Duda u Lachowskiego: „Rosjanie mają Donbas na wyciągnięcie ręki” – polski medyk z frontu o Limanie, dronach i sporze z Warszawą

Damian Duda, polski medyk pola walki działający na Ukrainie, był gościem Mateusza Lachowskiego na kanale korespondent.pl. Rozmowa dotyczyła sytuacji na odcinku frontu pod Limanem, zmian w charakterze walk spowodowanych nasyceniem dronami, warunków życia żołnierzy oraz tego, jak spór historyczny między Warszawą a Kijowem jest odbierany przez żołnierzy na linii frontu.

Praca na odcinku limańskim

Duda wyjaśnił, że w ostatnich tygodniach zdecydował się na pracę na odcinku frontu pod Limanem – miastem niemal okrążonym i przypartym do rzeki. Taka sytuacja sprawia, że ewakuacja rannych odbywa się przez rzekę, wyłącznie łódkami, ponieważ nie ma tam żadnych mostów. Medyk ocenił, że taka przeprawa graniczy z cudem i balansuje na granicy odwagi i głupoty, ponieważ rosyjskie drony intensywnie polują nad przeprawą, świadome, że to najsłabszy punkt ukraińskiej logistyki. Odcięcie od zaplecza ogranicza możliwości obrony wojsk znajdujących się po stronie Limania, a brak szybkiej ewakuacji rannych zwiększa ich śmiertelność. W niektórych miejscach brakuje już medyków bojowych ze względu na niedobory ludzi i sprzętu, co zmusza personel medyczny do przybliżania się bardziej w stronę linii kontaktu z przeciwnikiem, bliżej żołnierzy obsługujących drony czy moździerze.

Duda podkreślił, że niezależnie od pełnionej funkcji – żołnierza czy medyka – każdy w strefie walk ma dodatkowy, nieformalny obowiązek: polowanie na drony. Niewykrycie i nieunieszkodliwienie nadlatującego drona może skończyć się śmiercią lub raną własną, kolegi, albo zniszczeniem ważnego elementu infrastruktury.

Opisał też fizyczne koszty rotacji na tym odcinku. On sam, po trzech tygodniach pracy, stracił siedem kilogramów masy ciała. Żołnierz, którego zmieniał – po trzech miesiącach na pozycji – stracił nie tylko wagę, ale i przytomność, i trzeba było podłączać go pod elektrolity, by w ogóle był w stanie opuścić strefę walk.

Strefa śmierci się rozszerza

Duda opisał zauważalną zmianę zasięgu zagrożenia dronowego. Wcześniej permanentna strefa zagrożenia sięgała około 20 kilometrów od linii kontaktu z przeciwnikiem. Obecnie, jak zaobserwował nawet zjeżdżając na zaplecze i nocując w jednym z miasteczek satelickich w rejonie Słowiańsk-Kramatorsk, nad głową toczyły się regularne bitwy dronów mimo odległości przekraczającej 20 kilometrów od frontu. Zwrócił uwagę, że drony FPV, które wcześniej operowały na dystansie do 10-15 kilometrów, obecnie mają znacznie większy zasięg – to, jak zaznaczył, było dla niego zaskoczeniem mimo regularnych rotacji na wojnie co kilka miesięcy.

Medyk podzielił strefę zagrożenia na kilka pasów: strefę najbardziej niebezpieczną do dwóch kilometrów od przeciwnika, gdzie znajduje się infrastruktura ochronna i punkty dowodzenia; pas do 10 kilometrów, gdzie pracują punkty stabilizacyjne, artyleria i systemy przeciwlotnicze; oraz strefę od 10 do 20 kilometrów, wciąż zagrożoną, ale dającą większe możliwości poruszania się.

Kluczową zmianą jest całkowite zaprzestanie używania pojazdów nieopancerzonych i nieokratowanych poniżej 20 kilometrów od przeciwnika. Wcześniej medycy potrafili podjeżdżać nawet na 200 metrów od linii kontaktu nieopancerzonym samochodem, zabrać rannego i wycofać się. Obecnie każdy taki pojazd w tej strefie zostałby, jak to ujął Duda, „zutylizowany” przez drony FPV. Do 10 kilometrów od przeciwnika poruszają się wyłącznie pojazdy i transportery opancerzone; między 10 kilometrem a strefą bezpośredniego kontaktu próbuje się jeszcze korzystać z kwadów. Poniżej 10 kilometrów logistyka – ewakuacja rannych, dostawy amunicji i zaopatrzenia – odbywa się głównie za pomocą naziemnych robotów oraz zrzutów z dużych dronów transportowych. Duda opisał, jak dziesiątki takich robotów mijają się na drogach niczym mrówki w mrowisku – gdy jeden zostaje trafiony i eksploduje, kolejne kontynuują trasę, ponieważ na tym opiera się cała logistyka odcinka. Od 10 do 5 kilometrów wciąż próbuje się korzystać z kładów, natomiast bliżej porusza się już głównie pieszo, w permanentnym zagrożeniu dronowym.

Duda opisał też codzienność w takich warunkach – nawet wyjście za potrzebą staje się walką o życie, bo drony w strefie do 5 kilometrów od przeciwnika reagują w ciągu kilku sekund od pojawienia się człowieka na otwartej przestrzeni. Z tego powodu żołnierze ukraińscy przesyłają sobie nawzajem instrukcje, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne do wiaderka z workiem, by ograniczyć konieczność wychodzenia na zewnątrz. Odbiór zrzucanego zaopatrzenia również wymaga wyjścia na drogę, gdzie przeciwnik obserwuje sytuację i czasem celowo czeka, aż żołnierze podejdą po dostawę, by dopiero wtedy zaatakować.

Duda porównał odgłos wojny do sceny z filmu „W polu chwały” – dźwięk wirników dronów, własnych i przeciwnika, nakładających się na siebie, praktycznie nie znika ze strefy walk.

Zmiana charakteru walki: drony wypierają artylerię i pancerz

Duda zaznaczył, że artyleria mniejszego kalibru w praktyce przestała działać na tym odcinku, bo nie jest w stanie podejść wystarczająco blisko. Moździerze 120 mm jeszcze sporadycznie prowadzą ogień w ukryciu, ale są bardzo narażone na obserwację z powietrza. Dominującą rolę przejęła artyleria lufowa dalekiego zasięgu. Transportery opancerzone praktycznie nie wjeżdżają już poniżej 10 kilometrów od przeciwnika, a czołgi widuje się już tylko spalone i unicestwione. Duda skrytykował w tym kontekście polskie ćwiczenia wojskowe, w których wciąż wykorzystuje się sprzęt pancerny w sposób nieuwzględniający realiów nasycenia polem walki dronami.

Rozmówca podkreślił też, że problemem nie jest sam brak polskich prób wdrażania dronów – w tym dronów naziemnych zaprezentowanych ostatnio na ćwiczeniach „Dzielny Dzik” – lecz brak systemowego podejścia. Jego zdaniem jeśli ćwiczy się ewakuację rannych, cały łańcuch ewakuacyjny musi być odporny na drony, a jeśli używa się robotów naziemnych, trzeba ich używać masowo i budować je tak, by można je było szybko przywrócić do działania, bez nadmiernego przeładowania elektroniką.

Duda opisał też nagranie, które przygotował do publikacji – zarejestrował walkę powietrzną dronów nad Słowiańskiem, z odgłosami strzałów żołnierzy próbujących je zestrzeliwać. Zwrócił uwagę na nową taktykę niszczenia dronów za pomocą dronów, jako tańszą alternatywę wobec wcześniejszego zestrzeliwania ich kosztownymi rakietami.

Sytuacja pod Limanem i ocena frontu

Odnosząc się do doniesień o zapowiadanej letniej ofensywie rosyjskiej, o której pisały rosyjskie kanały oraz Instytut Studiów nad Wojną, Duda ocenił, że front w rejonie Limania jest „napięty jak łuk” – na razie się trzyma, ale pytanie brzmi, kiedy „puści”. Zaznaczył, że broniący tego odcinka żołnierze to nie młodzi ludzie po dwudziestce, lecz osoby zmuszone trzymać pozycje w bardzo ograniczonych warunkach logistycznych praktycznie w nieskończoność. Ocenił, że czarnym scenariuszem jest to, że Liman może stać się kolejnym miastem-symbolem upadku, podobnie jak inne miejscowości wcześniej. Zaznaczył, że nawet jeśli regularna armia rosyjska formalnie jeszcze nie wdarła się do miasta, to grupy dywersyjne przenikają na jego teren i poruszają się po nim regularnie. Duda opisał, że osobiście udzielał pomocy medycznej dwóm rosyjskim jeńcom, obu w wieku 24 lat, którzy przyznali, że przyszli na wojnę za pieniądze i zostali wysłani z zadaniem rozpoznawczym.

Zapytany o dominującą w mediach narrację o ukraińskich sukcesach na tle płonących rosyjskich rafinerii pod Moskwą, Duda ocenił jednoznacznie, że Ukraina na jego odcinku frontu stabilnie się broni, ale nie prowadzi działań typowo ofensywnych – ewentualna inicjatywa ma charakter kontrdziałania, a nie prób poprawy własnej pozycji. Ocenił, że upadek Konstantynówki jest kwestią czasu, Kramatorsk stał się już miastem całkowicie frontowym, z którego wycofuje się większość sił, sytuacja w Drużkiwce się pogarsza, a nad Słowiańskiem coraz częściej pojawiają się drony FPV. Zwrócił uwagę na wyraźny wzrost liczby rosyjskich bomb lotniczych (KAB i FAB), spadających nawet do 30 kilometrów w głąb ukraińskich pozycji – uderzenia obejmują całe kwadraty terenu, nie pojedyncze cele, co jego zdaniem nie świadczy o słabnięciu Federacji Rosyjskiej.

Odnosząc się do sytuacji pod Konstantynówką, Duda potwierdził, że jest ona bardzo trudna, co widać po skali sił przerzucanych w ten rejon w czasie, gdy na innych odcinkach frontu wyraźnie brakuje żołnierzy, a punkty oporu bywają obsadzone pojedynczymi ludźmi. Zaznaczył, że nie chce zdradzać szczegółów, ale obserwuje wyraźne zagęszczenie działań obu stron w tym rejonie, ponieważ Konstantynówka stanowi drogę na Kramatorsk i Słowiańsk – główny obecnie cel rosyjskiego natarcia. Ocenił, że mimo iż walki miejskie zamieniają miasta w gruzy, te gruzy wciąż dają możliwość ukrycia się i przetrwania w piwnicach, dlatego Ukraińcy kurczowo bronią kolejnych miejscowości, a Rosjanie równie uparcie dążą do ich zdobycia.

Spór polsko-ukraiński widziany z okopów

Lachowski zapytał wprost, czy temat sporu między Polską a Ukrainą – dotyczącego historii i polityki historycznej – jest w ogóle obecny wśród żołnierzy na froncie. Duda opisał sytuację, w której siedząc w ziemiance obok ukraińskiego kolegi, obaj przeglądają media społecznościowe i natrafiają na komentarze pełne oburzenia – Polacy na prezydenta Zełenskiego, Ukraińcy na Polaków – co tworzy naturalne napięcie między nimi. Zaznaczył, że ma świadomość, iż każda ze stron ma swoje racje: on jako Polak broni polskiej racji stanu, jego ukraiński kolega przyszedł walczyć za swój kraj. Ocenił, że dyskusja finalnie sprowadza się do tego, że Ukraińcy uważają, iż mają prawo do swoich symboli, on zaś broni stanowiska, że są symbole, których Polacy nigdy nie zaakceptowali i nie zaakceptują.

Duda podkreślił, że w warunkach frontowych, gdzie nie wiadomo, czy dane będzie dożyć kolacji, kwestie tego, co dzieje się w Warszawie czy Kijowie, są mniej istotne niż to, co jest pięć kilometrów przed żołnierzem – bo to może za chwilę znaleźć się kilka metrów od niego – oraz to, co jest pięć kilometrów za nim, bo od tego zależy ciągłość zaopatrzenia, jedzenie na jutro i dostępność środków medycznych.

Lachowski, komentując tę wypowiedź, podkreślił wdzięczność wobec Dudy za to, że mimo wieloletniej pracy na Wschodzie i głębokiego zrozumienia racji ukraińskich, nie zapomina o swojej polskości – w przeciwieństwie do części dziennikarzy i wolontariuszy, którzy, jego zdaniem, przyjmują cudzą narrację bezkrytycznie.

Duda odpowiedział, że działania jego i podobnych mu ochotników mają też wymiar patriotyczny wobec Polski – celem jest zdobywanie doświadczenia bojowego, które później próbuje się przekazywać polskiej armii, mimo że instytucjonalnie napotyka to na opór. Ocenił to zjawisko jako formę autodywersji, niemalże „piątą kolumnę” w polskiej armii broniącą się przed rozwojem. Jako przykład podał niedawne ćwiczenia „Dzielny Dzik”, w których – jego zdaniem – narracja medialna wprowadzała w błąd co do rzeczywistego charakteru scenariusza ewakuacyjnego. Dla kontrastu przywołał ćwiczenia w Niemczech, gdzie holenderscy i niemieccy żołnierze praktykują maskowanie punktów dowodzenia i technikę siatkowania sprzętu pancernego w oparciu o doświadczenia z Ukrainy, a także wskazał na kraje skandynawskie, które aktywnie wysyłają swoich medyków i żołnierzy na front ukraiński, by zdobywać doświadczenie.

Duda nawiązał też do historii – porównując obecną sytuację do przedwojennej Polski z 1939 roku, kiedy defilady kawalerii budowały fałszywe poczucie bezpieczeństwa, podczas gdy o wyniku wojny zadecydowały wojska pancerne, w które Polska była wówczas słabo wyposażona. Ocenił, że obecnie Polska popełnia analogiczny błąd, inwestując w kolumny pancerne bez świadomości, że w warunkach nasycenia polem walki dronami pluton czołgów w natarciu stanie się „prezentem dla przeciwnika” – zostanie zniszczony szybciej, niż zdąży wyjechać z garażu.

Warunki bytowe: upały, głód, higiena

Rozmowa przeszła też do codziennych warunków bytowych na pozycjach. Duda opisał upały jako wyjątkowo dokuczliwe – wodę trzeba dostarczać dronami lub ręcznie, przy pomocy wózków na zakupy, ryzykując wyjście na otwartą przestrzeń. W ziemiankach panuje permanentna wilgoć przez cały rok, co uniemożliwia wysychanie ubrań, a długie marsze w upale przy ograniczonym dostępie do wody dodatkowo wyniszczają organizm. Dostarczanie świeższej żywności jest utrudnione nie tylko przez logistykę, ale i przez myszy niszczące zapasy, przez co żołnierze najczęściej żywią się zupkami błyskawicznymi zalewanymi wodą.

Duda opisał też, że żołnierze potrafią spędzać na pozycji nawet trzy miesiące w jednym komplecie munduru, ograniczając ilość zabieranej ze sobą bielizny na rzecz innego wyposażenia. Opisał własny prowizoryczny system higieny – wykorzystanie przeciętej butelki jako miski do mycia specjalną gąbką nasączoną środkiem myjącym, a następnie tej samej wody do prania bielizny. Zapowiedział, że nagrał materiały instruktażowe na ten temat, które planuje opublikować, mimo braku oficjalnego kanału do przekazywania takiej wiedzy polskiej armii.

W bardziej osobistym wątku obaj rozmówcy wspomnieli wspólny wyjazd do Charkowa sprzed około roku, kiedy to bezpośrednio po rotacji z lasu w rejonie Serebrianki (Duda po miesiącu na froncie) trafili do klubu z gośćmi w strojach wieczorowych – sytuację tę obaj określili jako uderzające poczucie całkowitego oderwania od rzeczywistości wojennej.

Rekrutacja, „busyfikacja” i problem kadry dowódczej

Duda ocenił, że sytuacja na Donbasie pogorszyła się bardziej, niż się spodziewał, i że Rosja ma ten region „na wyciągnięcie ręki”. Jego zdaniem Władimir Putin nie pójdzie na żadne ustępstwa negocjacyjne, dopóki nie zdobędzie Kramatorska i Słowiańska – dopiero to dałoby mu pełną kontrolę nad Donbasem. Ocenił kondycję armii rosyjskiej jako niepozostawiającą podstaw do optymizmu w tej kwestii, a Ukrainę – jako wciąż niezdolną do działań ofensywnych, które pozwoliłyby jej wyraźnie przejąć inicjatywę.

Na pytanie o motywację do służby po obu stronach frontu Duda ocenił, że rosyjscy żołnierze wciąż garną się do armii głównie dla pieniędzy, które faktycznie są wypłacane. Po stronie ukraińskiej ochotników brakuje – zdaniem Dudy większość patriotów gotowych zgłosić się dobrowolnie już to zrobiła. Wyjątkiem są tak zwani „milionerzy” – osoby poniżej 24. roku życia, które dobrowolnie zgłaszają się do jednostek szturmowych i otrzymują za to milion hrywien, choć państwo, jak zaznaczył, coraz częściej stara się ograniczać wypłacanie tych świadczeń poprzez dodatkowe warunki.

Duda zwrócił uwagę na rolę popkultury w rekrutacji – wspomniał ukraiński film akcji „Kill House”, zrealizowany przy współpracy jednostek Trzeciej Szturmowej, Gwardii Narodowej i SBU, porównując go do amerykańskiego „Top Gun” jako formy kryptorekrutacji. Aktorzy filmu po premierze zadeklarowali zamiar wstąpienia do wojska.

Odnosząc się do zjawiska „busyfikacji” (przymusowego poboru osób unikających mobilizacji), Duda przyznał, że zjawisko to istnieje, choć nie jest głównym źródłem uzupełnień. Zaapelował, by krytycy tego zjawiska zastanowili się, jak wyglądałaby mobilizacja w Polsce w razie realnego zagrożenia wojną – oszacował, że liczba osób próbujących uniknąć służby byłaby znacząca, powołując się na anegdotyczny przykład znajomego z instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo państwa, który na wieść o wybuchu wojny w Ukrainie w 2022 roku pierwsze kroki skierował do biura paszportowego i zatankował samochód kempingowy. Opisał też przypadek znanego weterana-amputanta, uczestnika maratonu bostońskiego i programów rozrywkowych, który mimo swojego statusu został pobity i przymusowo wcielony przez pracowników TCK – określając to jako sytuację bulwersującą. Zaznaczył jednocześnie, że zdarzają się też przypadki linczu społecznego wobec pracowników TCK próbujących zatrzymywać osoby uchylające się od służby, i podkreślił, że żołnierze na froncie apelują, by zgłaszać się dobrowolnie, zamiast czekać na przymusowy pobór.

Duda zwrócił uwagę na przewagę osób zgłaszających się samodzielnie do wybranej jednostki – mają wtedy możliwość doboru zgodnie ze swoimi umiejętnościami, podczas gdy osoby złapane przez TCK trafiają do centrów szkolenia, gdzie rekruterzy z poszczególnych brygad – zwykle tych o największych stratach – wybierają sobie ludzi niemal jak na targu.

Osobnym wątkiem był problem kadry dowódczej średniego i wyższego szczebla. Duda ocenił, że doświadczeni oficerowie, którzy walczą od 2014 lub 2022 roku, obsadzili już część stanowisk, ale wciąż brakuje kadr na pozostałe wakaty. Zdarza się, że dowódcy odpowiedzialni za rażące zaniedbania są jedynie przenoszeni do innych jednostek zamiast być odsuwani od dowodzenia – jako przykład podał głośny w Ukrainie skandal dotyczący pułku (określanego jako brygada Skała), gdzie dowódca batalionu odpowiedzialny za śmierć żołnierzy na skutek metod szkoleniowych został przeniesiony do innej jednostki i nadal pełni służbę, budząc niechęć nowych podwładnych świadomych jego przeszłości.

Duda wspomniał również o koncepcji katedr wojskowych na uniwersytetach jako formy przyspieszonego kształcenia kadry oficerskiej, spotykającej się jednak z oporem żołnierzy frontowych, niechętnych dowodzeniu przez osoby bez realnego doświadczenia bojowego. Ocenił, że żołnierze wolą być dowodzeni przez ludzi awansowanych z szeregów, mających doświadczenie polowe, nawet jeśli formalnie nie przeszli pełnego szkolenia sztabowego.

Reforma korpusowa jako czynnik stabilizujący front

Pozytywnym elementem rozmowy była ocena reformy struktury dowodzenia ukraińskiej armii – utworzenia korpusów opartych na najlepszych, sprawdzonych jednostkach. Duda wskazał na przykład korpusu Azowa oraz Trzeciego Korpusu Szturmowego, gdzie – jak zauważył – dowódca korpusu, będący wcześniej dowódcą Trzeciej Brygady Szturmowej (Ołeksandr Bilecki), awansował swoich sprawdzonych na polu walki dowódców batalionów na stanowiska dowódców brygad, próbując w ten sposób przenosić sprawdzone standardy dowodzenia na podległe jednostki, w których wcześniej zdarzały się przypadki biernej postawy mającej na celu minimalizowanie strat kosztem realnego udziału w walce.

Duda ocenił, że przeprowadzenie tak dużej reformy strukturalnej w trakcie trwającej wojny jest osiągnięciem bez precedensu, które w przyszłości może stać się przedmiotem studiów w akademiach wojskowych. Podkreślił, że jeśli można dziś mówić o stabilnej obronie, a miejscami wręcz o sukcesach ukraińskiej armii, to w dużej mierze jest to efekt właśnie tej zmiany struktury dowodzenia.

Napięcia polityczne wokół Panteonu i Orderu

Na zakończenie rozmowy Lachowski zapytał gościa o ocenę afery wokół zapowiedzianego przez prezydenta Karola Nawrockiego Panteonu oraz sporu o Order Orła Białego, a także o to, czy pogarszające się relacje polsko-ukraińskie dotyczą wyłącznie poziomu politycznego, czy też społeczeństw obu krajów.

Duda ocenił, że relacje będą się dalej pogarszać, ze szczytem napięcia przewidywanym w okresie polskich wyborów parlamentarnych – jego zdaniem rywalizacja o elektorat antyukraiński w Polsce napędza z kolei nastroje antypolskie po stronie ukraińskiej. Zauważył też, że obecna sytuacja jest politycznie korzystna dla prezydenta Zełenskiego, bo odwraca uwagę od tematów korupcyjnych (wymieniając w tym kontekście sprawę wokół byłego ministra Hermana Hałuszczenki) na rzecz narracji o obronie ukraińskich wartości narodowych.

Zapytany, czy sam spotkał się z antypolskimi wypowiedziami, Duda odpowiedział, że osobiście jeszcze nie, ale wśród żołnierzy pojawiają się głosy w rodzaju: „to są nasi bohaterowie, więc czemu ktoś ma decydować za nas o naszych bohaterach”.

Obaj rozmówcy zgodzili się, że osoby zaangażowane w pomoc i wsparcie dla Ukrainy znajdują się obecnie „między młotem a kowadłem” – starając się zachować polską rację stanu, jednocześnie napotykają rosnące antagonizmy utrudniające pracę na miejscu. Duda przyznał, że jego organizacja odczuwa to bezpośrednio – zbiórki i aukcje charytatywne, które wcześniej cieszyły się dużym zainteresowaniem, obecnie go nie mają, a fundacja działa już „na oszczędnościach”.

Kończąc rozmowę, obaj podziękowali sobie nawzajem, a Lachowski ocenił spotkanie jako ważną, choć niełatwą rozmowę.


Rozmowę przeprowadził Mateusz Lachowski. Materiał „Co dzieje się na froncie? Co o sporze Kijów-Warszawa mówią żołnierze? Damian Duda i M. Lachowski.” dostępny na kanale Mateusz Lachowski – Korespondent PL na YouTube, liczącym 214 tys. subskrybentów. Opublikowany 30 czerwca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *