla państwa ukraińskiego” – mówił. Wielu polityków, nawet jeśli się do tego nie przyzna, głęboko w to wierzy albo przynajmniej jest przekonanych, że takie myślenie pomaga realizować ich cele polityczne.
Niezręczne pytania i rozmowa Parafianowicza z Bodnarem
Na pytanie, czy Ukraińcy znają fakty i narzucają narrację, czy naprawdę wierzą, że UPA miała na koncie więcej dobrego niż złego, Motyka odpowiedział, że chciałby, by właśnie tak pytano ukraińskich historyków, publicystów i polityków. „W polskiej tradycji bardzo pięknej jest tak, że zaproszonym gościom, jak przyjechali z daleka, nie stawia się tego typu niezręcznych pytań” – mówił. Sam widział w studiach, jak oględnie rozmawia się o skomplikowanych kwestiach historycznych. Pawłowski przypomniał wyjątek: rozmowę Zbigniewa Parafianowicza z ambasadorem Wasylem Bodnarem na kanale Bez Doktryny, w której „pan Bodnar miło nie miał”. Motyka nazwał to „wynalazkiem ostatnich miesięcy” i koniecznym przełamaniem.
Na samo pytanie odpowiedział ostrożnie. Niektórzy wiedzą, ale uważają, że takie zbrodnie mają na koncie wszystkie państwa i podziemia. Inni nie potrafią dostrzec różnicy między zorganizowaną operacją ludobójczą a pojedynczymi zbrodniami. Jeszcze inni nie chcą jej dostrzec albo świadomie manipulują faktami. „To ja nie umiem odpowiedzieć, bo ta granica przebiega wewnątrz umysłu każdego człowieka. I tego typu wejrzenie w sumienie ma tylko Pan Bóg” – mówił. Nie ma jednak wątpliwości, że szerszą wiedzę i znajomość dokumentów ma tylko niewielka część ukraińskich elit władzy, publicystów i intelektualistów, a już na pewno nie ogół społeczeństwa.
Ekshumacje i dezinformacja. Sprawa sotennego „Orła”
Według Motyki ekshumacje nie pasują do ukraińskiej narracji i między innymi dlatego długo były blokowane. Ekshumacje w Puźnikach obudowywano na ukraińskich portalach, po ukraińsku, opowieściami w rodzaju: „a kto wie, czy to na pewno byli UPA-owcy”. A przecież wiadomo, jakie to były konkretne oddziały. „To wszystko służy temu, żeby zdezorientować też ukraińską opinię publiczną” – mówił. Naturalne wątpliwości towarzyszące pracy historyków rozdmuchuje się tak, by łatwo było uznać, że „kto wie, może to było zupełnie inaczej”.
Jako przykład podał artykuł Birczaka o rozstrzelaniu dowódcy sotni UPA o pseudonimie „Orzeł”. Artykuł sugeruje, że „Orła” ukarano za zbrodnie na Polakach, co ma dowodzić, że UPA karała za takie czyny. Tymczasem, jak Motyka opisał w tym samym 23. numerze „Karty”, sotenny „Orzeł” został rozstrzelany za coś innego. Bez zgody wyższego dowództwa UPA porozumiał się z Niemcami w sprawie antypolskiej czystki. „Akcent jest na porozumieniu z Niemcami bez zgody wyższego dowództwa. Za to został rozstrzelany” – podkreślił. Tekst nazwał artykułem złożonym z prawdziwych faktów, ale dezinformującym w swojej tezie. „Korzystam właściwie z okazji zaproszenia pana redaktora, żeby sprostować tę fałszywą interpretację zbudowaną na prawdziwym wydarzeniu” – dodał.
Co mogłoby zamknąć spór
Motyka cieszy się, że zakaz ekshumacji został zdjęty, a prace ruszyły. Po obu stronach jest świadomość, że bez ekshumacji i budowy cmentarzy nie da się wygasić emocji. Do tego potrzebne są symboliczne gesty polityków i osób publicznych, okazujące szacunek ofiarom i wrażliwości drugiej strony. Najważniejsze byłoby jednak co innego. Prezydent albo inny przedstawiciel państwa ukraińskiego powinien przyznać, że UPA przeprowadziła masową operację antypolską, i ją potępić. „Ja uważam, że doszłoby do takiego poważnego przełomu i myślę, że z biegiem czasu, szybciej niż później, by się okazało, że ta historia przestaje nas dzielić” – mówił.
Problem polega na „zderzeniu polskiej i ukraińskiej polityki historycznej”. Ukraina chce pokazać Europie, że UPA była jak AK i nie ciążą na niej poważne zbrodnie. Strona polska natomiast często stawia żądania, które według Motyki będą dla Ukraińców nie do przyjęcia, bo oznaczają daleko idącą ingerencję w lokalną politykę pamięci. „Ja nie mówię o takie uchwały, które są biciem po oczach, ale w nazwy ulic, jakichś lokalnych pomników i tak dalej. I to są rzeczy, na które nigdy Polska nie będzie miała wpływu i nie powinna nawet mieć wpływu, bo to już Ukraińcy muszą faktycznie decydować, kto ma być dla nich bohaterem” – mówił. „My natomiast mamy prawo oczekiwać, aby przedstawiali historię tych bohaterów, opisując wszystkie fakty z ich życia, a nie tylko te, które stawiają ich w lepszym świetle” – dodał.
Jednostka imienia UPA i „wzajemne zbrodnie”
Pawłowski zapytał, czy wystarczyłoby, gdyby Zełenski potępił zbrodnię wołyńską, ale nadal honorował UPA, na przykład nazwą jednostki. „Przed takim honorowaniem na poziomie jednostki to bym bardzo przestrzegał i byłbym krytyczny” – odpowiedział Motyka. Nie sądzi jednak, by Ukraina wycofała się z ustaw przyznających UPA uprawnienia kombatanckie. Uważa też, że takie polskie oczekiwanie byłoby „nadmiarowe”.
Przypomniał, że UPA co najmniej przez osiem lat po 1945 roku, a miejscami dłużej, walczyła z władzą komunistyczną. Ta walka miała charakter partyzancki i przypominała walkę litewskich „leśnych braci”. Sowieci zabili, wywieźli na Syberię lub aresztowali pół miliona Ukraińców. „Nie byłoby takiego kultu UPA na zachodniej Ukrainie, gdyby nie ten okres późniejszy” – mówił. Zachęcał więc do umiaru, ale podkreślił, że bez potępienia zbrodni UPA „będzie zawsze ciężko”.
Zwrócił uwagę, że takich kilku prostych zdań nigdy dotąd nie usłyszeliśmy. „Te opowieści, że przecież tyle razy przepraszaliśmy i tak dalej, są opowieściami nie do końca opowiadającymi o rzeczywistości, bo te przeprosiny, które padały, zawsze były przeprosinami za wzajemne zbrodnie. A to jest zupełnie co innego i nigdy temu nie towarzyszyło uznanie odpowiedzialności UPA za te rozkazy Szuchewycza, o których mówiliśmy” – zakończył.
Materiał „Historyk pokazuje rozkaz UPA! Ukraina znów gra kartą wołyńską | Grzegorz Motyka | Żeby Wiedzieć #53” dostępny na kanale Żeby Wiedzieć na YouTube, liczącym 59 tys. subskrybentów. Opublikowany 22 października 2026.