Generał Tomasz Drewniak, były Główny Inspektor Sił Powietrznych, oraz Damian Duda, kapitan rezerwy Wojska Polskiego, medyk bojowy i prezes Fundacji W Międzyczasie, byli gośćmi Mateusza Lachowskiego w programie Racja Stanu. Rozmowa dotyczyła eskalacji rosyjskich zagrożeń wobec Polski i Europy, sytuacji na froncie ukraińskim, opóźnień Polski we wdrażaniu doświadczeń wojennych oraz ryzyka konfliktu w krajach bałtyckich.
Eskalacja zagrożeń wobec Polski
Lachowski otworzył rozmowę, wskazując na serię niedawnych incydentów — atak na pociąg niedaleko polskiej granicy, odnaleziony na plaży rosyjski dron Gerbera oraz wcześniejsze naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjski pocisk. Generał Drewniak ocenił, że są to pierwsze od 1945 roku przypadki użycia realnego uzbrojenia nad polskim terytorium, a wojna — wbrew powszechnemu przekonaniu, że dopiero nadejdzie wraz z rosyjskimi czołgami — de facto już trwa, przybierając formę stopniowo eskalowanej wojny hybrydowej, trudnej do jednoznacznego przypisania Rosji. Ocenił, że w Moskwie działa cała grupa analityków projektujących kolejne działania tak, by dało się je stopniowo eskalować bez możliwości jednoznacznego uznania ich za akt wypowiedzenia wojny.
Drewniak wskazał na potrzebę budowy zintegrowanych systemów wykrywania na całej wschodniej flance NATO — od krajów bałtyckich po Rumunię i Bułgarię — wymieniając działające już w Polsce systemy AWACS oraz system Barbara oparty na aerostatach. Ocenił jednak, że Polska pozostaje w defensywie, pozwalając Rosji narzucać narrację i tempo eskalacji — nazwał to „usprawiedliwieniem słabszego” — i zaapelował o wypracowanie sposobów odpowiedzi, które Rosja realnie by odczuła, tak jak potrafi to robić Ukraina, choć oczywiście bez uciekania się do metod sprzecznych z zasadami praworządności i demokracji.
Kontrowersje wokół przekazania Ukrainie pocisków PAC-3
Lachowski zapytał generała o krążące doniesienia o możliwym przekazaniu Ukrainie kilku pocisków PAC-3 do systemów Patriot. Drewniak zastrzegł, że decyzja ta nie powinna być bezwarunkowa — kluczowe pytanie brzmi, co Polska dostałaby w zamian. Zasugerował, że mogłoby to być na przykład utworzenie w Polsce zakładu obsługującego, a docelowo może i produkującego takie pociski. Podkreślił, że wspieranie Ukrainy pozostaje w polskim interesie, dopóki angażuje ona rosyjskie siły, dając Polsce czas na przygotowania — ale, jak to ujął, „nie możemy być altruistami, musimy być realistami”. Lachowski dodał, że stawka jest tym wyższa, iż same Stany Zjednoczone odczuwają niedobór takich pocisków z powodu wojny na Bliskim Wschodzie, a nie ma pewności, czy zrealizują na czas własne kontrakty na dostawy dla Polski.
Sytuacja na froncie: rozszerzająca się strefa śmierci
Do rozmowy dołączył Damian Duda, opisując bieżącą sytuację na Ukrainie na podstawie własnych doświadczeń frontowych i kontaktów z ukraińskim Pułkiem Przeciwlotniczym. Ocenił, że od maja tego roku nastąpiła wyraźna intensyfikacja rosyjskich ataków. Miasta frontowe na Donbasie, takie jak Kramatorsk i Słowiańsk, są systematycznie niszczone, co zmusza ukraińskie sztaby, logistykę i szpitale do wycofywania się coraz głębiej. Linia frontu przestała istnieć jako pojedyncza granica — zastąpiła ją rozciągnięta „strefa śmierci” sięgająca 30–40 kilometrów w głąb, w obrębie której Rosjanie systematycznie typują i niszczą kolejne cele.
Duda podkreślił, że nie obserwuje się zmęczenia Rosjan wojną pod względem ilości używanych środków bojowych — bomby lotnicze niszczą dziś całe kwartały zamiast pojedynczych obiektów, rośnie zasięg dronów, a amunicja krążąca typu Lancet, wcześniej uznawana za wycofywaną z powodu niskiej efektywności, ponownie intensywnie razi Kramatorsk i Słowiańsk.
Drony odrzutowe jako nowy poziom zagrożenia
Lachowski zwrócił uwagę, że NATO klasyfikuje najnowsze rosyjskie drony odrzutowe, osiągające prędkość 600–800 kilometrów na godzinę, jako pociski manewrujące. Generał Drewniak ocenił, że nadchodząca zima może być dla Ukrainy najcięższa w całej wojnie — zarówno na froncie, jak i głęboko w tyłach, gdzie Rosja świadomie niszczy infrastrukturę energetyczną, licząc na to, że ludność zacznie dosłownie zamarzać bez prądu, ogrzewania i wody.
Odpowiadając na pytanie, jak się przed tym bronić, Drewniak podkreślił konieczność budowy wielowarstwowej obrony, opartej na wielu efektorach zarządzanych przez nowoczesny system dowodzenia, dobierający środek zwalczania adekwatny do wartości celu — tak by nie strzelać trzymilionową rakietą do celu wartego 50 tysięcy dolarów. Zastrzegł jednak wprost, że żaden system obrony powietrznej na świecie, niezależnie od ceny i nowoczesności, nie zestrzeli wszystkiego — skuteczność na poziomie 80–85 procent uznawana jest dziś za bardzo dobrą, co oznacza, że nawet przy najlepszej obronie ze stu pocisków około piętnaście zawsze przeleci. Ocenił, że rosyjska „machina” zmieniająca taktykę i sprzęt kręci się dziś szybciej niż polska, a Polska pozostaje kilka kroków w tyle.
Polskie opóźnienia informatyczne na tle Ukrainy
Duda, odnosząc się do słów generała o wielowarstwowym systemie obrony, szczegółowo opisał przepaść technologiczną między polskim a ukraińskim systemem świadomości sytuacyjnej pola walki. Na Ukrainie nawet szeregowy żołnierz korzysta z niejawnej, szyfrowanej aplikacji Grafit, pokazującej w czasie rzeczywistym pozycje dronów własnych i przeciwnika oraz zasięg zagrożeń — informacja spływa nieprzerwanie od pojedynczego żołnierza aż do szefa sztabu generalnego w Kijowie. W Polsce, jego zdaniem, podobna informatyzacja pola walki zaczyna się dopiero od szczebla batalionu, a może nawet brygady, co w realnym konflikcie oznaczałoby fatalne opóźnienia w przepływie informacji.
Jako przykład rozdźwięku przywołał konferencję na Akademii Wojsk Lądowych, podczas której polski instytut badawczy zaprezentował projekt MEWA — dostarczanie apteczek na pierwszą linię za pomocą dronów, badany od siedmiu lat — podczas gdy obecni na sali Ukraińcy śmiali się pod nosem, ponieważ ich armia od dawna przesyła dronami pełną krew, farmakoterapię i logistykę, a nawet zestrzeliwuje drony dronami. Podał też dane liczbowe: obecnie 90 procent ewakuacji medycznej na Ukrainie odbywa się za pomocą robotów naziemnych, a 99 procent logistyki frontowej realizują drony naziemne i powietrzne.
Lachowski zauważył w tym miejscu, że Ukraina od początku funkcjonuje w trybie wojennym, co ułatwia jednoznaczną identyfikację zagrożeń w powietrzu, podczas gdy Polska musi uwzględniać obecność lotnictwa cywilnego — co po części tłumaczy, dlaczego Polska nie zestrzeliła wcześniej rosyjskiej rakiety, która wleciała na Lubelszczyznę.
Przyczyny polskiego zapóźnienia: doktryny i lobby zbrojeniowe
Generał Drewniak w pełni zgodził się z diagnozą Dudy, wskazując główny problem polskich sił zbrojnych jako nadmierną koncentrację na „twardej” technice — czołgach, samolotach, rakietach — kosztem systemów dowodzenia i przepływu informacji w czasie rzeczywistym, bez których nawet najdroższy sprzęt pozostaje nieskuteczny. Ocenił ironicznie, że kupuje się dziś „dziesiątki czy setki czołgów, samolotów, rakiet” głównie dlatego, że wygląda to efektownie i „można sobie przy tym zrobić zdjęcie”, podczas gdy kluczowe systemy dowodzenia, niewidoczne i objęte tajemnicą, pozostają w cieniu. Ocenił, że Rosjanie w wielu obszarach przegrywają właśnie dlatego, że wciąż zarządzają informacją historyczną, a nie bieżącą — ale Ukraińcy nauczyli się działać szybciej, a jeśli świadomość sytuacyjna nie zejdzie na jak najniższy szczebel dowodzenia, Polska pozostanie w tyle o kluczowe minuty.
Duda potwierdził tę diagnozę, wskazując na konkretny mechanizm poprawy sytuacji na froncie ukraińskim — front ustabilizował się dopiero po odejściu od chaotycznych batalionowych grup bojowych na rzecz dowodzenia korpusowego, budującego jednolite standardy przepływu informacji. Jako przykład skuteczności tej reformy przywołał niedawny sukces 3. Korpusu w operacji Vivaldi, odbijającego kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych terenu.
Odnosząc się do przyczyn polskich opóźnień, Duda wskazał na kilka czynników jednocześnie: mentalność wyższych kadr dowódczych, przekonanych, że Polska jako członek NATO automatycznie zyska pełne panowanie w powietrzu, co obniża motywację do budowy wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej; wieloletnie zobowiązania kontraktowe wobec polskiego przemysłu zbrojeniowego, utrzymujące produkcję sprzętu dostosowanego do przestarzałej doktryny kolumn pancernych; a także nieufność części służb wobec polskich ochotników walczących na Ukrainie, traktowanych jako potencjalne zagrożenie, a nie źródło cennego doświadczenia. Przywołał wypowiedź ukraińskiego dowódcy wojsk dronowych Roberta „Madziara” Brovdiego, według którego statystycznie trzy drony wystarczają do zniszczenia rosyjskiego czołgu — mimo to Polska wciąż planuje operować zagonami pancernymi całych plutonów i batalionów, w sposób od dawna nieobecny na współczesnym froncie ukraińskim.
Duda przywołał też konkretną, niedawną wypowiedź jednego z generałów, wygłoszoną na jednej z konferencji, według której w Polsce „nie boimy się tych dronów komunijnych”, bo statystyki pokazują ich niską skuteczność. Duda zdecydowanie zanegował tę tezę, wskazując, że statystyki z obu stron frontu pokazują coś przeciwnego — ciężki sprzęt pancerny praktycznie zniknął z pola walki na Ukrainie, a nawet jeśli drony bywają nazywane „zabawkami”, to są to, jego zdaniem, zabawki niezwykle skuteczne.
Lachowski uzupełnił tę myśl historyczną analogią — po wojnie domowej w Hiszpanii polski sztab generalny miał uznać czołgi za przerost formy nad treścią, zbyt awaryjne i słabo opancerzone, by mogły odegrać istotną rolę na polu walki. Niemcy wyciągnęli z tej samej wojny odwrotne wnioski, unowocześnili swoje czołgi i we wrześniu 1939 roku zadali Polsce jedną z najboleśniejszych klęsk w historii oręża. Lachowski ocenił, że Polska ma skłonność do przygotowywania się do wojen, które już się skończyły, zamiast tych, które faktycznie nadchodzą.
Absurdy medycyny pola walki
Duda przedstawił szczegółowo, jak przestarzałe przepisy prawa czasu pokoju blokują realne przygotowanie polskiej armii do współczesnego konfliktu. Polskie punkty stabilizacyjne wciąż planowane są jako namioty rozstawiane około 30 kilometrów od linii frontu, podczas gdy na Ukrainie ewakuacja nawet z odległości kilku kilometrów od przeciwnika odbywa się w ziemiankach i schronach, ponieważ wszystko na powierzchni może zostać zniszczone przez artylerię czy drony. Żadna polska brygada nie przeprowadziła pełnego ćwiczenia ewakuacji medycznej w dedykowanym punkcie stabilizacyjnym zbudowanym pod ziemią, ponieważ obowiązujące przepisy budowlane i BHP tego nie dopuszczają, a odpowiednia certyfikacja może potrwać kolejne trzy lata. Ilustrując ten problem, Lachowski zapytał Dudę wprost, kiedy ostatni raz spał w namiocie na wojnie na Ukrainie — Duda odpowiedział, że nigdy, zawsze nocując wkopany w ziemię, a jedynym wyjątkiem był rok 2015, gdy namiot służył jedynie jako osłona wejścia do schronu dla żołnierzy, którzy nie zmieścili się już pod ziemią.
Podobny problem dotyczy szkolenia medycznego — w Polsce kursy Combat Lifesaver dla żołnierzy niebędących medykami są, jego zdaniem, „wykastrowane” względem standardów amerykańskich i ukraińskich, ponieważ ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym nie pozwala żołnierzom bez wykształcenia medycznego wykonywać określonych procedur ani podawać niektórych leków, mimo że w warunkach przedłużającej się ewakuacji frontowej mogłoby to ratować życie. Porównał tę sytuację do popularnego mema pokazującego rozdźwięk między oczekiwaniem a rzeczywistością — polskie kursy formalnie odwołują się do amerykańskich standardów Komitetu TCCC, ale po odjęciu zakazanych prawem procedur to, co faktycznie zostaje, znacząco od nich odbiega. Podkreślił, że w armii amerykańskiej i ukraińskiej każdy żołnierz przechodzi pełne szkolenie medyczne pola walki już na etapie szkolenia podstawowego, podczas gdy w Polsce systemowe szkolenia medyków pierwszego kontaktu dopiero raczkują, a dotąd na kursy do Wojskowego Centrum Kształcenia Medycznego w Łodzi wysyłano osoby dobierane z przypadkowego klucza — często kucharzy czy kierowców, nie faktycznych kandydatów na medyków.
Duda zwrócił też uwagę na powiązany problem infrastrukturalny — polskie wojsko ma coraz mniej możliwości praktycznego szkolenia strzeleckiego, ponieważ strzelnice garnizonowe są sukcesywnie zamykane z powodu rygorystycznych wymogów bezpieczeństwa, a Wojska Obrony Terytorialnej radzą sobie z tym problemem, zawierając umowy z lokalnymi strzelnicami sportowymi.
Ryzyko eskalacji w krajach bałtyckich
Zapytany na koniec swojego udziału w rozmowie o możliwą eskalację w krajach bałtyckich w najbliższych miesiącach, generał Drewniak ocenił, że Rosja, ze względów czysto geograficznych, nie zaatakuje Polski przed opanowaniem krajów bałtyckich — atak na Polskę bez wcześniejszego zabezpieczenia północnej flanki byłby, jego zdaniem, „samobójstwem wojskowym”. Przypomniał niedawne zestrzelenie przez włoski myśliwiec pełniący dyżur w krajach bałtyckich kolejnego rosyjskiego bezzałogowca jako dowód narastającej presji. Zaapelował o pełną solidarność NATO z krajami bałtyckimi, w tym wysłanie tam żołnierzy z całego sojuszu jako jednoznaczny sygnał dla Moskwy, przywołując przy tym słowa ministra Radosława Sikorskiego o zdolności lotnictwa NATO do „rzucenia Rosji na kolana” jako prawdziwe. Zaapelował o wyraźne wyznaczenie Rosji „czerwonej linii”, po przekroczeniu której nastąpią surowe konsekwencje — czy to drogą wojskową, czy dyplomatyczną — oceniając, że NATO i kraje europejskie dojrzały już do takiego kroku.
Po zakończeniu udziału generała w programie, Duda kontynuował wątek bałtycki, potwierdzając rosnące ryzyko w regionie — wskazał na intensywniejszą niż wobec Polski penetrację przestrzeni powietrznej oraz na czynnik demograficzny. W Estonii i na Łotwie duża część ludności, w tym część rezerwistów i oficerów armii, deklaruje przynależność do narodowości rosyjskiej, co budzi obawy o lojalność części struktur wojskowych — część estońskich rezerwistów rosyjskiego pochodzenia miała nawet odmawiać udziału w ćwiczeniach, uznając je za wymierzone przeciwko własnej narodowości. Jednocześnie zwrócił uwagę na wyraźne sygnały solidarności z Ukrainą wysyłane przez kraje bałtyckie, w tym ukraińskie flagi wywieszane demonstracyjnie w stronę granicy rosyjskiej, oraz na intensywne inwestycje tych krajów w edukację obronną, schrony i systemy alarmowania. Lachowski, opierając się na własnych, dwukrotnych wizytach na Litwie i Łotwie w ciągu ostatniego roku, potwierdził te obserwacje, zaznaczając jednak, że infiltracja nie oznacza, iż całe tamtejsze armie są bezużyteczne — podobne przypadki zdrady zdarzały się też w Ukrainie na początku wojny, w tym pod Chersoniem.
Osobiste obawy i apel o zmianę myślenia
Na pytanie o osobiste obawy związane z możliwym konfliktem, Duda przyznał wprost, że boi się nie tyle samej wojny, co chaosu, jaki mogłaby ona wywołać w Polsce — planów obrony pozostających jedynie na papierze, nieprzetestowanych w praktyce poza poligonami, oraz marnowania czasu, którego, jego zdaniem, może już nie zostać wiele. Lachowski przyznał, że sam się boi, licząc wcześniej, że Ukraina zdoła powstrzymać Rosję i oddalić zagrożenie — dziś ocenia je jako największe od dawna, obawiając się, że wkrótce trzeba będzie „wziąć broń do ręki” w obronie kraju.
Duda ocenił, że opóźnienia wynikają jednocześnie z przestarzałego prawa i z mentalności — dopóki w świadomości decydentów nie dojrzeje wola realnego przygotowania się na nowy rodzaj zagrożeń, żadna zmiana przepisów sama w sobie nie wystarczy. Lachowski, dzieląc się własną obserwacją, wspomniał o wizycie na poligonie sprzed dwóch miesięcy, gdzie żołnierze 1. Warszawskiej Brygady Pancernej prezentowali już wysoki poziom umiejętności pilotowania dronów, a obecni tam Ukraińcy mieli szeptem komentować z zadowoleniem, że w Polsce w końcu dostrzeżono, jak przydatne są drony naziemne i powietrzne.
Duda zwrócił uwagę na rosnącą średnią wieku żołnierzy walczących obecnie na Ukrainie, gdzie młodsi, zmotywowani ochotnicy w dużej części już zginęli, oraz na analogiczny problem po stronie polskiej — słabo wyszkolone i nieliczne rezerwy osobowe, częściowo pozbawione dostępu do sprzętu, na którym niegdyś służyły. Ocenił, że Polska przygotowuje się do „sprintu”, stawiając wyłącznie na armię zawodową, podczas gdy realny konflikt mógłby okazać się „maratonem” wymagającym głębokich rezerw.
Odnosząc się do zobowiązań sojuszniczych, Duda podkreślił, że artykuł 5 traktatu NATO obowiązuje Polskę tak samo, jak innych członków sojuszu — Polska, powołując się na gwarancje bezpieczeństwa ze strony NATO, musi być gotowa również wypełniać własne zobowiązania wobec sojuszników, w tym krajów bałtyckich, ponieważ bycie częścią wschodniej flanki oznacza, że Polska może zostać wciągnięta w konflikt nawet bez bezpośredniego ataku na własne terytorium. Lachowski zgodził się z tą oceną, podkreślając, że prawa i obowiązki sojusznicze są nierozerwalne.
Projekt podziemnego szpitala szkoleniowego
Na zakończenie Duda zapowiedział budowę w ramach swojego ośrodka szkoleniowego podziemnego punktu stabilizacyjnego, mającego demonstrować bezpieczne dla personelu medycznego metody działania blisko linii walki, wzorowane na doświadczeniach ukraińskich. Zaznaczył, że jest to inicjatywa niekomercyjna, prowadzona przez fundację, i zaprosił zainteresowanych wsparciem do kontaktu poprzez media społecznościowe oraz stronę Fundacji W Międzyczasie.
Materiał „ROSJA SIĘ SZYKUJE! CZY JESTEŚMY GOTOWI SIĘ BRONIĆ?” ukazał się na kanale Racja Stanu 20 września 2026 roku. Rozmawiali Mateusz Lachowski, generał Tomasz Drewniak oraz Damian Duda.