Ten sam start, inna meta. Dlaczego Ukraina po 1991 roku nie wzbogaciła się tak jak Polska — materiał kanału Sekrety Historii

Autorzy kanału Sekrety Historii w materiale o rozbieżnych drogach Polski i Ukrainy po 1991 roku przekonują, że przepaść w zamożności obu krajów nie wynika z zasobów naturalnych ani z kapitału ludzkiego, lecz z instytucji. W 1991 roku oba państwa wychodziły z centralnego planowania z przemysłem ciężkim, wykształconymi inżynierami, żyzną ziemią i porównywalnym poziomem życia, a Ukraina miała nawet większe złoża rud, lepsze gleby i więcej mieszkańców.

Trzy dekady później Polska przekroczyła próg zachodnioeuropejskiej zamożności, a Ukraina pozostaje jednym z najbiedniejszych państw kontynentu. Zdaniem autorów zdecydowały o tym: zakotwiczenie Polski w NATO i Unii Europejskiej, terapia szokowa Balcerowicza i budowa sądów zdolnych egzekwować umowy. Ukraina utknęła w połowicznej transformacji, w której prywatyzacja stworzyła oligarchię, sądy stały się przedłużeniem władzy, gaz narzędziem rosyjskiego szantażu, a korupcja kodem operacyjnym państwa.

Liczby, które mówią wszystko

PKB per capita Polski wynosi dziś blisko 35 tysięcy dolarów (ok. 137 tys. zł, ok. 31,3 tys. euro), a Ukrainy zaledwie 5 tysięcy (ok. 19,6 tys. zł, ok. 4,5 tys. euro). Średnia pensja w Warszawie przekracza według autorów 1400 euro (ok. 6,1 tys. zł) miesięcznie, a w Kijowie ledwie sięga 350 euro (ok. 1,5 tys. zł). Polskie drogi, lotniska i koleje przebudowano za europejskie pieniądze, a ukraińska infrastruktura w wielu regionach wciąż przypomina schyłkowy ZSRR. Emigracja zarobkowa płynie w jedną stronę: z Ukrainy do Polski.

Polska wykonała według autorów trzy fundamentalne ruchy, których Ukraina nie powtórzyła. Po pierwsze, zakotwiczyła transformację w NATO w 1999 roku, a pięć lat później w Unii Europejskiej, które narzuciły dyscyplinę fiskalną, praworządność i standardy regulacyjne, eliminując przestrzeń dla oligarchicznej grabieży. Po drugie, wdrożyła terapię szokową Leszka Balcerowicza: liberalizację cen, prywatyzację i otwarcie rynku, które w dwa lata złamały hiperinflację. Po trzecie, zbudowała aparat sądowy i administracyjny zdolny egzekwować umowy i chronić własność przed arbitralnością władzy.

Ukraina tymczasem ugrzęzła w połowicznej transformacji. Prywatyzacja nie miała przejrzystych reguł, kluczowe aktywa przejęli ludzie powiązani z władzą, sądy pozostały skorumpowane i zależne od egzekutywy, a reformy blokowały grupy interesu żyjące z chaosu. Brak perspektywy członkostwa w UE oznaczał brak zewnętrznego mechanizmu dyscyplinującego, więc każdą reformę można było storpedować bez międzynarodowych konsekwencji.

Prywatyzacja dla dyrektorów

W latach 90. oba kraje stanęły przed tą samą zagadką: jak przekształcić państwowe zakłady w gospodarkę rynkową. Polska wybrała terapię szokową i aukcje prywatyzacyjne otwarte dla każdego, kto zapłaci. Na Ukrainie prywatyzacja odbywała się bez publicznych aukcji, zewnętrznych komisji i przejrzystej konkurencji cenowej. Dyrektorzy radzieckich zakładów, którzy przez dekady zarządzali hutami, kopalniami i fabrykami chemicznymi, mogli je wykupić za ułamek wartości, w zamkniętych transakcjach po symbolicznych cenach.

W ciągu pięciu lat stal, węgiel, ropa i transport kolejowy trafiły w ręce wąskiego kręgu ludzi związanych z władzą. Powstała warstwa oligarchów, których pozycja wynikała z politycznych powiązań, a nie z efektywności. Hutnik w Dniepropetrowsku nie musiał obniżać kosztów ani poprawiać jakości stali, bo chronił go układ z ministerstwem. Przedsiębiorca w Charkowie, który chciał zbudować konkurencyjną fabrykę, trafiał na mur: dostawy surowca kontrolował oligarcha, kredytu udzielał bank oligarchy, a administracja blokowała pozwolenia na jego polecenie.

Rynek istniał na papierze, ale konkurencja nie działała: bogactwo płynęło nie do tych, którzy produkowali lepiej i taniej, lecz do tych z dostępem do władzy. W Polsce sprywatyzowany zakład musiał zarabiać, inaczej właściciel bankrutował. Na Ukrainie mógł działać bez zysku, bo właściciel czerpał rentę z monopolu i dotacji. Zachodnie firmy omijały sektory kontrolowane przez oligarchów, a kapitał uciekał do Londynu i rajów podatkowych zamiast do modernizacji zakładów.

Efekt był szybki. Polski PKB przyspieszył w drugiej połowie lat 90., a ukraińska gospodarka kurczyła się niemal przez całą dekadę. Huta w Krakowie modernizowała piece i podpisywała kontrakty z niemieckimi odbiorcami, a huta w Mariupolu produkowała tę samą stal co dziesięć lat wcześniej, gorszą i droższą, sprzedawaną do Rosji i Afryki, gdzie decydowała cena. Płace stały w miejscu, a inżynierowie emigrowali do Polski, Czech i Niemiec. Według autorów oligarchiczne przejęcie aktywów uruchomiło mechanizm, który hamował ukraińską gospodarkę przez kolejne 30 lat, bo każda reforma oznaczała atak na fortuny ludzi kontrolujących parlament i sądy.

Sąd według telefonu z ministerstwa

Na papierze ukraiński system wyglądał kompletnie: konstytucja gwarantowała własność, kodeks cywilny regulował transakcje, a sądy rozstrzygały spory. Polski przedsiębiorca, który kupował fabrykę w Krakowie, wiedział, że w razie złamania umowy sąd zastosuje prawo, a wyrok zostanie wyegzekwowany. Ukraiński wiedział, że sąd rozstrzygnie „według telefonu z ministerstwa” albo na korzyść tego, kto zapłaci więcej, a egzekucja skończy się na papierze. Kariera sędziego zależała od lojalności wobec władzy, a nie od jakości orzeczeń.

Autorzy opisali typowy mechanizm. Gdy oligarcha chciał przejąć ziemię konkurenta, sąd znajdował powód do unieważnienia własności, a wyższa instancja to potwierdzała. Przedsiębiorca w Charkowie, który zbudował magazyn i zatrudnił ludzi, po roku odwiedzała inspekcja sanitarna, potem pożarowa i skarbowa. Każda znajdowała naruszenia, których dzień wcześniej nie było, i proponowała rozwiązanie: zapłać albo zamkniemy. Inspekcje się nie kończyły, bo wysyłał je ktoś, kto chciał ten magazyn przejąć.

Budżet firmy dzielił się na część oficjalną, na surowce i pensje, i nieoficjalną, na łapówki i ochronę przed arbitralnymi decyzjami. W Polsce firma płaciła podatek i działała według kodeksu, a na Ukrainie płaciła podatek, a potem płaciła, by kodeksu nie użyto przeciwko niej. Niemiecki koncern chemiczny, który zlecał audyt prawny, czytał, że własność jest nieegzekwowalna, sądy skorumpowane, a administracja nieprzewidywalna, więc budował zakład w Polsce.

Brak egzekucji prawa działał jak podatek od każdej transakcji. Kupiec mógł nie zapłacić, bo sąd nie wyegzekwuje długu, najemca przestać płacić czynsz, bo eksmisja trwa latami i kończy się łapówką dla komornika, a pracownik kraść, bo policja nie prowadzi śledztwa bez opłaty. Duża część gospodarki przeszła do szarej strefy, gdzie liczyły się gotówka i zaufanie. Przepisy kopiowano z europejskich wzorców, ale bez egzekucji były fasadą: przedsiębiorca nie pytał, co mówi ustawa, tylko kogo zna w urzędzie. „Kto kontroluje sąd, ten kontroluje własność. Kto kontroluje własność, ten kontroluje gospodarkę” – podsumowali autorzy.

Gazowa smycz

W latach 2000. Ukraina pokrywała własnym wydobyciem około 30 procent zużycia gazu, a resztę kupowała od Rosji po cenie ustalanej w Moskwie i zależnej od polityki Kijowa. Gdy Ukraina zbliżała się do Zachodu, cena rosła, a dostawy bywały wstrzymywane w środku zimy. Stawały wtedy fabryki chemiczne w Dniepropetrowsku, elektrociepłownie przechodziły na kurczące się zapasy węgla, a mieszkania w Charkowie traciły ogrzewanie i ludzie palili w piecach meblami. Rząd wracał do negocjacji i godził się na ustępstwa polityczne, a wszyscy wiedzieli, że scenariusz się powtórzy.

W 2006 roku, podczas pierwszego kryzysu gazowego, Rosja zażądała podwyżki ceny z 50 dolarów (ok. 196 zł, ok. 45 euro) do 230 dolarów (ok. 900 zł, ok. 206 euro) za tysiąc metrów sześciennych. Gdy Ukraina odmówiła, Gazprom zakręcił kurek, a Europa straciła 30 procent dostaw. Ukraina zgodziła się na wyższą cenę, a Rosja przejęła część ukraińskiej infrastruktury gazowej przez spółki z lojalnymi wobec Moskwy oligarchami. W 2009 roku scenariusz się powtórzył. Każdy kryzys cofał gospodarkę o miesiące, bo bez gazu nie działały huta w Mariupolu, fabryka nawozów w Równem ani cementownia w Dniepropetrowsku, a przestoje oznaczały uszkodzenia, zwolnienia i utratę zachodnich kontraktów.

Dywersyfikacja była trudna. Terminale LNG wymagały głębokowodnych portów, których według autorów ukraińskie wybrzeże Morza Czarnego nie miało, a ich budowa wymagała miliardów i dekady pracy. Przepustowość dostaw rewersowych z Zachodu była zbyt mała. Ukraina została w pułapce: „zbyt drogo, żeby wyjść, zbyt ryzykownie, żeby zostać”. Zależność energetyczna przełożyła się na polityczną. Minister negocjujący umowę z UE wiedział, że jej podpisanie oznacza kryzys gazowy zimą, protesty i ryzyko utraty stanowiska, więc łatwiej było przyjąć niższą cenę w zamian za lojalność i odłożyć integrację „na później”, które nigdy nie nadchodziło.

W tym samym czasie Polska zbudowała terminal LNG w Świnoujściu, podpisała kontrakty z dostawcami z Norwegii i USA i połączenia gazowe z Niemcami i Czechami, a do 2020 roku przestała być zależna od rosyjskiego gazu. Ukraina pozostawała uzależniona w 70 procentach. Kapitał omijał energochłonne branże, przedsiębiorcy inwestowali w handel, usługi i rolnictwo, które nie dawały takiego wzrostu produktywności jak przemysł, a eksport zdominowały surowce i półprodukty. Tranzyt gazu przynosił opłaty, ale nie budował technologii, a gdy Rosja uruchomiła omijający Ukrainę Nord Stream, nawet one zaczęły maleć.

Pomarańczowa rewolucja, która nie zmieniła fundamentów

W listopadzie 2004 roku Kijów pokrył się pomarańczowymi namiotami. Wiktor Juszczenko ogłosił zwycięstwo, ale komisja wyborcza podała, że wygrał Wiktor Janukowycz, człowiek klanu donieckiego, a obserwatorzy udokumentowali fałszerstwa w tysiącach komisji. Po dwóch tygodniach protestów Sąd Najwyższy nakazał powtórzenie drugiej tury, którą w grudniu wygrał Juszczenko. Ukraina zmieniła władzę przez ulicę, bez strzałów, i wyglądało to na przełom oraz koniec „oligarchicznego piekła”.

Trzy lata później te same twarze kłóciły się o stanowiska. Premier Julia Tymoszenko walczyła z prezydentem Juszczenką o wpływy, parlament był sparaliżowany, a frakcje handlowały głosami za koncesje. Oligarchowie, którzy mieli stracić kontrolę, dogadali się z nowymi politykami. Rinata Achmetowa, najbogatszego Ukraińca, właściciela kopalń i hut, nikt nie tknął: nadal kontrolował Donbas, finansował partie i miał dostęp do Kijowa „bez kolejki”. „Zmienił się prezydent, nie zmieniła się struktura własności” – podkreślili autorzy.

Obiecane reformy utknęły. Sędziowie nadal dostawali awanse z ministerstwa, koncesje na gaz i rudę żelaza rozdawali ci sami ludzie co dekadę wcześniej, a inspektorzy skarbowi i celni działali według starego schematu: przyjdź, znajdź naruszenie, zaproponuj ugodę. Oligarchowie płacili politykom, politycy chronili oligarchów, „a całość nazywano demokracją”. Zagraniczni inwestorzy czekali na sygnał, że Ukraina stała się przewidywalna, ale go nie dostali, bo rewolucja zmieniła hasła, a nie ryzyko.

Przepustka kontra kartka z życzeniami

Według autorów Polska dostała przepustkę do Unii Europejskiej, a Ukraina „kartkę z życzeniami bez gwarancji”, co tłumaczy połowę przepaści gospodarczej. Kraj, który wie, że za pięć lat wejdzie do wspólnoty, zmienia prawo, sądy i administrację, bo bez tego nie ma dostępu do rynku i funduszy. Kraj, który słyszy „zobaczymy”, odkłada reformy, bo elity wiedzą, że nikt ich nie zmusi do ustępstw.

Polska dostała mapę drogową: 31 rozdziałów negocjacyjnych, od ochrony konkurencji po niezależność sądów, i musiała przyjąć acquis communautaire, 80 tysięcy stron przepisów, od jakości mleka po licencje telekomunikacyjne. Żaden minister nie mógł zostawić starego prawa, bo Bruksela sprawdzała każdy paragraf. Ukraina negocjowała tylko układ stowarzyszeniowy bez perspektywy akcesji, więc elity mogły obiecywać reformy na papierze i blokować je w praktyce.

Polska dostała od wstąpienia do końca drugiej dekady XXI wieku ponad 100 miliardów euro (ok. 438 mld zł) z funduszy spójności, na drogi, koleje, oczyszczalnie i szkoły techniczne. Każdy projekt wymagał konkurencyjnego przetargu i niezależnego audytu, a przy sfałszowanym przetargu Bruksela wstrzymywała płatności i żądała zwrotu. To wymusiło system, w którym urzędnik nie mógł po cichu dać kontraktu firmie kolegi. Ukraina nie dostała ani euro funduszy strukturalnych, więc nie było presji na przejrzystość, a kontrakty publiczne nadal kontrolowali oligarchowie.

Członkostwo oznaczało też, że polski przedsiębiorca mógł w ostateczności odwołać się do Trybunału Sprawiedliwości UE i wygrać z własnym państwem, a ukraiński kończył w tym samym systemie, który chronił oligarchę. Inwestorzy wybierali Polskę nie dlatego, że jej sądy były idealne, bo miały wiele wad, lecz dlatego, że istniała instancja ponad nimi. Różnica nie tkwiła w moralności polityków, lecz w bodźcach. Polski minister finansów wiedział, że bez reformy Bruksela opóźni kolejną transzę, a w Kijowie oligarchia płaciła za blokowanie zmian, a Bruksela nie miała narzędzi nacisku. Gdy Polska w 2004 roku weszła do UE, Ukraina przeżywała pomarańczową rewolucję i słyszała, że Europa jest blisko, ale „bliskość bez daty akcesji to przyrzeczenie bez siły wiążącej”.

Korupcja jako kod operacyjny państwa

W latach 2010. korupcja nie była według autorów aberracją, lecz „kodem operacyjnym” systemu. Każda operacja wymagała opłaty ponad taryfę: przedsiębiorca mógł spełnić wszystkie wymogi i czekać miesiącami albo zapłacić i dostać dokument w tydzień. Średnia firma w Kijowie przechodziła przez dziesięć urzędów, od urzędu miejskiego, przez sanepid, straż pożarną i skarbówkę, po inspekcję ekologiczną i handlową. Każdy mógł zatrzymać procedurę z powodu błędu w adresie czy brakującej pieczątki. Koszt formalny wynosił około 3 tysięcy dolarów (ok. 11,7 tys. zł, ok. 2,7 tys. euro), a nieformalny około 10 tysięcy (ok. 39,1 tys. zł, ok. 8,9 tys. euro).

System był precyzyjnie wyregulowany. Inspektor wiedział, ile może zażądać od restauracji w centrum, a ile od sklepu na przedmieściach, a niepisane taryfy przekazywano ustnie. Kto płacił za mało, miał kolejne kontrole, a kto za dużo, zapraszał do stołu następnych urzędników. System nie dusił działalności całkowicie, ale pochłaniał tyle, że inwestycje w rozwój stawały się nierentowne. Wielu przedsiębiorców wybierało hybrydę: minimalną działalność oficjalną i maksymalną w gotówce, co pozwalało przetrwać, ale blokowało wzrost.

Zagraniczne firmy szukały lokalnych partnerów z dostępem do administracji, którzy brali udziały albo procent od obrotów, często nieproporcjonalny do wkładu. Większość wolała Polskę, Czechy czy kraje bałtyckie, gdzie korupcja istniała, ale nie była standardem. W 2010 roku w indeksie percepcji korupcji Transparency International Ukraina sąsiadowała z Kamerunem i Bangladeszem, daleko za Polską.

Autorzy podkreślili, że źródłem korupcji nie był moralny upadek urzędników, lecz struktura bodźców. Inspektor sanitarny zarabiał równowartość 250 dolarów (ok. 978 zł, ok. 223 euro), a skarbowy 400 dolarów (ok. 1,6 tys. zł, ok. 357 euro) miesięcznie, za co nie dało się utrzymać rodziny w mieście, więc nieformalny dochód był w praktyce modelem płacowym administracji. Reformy gasły w egzekucji. W 2010 roku uchwalono ustawę o jawności przetargów powyżej 100 tysięcy dolarów (ok. 391 tys. zł, ok. 89,4 tys. euro), z obserwatorami przy otwieraniu ofert. Zwycięzca był jednak wybrany wcześniej, kryteria szyto na miarę, a sąd, powiązany z lokalną administracją, oddalał odwołania. Kto zarobił, inwestował za granicą, w Polsce, Niemczech czy USA.

Wojna nie zatrzymała logiki renty

Układ napędzał się sam: oligarchia chroniła skorumpowaną administrację, bo ta blokowała konkurencję, urzędnicy chronili oligarchów, bo ci płacili za decyzje polityczne, a społeczeństwo nie mogło tego rozbić, bo układ kontrolował media, sądy i partie. Forma zmieniała się od pańszczyzny przez plan centralny do fasady rynkowej, ale logika wydobywania renty pozostała ta sama. Autorzy podsumowali, że Ukraina w 1991 roku miała zasoby, ale nie miała instytucji, które przekuwają je w dobrobyt. Wśród przyczyn wymienili prywatyzację bez aukcji, brak unijnej kotwicy, gazowy szantaż, rewolucję, która zmieniła twarze, a nie fundamenty, oraz, jak to ujęli, „Majdan, który wywołał wojnę niszczącą infrastrukturę przemysłową”.

Ich zdaniem sama integracja z UE nie rozwiąże problemu bez głębokiej przebudowy instytucji. Status kandydata daje pieniądze i narrację, ale fundusze absorbują te same struktury, które blokowały rozwój, a przepisy można skopiować z Brukseli, lecz kultury ich stosowania nie da się zaimportować. Reforma sądów wymaga wymiany kadr i dekady praktyki, a agencje antykorupcyjne działają, dopóki mają wsparcie z góry.

Wojna nie zatrzymała logiki renty, a w pewnym sensie ją wzmocniła. Część oligarchów straciła aktywa na okupowanych terenach, ale kontrola nad zamówieniami, odbudową i dystrybucją pomocy pozostała, a pieniądze na obronę i rekonstrukcję są większe niż kiedykolwiek przy słabszym w stanie wojennym nadzorze. Korupcja w zamówieniach wojskowych jest według autorów naturalną konsekwencją systemu, w którym kontrola nad transakcją jest cenniejsza niż jej efektywność.

Społeczeństwo obywatelskie pokazało siłę w mobilizacji i wolontariacie, ale protesty mogą obalić rząd, a nie zbudować systemu zamówień publicznych, a lokalna inicjatywa dowiezie żywność na front, ale nie stworzy niezależnych sądów. „Energia społeczna jest paliwem zmiany, nie jej architekturą” – podkreślili autorzy. Przyszłość zależy od tego, czy elity uznają, że budowa instytucji opłaca się bardziej niż ich eksploatacja. Dopóki minister zarabia więcej na przetargu niż na wzroście PKB, a sędzia bardziej boi się telefonu z administracji niż kasacji, gospodarka pozostanie w pułapce. Ukraina nie potrzebuje więcej zasobów, lecz systemu, „w którym zasoby przestaną być łupem”.


Materiał „Dlaczego Ukraina po rozpadzie ZSRR nie wzbogaciła się tak jak Polska” dostępny na kanale Sekrety Historii na YouTube, liczącym 1,46 tys. subskrybentów. Opublikowany 9 października 2026.


You may also like

Strona 1 z 127
Strona 1 z 127

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *