Damian Duda — polski medyk pola walki, kierujący fundacją W Międzyczasie, od dwunastu lat pomagający rannym ukraińskim żołnierzom — rozmawiał z Piotrem Zychowiczem na kanale Historia Realna. Rozmowa odbyła się bezpośrednio z ziemianki na froncie w okolicach Limania. Duda odniósł się do sytuacji frontowej, roli dronów w nowoczesnej wojnie, ewakuacji rannych, warunków życia w okopach, jeńców rosyjskich oraz reakcji ukraińskich żołnierzy na kryzys w relacjach polsko-ukraińskich.
Liman — Rosjanie próbują wziąć Ukraińców w kocioł
Duda poinformował, że przebywa w jednym z najbardziej gorących odcinków frontu — w okolicach Limania, który Rosjanie próbują wziąć w kocioł i przyeprzeć ukraińskie siły do Siewierskiego Dońca. Jak zaznaczył, jest to rzeka, przez którą nie ma już mostów — pozostały inne metody przeprawy, ale nie mosty. Drony rosyjskie krążą nad nią jak drapieżne ptaki, polując na wszystko, co próbuje przeprawić się na drugą stronę. Logistyka jest dramatycznie ograniczona, możliwości ratowania ludzi — również. Duda wyraził obawę, że może dojść do powtórki z Sołedarem i Bachmutem — że ostatecznie resztki sił będą zmuszone do chaotycznego wycofania przez rzekę.
Warunki bytowe opisał jako skrajne. Od co najmniej dwóch tygodni nie miał dostępu do wody ani możliwości przeprowadzenia jakichkolwiek czynności higienicznych. Ziemianka, w której przebywa, jest okryta grzybami na ścianach od permanentnej wilgoci. Żołnierze, których rotację przejął, siedzieli na tej pozycji przez trzy miesiące na złym jedzeniu, ograniczonej wodzie i w ciągłym ryzyku śmierci. Duda podkreślił, że jego ziemianka to względna norma premium — na pierwszej linii warunki są nieporównywalnie gorsze, a ludzie siedzą na pozycjach od trzech do sześciu miesięcy, a czasem dłużej.
Największy lęk na froncie wzbudza nie tyle samo ryzyko śmierci w boju, co wyjście do toalety. Opuszczenie schronu — bez hełmu, bez kamizelki — oznacza bycie widocznym dla dronów wroga, który obserwuje każdy ruch. Przeciwnik czeka właśnie na takie momenty, by uderzyć. To, co w cywilnym życiu jest czynnością fizjologiczną, na froncie staje się elementem walki o przeżycie.
Rewolucja dronów — jeden procent ran pochodzi dziś z postrzałów
Duda opisał fundamentalną zmianę pola walki, której jest świadkiem od dwunastu lat. W 2022 roku dominowała artyleria, postrzały były częste, drony były nowością — służyły głównie do obserwacji i zrzucania ładunków, choć jeszcze niedoskonale. Teraz proporcje odwróciły się całkowicie. Postrzały stanowią jeden, maksymalnie dwa procent ran. Reszta to odłamki — przede wszystkim z dronów, następnie z artylerii i min zrzucanych przez drony. Artyleria aktywizuje się tylko wtedy, gdy zła pogoda ogranicza loty dronów — jakby nadrabiała ciche okresy.
Duda pokazał w trakcie rozmowy rozbrojony ładunek wybuchowy podwieszony pod drona — nie jest to ładunek kumulacyjny typowo na sprzęt, lecz duży ładunek odłamkowy zaprojektowany do rażenia piechoty. Morderczy jest nie tylko sam odłamek, ale ciśnienie wybuchu — może powodować krwotoki wewnętrzne, pęknięcia narządów, odmę opłucnową i całkowitą utratę słuchu. Duda pokazał też drona żduna — maszynę, która siada na ziemi, czeka i atakuje w momencie, gdy cel się pojawi. Takiego właśnie żduna znaleziono pod ich własną ziemianką. Gdyby połączenie nie zostało zerwane, byłyby to — jak powiedział — ostatnie ujęcia jego ostatnich oddechów.
Na pytanie o rolę czołgów i transporterów opancerzonych Duda stwierdził, że ich żywotność na froncie jest drastycznie ograniczona. Widuje wypalone polskie Rosomaki. Czołgi i ciężki sprzęt mogą być przydatne, ale nie mogą stacjonarnie pracować po przeciwniku — są niszczone zbyt szybko. Artyleria pracuje z dystansu około dziesięciu kilometrów. Linię obrony broni piechota wgryziona w ziemię przy wsparciu dronów. Pojazdów praktycznie nie ma od dziesiątego kilometra od frontu.
Ewakuacja rannych — roboty, drony z wodą, żadnych ambulansów
Ewakuacja rannych odbywa się wyłącznie przy użyciu naziemnych robotów — pojazdy z kierowcą praktycznie zniknęły z pierwszej linii. Roboty muszą pokonać siedem-osiem kilometrów do miejsca, gdzie można względnie bezpiecznie odebrać rannego. Na tym odcinku drogi stają się polem śmierci — drony rosyjskie je patrolują, niszczą roboty, atakują wszystko, co się porusza.
Na pozycjach tak odciętych od logistyki, że nie można dostarczyć nawet wody, Ukraińcy używają własnych dronów FPV bez ładunków wybuchowych — zamiast ładunku pod dronem podwieszana jest butelka wody. Traci się drona, który mógłby zniszczyć czołg, ale żołnierze dostają wodę. Duda opisał też drogę przez kolejne kręgi piekła — jak sam to nazywa — od pozycji zero do dwóch kilometrów od przeciwnika, przez strefę dwa-pięć kilometrów, gdzie pracują punkty dowodzenia i gdzie drony FPV lecą w parę sekund, aż do bezpieczniejszych rejonów z tyłu. Każde wyjście ze schronu to zabawa w ciuciubabkę z dronami — słyszysz wirnik, manewrujesz, szukasz schronienia.
Spór o UPA na froncie — rozmowy są, ale nie zagęszczają atmosfery
Duda odniósł się bezpośrednio do kryzysu polsko-ukraińskiego wywołanego nadaniem jednostce wojskowej nazwy Bohaterów UPA i odebraniem Orderu Orła Białego. Stwierdził, że udawanie, iż temat nie istnieje, jest niemożliwe. W ziemiance obok siebie słyszy polskie i ukraińskie komentarze medialne na ten sam temat — bo każdy z nich odpalał na telefonie swoje wiadomości. Jednak ocenił, że spór nie zagęszcza atmosfery w bardzo mocny sposób. Wyjaśnił, dlaczego: kiedy siedzisz z człowiekiem na czterech metrach kwadratowych, człowiekiem, od którego zależy twoje życie, i który wie, że ty też jesteś dla niego kluczowym elementem przeżycia kolejnego dnia — konflikty na tle politycznym czy historycznym nikomu nie są potrzebne. Starają się nie iść na kontrę.
Zaznaczył jednak, że ma swoje granice i jasno je komunikuje: UPA nie będzie synonimem bohaterstwa, a część ukraińskich postaci historycznych nigdy nie będzie bohaterami w Polsce — wręcz będzie uznawana za zbrodniarzy. Wie, że Ukraińcy mają podobne spojrzenie na niektórych polskich bohaterów. Zaznaczył wyraźnie, że nie wchodzi w kwestię równomierności działań UPA i Armii Krajowej — bo statystyka mówi sama za siebie. Ukraińska polityka historyczna, która próbuje równać akcje odwetowe do skali ludobójstwa, nie spotyka się z jego wewnętrznym zrozumieniem.
Jednocześnie wyraził troskę o konsekwencje tego, jak Polska podchodzi do przeszłości. Wskazał, że odcinając dialog z Ukraińcami, Polska odcina sobie możliwość pozyskiwania wiedzy o konflikcie pełnoskalowym, kształtowania ukraińskiej gospodarki i uczestnictwa w odbudowie. Wyraził też osobistą obawę o bezpieczeństwo — stwierdził, że paradoksalnie czuje się bezpieczniej w ziemiance pod Limanem niż w Polsce, gdzie narastające nastroje antyukraińskie i antyochotnicze zaczynają wpływać na bezpieczeństwo polskich wolontariuszy pomagających Ukrainie. Od dwunastu lat bywa nazywany zdrajcą i szpiegiem — ale te antagonizmy narastają na nowo i coraz mocniej.
Jeńcy rosyjscy — pomoc medyczna niezależnie od munduru
Duda opisał sytuację, w której przejął od ukraińskich żołnierzy grupę rosyjskich jeńców wojennych — grupę rozpoznania, wysłaną na starą sowiecką zasadę: wejdą, zrobią ile mogą spustoszenia, albo wrócą, albo nie wrócą. To byli młodzi żołnierze, dwudziestocztero-pięcioletni, którzy przyznawali, że zaciągnęli się dobrowolnie i żałują. Duda udzielił im pomocy medycznej, poił ich wodą i eskortował przez kolejne kręgi piekła do miejsca, skąd mogli zostać przekazani dalej i wymienieni na ukraińskich jeńców.
Podczas tej eskorty minął ich rosyjski dron, który ich nie zauważył — gdyby postanowił zaatakować, najprawdopodobniej nie byłoby ani wywiadu, ani Dudy. Ocenił, że udzielanie pomocy jeńcom przychodzi mu łatwiej niż ukraińskim żołnierzom, bo to nie jego ziemia, nie jego naród ponosi bezpośrednie straty od żołnierzy, których leczy. Opisał, że wielu ukraińskich żołnierzy, nawet tych twardych szturmanów, mówi mu: nie wiem, jak mam skrzywdzić człowieka, który stoi przede mną rozebrany i bezbronny. Jednocześnie zaznaczył, że jeńcy to waluta — ich ewakuacja jest pilnowana przez ukraińskie służby i służy wymianie własnych więźniów.
Polska armia nie wykorzystuje doświadczeń frontowych — żołnierze proszą o detektory dronów z Ukrainy
Duda opisał narastającą frustrację wynikającą z braku współpracy instytucjonalnej z polską armią. Jednostki wojskowe i instytucje eksperckie wykazują zainteresowanie i proszą nadrzędne struktury o zgodę na podpisywanie porozumień o współpracy — ale Sztab Generalny blokuje lub nie odpowiada. Wojska Obrony Terytorialnej dwukrotnie nie podpisały porozumienia o współpracy mimo obietnicy złożonej przez dowódcę. Paradoks polega na tym, że Duda ocenia na zawodach ratowników WOT, ale nie może ich szkolić.
Stwierdził, że w ramach operacji SZPEJ był celowo wykluczony przez Sztab Generalny z udziału w charakterze eksperta. Żołnierze w Polsce walczą o to, by mieć więcej niż jedną opaskę uciskową — podczas gdy na Ukrainie minimalna norma to cztery, a typowo siedem lub więcej. Duda jest przekonany, że opór nie wynika wyłącznie z asekuracji czy niekompetencji — to jest aktywne blokowanie, szukanie haków i kompromitujących elementów po to, by podważyć wiarygodność wolontariuszy.
Kulminacją tej sytuacji jest fakt, który Duda uznał za szczyt paradoksu: polscy żołnierze wysyłają do jego fundacji maile z prośbą, czy można im kupić w Ukrainie detektory dronów za ich własne zebrane pieniądze — bo ich własne jednostki im takich nie zapewniają. Kierunek transferu wiedzy i sprzętu odwrócił się — ze wschodu na zachód.
Wyraził nadzieję, że dobry kontakt z ministrem Tomczykiem i Wojskową Służbą Zdrowia w końcu przełoży się na podpisanie porozumienia z Ministerstwem Obrony Narodowej. Jeśli nie wpuszczą go drzwiami, zapowiedział, że będzie wchodził oknami — przez kanał YouTube, podcasty i wideokonferencje dostępne dla żołnierzy.