Kozubel u Kartasińskiego: dlaczego Rosjanie nie zdobyli Kijowa w trzy dni

Dr Marek Kozubel, autor książki „Kijów, Czernihów, Sumy 2022. Klęska rosyjskiego Blitzkriegu”, był gościem K. Kartasińskiego na kanale „Wieczne Słowa” w rozmowie o bitwie kijowskiej z 2022 roku. Wywiad, powstały we współpracy z Wydawnictwem Prześwity, dotyczył przygotowań ukraińskich sił zbrojnych i władz cywilnych do rosyjskiej inwazji, stylu dowodzenia generała Wałerija Załużnego, rosyjskich planów operacyjnych, strat obu stron oraz metod odróżniania faktów od dezinformacji i mitów narosłych wokół pierwszych tygodni wojny.

Dlaczego Rosjanie nie zdobyli Kijowa w trzy dni

Kozubel wyjaśnił na wstępie, że Rosjanom zawiodły plany – siły nie były dostosowane do zamierzeń. Rozwijając ten wątek, zwrócił uwagę na fundamentalną różnicę w przygotowaniach obu stron ukraińskich władz – wojskowej i cywilnej – które działały w oderwaniu od siebie, bez synergii. Wojsko, na czele z dowódcą Sił Zbrojnych Ukrainy generałem Wałerijem Załużnym, już od pewnego momentu w 2021 roku zdawało sobie sprawę, że inwazja jest nieunikniona, i najważniejszym pytaniem stało się rozpoznanie dokładnego momentu jej rozpoczęcia. Ukraińscy dowódcy spodziewali się, że pierwsze rosyjskie uderzenie rakietowe i lotnicze skieruje się na sztaby, bazy, koszary oraz stanowiska obrony przeciwlotniczej i radary, dlatego już na przełomie 2021 i 2022 roku wojsko na własną rękę podejmowało działania minimalizujące potencjalne straty. W ostatnich dobach przed inwazją, szczególnie 23 lutego, doszło do awaryjnej redyslokacji wielu jednostek ukraińskich – Rosjanie mieli bowiem pełną wiedzę o lokalizacji ukraińskich koszar i sztabów, więc bez tych działań uderzenie mogłoby mieć charakter dekapitujący.

Zaniedbania władz cywilnych

Kozubel nie oszczędził krytyki władzom cywilnym Ukrainy na czele z Wołodymyrem Zełenskim, zarzucając im, że praktycznie nie przygotowywały kraju na odparcie inwazji, a w niektórych przypadkach wręcz utrudniały działania wojskowym. Opisał spory poprzedzające inwazję dotyczące wprowadzenia stanu wojennego – dyskutowano, czy wprowadzić go na całym terytorium Ukrainy, czy tylko na Donbasie (obwody doniecki i ługański) lub całym wschodzie i południu kraju. Przeważała jednak opinia polityków cywilnych, by nic nie wprowadzać i tonować nastroje – nawet opozycja nie była w tej kwestii konstruktywna, traktując zagrożenie rosyjskie jako odległe widmo. Zełenski, jak zaznaczył Kozubel, podobno do ostatniej chwili nie wierzył, że Rosjanie zdecydują się na atak, i rankiem 24 lutego sprawiał wrażenie zrezygnowanego.

Mimo to, jak podkreślił autor, w tym dramatycznym poranku część polityków zaczęła stawać na wysokości zadania – błyskawicznie wprowadzono stan wojenny i ogłoszono mobilizację, podejmując decyzje świadome ryzyka propagandowego wykorzystania błędów przez Rosję. Kozubel wspomniał, że w swojej książce opisuje ciekawe kulisy planowanej ewakuacji Rady Najwyższej (ukraińskiego parlamentu) oraz dylematy dotyczące dalszych losów rządu.

Rola Zełenskiego – zniuansowana ocena

Odnosząc się do własnych, wcześniejszych sporów na temat roli Zełenskiego w obronie Ukrainy, Kozubel przyznał, że był krytyczny wobec tezy, jakoby to głównie dzięki niemu – i jego decyzji o pozostaniu w Kijowie – kraj się obronił. Zwrócił uwagę, że decyzje prezydenta z 24 lutego były w dużej mierze reakcją na to, co już się działo: ukraińskie wojsko i zwykli obywatele zaczęli chwytać za broń i wspierać obronę, nie czekając na sygnał z centrali. Przywołał w tym kontekście opinię generała Załużnego, że to właśnie reakcja zwykłych Ukraińców w dużej mierze ocaliła kraj.

Kozubel zauważył jednak, że niektóre zachowania Zełenskiego z kolejnych miesięcy – w tym podczas pierwszych rokowań z Rosją – wskazywały, że sam prezydent nie do końca dowierzał sile własnych wojsk, wciąż częściowo ulegając mitologizacji potęgi rosyjskiej. Podsumował, że nie należy ani mitologizować wpływu Zełenskiego, ani go całkowicie negować – jego zachowanie pomogło w okrzepnięciu oporu i budowie potrzebnej „legendy” na użytek zewnętrzny.

Styl dowodzenia generała Załużnego

Kozubel szczegółowo opisał styl dowodzenia Wałerija Załużnego w pierwszych tygodniach wojny, podkreślając jego decyzję o decentralizacji dowodzenia – dowódcy na miejscach mieli dużą swobodę w podejmowaniu decyzji dotyczących rozpoznania, uderzeń i manewrów. To rozwiązanie sprawdziło się szczególnie dobrze w obwodzie sumskim, gdzie działania miały charakter mocno manewrowy, w przeciwieństwie do pozycyjnych walk pod Kijowem czy pod otoczonym, ale nigdy niezdobytym Czernihowem.

Załużny przykładał też dużą wagę do aktywizacji społecznej i oporu oddolnego – wspierania sił zbrojnych przez ludność cywilną poprzez przekazywanie informacji o ruchach przeciwnika czy wsparcie logistyczne. Kozubel przywołał symboliczne obrazy rolników ciągnących traktorami porzucone rosyjskie pojazdy, co realnie pomagało dozbrajać niektóre oddziały, w tym 93. Brygadę Zmechanizowaną, walczącą zarówno w obwodzie sumskim, jak i częściowo wspierającą obronę Charkowa.

Kozubel zaznaczył, że Załużny, mimo preferencji dla wojny manewrowej, w uzasadnionych sytuacjach wydawał rozkazy „stania aż do śmierci” – jak podczas walk o wieś Moszczun pod Kijowem, gdzie dowódca 72. Brygady Zmechanizowanej prosił o zgodę na wycofanie się z powodu ciężkich strat, a rolę mediatora między nim a Załużnym pełnił generał Syrski, przychylający się do argumentów o ciężkiej sytuacji żołnierzy. Przy tej okazji Kozubel odniósł się do popularnej w mediach społecznościowych, także polskich, tezy nazywającej Syrskiego „miasnykiem” (rzeźnikiem) – ocenił ją jako w dużej mierze nieuzasadnioną, przykład tworzenia uproszczonych narracji na potrzeby mediów społecznościowych, zapowiadając powrót do tego wątku w przyszłych projektach.

Autor zwrócił uwagę, że w miarę jak wojna nabierała bardziej pozycyjnego charakteru, wymagającego umiejętnego gospodarowania zasobami, Załużny sprawiał wrażenie nieco zagubionego. Przywołał też książkę amerykańskiego dziennikarza Simona Schustera „Showman”, w której – choć poświęcona głównie Zełenskiemu – opisano również sylwetkę Załużnego, w tym jego (czasem nieco przesadzone) próby przekonania zachodnich partnerów, w tym generała Marka Milleya, do zwiększenia dostaw uzbrojenia. Kozubel zaznaczył, że relacje Załużnego z partnerami zachodnimi, zwłaszcza amerykańskimi, były w tym okresie napięte – Amerykanie mieli sceptycznie podchodzić do możliwości ukraińskiej armii, a po nieoczekiwanym sukcesie obrony Kijowa i wycofaniu się Rosjan z północy kraju mieli przypisywać to głównie „szczęściu”, co Załużny bardzo boleśnie przyjmował. Kozubel przywołał też epizod związany z ukraińską ofensywą charkowską z 2022 roku, kiedy Amerykanie po cichu wstrzymali dostawy amunicji, co ograniczyło zasięg operacji – co jego zdaniem tłumaczy również, dlaczego następca Załużnego, generał Syrski, wolał niektórych informacji nie ujawniać zachodnim partnerom, obawiając się sabotowania ukraińskich możliwości.

Rola Wojsk Obrony Terytorialnej

Zapytany o rolę Wojsk Obrony Terytorialnej w pierwszych tygodniach walk, Kozubel podkreślił, że ocena nie może być jednoznaczna. Zarówno za administracji Petra Poroszenki, jak i Zełenskiego (od połowy 2019 roku) kwestie obronne traktowano po macoszemu – ustawę o obronie terytorialnej przyjęto dopiero w 2021 roku, a same brygady miały charakter szkieletowy, przygotowywany głównie do reagowania na zagrożenia hybrydowe czy desanty, a nie do przyjęcia na siebie regularnego, ciężkiego uderzenia.

W efekcie jednostki te ponosiły niemałe, czasem dotkliwe straty, wynikające przede wszystkim z zaniedbań władzy cywilnej – były niedostatecznie wyposażone, brakowało im środków łączności i odpowiedniego nasycenia oficerami, co prowadziło do tragicznych sytuacji, takich jak przypadki friendly fire w Kijowie.

Rosyjski plan zdobycia Kijowa

Przechodząc do strony rosyjskiej, Kozubel przywołał analizy przygotowane m.in. przez brytyjski Royal United Services Institute (RUSI), opisujące założenia rosyjskiego planowania. Rosjanie błędnie zakładali brak dużego oporu – spodziewali się głównie sprzeciwu bojówek nacjonalistycznych i niewielkiej części regularnych sił zbrojnych, które po okrążeniu miały szybko się poddawać. Szybkie zajęcie Kijowa miało doprowadzić do załamania się ukraińskiej państwowości i centralnego dowodzenia. Planowano też relatywnie szybkie zajęcie kluczowych miast obwodowych – Charkowa, Sum, Czernihowa oraz samego Kijowa – a z południa, z Krymu, szybkie zdobycie Chersonia, potem Mikołajowa i dotarcie do Odessy, gdzie miano połączyć siły z rosyjskim kontyngentem w Naddniestrzu.

Kozubel ocenił, że Donbas miał w tym planie funkcję głównie wiążącą – tam skoncentrowano się na związaniu silnego ukraińskiego zgrupowania broniącego tej linii, podczas gdy główne, decydujące uderzenia miały nastąpić z północy i południa, tworząc swoiste kleszcze. Zastrzegł, że pełne potwierdzenie tych hipotez wymagałoby dostępu do rosyjskich dokumentów operacyjnych, ale wiele wskazuje, że w pierwszych tygodniach inwazji rosyjscy dowódcy zbyt sztywno trzymali się odgórnych wytycznych przyjętych jeszcze przed rozpoczęciem działań, jedynie nieznacznie je modyfikując w trakcie.

Jakość rosyjskich wojsk uderzających na Kijów

Odpowiadając na pytanie słuchacza dotyczące jakości rosyjskich sił skierowanych na Kijów, Kozubel sprostował powielaną tezę, jakoby to głównie słabo wyszkoleni rezerwiści odpowiadali za niepowodzenie ataku. Wyjaśnił, że siły inwazyjne kierowane na Kijów w dużej mierze składały się z dobrze wyszkolonych oddziałów desantowo-szturmowych, piechoty morskiej oraz jednostek specjalnych (Specnaz GRU, WDW), nasyconych doświadczonymi żołnierzami, którzy wcześniej walczyli na Donbasie czy w Syrii. Jednostki bardziej mieszane, złożone częściowo z rezerwistów, były rozrzucone po całym froncie, a ich skuteczność bojowa była bardzo nierówna – zdarzały się przypadki porzucania wyposażenia i poddawania się, ale dotyczyło to niekiedy nawet doświadczonych oddziałów, jak kolumna pancerna jednej z dywizji Gwardii, zaskoczona podczas marszu przez obwód sumski i czernihowski w kierunku Browarów, tracąca dowódcę w walce. Kozubel wskazał również, że działania elitarnej 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej w obwodach sumskim i charkowskim wypadły znacznie poniżej oczekiwań, mimo wcześniejszych obaw ukraińskich i wysokich ocen zachodnich analityków co do jej wartości bojowej.

Straty obu stron

Kozubel podzielił się szczegółowymi szacunkami strat. Ocenił, że straty rosyjskie w ramach kampanii północnej (obejmującej obwody sumski, czernihowski, kijowski i żytomierski) mogły stanowić od 40 do 50 procent ogólnych strat Rosji na całym froncie w tym okresie. Ukraiński sztab generalny raportował, że do 3 kwietnia 2022 roku Rosjanie stracili ponad 18 tysięcy żołnierzy ogółem, co przekładałoby się na około 9 tysięcy (lub nieco mniej) strat w zabitych, zaginionych, trwale okaleczonych i jeńcach na samym froncie północnym.

Co do strat ukraińskich, Kozubel przedstawił własne szacunki oparte na dwóch portalach OSINT gromadzących dane o stratach osobowych – łącznie 4746 osób, z czego straty bezpowrotne (polegli, zaginieni, jeńcy) wyniosły od 2508 do 2520, w tym co najmniej 1030 zidentyfikowanych poległych żołnierzy, ochotników i funkcjonariuszy służb mundurowych (w tym policji i Gwardii Narodowej). Zastrzegł, że są to szacunki wstępne, punkt wyjścia do dalszej dyskusji, nie liczby ostateczne. Liczbę rannych szacował na podstawie współczynnika czterech rannych na jednego poległego, z zastrzeżeniem korekt – w niektórych przypadkach, jak w Ochtyrce, gdzie zbombardowano koszary z dużą liczbą śpiących żołnierzy, śmiertelność była wyjątkowo wysoka, a liczba wydobytych spod gruzów rannych bardzo niska.

Odnosząc się do strat rosyjskich szacowanych przez rosyjską redakcję BBC i portal Mediazona (łącznie 200 tysięcy zidentyfikowanych poległych), Kozubel wskazał na poważne ograniczenia tych badań – niepełne dane, opóźnienia w przetwarzaniu informacji sięgających jeszcze 2024 roku, trudności z uwzględnieniem strat wśród kolaboracyjnych formacji donbaskich oraz mieszkańców terenów okupowanych od 2022 roku wcielanych do armii rosyjskiej, a także systemowe utrudnianie przez Kreml dostępu dziennikarzy do informacji o poległych, zwłaszcza z tzw. „głębokiej prowincji” (gubinki), skąd rekrutuje się znaczna część ofiar. Mimo tych zastrzeżeń ocenił, że dane te pozwalają stwierdzić z pewnością, iż straty rosyjskie nie są niższe niż 200 tysięcy, co oznacza, że straty ukraińskie z pewnością nie przewyższają rosyjskich – podważając tym samym rozpowszechnione w polskich mediach społecznościowych tezy o rzekomo większych stratach po stronie ukraińskiej.

W kontraście do rosyjskiej cenzury, Kozubel zwrócił uwagę na paradoksalny problem po stronie ukraińskiej – niemal całkowity brak cenzury mimo trwającej wojny o przetrwanie, co prowadzi do rozpowszechniania clickbaitowych, niesprawdzonych informacji przez część dziennikarzy. Przywołał przykład dowódcy 1. Pułku Szturmowego, pułkownika Filatowa, który publicznie zwrócił uwagę dziennikarzom „Ukraińskiej Prawdy” na tendencję do priorytetyzowania sensacji nad prawdą.

Jak odróżnić fakty od dezinformacji

Kozubel omówił metody weryfikacji informacji w erze wszechobecnych mediów społecznościowych i sztucznej inteligencji. Wskazał, że materiały generowane przez AI zdradzają się poprzez błędy fizyczne czy nietypowe detale (nie tylko klasyczne „sześć palców”, ale też dziwne elementy na hełmach czy mundurach). Trudniejsze do zweryfikowania są indywidualne „mikrohistorie” oraz materiały, których autentyczności nie da się dziś jednoznacznie potwierdzić ani zaprzeczyć – część z nich mogła zaginąć.

Podkreślił, że wojna rosyjsko-ukraińska jest pierwszym konfliktem na tak dużą skalę z tak powszechną możliwością rejestrowania wydarzeń – kamerki nahełmowe, nagrania z dronów, smartfonów – w połączeniu z relacjami korespondentów wojennych, wśród których wymienił Marcina Ogdowskiego i Kubę Maciejewskiego.

Kozubel obalił kilka popularnych mitów. Historia o zestrzeleniu rosyjskiego drona przy pomocy słoika przez „babcię” była, jak wyjaśnił, żartem stworzonym przez samych Ukraińców, podsumowującym społeczne zaangażowanie w obronę – żart, który poza Ukrainą (m.in. w Polsce) odebrano jako rzekomą dezinformację. Podobnie mit „Ducha Kijowa” nie został stworzony przez władze ani media, lecz wynikał z błędnej interpretacji cywilów, którzy widząc nad głowami samoloty MiG-29 o jednakowym, pikselowym maskowaniu, uwierzyli, że broni ich jeden samotny pilot – mit ten szybko zdementowało samo Dowództwo Ukraińskich Sił Powietrznych, choć następnie wykorzystano go symbolicznie, nadając imię „Ducha Kijowa” 40. Brygadzie Lotnictwa. Wyjaśnił też historię Wyspy Węży – błędne przekonanie o śmierci całej załogi Straży Granicznej wynikało z braku rosyjskich informacji o jeńcach (Rosjanie zwykle chętnie chwalili się takimi zdobyczami), a nie z celowej dezinformacji; gdy później okazało się, że obrońcy żyją w niewoli, informację tę niezwłocznie sprostowano.

Zdaniem Kozubela, prawdziwym elementem ukraińskiej dezinformacji tamtego okresu było specyficzne przedstawianie w mediach ukraińskich sił jako głównie lekko uzbrojonych ochotników i obrony terytorialnej, zwalczających rosyjskie kolumny pancerne przy pomocy amerykańskich dżavelinów czy brytyjskich NLAW – budujący romantyczny obraz mający zachęcić Zachód do wsparcia. W rzeczywistości Kijów obroniły przede wszystkim regularne brygady zmechanizowane, zmotoryzowane i pancerne, a główne straty Rosjanom zadawała ukraińska artyleria (w większości odziedziczona po ZSRR lub produkcji krajowej, jak moździerze) oraz lotnictwo, nie zaś przenośna broń przeciwpancerna, która – mimo realnego wkładu – nie miała aż tak decydującego znaczenia liczbowego, jak sugerowano w przekazie medialnym.

Czy nie za wcześnie na książkę o bitwie kijowskiej

Odpowiadając na pytanie o zasadność pisania książki historycznej tak krótko po opisywanych wydarzeniach, Kozubel przywołał precedensy – opracowanie dr. Nadolskiego o kampanii zimowej na Donbasie z lat 2014–2015, wydane zaledwie kilka lat po tamtych wydarzeniach, głównie w oparciu o źródła internetowe, oraz książkę Adama Pruchnika o walkach o Lwów z 1918 roku, opublikowaną już w 1919 roku, mimo że spór polityczny o przynależność Galicji Wschodniej trwał jeszcze do 1923 roku. Podkreślił, że każde kolejne opracowanie historyczne stanowi krok w stronę lepszego poznania przeszłości, a jego książka z pewnością spotka się z dalszymi, uzupełniającymi lub polemicznymi pracami innych autorów – co uznał za naturalny i pożądany proces.

Przyszłość wojny manewrowej

Na zakończenie, odpowiadając na pytanie słuchacza o przyszłość wojny manewrowej w dobie masowego użycia dronów, Kozubel ocenił, że manewr może wrócić – szczególnie po stronie ukraińskiej – w miarę neutralizowania rosyjskich zdolności łącznościowych (przywołał odcięcie Rosjan od Starlinka na okupowanych terenach) oraz postępu w zwalczaniu dronów na światłowodzie, odpornych na walkę radioelektroniczną. Zaznaczył jednak, że nie należy się spodziewać powrotu wielkich starć pancernych na wzór bitwy na Łuku Kurskim z II wojny światowej – zamiast tego rok 2026 ma być, jego zdaniem, okresem nasilonego wykorzystania niewielkich, kombinowanych grup szturmowych (przykład: grupa z 425. Pułku Szturmowego pod Pokrowskiem, dysponująca zaledwie czterema pojazdami pancernymi, w tym jednym czołgiem), wspieranych dronami, oraz rosnącej roli naziemnych systemów bezzałogowych, w większości produkcji ukraińskiej, poddawanych bardzo wymagającym testom polowym.


Rozmowę przeprowadził K. Kartasiński. Materiał „166. Co naprawdę stało się pod Kijowem w 2022 r.? Kulisy bitwy | Marek Kozubel i K. Kartasiński” dostępny na kanale Wieczne Słowa na YouTube, liczącym 72 subskrybentów. Opublikowany 19 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *