Umiędzynarodowienie wojny to najlepszy scenariusz dla Kijowa — Zbigniew Parafianowicz w Teraz WP
Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski, był gościem Patrycjusza Wyżgi w pierwszej rozmowie nowego kanału Teraz WP. Prowadzący zapowiedział, że kanał ma szybciej komentować bieżące wydarzenia z polityki, geopolityki i bezpieczeństwa, oferując zarówno programy na żywo i debaty z udziałem publiczności, jak i pogłębione rozmowy. Parafianowicz przedstawił ustalenia z rozmów z polskimi politykami, wojskowymi i przedstawicielami służb, zbierane przez kilka tygodni na potrzeby tej rozmowy. Omówił rosyjską mobilizację, zakupy komponentów do dronów w Chinach, sygnały płynące z upadku pocisku Ch-101 na Lubelszczyźnie oraz scenariusze rosyjskiej presji na Polskę i państwa bałtyckie. Odniósł się też do perspektywy Kijowa, roli ukraińskich sił specjalnych i nastrojów po ataku w Jarosławiu.
Wojna z Sojuszem poniżej progu artykułu 5
Prowadzący zapytał, czy znane służbom i samemu dziennikarzowi informacje pozwalają poważnie zakładać, że Rosja szykuje nie tylko silniejsze, ponowne uderzenie na Ukrainę, ale też działania wymierzone w cały Sojusz Północnoatlantycki. Parafianowicz odpowiedział, że Rosjanie żonglują różnymi scenariuszami. Z jego rozmów wynika, że po mobilizacji, o której coraz częściej mówią pod nazwiskiem politycy, w tym prezydent Francji Emmanuel Macron, Rosja albo spróbuje ponownie uderzyć na Ukrainę od północy, albo zmaksymalizuje działania hybrydowe i wojenne wobec państw bałtyckich, starając się przy tym uniknąć wojny na pełną skalę. Celem jest stoczenie wojny z NATO bez uruchomienia artykułu 5 w jakimkolwiek zakresie. Dziennikarz przywołał określenie ppłk. Macieja Korowaja, który mówi o „nowej wojnie”. Nie chodzi już o wojnę hybrydową ani o doktrynę Gierasimowa, a nawet nie o działania poniżej progu wojny, lecz o wariant wojenny prowadzony bez uruchamiania sojuszniczych gwarancji. Jego rozmówcy często pytali retorycznie, jak inaczej niż aktem wojny nazwać upadek rosyjskiego pocisku na Lubelszczyźnie. Artykuł 5 nie został uruchomiony, ale w praktyce wszyscy poruszają się już w wariantach kinetycznych, czyli wojennych. Polscy politycy, wojskowi i przedstawiciele służb próbują na nowo zdefiniować tę sytuację, wykraczającą poza pojęcie wojny hybrydowej i wymagającą innej reakcji.
Pełzająca mobilizacja i ukraińska kontrofensywa
Pytany o rosyjską mobilizację, publicysta wyjaśnił, że odbywa się ona w sposób ukryty. Nie ma dekretu, ale ludzi pozyskuje się w znacznie większym zakresie niż dotychczas. Prowadzący przywołał liczbę 300 tysięcy. Parafianowicz odpowiedział, że słyszał również liczbę dwukrotnie wyższą od tej, o której mówił Macron. Ocenił, że wobec tempa, w jakim Rosja traci żołnierzy w Ukrainie, wynoszącego według krążących szacunków około 30 tysięcy zabitych i rannych miesięcznie, 300 tysięcy nie jest liczbą imponującą. Przyznał jednak, za prowadzącym, że jako siła do otwarcia nowego frontu to potężny zasób. Nie wierzy w udany marsz na Kijów, który w obecnych warunkach uważa za niemożliwy. Taka liczba żołnierzy mogłaby jednak związać Ukraińców na północnym odcinku, na przykład od strony Czernihowa, i mocno zdezorganizować front w Donbasie czy na Zaporożu. Jego zdaniem właśnie o to chodzi Rosjanom. Zastrzegł zarazem, że żyjemy w bańce bardzo negatywnych scenariuszy i w pewnym stopniu ulegamy rosyjskiemu zastraszaniu. Sytuacja Rosji w Ukrainie nie jest tak dobra, jak przedstawiają ją propaganda i internetowi trolle. Ukraińcy od kilku miesięcy dość skutecznie prowadzą kontrofensywę w Donbasie w rejonie Łymania. Nosi ona kryptonim „Vivaldi” od „Czterech pór roku”, bo ma trwać przez cztery pory roku. Ukraińcy odrzucają Rosjan od Słowiańska i Kramatorska. Dziennikarz zastrzegł, że nie oznacza to scenariusza ukraińskiego sukcesu, który jego zdaniem nie nastąpi. Operacja prowadzona przez III Korpus i rozwijanie nowych technik walki pokazują jednak, że Rosjanie nie są w komfortowym położeniu i nie oni rozdają karty w tej hazardowej grze, w której uczestniczy znacznie więcej stron.
80 tysięcy chińskich silników dla rosyjskich dronów
Parafianowicz przekazał informację uzyskaną od jednego z polskich polityków zajmujących się bezpieczeństwem, potwierdzoną w kilku innych źródłach. Rosja kupiła w Chinach 80 tysięcy silników turboodrzutowych. Zdaniem rozmówcy dziennikarza to dowód, że Rosjanie budują flotę turboodrzutowych dronów Gerań piątej generacji nie tylko z myślą o Ukrainie, bo ta liczba jest zbyt duża na potrzeby jednego frontu. Flota powstająca w specjalnej strefie ekonomicznej w Jełabudze w Tatarstanie ma służyć również do nękania wschodniej flanki NATO, zwłaszcza państw bałtyckich i Polski. Według Parafianowicza to właśnie te państwa przyjmują najwięcej ciosów w ramach rosyjskiej nowej wojny. Potwierdza to biała księga Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, zbierająca rosyjskie akty poniżej progu wojny, z której wynika, że połowa z nich dotyczy Polski i państw bałtyckich. Prowadzący przypomniał, że w Polsce znaleziono już rosyjskiego drona, ale innego typu. Dziennikarz wyjaśnił, że była to Gerbera, która spadła na Pomorzu. Pełniła funkcje zwiadowcze i była wyposażona w ładunek wybuchowy, który ma uniemożliwić identyfikację jej wnętrza. Prowadzący zwrócił uwagę, że Gerbera miała napęd turbośmigłowy, a nie turboodrzutowy. Parafianowicz potwierdził to, dodając, że to zaawansowany dron zwiadowczy z nowej linii rosyjskiej produkcji. Ani tak zwanego Banderola, ani Gerania piątej generacji w Polsce jeszcze nie odnotowano, ale zdaniem obu dziennikarzy to tylko kwestia czasu.
Rakiety balistyczne na zimę i scenariusz wyludnienia Kijowa
Publicysta przywołał doniesienia agencji Bloomberg, według których Rosja gromadzi pociski balistyczne na późną jesień i początek zimy. Mają posłużyć do ostatecznego zniszczenia ukraińskiego systemu energetycznego i wywołania chaosu. W rozmowach z przedstawicielami Biura Bezpieczeństwa Narodowego słyszał o wariancie maksimum: ewakuacji Kijowa, czyli w praktyce jego wyludnieniu i wywołaniu nowej fali migracji, bo w stolicy nie dałoby się żyć. Przypomniał, że były ambasador Polski w Kijowie mówił w TVN również o wariancie przeniesienia ukraińskich władz do innego miasta w razie zapaści w stolicy tej zimy. Prowadzący zauważył, że trudno sobie wyobrazić, by Wołodymyr Zełenski, który w pierwszych dniach wojny odpowiadał Amerykanom, że potrzebuje wsparcia, a nie transportu, po tylu latach opuścił Kijów. Parafianowicz przyznał mu rację i wskazał na istotny niuans. Scenariusze ewakuacji i katastrofy humanitarnej przygotowano już przed rokiem, ale Ukraińcy mocno przebudowali system energetyczny. Opiera się on dziś nie tylko na energetyce jądrowej, lecz także na rozproszonych źródłach i magazynach energii, co postawiło kropkę nad i w tej sprawie. Nie można więc z pewnością twierdzić, że Kijów się załamie, a mieszkańcy i prezydent zaczną uciekać. Zełenski ma ponadto poważny problem z legitymizacją władzy i ewentualna ewakuacja mogłaby go pogrążyć w oczach społeczeństwa, więc ucieczka z miasta nie leży w jego interesie.
Ch-101 leciał w stronę zakładów w Kraśniku
Prowadzący zapytał, co o rosyjskich zasobach mówi fakt, że w różnych miejscach znajdowano pociski z najnowszymi latami produkcji, w tym z 2026 roku. Może to sugerować, że starsze zapasy, zużywane zwykle w pierwszej kolejności, już się wyczerpały. Parafianowicz odpowiedział, że można to interpretować dwojako. Przywołał wywiad jednego z polskich generałów dla „Rzeczpospolitej” na temat celowości wysłania nowego pocisku Ch-101 nad Polskę. Jego zdaniem był to komunikat: pocisk leciał bardzo nisko, był nowoczesny, nie został strącony przez polską obronę powietrzną i miał pokazać rosyjskie możliwości napadu powietrznego. Dziennikarz przekazał zebraną na potrzeby rozmowy informację, że według oceny polskich służb pocisk miał spaść w Kraśniku na zakłady MESKO. Celem nie był więc przypadkowy upadek w polu, lecz dotarcie do zakładów pracujących na potrzeby polskiej zbrojeniówki albo przynajmniej sygnał, że znajdują się one w zasięgu rosyjskich pocisków manewrujących. Pytany, czy był to wynik awarii, czy celowy komunikat, stwierdził, że pocisk leciał w stronę MESKO. Miejsce upadku znajduje się na linii prostej, w niewielkiej odległości od Kraśnika. Rok produkcji, jakość pocisku, trudność z jego wykryciem, niski pułap lotu i upadek w sąsiedztwie zakładów składają się według niego na jasny sygnał. Teza ta pojawia się również w odtajnionych dokumentach NATO: Rosja daje do zrozumienia, że wie, gdzie są zakłady produkujące uzbrojenie dla Ukrainy i elementy zachodniej zbrojeniówki, i będzie próbowała w nie uderzać dronami odrzutowymi i pociskami manewrującymi. Prowadzący przywołał też nagłośnioną stację Starlink na Mazowszu, którą dziennikarz określił jako niespecjalnie chronioną. Przy odrobinie dobrej woli jej umiejscowienie wśród kurników i jabłoni można uznać za dobrą legendę, ale instalacja wystawała ponad płot. Wiosną mogłaby wtapiać się w kwitnące sady Grójecczyzny, teraz już niekoniecznie.
Utracona elektronika i ryzyko nuklearne
Prowadzący zauważył, że wysyłając taki sygnał, Rosjanie jednocześnie podarowali Polsce pocisk do zbadania. Parafianowicz odpowiedział, że Polska nie ma elektroniki z pocisku Ch-101. Nie wydobyto jej albo została zniszczona przez moduł autodestrukcji, który uniemożliwia na przykład identyfikację systemów naprowadzania, i nie trafiła w ręce polskich służb. Prowadzący uznał to za wielką stratę, bo pozwoliłoby to poznać sposób zwalczania takich pocisków. Dziennikarz porównał tę sytuację z Gerberą, która spadła na Pomorzu. Ukraińskie siły zbrojne publikują nagrania pokazujące, że takie drony mają zaprogramowany mechanizm wybuchu niszczącego całą zawartość po upadku. W tym przypadku udało się rozbroić ładunek i pozyskać wiedzę o dronie nowszej generacji niż te, które przelatywały nad Polską przed rokiem, co uznał za sukces. Brak elektroniki z pocisku z Lubelszczyzny nazwał natomiast dużym problemem. Pytany o niszczycielski potencjał takiego pocisku, wyjaśnił, że Ch-101 może przenosić głowicę jądrową i mógłby wówczas zburzyć miasto. Lecącego pocisku nie da się zważyć, więc nie wiadomo, czy ma głowicę betonową, konwencjonalną czy jądrową. Wskazał na rosyjską eskalację. Najpierw pod Bydgoszczą, gdzie działa ważne natowskie centrum doskonalenia, a jak dodał prowadzący, także zakłady lotnicze, spadł pusty pocisk bez głowicy. Drugi miał już głowicę bojową. Parafianowicz zaznaczył, że nie ma sensu spekulować o głowicach jądrowych, bo eskalacja do poziomu nuklearnego nie leży w interesie ani Rosji, ani jej głównego sojusznika, czyli Chin. Co do zasady Ch-101 może jednak taką głowicę przenosić.
Amerykańska presja na deeskalację i dylemat JASSM
Prowadzący zapytał, czy w Polsce istnieje pomysł na odpowiedź na rosyjskie zastraszanie, obliczone także na wywołanie irracjonalnej presji społecznej na władze. Dziennikarz odpowiedział, że pomysły są, ale problemem są sygnały płynące z Waszyngtonu. Od ubiegłorocznej eskalacji z nieuzbrojonymi dronami Amerykanie powtarzają, że sytuację trzeba deeskalować. Przyznał, że przemawiają za tym argumenty, takie jak niedopuszczenie do wciągnięcia Polski w konflikt zbrojny. Ta sama obawa sprawia, że Polska nie bierze udziału w strącaniu pocisków i dronów nad terytorium Ukrainy, bo mogłaby przypadkiem zostać wplątana w większą awanturę. Z drugiej strony polski rząd, BBN, wojsko i służby, przynajmniej według rozmówców Parafianowicza, rozumieją, że brak odpowiedzi zachęca Rosjan do eskalacji. Widać to po telegramowych kanałach wojenkorów, czyli propagandystów formułujących najbardziej radykalne przekazy pod adresem Polski i wschodniej flanki. Każdy brak reakcji budzi tam ochotę do podniesienia temperatury. Dlatego po polskiej stronie rozważa się różne odpowiedzi, na przykład przekazanie Ukraińcom pocisków JASSM o rozszerzonym zasięgu, których dziś nie mają, by mogli uderzyć ze swoich F-16 w Jełabugę. Otwarte pozostaje pytanie, czy Polska ma domniemaną zgodę Amerykanów na takie przekazanie. To kwestia suwerenności w użyciu takiej amunicji w nowej, niewypowiedzianej wojnie, toczonej w cieniu artykułu 5.
Kontrola nad eskalacją i dalekie uderzenia
Pytany, czy Polska ma taką suwerenność, publicysta ocenił, że Waszyngton nie jest w żadnym stopniu zainteresowany oddaniem Polsce kontroli nad eskalacją. Samodzielna decyzja mogłaby skończyć się dużym rozczarowaniem. Trzeba więc rozważyć, czy iść na udry z Amerykanami i uzbrajać Ukraińców w JASSM-ER, narażając się na ich reakcję, czy budować inne sposoby kontrolowania eskalacji. Wskazał na przykład na tworzenie floty dalekosiężnych dronów uderzeniowych we współpracy z Ukraińcami i przeniesienie dowodzenia dalekimi uderzeniami z wojska do służb specjalnych, tak jak w Ukrainie, gdzie kontrolują je HUR i SBU. Chodzi o zaprojektowanie całej architektury potencjalnych uderzeń odwetowych i odpowiedź na pytanie, czy Polska wie, co nastąpi po takim kroku, i czy jest na to gotowa. Przykład ukraiński pokazuje, że rosyjska odpowiedź na ataki, na przykład na rafinerie, bywa zazwyczaj dwu- lub trzykrotnie silniejsza. Wymaga to od Polski głębokiej analizy i wysiłku intelektualnego, choć brak odpowiedzi również zachęca do eskalacji.
Politykom nie brakuje odwagi, lecz brakuje uruchomienia procedur
Parafianowicz podkreślił, że rozmawia z ludźmi prezydenta i premiera bez względu na barwy polityczne, a dla jego rozmówców to również nie ma znaczenia, bo bezpieczeństwo narodowe jest tematem ponadpartyjnym. Rozgrywanie go politycznie byłoby tylko zachętą dla Rosjan. Przywołał książkę Boba Woodwarda, w której opisano rosyjską grę między Trumpem a Bidenem, czyli wykorzystywanie podziałów politycznych do osłabiania Amerykanów. Według dziennikarza w Polsce istnieje świadomość, że w sprawach bezpieczeństwa potrzebna jest spójność ponad barwami, co było widać na forum ONZ. Zapytany, czy w gabinetach widzi odwagę powstrzymywaną przez Wielkiego Brata, czy raczej niepewność, strach i brak zdecydowania, odpowiedział, że tych ostatnich raczej nie dostrzega. Uznał za intelektualnie nieuczciwe jeżdżenie po politykach jak po starej kobyle. Nikt rozsądny, znając historię i wojenne doświadczenia Polski, nie będzie ich rozliczał z braku kozactwa, bo chodzi o decyzje o ogromnych konsekwencjach. Myślenie o odpowiedzi istnieje. Jest też frustracja, że nie uruchamia się kolejnych artykułów traktatu, przede wszystkim artykułu 4 o konsultacjach, po tak poważnym zdarzeniu jak upadek Ch-101, które prowadzący nazwał wprost atakiem.
Dronizacja wojska i zbyt wolne zmiany
Zdaniem dziennikarza w Polsce nastąpiła wreszcie refleksja nad tym, jak zmieniła się wojna, czyli nad dronizacją sił zbrojnych. Wie, że część żołnierzy polskich wojsk specjalnych przebywała swego czasu w Ukrainie, by poznać realia współczesnej wojny. Powstał z tego dokument, którego najważniejszy wniosek brzmiał, że wojsko musi zostać zdronizowane na każdym szczeblu, od drużyny po brygadę. Komponent dronowy powinien być wszędzie, nie tylko w 6. Brygadzie Powietrznodesantowej, Jednostce Wojskowej Komandosów czy GROM. Zmiany zachodzą, choć zbyt wolno, a dowodem są ostatnie decyzje kadrowe dotyczące tego komponentu. Nie chodzi o stworzenie wyłącznie odrębnego rodzaju wojsk dronowych czy wyposażenie elitarnej brygady, lecz o to, by nikt jadący na teatr działań nie został wykryty i zniszczony przez drony przeciwnika, zanim tam dotrze. Przełom mentalny już nastąpił, a teraz trwa łamanie oporu technostruktury MON. Jako obszar, w którym zmiany idą zbyt wolno, Parafianowicz wskazał medycynę taktyczną. Dodał, że polskie siły specjalne od dawna pracują z dronami, używając małych bezzałogowców choćby przy szturmie budynków, co zmniejsza ryzyko dla szturmowców. On sam i wielu jego znajomych z tych formacji ma jednak wrażenie, że wszystko dzieje się za wolno i bez odpowiedniego nacisku.
GROM w paradygmacie wojny z terroryzmem
Publicysta podkreślił, że żołnierze sił specjalnych doskonale znają współczesne pole walki i potrafią alternatywnymi drogami zdobywać wiedzę o wojnie. Nie jest jednak pewien, czy kierownictwo polityczne i najwyższe dowództwo sił zbrojnych chcą szybko przeprowadzić zmiany. Ludzie z sił specjalnych często pytają, czym ma być jednostka pierwszej kategorii taka jak GROM: ekskluzywnym oddziałem antyterrorystycznym z czasów wojny z terroryzmem w Iraku i Afganistanie czy formacją ewoluującą w zupełnie innym kierunku. Na razie, ku jego ubolewaniu, obowiązuje ten pierwszy model. Jako ilustrację podał samolot Bryza, niegdyś polski hit eksportowy do Stanów Zjednoczonych, wykorzystywany w operacjach specjalnych przeciwko przemytnikom narkotyków, rebeliantom i terrorystom. Amerykanie przestali go kupować, gdy filozofia działania ich dowództwa operacji specjalnych JSOC poszła w innym kierunku. Według Parafianowicza polscy oficerowie sił specjalnych są tego świadomi, ale brakuje woli politycznej i siły przebicia w MON. Wystarczyłoby zapytać Dowództwo Komponentu Wojsk Specjalnych w Krakowie, które wie, jak przeprowadzić reformę, i mogłoby ją szybko zrealizować, gdyby dostało zielone światło. Uznał to za ogromny błąd i zaniechanie. GROM, odpowiednik amerykańskich Development Group czy Delty, nie może działać wyłącznie jako elitarny oddział antyterrorystyczny czy ochrona premiera podczas wizyt w Kijowie, choć takie zadania to dla niego bułka z masłem. Taka jednostka powinna pomagać państwu zdobywać atuty na arenie międzynarodowej. Ukraińcy wykorzystują w ten sposób jednostkę Tymur HUR w Afryce Subsaharyjskiej czy do niszczenia okrętów rosyjskiej floty cieni. Niewielka grupa ludzi może przynosić państwu korzyści polityczne, na przykład wspierając w sposób niejawny rebeliantów, którzy obalili Asada w Syrii, co było ogromną zmianą geopolityczną na Bliskim Wschodzie. Podobnie Amerykanie polowali na dowódców Huti w Jemenie z udziałem byłych żołnierzy sił specjalnych, nie informując o tym świata, i była to najskuteczniejsza metoda walki z tym ruchem, skuteczniejsza niż naloty czy pociski manewrujące.
Ukraińskie siły specjalne w Afryce, Syrii i Zatoce Perskiej
Pytany o to, jak Ukraina wykorzystuje swoje siły specjalne w 2026 roku, dziennikarz wskazał ponownie Afrykę Subsaharyjską, odległą od Donbasu. Jednostka Tymur działa w krajach takich jak Mali, a nikt nie ma większej wiedzy o pozostałościach Grupy Wagnera niż Ukraińcy. To oni wiedzą, jak wagnerowcy walczyli w Bachmucie, kim są, jakie mają personalia i jak funkcjonują na co dzień. Przekłada się to na współpracę z Francuzami przy przekazywaniu nowoczesnego uzbrojenia, takiego jak pociski SCALP, francuski odpowiednik Storm Shadow, czy haubice Caesar. Przedstawiciele polskich służb wielokrotnie mówili Parafianowiczowi, że francuski sprzęt trafia do Ukrainy kompletny, bez ogołacania z elementów. Dzięki temu Ukraińcy mogą go wykorzystywać najefektywniej, a wynika to z usług, jakie oferują Francuzom we frankofońskiej Afryce, w której zaczęli się panoszyć Rosjanie. Prowadzący zauważył, że ten świat w cieniu opiera się na wymianie informacji i przysług, z czym gość się zgodził. Podobnie było w Syrii: kilka osób obsługujących drony FPV i zdolnych do uderzeń na zmechanizowane i pancerne siły Asada, nieprzygotowane na taki rodzaj walki ani na środki walki radioelektronicznej, stanowiło dla nich zupełne zaskoczenie. To samo dotyczy obrony przeciwdronowej w Zatoce Perskiej. Po rozpoczęciu izraelsko-amerykańskiej wojny przeciwko Iranowi Ukraińcy zaoferowali państwom Zatoki swoje usługi, a jednocześnie wprowadzili całkowity zakaz niekontrolowanego eksportu technologii dronowych w ten region. Miało to wywołać niedobór podaży i pozwolić Kijowowi sterować sytuacją, oferując w zamian proliferację kompetencji. Gdy prowadzący wyraził nadzieję, że Polska będzie czerpać z ukraińskich wzorców, dziennikarz odpowiedział, że nie trzeba nawet sięgać do Ukraińców, bo polscy oficerowie i żołnierze sił specjalnych doskonale to wszystko rozumieją i chętnie podjęliby się takich zadań.
Medycyna pola walki: lekcje Damiana Dudy
Medycynę pola walki Parafianowicz nazwał tematem całkowicie zaniedbanym. Najlepszym papierkiem lakmusowym są według niego wpisy Damiana Dudy, który zjadł zęby na tej tematyce i, jak dodał prowadzący, uratował na froncie niejedno życie. Dziennikarz przyznał, że dylemat jest częściowo zrozumiały. Przedstawiciele Sił Zbrojnych RP zajmujący się medycyną pola walki nie mogą pozwolić sobie na improwizację, na jaką pozwalają sobie ludzie tacy jak Duda, bo obowiązują ich przepisy. Argumenty Dudy, że zaniechania będą kosztować konkretną liczbę ofiar, są jednak zasadne. Ma też rację, przestrzegając wojsko, że w przyszłej wojnie po nikogo nie przyleci śmigłowiec ewakuacji medycznej, jak w Afganistanie. Choć wydaje się to truizmem, wcale nie jest oczywiste. Prawdziwe są również absurdy szkoleń z medycyny taktycznej, o których Duda opowiada w nowej książce Marcina Wyrwała. Dziennikarz uznał za pytanie retoryczne, dlaczego nie korzysta się z kompetencji Dudy, który jest w Ukrainie praktycznie od początku wojny i obserwuje ewolucję medycyny pola walki, sposoby zaopatrywania rannych, procedury i granice, które się przekracza. Ta wiedza jest na wyciągnięcie ręki.
Narwa i Dyneburg: brutalna lekcja Odessy
Prowadzący przypomniał, że Władimir Putin ponownie wskazywał na rzekome zagrożenia dla osób rosyjskojęzycznych w państwach bałtyckich, podobnie jak przed aneksją Krymu. Zapytał o ryzyko ataku na któryś z bałtyckich członków NATO. Parafianowicz odpowiedział, że przygotowują się do tego przede wszystkim Estończycy i Łotysze, przebudowując siły specjalne i służby, które, szczególnie w Estonii, plasują się wysoko w rankingach kompetencji. Dylematy Narwy i Dyneburga są tam obecne od lat. Państwa te przyznają, że myślą o nich od aneksji Krymu, podobnie jak Tajwan wyciąga z niej wnioski dla siebie. Putin może jednak nie doceniać zmiany, jaka w nich zaszła, czyli brutalizacji ich służb specjalnych. Dziennikarz zastrzegł, że nie chce epatować brutalnością, ale przypomniał Odessę w 2014 roku, gdzie wydarzenia na Polu Kulikowym jednoznacznie zakończyły scenariusz separatystyczny. Jego zdaniem w Narwie i Dyneburgu taki scenariusz zostałby powtórzony z dziesięciokrotnie większą siłą. Państwa bałtyckie wiedzą, że każde zawahanie oznaczałoby utratę tych miast i powstanie nowego zamrożonego konfliktu, przeniesionego z Naddniestrza, Abchazji czy Osetii na ich terytorium w udoskonalonej wersji. Wiązałoby się to z trwającym trzy dekady międzynarodowym śledztwem w sprawie przyczyn separatyzmu, kolejnymi planami rosyjskich dyplomatów, jak w przypadku planu Kozaka dla Naddniestrza, i niekończącymi się dyskusjami. Łotwa i Estonia stałyby się państwami rozchwianymi, co osłabiłoby wspólną walutę i ich wiarygodność kredytową. Putin może nie doceniać właśnie tej szybkiej, brutalnej reakcji. Zapytany przez prowadzącego, czy chodzi o scenariusze fizycznej likwidacji osób podsycających separatyzm, odpowiedział, że jeśli Rosja wyśle na przykład prywatną firmę wojskową działającą bez flagi lub pod obcą flagą, by wywołać separatyzm w Narwie czy Dyneburgu, spodziewa się, że tacy ludzie szybko zginą. Wyjaśnił, że w Odessie liderzy separatystów zostali wyłapani, wywiezieni do lasu i tam zakopani, a część zginęła w pożarze budynku związków zawodowych na Polu Kulikowym. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, sprawiło to, że Odessa pozostała ukraińska. Ruchem antyseparatystycznym kierowały wówczas SBU oraz bataliony ochotnicze finansowane przez oligarchę Ihora Kołomojskiego. W Estonii i na Łotwie monopol na przemoc ma państwo, działające w ramach NATO, więc nie powtórzy się scenariusz ze Słowiańska i Kramatorska z 2014 roku, gdy zamaskowani mężczyźni zajmowali komisariaty i siedziby rad miejskich.
Czarnogóra 2016: rosyjski spisek rozbity z udziałem Polski
Dziennikarz przypomniał, że scenariusze tego typu są dobrze znane i spotkają się z jednoznaczną odpowiedzią, tak jak w 2016 roku w Czarnogórze, która finalizowała wtedy wejście do NATO. Przy okazji jesiennych wyborów grupa kierowana przez rosyjski wywiad wojskowy, zwerbowana spośród Serbów walczących po stronie rosyjskiej w Donbasie, miała wywołać niepokoje w Podgoricy, zabić premiera Milo Đukanovicia, przejąć kontrolę nad państwem i zatrzymać jego drogę do Sojuszu. Siatka została rozbita, także przy udziale polskich służb specjalnych. Jeden z organizatorów spisku, Eduard Szyszmakow, posługujący się nazwiskiem Szyrokow, był wcześniej zastępcą attaché wojskowego w Warszawie i zostawił tu paszport dyplomatyczny. Centrala wywiadu wojskowego nie zadbała o jego legendę, a paszport cywilny zbyt przypominał dyplomatyczny. Skany obu dokumentów opublikowała Sky News: wszystko się zgadzało oprócz nazwiska, co doprowadziło do dekonspiracji grupy. Parafianowicz podkreślił, że przekonanie o całkowitej bezsilności wobec Rosji jest fikcją. NATO ma swoje słabości i bywa ociężałą machiną, ale służby specjalne państw członkowskich mają realne możliwości, działają we własnych paradygmatach, mają podpisane porozumienia i codziennie wymieniają informacje, by zapobiegać scenariuszom takim jak czarnogórski. Łotwa i Estonia są od dawna w Sojuszu i w strefie euro, więc każda destabilizacja tych państw uderzyłaby we wspólną walutę, a kraje strefy euro mają interes w jej ochronie. Ponadto oba państwa radykalnie zbrutalizowały swoje służby i siły specjalne.
Polska musi bronić artykułu 5
Pytany, czy w polskich gabinetach widział opracowane scenariusze rosyjskiego ataku na państwa bałtyckie, dziennikarz zaznaczył, że nie ma dostępu do dokumentów, ale słyszy, o czym się mówi. Scenariusze są omawiane, a część z nich przywiózł ze Stanów Zjednoczonych minister koordynator służb specjalnych po wizycie u szefa CIA Johna Ratcliffe’a. Nie był to formalny raport, a to, co tam padło, obrosło już miejską legendą. Co do zasady chodziło o ostrzeżenia przed eskalacją w nowej wojnie, wykraczającą poza dotychczasowe doświadczenia. Po powrocie ministra przelano je na papier i powstały opracowania. Kwestie ataków dronowych i rakietowych są znane mniej więcej od wiosny 2026 roku i od dawna krążą w polskich służbach. Scenariusze są na bieżąco aktualizowane w agencjach odpowiedzialnych za bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne. Na pytanie, co Polska powinna zrobić w razie ataku na Estonię lub Łotwę, odpowiedział, że decyzja polityczna powinna być oczywista: reakcja w ramach artykułu 5. Wyraźnie widać jednak rozważania o tym, jak zachowa się cały Sojusz. Putin dąży do wywołania konfuzji i skompromitowania artykułu 5 właśnie takim działaniem wobec Łotwy czy Estonii, a może na przesmyku suwalskim albo w hydroelektrowni w Kownie, która niedawno była celem rosyjskiego drona strąconego prawdopodobnie przez włoski samolot. Polscy politycy zastanawiają się, czy Zachód podejmie jednoznaczne decyzje, bo nikt w Polsce nie chciałby zostać sam, wysyłając wyłącznie polskie wojska do obrony czy odbijania Narwy. Jego zdaniem Polska powinna dbać o to, by artykuł 5 nie umarł, i mobilizować całe NATO, w tym oś północ–południe, do szybkiej, zdecydowanej reakcji z pełną siłą na każde przesilenie w państwach bałtyckich, bo od tego artykułu w dużej mierze zależy polskie bezpieczeństwo.
Litwa, Bundeswehra i złudzenia o porozumieniu z Rosją
Prowadzący zapytał, czy słusznie pominięto dotąd Litwę. Parafianowicz odpowiedział, że Litwa ma mniejszy dylemat niż Estonia i Łotwa, bo nie ma swojej Narwy ani Dyneburga. Pozostaje jednak łakomym kąskiem ze względu na granicę z Białorusią, przez którą jako przez proxy można uderzyć na przykład w budowane koszary 45. Brygady Pancernej Bundeswehry, coraz intensywniej rozlokowującej się na Litwie. Ocenił to jako bardzo dobry sygnał. Latem była tam ledwie kompania tej brygady, a dziś kompletuje się batalionowa grupa taktyczna, zdolna już do samodzielnego działania. Stacjonuje przy granicy z Białorusią, w rejonie solecznickim zamieszkanym głównie przez Polaków. Dziennikarz przytoczył opinię jednego z polityków polskiej prawicy, że Litwini kalkulują, iż Rosjanie nie zaatakują Niemców, a w razie czego Niemcy dogadają się z Rosją. Pewnym dowodem miało być niedawne spotkanie szefa niemieckiego MSZ z Siergiejem Ławrowem przy okazji sesji ONZ w Nowym Jorku. Parafianowicz uznał przekonanie, że Rosja ustąpi albo że da się z nią porozumieć, za fikcję. Putin legitymizuje swoją władzę wojną i realizuje cele memorandum Gruszki z grudnia 2021 roku. Obejmują one nie tylko podporządkowanie i zniszczenie Ukrainy, lecz także zmianę architektury bezpieczeństwa na wschodniej flance, czyli przywrócenie NATO do stanu sprzed 1997 roku. Zgodził się z prowadzącym, że przyjęcie tych warunków byłoby kapitulacją i fatalnym scenariuszem dla Polski, częściowo pozbawiającym ją suwerenności.
Przesmyk suwalski: zagrożenie po stronie litewskiej
Na pytanie, czy rosyjski apetyt na przesmyk suwalski dotyczyłby bardziej strony litewskiej niż polskiej, publicysta odpowiedział, że zdecydowanie litewskiej. Po polskiej stronie warunki terenowe nie sprzyjają Rosjanom, bo są tam pagórki, jeziora i lasy. Na linii Olita–Mariampol, w okolicy historycznie ważnej dla Polaków, z zachowanymi do dziś pozostałościami koszar polskiej kawalerii, teren jest płaski. Rosjanie łatwo mogliby go zamknąć za pomocą dronowych oddziałów takich jak Rubikon, czyniąc drogi nieprzejezdnymi i paląc siły NATO idące z odsieczą. Po polskiej stronie na razie to nie wchodzi w grę, ale nie jest to pocieszeniem, bo w razie działań Rosji na Litwie to Polska jako pierwsza ruszy z pomocą. Według analiz i głosów, z którymi zetknął się Parafianowicz, Rosja raczej chce uniknąć dużej konfrontacji na wschodniej flance, bo wie, że jest słabsza od NATO. Nikt jednak nie gwarantuje, że scenariusz separatystyczny nie wymknie się spod kontroli i nie będzie wymagał zaangażowania większych sił, w tym polskich. Przypomniał, że pierwszej wojny światowej podobno też nikt nie chciał, a każda wojna zaczyna się od incydentów, które nabierają nieprzewidywalnego biegu. Pytany, czy ten scenariusz jest poważnie rozważany na Kremlu, odpowiedział, że skoro na serio leży na stołach europejskich agencji wywiadowczych, to leży też na stole Władimira Putina.
Fikcja polsko-białoruskiego resetu
Prowadzący zapytał, jak pełzająca mobilizacja w Rosji i możliwe uderzenie z kierunku białoruskiego mają się do sygnałów polsko-białoruskiego ocieplenia, spotkań i utrzymywania kanałów łączności, także przez służby. Parafianowicz wskazał podstawowy problem: Alaksandr Łukaszenka niczego od Polski nie chce. Przekazał to wprost, za pośrednictwem swoich ludzi, oficerom Agencji Wywiadu podczas rozmów o Andrzeju Poczobucie. Od tego faktu nie da się uciec, a reset czy porozumienie są fikcją. W wymiarze wojskowym i w obszarze służb Białoruś jest w praktyce okręgiem wojskowym Rosji i siłą proxy realizującą w pełni rosyjskie interesy, więc naiwnością byłoby dać się nabrać na pojednawcze tony Łukaszenki. Dziennikarz zaznaczył jednak, że nie oznacza to rezygnacji z kontaktów. W terminologii służb najniższym pułapem relacji jest utrzymywanie kontaktu, które nie musi prowadzić do werbunku, i taki kontakt z Białorusinami ma sens, bo warto wiedzieć, co mają do powiedzenia i jakie panują tam nastroje. Nowa relacja wymagałaby jednak istotnego gestu Łukaszenki. Uwolnienie zakładnika politycznego, jakim jest Poczobut, nie jest dla Polski żadnym realnym ustępstwem. Byłoby nim na przykład wyłączenie białoruskich retransmiterów, które ułatwiają naprowadzanie dronów na cele w Polsce i Ukrainie. Udowodniłoby to, że Łukaszenka nie jest podnóżkiem Putina i potrafi działać suwerennie. Parafianowicz jest jednak niemal pewien, że tego nie zrobi, bo jest podnóżkiem Putina i nie wykona żadnego wiarygodnego gestu w dziedzinie bezpieczeństwa.
Umiędzynarodowienie wojny w interesie Kijowa
Prowadzący zauważył, że scenariusz rozszerzenia rosyjskich działań na inne teatry jest dla Polski groźny i wymaga trudnych decyzji, ale dla Kijowa każde odwrócenie uwagi Rosji od Ukrainy może być błogosławieństwem, a umiędzynarodowienie konfliktu byłoby w cenie. Dziennikarz zgodził się, że to najlepszy możliwy scenariusz dla Kijowa. Zwiększa prawdopodobieństwo zakończenia wojny na rozsądnych dla Ukrainy warunkach, przynosząc więcej zasobów, zainteresowania politycznego i uwagi. Uznał za naturalne, że Ukraińcy mogą do tego dążyć. Pytany, czy mogą aktywnie zabiegać o taki scenariusz, odpowiedział, że taka obawa istnieje po polskiej stronie i to ona między innymi blokuje dyskusję o strącaniu pocisków i dronów nad Ukrainą, bo jakaś forma prowokacji mogłaby wciągnąć Polskę w konflikt. Podkreślił jednak, że polskie rozważania nie mają charakteru pretensji wobec Kijowa, bo jego postawa jest naturalna. Polska z tego samego powodu zabiega o amerykańskie bazy, by w razie wojny amerykańscy żołnierze byli w niej od pierwszego dnia, a konflikt był od początku umiędzynarodowiony. Temu samemu służą wielonarodowe siły na Łotwie, w Estonii i na Litwie. Dlatego nie słyszy po polskiej stronie narzekania ani frustracji i uważa, że warto ten temat odmitologizować: Kijów myśli kategoriami własnych interesów narodowych, a nie tego, co dobre dla Polski, NATO czy państw bałtyckich.
Ukraina w nowej architekturze bezpieczeństwa
Parafianowicz zwrócił uwagę, że Kijów ma poczucie, iż może wiele wnieść do nowej architektury bezpieczeństwa na wschodniej flance. To pytanie do Polski, jak się w tym odnajduje: czy chce utrzymania starego modelu opartego na artykule 5, czy nowego, na przykład z nowym dowództwem w ramach NATO, w którym Ukraińcy na pełnych prawach oferowaliby wiedzę, kompetencje i możliwości w ewentualnym starciu z Rosją. Zastanawiają się nad tym również państwa bałtyckie, rozważając, czy do zneutralizowania oddziału takiego jak Rubikon nie byłaby lepsza ukraińska jednostka Nemezis albo inna formacja dronowa dowodzona przez Roberta Browdiego „Madziara”, wyspecjalizowana w walce z rosyjskimi operatorami dronów. Dziennikarz przyznał, że bardzo chciałby, aby Polska miała takie kompetencje, ale ich nie ma.
Stała baza USA i polskie wojsko za granicą
Pytany o znaczenie stałej obecności amerykańskiej w Polsce, publicysta stwierdził, że zdecydowanie podnosi ona poziom bezpieczeństwa. Jak pisała Wirtualna Polska, w grze są Poznań i Powidz. W Poznaniu działa Camp Kościuszko z elementami odtworzonego V Korpusu, a w pobliskich Krzesinach stacjonują polskie F-16. W Powidzu zgromadzono sprzęt dla całej ciężkiej amerykańskiej brygady pancernej, jest tam długi pas startowy dla transportów i amerykańskie śmigłowce Apache. Dlatego wszystkie strony polityczne dążą do jak najszybszego powstania bazy. Najwcześniejszą datą, jaką usłyszał w BBN, jest jednak 2030 rok, i to pod warunkiem, że już dziś Polska zaczęłaby budować dla Amerykanów szkoły, przedszkola i całe osiedla albo znalazła mieszkania w zasobach Poznania dla kilkutysięcznej brygady i rodzin żołnierzy. To zadanie po polskiej stronie i jeśli Polska je prześpi, będzie mogła mieć pretensje tylko do siebie. Prowadzący zapytał, czy w nowej rzeczywistości Polska nie powinna mieć stałej obecności wojskowej w państwach bałtyckich. Parafianowicz przypomniał, że politycy rządu Mateusza Morawieckiego rozważali rozmieszczenie na Litwie polskiej brygady pancernej zamiast niemieckiej. Pomysł łączył się z obecnością Orlenu, największego płatnika podatków na Litwie, i z ewentualnym wejściem koncernu w przedsięwzięcie medialne, na przykład wykupem dziennika „Lietuvos rytas” i połączeniem go z TVP Wilno. Polska byłaby wówczas obecna na wschodniej flance w wymiarze biznesowym, medialnym i wojskowym, a polski żołnierz chroniłby polskich interesów w regionie zamieszkanym przez polską mniejszość, na południe od Wilna aż do granicy z Białorusią. Tę trzyelementową koncepcję uznał za sensowną. Na obawę prowadzącego, że rosyjska propaganda mogłaby wykorzystać obecność polskich żołnierzy na Litwie, odparł, że lepiej mieć wgląd w sprawy bezpieczeństwa takiego państwa z pierwszej ręki. Często nadużywany jest argument o prorosyjskości polskiej mniejszości na Litwie, a jednoznacznie proatlantycki polski komponent miałby sens, zgodnie z myślą gen. Rajmunda Andrzejczaka, że walczyć należy poza granicami Polski. Wobec obecności na Łotwie i w Estonii ma natomiast poważne wątpliwości i uważa, że tam lepiej, by wykazali się Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy.
Rumunia jako pole nauki dla polskich żołnierzy
Prowadzący zapytał, czy polskie elity są gotowe być dawcą bezpieczeństwa w regionie, co wymaga twardej obecności wojskowej poza granicami. Dziennikarz przyznał, że to dylemat. Skoro polskie siły zbrojne nie mają kompetencji dronowych i mają problem z wprowadzeniem współczesnych rozwiązań w medycynie taktycznej, mówienie o ekspansji na Gotlandię, Litwę czy do Rumunii budzi kontrowersje. Trzeba wybrać między budowaniem siły wewnątrz a obecnością za granicą. On sam jest zwolennikiem obecności zagranicznej, na przykład w Rumunii, w rejonie Babadag czy Gałacza, gdzie polscy żołnierze mogliby uczyć się zestrzeliwać rosyjskie drony nad deltą Dunaju, bo incydenty zdarzają się tam znacznie częściej, i, jak dodał prowadzący, poczuć zapach prochu. Politycy wielokrotnie mówili mu, że machinę wojskową trzeba rozruszać. Wojsko nie może tkwić w miejscu ani być wyłącznie technostrukturą, przypominającą kościół z biskupami, patriarchami i wikariuszami. Musi działać, i to niekoniecznie tylko osłaniając granicę z Białorusią przed kryzysem migracyjnym. Obecność polskiego komponentu przy delcie Dunaju nie niesie dużego ryzyka, a daje kompetencje i pozwala zdyskontować to politycznie, pokazując, że Polska jest dawcą, a nie tylko biorcą bezpieczeństwa.
Sygnały ostrzegawcze przed atakiem
Prowadzący przypomniał sygnały poprzedzające rosyjską inwazję w 2022 roku i zapytał, jakie ruchy wojsk, dowództw czy przygotowania szpitali byłyby dla dziennikarza jednoznaczną zapowiedzią kolejnego ataku. Parafianowicz wskazał trwającą rozbudowę Leningradzkiego Okręgu Wojskowego oraz rozmieszczanie sił w Arktyce. Jednoznacznym sygnałem przygotowań do uderzenia na wschodnią flankę byłoby jednak rozlokowanie w tym rejonie dużego, istotnego komponentu wojskowego, zawsze pod pozorem ćwiczeń. Przypomniał, że przed 2022 rokiem przygotowaniem do wojny były ćwiczenia Zapad-21: wojska ściągnięto na Białoruś w maju, potem wycofano i znów sprowadzono. Ukraińcy z kolei w ćwiczeniach zimą 2022 roku trenowali obronę przed rosyjskim uderzeniem, wiedząc już, że do wojny dojdzie. Sygnałami byłyby znaczne siły w rejonie Pskowa czy na Białorusi, rozmieszczanie szpitali polowych i rozwijanie logistyki wojskowej, w tym, jak dodał prowadzący, infrastruktury paliwowej dla ciężkiego sprzętu. Dziennikarz przypomniał, że brak paliwa był błędem ataku na Kijów: kolumna zmechanizowana utknęła wtedy na drodze do stolicy, a krążył żart, że Putin kazał przechwytywać koktajle Mołotowa, by tankować nimi czołgi. Takich istotnych ruchów na razie na szczęście nie widać. Trudniej wykryć scenariusze hybrydowe, separatystyczne i podprogowe, ale nie ma sygnałów, że Rosjanie szykują dużą wojnę w regionie, bo nie ma tam ich wojsk. Krążąca informacja o dziewięciotysięcznym rosyjskim zgrupowaniu na Białorusi okazała się fałszywa. Zaletą nowej wojny jest to, że wszystko widać z góry, więc tworzenie dużych zgrupowań zostanie zauważone znacznie wcześniej.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz: oswajanie z atakami
Pytany o swój bazowy scenariusz, oparty na oficjalnych i nieoficjalnych informacjach, Parafianowicz wskazał maksymalizację uderzeń z powietrza. Rosja będzie oswajać wschodnią flankę NATO z tym, że można uderzyć kilkunastoma uzbrojonymi dronami w infrastrukturę energetyczną lub wojskową albo wysłać kilka pocisków manewrujących z głowicami na fabrykę produkującą dla Ukrainy czy elektrownię. Za główny cel uważa Polskę i państwa bałtyckie, które mają bardzo jednoznaczną postawę wobec Ukrainy. Rosja chce tę postawę odwrócić, zasiać wątpliwości i sprawić, by cena wspierania Ukrainy okazała się zbyt wysoka, a społeczeństwa uznały, że pomoc jest potrzebna, ale nie za taką cenę. Najłatwiej osiągnąć to z powietrza, pod obcą flagą i przy trudnościach z przypisaniem odpowiedzialności, choć w praktyce wiadomo, do kogo należą drony i pociski. Rosja, jak powiedział, potrafi nazwać czarne białym. Najgorsze byłoby oswojenie się z jednoznacznymi aktami wojennymi i uznanie ich za akceptowalne, niewymagające odpowiedzi.
Zakłady zbrojeniowe na celowniku
Prowadzący zapytał, czy skoro pomoc dla Ukrainy płynie przez Polskę, między innymi przez lotnisko w Rzeszowie, należy się liczyć z celowymi rosyjskimi uderzeniami w infrastrukturę krytyczną i zakłady zbrojeniowe. Dziennikarz przypomniał, że takie zakłady próbowano już niszczyć dywersją, a próba ataku z powietrza wydaje się kwestią czasu. Lotnisko w Jasionce pod Rzeszowem uznał paradoksalnie za najbezpieczniejsze miejsce w Polsce, intensywnie chronione i obserwowane. W przypadku sieci zakładów zbrojeniowych wyraźnie widać klucz rosyjskich działań: próbę zniechęcenia przede wszystkim państw wschodniej flanki, choć groźby dotyczą też Francuzów, Hiszpanów i Włochów. Fabryki płoną również w Bułgarii, państwie stosunkowo prorosyjskim i chętnym do powrotu do handlu surowcami z Rosją. Dochodziło też do ataków na zakłady zbrojeniowe na Słowacji, mimo że premier Robert Fico otwarcie wyraża wątpliwości co do zastosowania artykułu 5. Parafianowicz ocenił, że uderzenia w zakłady produkujące przede wszystkim dla Ukrainy są kwestią czasu.
Jarosław: godna reakcja duchowieństwa
Prowadzący zapytał o tragiczny atak na duchownych w Jarosławiu, w którym doszło do morderstwa, a którego sprawcą był Ukrainiec, oraz o narastającą w związku z tym falę antyukraińską. Zaznaczył, że zdarzenie wpisuje się w zjawisko obecne już wcześniej. Chciał wiedzieć, czy dziennikarz widzi w tym zagrożenie dla spokoju w Polsce i dla wsparcia walczącej Ukrainy oraz czy dostrzegają to ryzyko polskie władze. Parafianowicz zaznaczył, że o sprawcy wciąż nic pewnego nie wiadomo, a informacje są sprzeczne. Mówiono, że przez pięć lat mieszkał w Niemczech, co wykluczałoby PTSD, bo przebywał tam przed wybuchem pełnoskalowej wojny i nie doświadczył Bachmutu, Pokrowska czy Awdijiwki, a walki sprzed 2022 roku nie generowały takiej skali PTSD. Podkreślił jednak, że nic wiążącego o przeszłości zabójcy nie wiadomo. Wiadomo natomiast, jak zareagowało polskie duchowieństwo, co uznał za bardzo godne. Nazwał to majstersztykiem nawet z punktu widzenia technologii politycznej. Mszę z udziałem duchownego z obandażowaną głową, który wzywał do tonowania nastrojów, ocenił jako szczerą, płynącą z serca i dlatego tak przekonującą. Powołał się na komentarz mieszkającego na Podkarpaciu Jana Marii Rokity, który odmitologizował rzekomo przedpogromową atmosferę w Polsce. Takiej atmosfery według dziennikarza nie ma, a wydarzenia po brutalnym morderstwie pokazują dojrzałość polskiego społeczeństwa i państwa. Nie było nierozsądnych reakcji, poza pochopnymi sądami, że na pewno stoi za tym Rosja, albo że sprawca na pewno cierpiał na PTSD. Tak trudnego tematu nie da się udźwignąć prostackimi argumentami w rodzaju strzelających na Kremlu korków od szampana ani zrzucaniem wszystkiego na problemy psychiczne. Najbardziej pocieszające jest dla niego to, co powiedział duchowny z bandażem na głowie, jedna z ofiar ataku.
Cyberprzestępczość ze Wschodu poza radarem
Ostatnie pytanie dotyczyło przestępczości zorganizowanej z udziałem przybyszów ze Wschodu, w tym Ukraińców i Białorusinów, i tego, czy ten problem dostrzegają polskie władze. Parafianowicz potwierdził, że tak, choć zdziwiło go przebieg jednej z dyskusji, w której uczestniczył. Mówiono w niej o powrocie scenariuszy z lat 90., ale pominięto zjawisko, z którym Polska ma do czynienia już teraz: polskie państwo i społeczeństwo padają ofiarą internetowych oszustw prowadzonych przez gangi działające w Ukrainie. Jak podaje „Ukrajinśka Prawda”, gangi te miał chronić prokurator generalny Krawczenko, który według tych doniesień uciekł z Ukrainy przez Polskę w porozumieniu z liderem frakcji Sługi Narodu. Dziennikarz zwrócił uwagę, że są to gangi transnarodowe, najczęściej ukraińsko-białorusko-rosyjskie, działające ponad podziałami politycznymi i oszukujące obywateli Unii Europejskiej na różne sposoby. W polskich kręgach rządowych mówi się o powrocie przestępczości z lat 90., ale nie usłyszał niczego o dominującej już dziś cyberprzestępczości, której ofiarami padają Polacy. Nie jest ona przedmiotem głębszej refleksji. Na zakończenie prowadzący zapowiedział, że Parafianowicz będzie jedną z kluczowych twarzy kanału Teraz WP i nadal będzie pytał w gabinetach o sprawy bezpieczeństwa w imieniu widzów.
Rozmowę przeprowadził Patrycjusz Wyżga. Materiał „Rosja szykuje nowy front i mobilizuje nawet 600 tysięcy I Zbigniew Parafianowicz” dostępny na kanale TERAZ WP na YouTube, liczącym 8,85 tys. subskrybentów. Opublikowany 28 września 2026.










