Co naprawdę wydarzyło się w Odessie 2 maja 2014 roku? Marcin Strzyżewski demontuje rosyjską propagandę

Marcin Strzyżewski w swoim materiale analitycznym szczegółowo zrekonstruował przebieg wydarzeń z 2 maja 2014 roku w Odessie, w wyniku których w Domu Związków Zawodowych na placu Kulikowe Pole zginęło 42 ludzi. Jak zaznaczył na wstępie, tragedia ta jest chętnie wykorzystywana przez siły prokremlowskie do uzasadniania agresji wobec Ukrainy — zgodnie z oficjalną rosyjską narracją, ukraińscy „naziści” mieli rzekomo świadomie zamknąć i spalić żywcem dziesiątki ludzi z nienawiści do wszystkiego, co rosyjskie. Strzyżewski porównał słowa kłamców do konfetti — łatwo je rzucić, znacznie trudniej pozbierać, oddzielając prawdę od fałszu i niedomówień od czystych bzdur. Uproszczona wersja rzeczywistości, jak zaznaczył, po prostu dobrze się sprzedaje, i dokładnie to wydarzyło się z historią Odessy.

Kontekst sprzed 2 maja — Krym, Słowiańsk i narastające napięcie

Wydarzenia w Odessie nie miały miejsca w próżni. Strzyżewski przypomniał, że 20 lutego 2014 roku na kijowskim Majdanie doszło do krwawego finału wielotygodniowych starć między Euromajdanem a milicją, w wyniku którego zginęło 53 osoby — kilku funkcjonariuszy służb porządkowych i blisko 50 protestujących, część z rąk tajemniczych, prawdopodobnie związanych z państwowymi strukturami siłowymi snajperów. Wydarzenia te doprowadziły do ucieczki prezydenta Wiktora Janukowycza i zwycięstwa Majdanu.

Niemal natychmiast po tym na Krymie pojawiły się tzw. zielone ludziki, a 26 marca zakończył się proces siłowego przejęcia półwyspu przez rosyjskie wojska, co Moskwa później otwarcie przyznała. Na początku kwietnia przeciwnicy Majdanu zajęli budynki Służby Bezpieczeństwa Ukrainy w Ługańsku i Doniecku, a w Słowiańsku doszło do starć zakończonych okrążeniem przez ukraińskie siły zbrojne oddziałów dowodzonych przez Igora Girkina-Striełkowa — pułkownika rezerwy FSB i bezpośredniego przedstawiciela Moskwy w regionie. Strzyżewski zauważył przy tym cierpko, że „czekiści byłymi czekistami nie bywają” — Girkin otwarcie głosił, że wschodnie tereny Ukrainy powinny należeć do Rosji jako część imperium, a państwo ukraińskie nie ma do nich praw. Dzień po wydarzeniach w Odessie, 3 maja, doszło też do starć w Mariupolu, gdzie zamaskowani ludzie w niemarkowanych, czarnych mundurach szturmowali nocą budynek administracji i splądrowali biuro sztabu wyborczego Petra Poroszenki — co według Strzyżewskiego może wskazywać na szerzej zakrojoną, skoordynowaną operację.

Autor podkreślił, że w tym momencie na Ukrainie faktycznie trwała już obca inwazja — Krym został zaanektowany, a nikt nie miał pewności, co wydarzy się dalej; powszechnie rozumiano, że Rosja może w każdej chwili zaatakować, tak jak stało się to osiem lat później, od strony Białorusi i Donbasu. Napięcie społeczne w kraju od dawna osiągnęło punkt krytyczny — Strzyżewski podkreślił, że wydarzenia w Odessie nie rozegrały się na „pustym placu”: ludzie po obu stronach barykady, zarówno tej dosłownej, jak i tej mentalnej, byli już wtedy emocjonalnie nakręceni przemocą trwającą w ich kraju.

Kontekst po 2 maja — zatarte dowody i niedokończone śledztwa

Strzyżewski zwrócił uwagę, że po wydarzeniach w Odessie wszczęto co najmniej trzy śledztwa dotyczące między innymi działania służb porządkowych, ale żadne nie zakończyło się ukaraniem winnych — częściowo dlatego, że już w nocy z 2 na 3 maja miejskie służby wysprzątały miejsca starć, zacierając przy okazji potencjalne dowody, a sam Dom Związków Zawodowych pozostawał otwarty i dostępny dla przechodniów przez około miesiąc po pożarze, zanim formalnie zabezpieczono go jako miejsce zbrodni — choć, jak zauważył autor, po tak długim czasie ślady i tak zostały już w praktyce zadeptane.

Istotny jest też kontekst personalny ówczesnej administracji Odessy. Pełniący obowiązki naczelnika administracji obwodowej Oleg Bryndak, podobnie jak jego poprzednik Kostusiew, należał do prorosyjskiej Partii Regionów związanej z Janukowyczem — czyli siły politycznej, przeciwko której skierowany był Majdan. Szef lokalnej milicji Dmitrij Fuczedżi, bezpośredni uczestnik wydarzeń 2 maja, po starciach zwolnił z aresztu osoby z obozu antymajdanowego, umożliwiając im ucieczkę lub ukrycie się, a sam siedem dni później, 7 maja, zbiegł najpierw do Naddniestrza, a stamtąd do Rosji. Strzyżewski zastrzegł jednak, że nie można jednoznacznie stwierdzić, iż całe ówczesne kierownictwo służb działało w interesie prorosyjskim — z pewnością część jego przedstawicieli sprzyjała obozowi antymajdanowemu, ale nie wszyscy funkcjonariusze prezentowali taką postawę.

Po 2014 roku rocznice tragedii były swobodnie obchodzone przez mieszkańców Odessy, którzy mogli składać kwiaty pod zamykanym na czas rocznicy Domem Związków Zawodowych, upamiętniając ofiary. Powołano też komisję śledczą Rady Najwyższej, choć niewiele z jej prac wynikło, głównie z powodu zatartych śladów. Niezależna Grupa 2 Maja — złożona z aktywistów, dziennikarzy i ekspertów — mogła natomiast bez większych przeszkód prowadzić własne śledztwo, odtwarzając chronologię wydarzeń i publikując ustalenia na stronie internetowej oraz kanale YouTube. To właśnie na materiałach tej grupy, jak zaznaczył Strzyżewski, oparty jest w całości jego materiał. Warto przy tym zauważyć, że Grupa 2 Maja, działająca w Odessie w warunkach rzekomych prześladowań języka rosyjskiego, publikuje swoje ustalenia po rosyjsku — bez żadnych przeszkód, ponieważ Odessa jest w dużej mierze miastem rosyjskojęzycznym i nikomu to nie przeszkadza.

Przebieg wydarzeń 2 maja — od meczu piłkarskiego do ulicznej bitwy

Strzyżewski szczegółowo zrekonstruował chronologię samego dnia. Już 1 maja wiadomo było, że nazajutrz w mieście wydarzy się coś dużego — planowano jednocześnie mecz piłkarski Mistrzostw Ukrainy między odeskim Czarnomorcem a charkowskim Metalistem, oraz koncert na Kulikowym Polu, gdzie od tygodni funkcjonowało miasteczko namiotowe środowisk antymajdanowych, w tym takich grup jak Drużyna Odeska i Drużyna Narodowa. Sama nazwa placu — Kulikowe Pole — nawiązuje symbolicznie do historycznej bitwy wojsk Księstwa Moskiewskiego z siłami tatarskimi, co Strzyżewski odczytał jako wyraźne, choć odległe historycznie, nawiązanie w stronę Moskwy. Dzień wcześniej, 1 maja, odbył się natomiast całkowicie spokojny piknik z okazji Święta Pracy, zorganizowany przez środowiska lewicowe, komunistyczne i anarchistyczne, w którym uczestniczyły też osoby zaproszone ze środowiska promajdanowego — tego dnia nie doszło do żadnych incydentów.

Kibice obu drużyn piłkarskich, pozostający w przyjaznych relacjach — zjawisko znane również z polskiego środowiska kibicowskiego, gdzie niektóre drużyny sympatyzują ze sobą — byli jednocześnie środowiskami wyraźnie proukraińskimi. Wspólnie z ugrupowaniami promajdanowymi zorganizowali przed meczem Marsz Jedności Ukrainy po trasie uzgodnionej z milicją. Większość z około 700 funkcjonariuszy porządkowych pilnowała stadionu, a jedynie około 100 wydzielono do ochrony marszu.

Środowiska antymajdanowe, obawiając się likwidacji swojego miasteczka namiotowego przez przybywających kibiców, ogłosiły własną mobilizację. Do godziny 15:00 do miasta zaczęli zjeżdżać kibice pociągami z Charkowa (uruchomiono nawet dodatkowe, pozaplanowe składy), a antymajdanowcy zaczęli się gromadzić, oznaczając się czerwoną taśmą — co ciekawe, jak zauważył Strzyżewski, w obecnej wojnie żołnierze rosyjscy stosują podobne oznaczenie, a ukraińscy najczęściej taśmę żółtą lub niebieską. Według ustaleń Grupy 2 Maja część milicjantów również zaczęła używać czerwonej taśmy — nie z powodów politycznych, lecz czysto praktycznych, do wzmocnienia słabo trzymających się, niedofinansowanych ochraniaczy na łokcie.

Początkowo antymajdanowcy deklarowali milicji, że zebrali się jedynie w celach obronnych — by przeciwdziałać ewentualnym prowokacjom, jednak nieoczekiwanie zdecydowali się na niezapowiedziany marsz równoległy do trasy kibiców, mimo że byli od nich mniej liczni. Decyzję tę Strzyżewski określił jako trudną do wytłumaczenia, choć zwrócił uwagę na ustalone później telefony wykonywane z Kulikowego Pola do abonentów na terytorium Rosji w tamtym okresie — nazywając to poszlaką, której nie można wykluczyć jako dowodu sterowania z zewnątrz, ale zastrzegając jednocześnie, że mogły one równie dobrze wynikać z naturalnych więzi rodzinnych mieszkańców wschodniej i południowej Ukrainy z Rosją.

Około 14:40 doszło do niejasnego incydentu z udziałem młodego mężczyzny o imieniu Denis, który użył wobec antymajdanowców broni nieśmiercionośnej (prawdopodobnie wiatrówki na kule gumowe) — został rozbrojony i przekazany milicji. Po godzinie 14:55 do antymajdanowców dotarła plotka, że w sztabie promajdanowej organizacji przy ulicy Żukowskiego rozdawana jest broń palna kibicom — część z nich pobiegła tam i natrafiła na szpaler kilku milicjantów oraz majdanowców uzbrojonych w metalowe tarcze; rozbito wówczas okna w podejrzanym samochodzie, nie znajdując w nim żadnej broni. Grupa 2 Maja odnotowała, że broń nieśmiercionośna (najprawdopodobniej na kule gumowe) była w tym momencie widoczna po obu stronach konfliktu — zjawisko to, tzw. broń „traumatyczna”, było w regionie powszechnie dostępne i wykorzystywane do samoobrony.

Kolumna antymajdanowców, na której czele szedł naczelnik milicji Fuczedżi stale konsultujący coś przez telefon, poruszała się w sposób niejednoznaczny, manewrując ulicami bez wyraźnego celu, podczas gdy milicja i licząca około tysiąca osób prounijna samoobrona (zorganizowana grupa z metalowymi tarczami i kaskami, w której skład wchodzili też starsi ludzie i kobiety) starały się utrzymywać obie strony z dala od siebie, tworząc kolejne szpalery. Około godziny 15:29, po tym jak jeden z liderów ruchu antymajdanowego, Siergiej Dołżenkow, wydał komendę „kolumna stop”, a następnie kolumna zawróciła i zaczęła biec, doszło do przełamania szpalerów porządkowych przez antymajdanowców i niemal równocześnie do przekroczenia szpaleru samoobrony przez tzw. ultrasów majdanowych — pierwsze uliczne starcia rozpoczęły się z użyciem kostki brukowej, pałek, tarcz oraz pirotechniki (rac i petard). Antymajdanowcy używali też petard z metalowymi odłamkami, celowo zaprojektowanych do rażenia przeciwnika, a wkrótce w ruch poszły koktajle Mołotowa — o 15:37 zapłonął pierwszy samochód. Samoobrona majdanowa uformowała w pewnym momencie żółwiową formację na wzór rzymskich legionistów, a antymajdanowcy zbudowali barykadę z kontenerów na śmieci; obie strony wykonywały też aktywne manewry oskrzydlające, próbując zaatakować przeciwnika spoza linii milicyjnych szpalerów.

Eskalacja do użycia broni palnej ostrej

Około godziny 16:00 na Placu Greckim pojawił się biały Ford Transit, z którego według świadków wysiadł mężczyzna o pseudonimie Botsman, jeden z liderów antymajdanowej Drużyny Ludowej. Około 16:15 samoobrona majdanowców ruszyła kolumną, mając — jak sami twierdzili — zamiar odciąć plac od drugiej strony miasta; towarzyszyły temu okrzyki wzywające do marszu na Kulikowe Pole, czyli wprost na miasteczko namiotowe antymajdanowców. Około 16:21 antymajdanowcy zaczęli używać broni palnej kalibru 5,45 mm — Botsman miał strzelać ze skróconego karabinka AKS-74U, choć broni tej nigdy nie odnaleziono, a ustalenie to opiera się wyłącznie na analizie materiałów wizualnych. W okolicach ulicy admirała Żukowa antymajdanowcy strzelali do majdanowców, używając równolegle koktajli Mołotowa — w wyniku ostrzału śmiertelnie ranny został jeden z uczestników Majdanu, mężczyzna o imieniu Henryk, trafiony kulą kalibru 5,45 mm; pochodzenia broni użytej przeciwko niemu nigdy nie ustalono. W tym samym czasie miało się pojawić też uzbrojenie przypominające pistolet maszynowy Uzi. Milicja, mimo bezpośredniej bliskości strzelców do funkcjonariuszy próbujących rozdzielać obie strony, nie podjęła wówczas interwencji wobec uzbrojonych osób.

Około 16:50 milicja i aktywiści promajdanowi przeszukali pojazd, z którego wcześniej wysiedli umundurowani, ukamuflowani mężczyźni, znajdując w nim naładowaną strzelbę na amunicję ostrą oraz pistolety „traumatyczne” na kule gumowe — zatrzymani okazali się przedstawicielami organizacji prawosławnego kozactwa działającej na Kulikowym Polu. Mniej więcej w tym czasie majdanowcy przechwycili też wóz strażacki, wykorzystując go później jako improwizowaną armatkę wodną. Między 17:30 a 18:00, po zmobilizowaniu sympatyków przez wysłane wcześniej SMS-y, doszło do najbardziej intensywnej fazy starć — koktajle Mołotowa produkowano na miejscu, rozlewając bezpośrednio na ulicy piwo z butelek i benzynę z cysterny, w ruch szła kostka brukowa i pałki, a strony strzelały do siebie z różnego rodzaju broni nieśmiercionośnej. Oddziały milicyjne, w tym uzbrojone jednostki specjalne, nie angażowały się wówczas aktywnie w rozdzielanie walczących — Strzyżewski przyznał, że mogło to wynikać ze zwykłego strachu funkcjonariuszy, choć nie jest to pewne. W pewnym momencie tą samą karetką, podobno zupełnie przypadkowo, wywieziono z miejsca zdarzeń zarówno szefa milicji Fuczedżiego, jak i strzelającego wcześniej do tłumu Botsmana — co odmieniło balans sił na miejscu.

Sytuację dodatkowo zmieniła informacja o śmiertelnych ofiarach wśród Majdanowców, która rozniosła się wśród kibiców w przerwie meczu (2014 rok — jak zauważył Strzyżewski — to już czas telefonów komórkowych, internetu i filmików w sieci, więc informacja rozeszła się błyskawicznie). Część kibiców z Odessy natychmiast opuściła stadion i dołączyła do starć w centrum miasta, podczas gdy kibice z Charkowa pozostali na trybunach. Doprowadziło to do przewagi liczebnej strony promajdanowej, wyparcia części antymajdanowców do centrum handlowego Atena — gdzie doszło do niewielkiego, niegroźnego pożaru, a milicja bezpiecznie ewakuowała uwięzionych tam ludzi specjalnymi busami policyjnymi (tzw. autozakami) — oraz spontanicznego, żywiołowego pochodu w kierunku miasteczka namiotowego na Kulikowym Polu. Strzyżewski podkreślił, że nie był to zorganizowany oddział, lecz tłum złożony z ludzi o bardzo różnym nastawieniu: część atakowała niedobitki strony przeciwnej i próbowała urządzać samosądy, część aktywnie broniła pojedynczych antymajdanowców przed taką przemocą i udzielała pierwszej pomocy rannym z obu stron — zjawisko to dotyczyło, jego zdaniem, obu walczących środowisk.

Pożar Domu Związków Zawodowych

Antymajdanowcy wycofujący się spod Placu Greckiego, rozumiejąc, że przegrali starcie i że ścigająca ich strona przeciwna zbliża się do ich miasteczka namiotowego, dosłownie włamali się do Domu Związków Zawodowych, zajmując go siłą i budując wewnątrz barykady z kamieni, koktajli Mołotowa i broni. Gdy około 19:20 dotarli tam Majdanowcy, doszło do kolejnej fazy walki — z budynku obrzucano przybyłych kamieniami i butelkami z benzyną, w odpowiedzi otrzymując identyczne traktowanie. W jednym z epizodów z namiotu na Kulikowym Polu wyskoczył mężczyzna uzbrojony w saperkę i siekierę, rzucając się na Majdanowców. Grupa 2 Maja udokumentowała również ślady użycia broni palnej ostrej z wnętrza budynku — jeden z próbujących wedrzeć się do środka od tyłu Majdanowców został z niej ranny w nogę, a organizacja domagała się później włączenia tych dowodów do materiałów śledztwa.

Strzyżewski podkreślił, że przy tak intensywnej, obustronnej wymianie koktajli Mołotowa pożar był praktycznie nieunikniony, a ustalenie, czyja konkretnie butelka go wywołała, jest dziś niemożliwe do stwierdzenia „z tej szarej kanapy” — i w gruncie rzeczy nieistotne, biorąc pod uwagę intensywność, z jaką takie butelki latały z obu stron: gdyby nie jedna, prawdopodobnie zrobiłaby to któraś z kolejnych. Krótko przed godziną 20:00 budynek zaczął się palić, a w wyniku pożaru zginęło z tego, co wiadomo, około 40 osób — choć w internecie funkcjonuje liczba 42, nigdy nie powstała w pełni oficjalna lista ofiar tego tragicznego wydarzenia.

Strzyżewski szczególnie podkreślił materiały wizualne pokazujące, że osoby znajdujące się na zewnątrz budynku — czyli strona promajdanowa — pomagały ewakuować się ludziom uwięzionym w środku, podając pod okna fragmenty rusztowań budowlanych oraz rzucając improwizowane liny, którymi uwięzieni mogli się spuszczać. Część osób zamkniętych w środku wspominała później, że bali się wyskakiwać z okien czy uciekać, ponieważ obawiali się, że tłum, z którym jeszcze przed chwilą walczyli na ulicy, ich zaatakuje. Zdarzały się pojedyncze przypadki pobicia pałką i aresztowania osób uciekających z pożaru, jednak Grupa 2 Maja nie odnotowała ani jednego przypadku zlinczowania czy zabicia kogokolwiek, kto uciekł z płonącego budynku — co, jak zauważył Strzyżewski, bezpośrednio przeczy rosyjskiej narracji o celowym mordzie: gdyby intencją tłumu było zabicie uwięzionych, ofiary uciekające z płonącego budynku powinny być zabijane na miejscu, a nie ratowane. Autor odniósł się przy tym wprost do prób budowania przez rosyjską propagandę skojarzenia z niemieckimi zbrodniami z czasów II wojny światowej, gdy żołnierze Wehrmachtu i SS otaczali stodoły pełne Polaków, Ukraińców, Żydów czy Białorusinów, nie pozwalając im się wydostać, i palili ich żywcem — zaznaczając, że w Odessie zarejestrowane materiały pokazują coś przeciwnego: ludzi z zewnątrz wybijających dziury w budynku i pomagających uwięzionym w ucieczce, których później nikt nie zabijał.

Podsumowanie i pytania bez odpowiedzi

Strzyżewski zaznaczył, że tragedia w Odessie rozegrała się w kontekście faktycznej wojny domowej z inwazją zewnętrznego mocarstwa nie w tle, lecz na pierwszym planie — aneksja Krymu była dla wielu Ukraińców szokiem porównywalnym, jego zdaniem, do hipotetycznego oderwania od Polski Śląska przez Niemcy, co nieuchronnie podnosiłoby temperaturę społecznego sporu w każdym kraju. Podkreślił jednocześnie, że trudno usprawiedliwiać uczestników tych wydarzeń po którejkolwiek ze stron — doszło tam do żywiołowej, brutalnej przemocy, a ludzie nie powinni w ten sposób walczyć o swoje idee.

Zdaniem autora rosyjski przekaz o wydarzeniach w Odessie pozostaje mimo to kłamliwym stekiem niedopowiedzeń i zniekształceń faktów. Wskazał na dwa kluczowe, wciąż nierozstrzygnięte pytania: dlaczego przeciwnicy Majdanu zdecydowali się tego dnia na eskalację konfrontacji, oraz dlaczego przedstawiciele ówczesnych służb porządkowych, w dużej mierze związani z obozem prorosyjskim, zamiast zabezpieczyć dowody mogące potwierdzić rosyjską wersję wydarzeń, w rzeczywistości je zatarli — posprzątali ulice, nie zabezpieczyli miejsca zbrodni, wypuścili część świadków, a część z nich sama uciekła z kraju, zamiast — jak wymagałaby tego logika udowadniania „ukronazistowskiej zbrodni” — natychmiast zabezpieczyć wszystkie dowody i przesłuchać wszystkich świadków na miejscu.


Materiał opublikowany na kanale Marcin Strzyżewski o Rosji na YouTube (172 tys. subskrybentów), 26 lutego 2023.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *