Jacek Bartosiak — geopolityk, twórca Strategy & Future — był gościem programu Dzieje prowadzonego przez Marcina Giełzaka na kanale Żeby Wiedzieć. Przez blisko dwie godziny rozmawiali o historii geopolityki jako dyscypliny, logice hegemonii morskiej i lądowej, losach Rzeczypospolitej widzianych przez pryzmat mapy oraz o tym, dlaczego Polska — jego zdaniem — przegrała kluczowe okienko na zbudowanie partnerstwa z Ukrainą na własnych warunkach.
Geopolityka — odwieczna czy XIX-wieczna?
Bartosiak opowiedział się za tezą, że geopolityka jako zjawisko jest odwieczna, choć jako dyscyplina naukowa jest produktem drugiej połowy XIX wieku. Człowiek realizuje swoje relacje w określonej przestrzeni geograficznej — ruch generuje podział pracy, zagrożenia i kształtowanie relacji. Pojęcie geopolityki ukuł szwedzki prawnik Rudolf Kjellén, ale już Tukidydes opisując wojnę peloponeską patrzył przez pryzmat potęgi morskiej Aten i lądowej Sparty.
Bartosiak przypomniał, że przez wiele lat polska debata publiczna geopolitykę odrzucała. Środowiska naukowe i elity III RP twierdziły, że to paradygmat imperialny wielkich mocarstw, że małe i średnie państwa nie mogą się nią posługiwać. Bartłomiej Sienkiewicz mówił, że geopolityka to zbiór wymówek dla imperiów wyciągających rękę po cudze. Bartosiak ocenił to jako wyraz marzenia III RP, że historia się skończyła. Dziś — jak zaznaczył — nikt nie śmiałby tego powtórzyć, bo geopolityka stała się jednym z najpopularniejszych słów w planowaniu wielkich korporacji, funduszy inwestycyjnych i strategów na całym świecie.
Mackinder, Spykman i dwie szkoły hegemonii
Bartosiak wyjaśnił fundamentalną dychotomię między szkołą Mackindera i Spykmana. Mackinder twierdził, że kluczowy jest Heartland — kolosalny obszar w głębi Eurazji niedostępny dla potęg morskich. Kto kontroluje Heartland, kontroluje Wyspę Światową — Eurazję z Afryką — a kto kontroluje Wyspę Światową, panuje nad całym globem. Stąd jego przesłanie dla anglosasów: wspierać pas niepodległych państw między Niemcami a Rosją, w tym Polskę, by nie dopuścić do połączenia zasobów Heartlandu z zachodnioeuropejskim przemysłem.
Spykman odwrócił tę logikę — kluczowy jest Rimland, obszar brzegowy Eurazji. Kto kontroluje wybrzeża od zachodniej Europy przez Indie po Daleki Wschód — ten panuje nad przepływami strategicznymi. Ta koncepcja leżała u podstaw zimnowojennej polityki USA — bazy wojskowe, flota kontrolująca cieśniny, system sojuszy wzdłuż brzegów Eurazji.
Napięcie między tymi dwiema szkołami jest widoczne w całej powojennej polityce amerykańskiej i trwa do dziś w korytarzach Pentagonu i Departamentu Stanu.
Hegemonia morska — łagodna, bo opłacalna
Bartosiak wyjaśnił logikę hegemonii anglosaskiej przez pryzmat Memorandum Crowe’a z przełomu XIX i XX wieku — dokumentu, który uznał za jeden z intelektualnie najpiękniejszych w historii dyplomacji. Hegemon morski kontroluje zasady ruchu na oceanach i decyduje, na jakich warunkach działa globalny system wymiany. Może blokować i puszczać, ustalać marże i reguły — i w zasadzie trochę inni pracują na niego. Ale kluczowe przykazanie brzmi: nigdy nie groź blokadą, bo powstanie koalicja przeciwko tobie. Sprawiaj wrażenie łagodnego, liberalnego hegemona i zarabiaj trwale na pośrednictwie.
Dla Polski i zachodniej Europy hegemonia ta była faktycznie łagodna — Plan Marshalla, pomoc rozwojowa, otwarte rynki. Ale Bartosiak zastrzegł: to nie wynikało z ideologii liberalnej, lecz z interesu geopolitycznego. USA były najpotężniejsze kapitałowo i technologicznie, nie bały się konkurencji, wręcz penetrowały i kupowały co cenniejsze, dając rynek w zamian za lojalność sojuszniczą.
Ta epoka — zdaniem Bartosiaka — skończyła się. Trump wchodzi w rolę Gorbaczowa: próbuje zredefiniować koszty imperialnej przesadnej rozciągłości, zanim system sam się rozpadnie.
Polska nie zdobyła niepodległości — dołączyła do zwycięzcy
Bartosiak postawił kontrowersyjną tezę: Polska nie zdobyła niepodległości — Amerykanie wygrali zimną wojnę i Polska po prostu dołączyła. Dowodem jest natura samej transformacji — największą przegraną była wielofabryczna klasa robotnicza, siła uderzeniowa ruchu Solidarności. Brygady Marriott i inne projekty prywatyzacyjne zniszczyły to, co stanowiło bazę społecznego ruchu prowadzącego do zmiany systemu. Wielkie zmiany, które łamią utrwalone interesy, zawsze robiły Polsce podmioty zewnętrzne.
Kozacy, Perejasław i logika mapy
Bartosiak przełożył logikę geopolityczną na historię Rzeczypospolitej. Rzut oka na mapę pokazuje niezbicie: Rosja bez kontroli Ukrainy, bez dostępu do Morza Czarnego i bez ujść Donu i Wołgi nie może realizować swojej produktywności. Stąd tercjum non datur — nie ma niepodległej Ukrainy albo silnej Rosji. Jedno wyklucza drugie. Gdy część starszyzny kozackiej wybrała Moskwę w Perejasławiu, nie rozumiała tej mapy. Gdyby Rzeczpospolita inaczej rozegrała kozaków — dała im podmiotowość, wciągnęła jak Anglicy Szkotów — miałaby nie tylko bufor, ale kontrolowała cały teatr wschodni i losy Moskwy. Polskie królewiątka ze swoimi latyfundiami nie były tym zainteresowane — chciały tanich chłopów, nie wolnych partnerów.
Piłsudski, Romer i brakująca bitwa
Bartosiak ocenił, że Piłsudski rozumiał logikę mapy lepiej niż wszyscy. Po Bitwach Warszawskiej i Niemeńskiej brakowało jeszcze jednej bitwy — tej, która wypchnęłaby Rosjan za Bramę Smoleńską na trwałe. Piłsudski zobaczył bosych, zmęczonych żołnierzy i ocenił, że nie dadzą rady. Ta rezygnacja miała konsekwencje — bez wypchnięcia Rosji nie udało się zbudować właściwej równowagi. Piłsudski nie dał się też wciągnąć Mackinderowi, który namawiał go do kontynuowania kampanii na rzecz białych Rosjan — rozumiał, że biała Rosja jest dla Polski równie niebezpieczna jak czerwona, a może groźniejsza.
Eugeniusz Romer — którego Bartosiak uznał za intelektualnego patrona Strategy & Future — twierdził, że Polska może przetrwać tylko jeśli odtworzy oś południkową łączącą Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym i stworzy układ równowagi zapraszający anglosasów jako gwaranta. Ukraina jest tu kluczowa. Wymaga to jednak polityki jagiellońskiej, nie piastowskiej — polityki sięgającej ponad skromny etnos, rozumiejącej wieloetniczność wschodu i budującej obszary buforowe.
Bartosiak skrytykował pogląd, że można wybrać wyłącznie politykę piastowską. Przyznał, że przyniosła realne korzyści — modernizację i rentę rozwojową. Ale sama w sobie nie wystarczy. Gdy Rosja wraca jako czarny jeździec, Niemcy i Amerykanie dogadują się z nią kosztem polskich interesów. Nie chodzi o wybór między piastowską a jagiellońską — obie muszą iść razem.
UKRAINA — OKIENKO STRATEGICZNE, BŁĘDY I KONSEKWENCJE
Ta sama logika mapy — 2022 rok jako moment dziejowy
Bartosiak wrócił do fundamentalnej tezy: logika mapy obowiązująca w czasach Chmielnickiego i Perejasławia obowiązuje dokładnie tak samo dziś. Nie ma niepodległej Ukrainy albo silnej Rosji — jedno wyklucza drugie. Jeżeli Ukraina jest silna i niepodległa, kontroluje geograficznie ujście do Morza Czarnego, Rosja nie może swobodnie wywozić swojej produktywności. Ukraina jest bogata w żyzne ziemie i minerały. Jeżeli jest dobrze zarządzana i niepodległa — jest silniejsza od Rosji w tym regionie strukturalnie.
Bartosiak ocenił, że zwycięstwo Ukraińców pod Kijowem w 2022 roku otworzyło możliwość wielkiej geopolitycznej rozgrywki — odwrócenia skutków Wielkiej Wojny Północnej z początku XVIII wieku, która wyeliminowała Rzeczpospolitą jako główny biegun siły w Europie Wschodniej i zastąpiła ją Rosją. Gdy Rzeczpospolita istniała jako potęga, Rosja nie była czynnikiem geopolitycznym w Europie. Stała się nim dopiero po obezwładnieniu polsko-litewskiego bieguna siły. Teraz po raz pierwszy od trzystu lat pojawiła się szansa, żeby ten biegun odtworzyć — i Polska powinna być jego kluczowym elementem. Tyle że — jak sam zaznaczył — być może to okienko się już zamknęło.
Czego Polacy nie rozumieją o Ukraińcach
Bartosiak postawił tezę, którą określił jako kontrowersyjną i trudną do przyjęcia. Polska uważa się w relacji z Ukrainą za seniora — to jest głęboko zakorzenione w polskim DNA. Piłsudski też tak myślał. Ale Ukraina się zmieniła i wbrew temu, co Polacy sądzą, absolutnie nie ma wewnętrznej aksjologii, że ma być posłuszna Polsce. Przeciwnie — uważa się za rywala Polski. Afera z UPA i orderami jest tego najlepszym dowodem.
Co więcej — Bartosiak powiedział to bez ogródek — Sowiety dały Ukraińcom coś, czego polskie elity nie potrafią przyjąć do wiadomości: uczelnie Donbasu, wielkie stocznie Mikołajewa, wiedzę inżynierską Dnipra, loty w kosmos, wielką inżynierię i matematykę na wyższym poziomie niż w Polsce. To ukształtowało podmiotowość ukraińskich elit. Polacy nie ogarnęli, że Sowiety dały Ukraińcom podmiotowość. I z tym poczuciem podmiotowości Ukraińcy weszli w tę wojnę i w relacje z Polską. Polska tymczasem od lat traktowała Ukrainę z pozycji wyższości — i Ukraińcy to czuli.
Phil Carber — legenda zimnej wojny, którego Bartosiak określił swoim nauczycielem geopolityki w The Potomac Foundation — wielokrotnie powtarzał polskim decydentom: pamiętajcie, żeby nie rozmawiać z Ukrainą z pozycji nadrzędnej. Chodzi o balancing act — stworzenie układu równowagi, a nie narzucanie. Powtarzał to niczym starożytny niewolnik szepczący zwycięskiemu wodzowi w czas triumfu: pamiętaj, że jesteś śmiertelny. Polacy nie posłuchali.
Kiedy okienko się otworzyło
Bartosiak opisał szczegółowo moment i okoliczności, w których okienko strategiczne się pojawiło. Otworzyło się ono wtedy, gdy Ukraińcy zaczęli rozumieć, że Stany Zjednoczone ich nie obronią — że Trump zaczął kombinować, jak narzucić Ukraińcom pokój bez dania im gwarancji bezpieczeństwa. Wtedy — i dopiero wtedy — Ukraińcy zrozumieli, że nie droga jest przez Waszyngton. Że jedyna realna gwarancja równowagi sił w regionie prowadzi przez Polskę jako kluczowy czynnik.
Bartosiak powiedział, że był świadkiem tej historii i widział to na własne oczy. Ukraińcy zaczęli wtedy szukać porozumienia z Polską na warunkach partnerskich — nie dlatego, że nas lubili bardziej niż wcześniej, ale dlatego, że zrozumieli geopolityczną konieczność. To był moment, w którym Polska mogła wynegocjować realne partnerstwo strategiczne — na własnych warunkach, nie z pozycji seniora, ale jako czynnik równoważący — i zbudować coś trwałego. Okienko między rokiem 2023 a 2025.
Dlaczego Polska tego nie wykorzystała — trzy przyczyny
Bartosiak wymienił trzy główne przyczyny niepowodzenia, wszystkie zakorzenione — jego zdaniem — w strukturalnych słabościach polskiego państwa i polskich elit.
Pierwsza przyczyna to interesy oligarchii przemysłowo-wojskowej. Wielkie pieniądze były w zachodnich licencjach i starym systemie uzbrojenia — kupowaniu drogich systemów od Stanów Zjednoczonych, gdzie marże są ogromne, a system powiązań polityczno-finansowych bardzo trwały. Wspólny przemysł dronowy z Ukrainą oznaczałby przesunięcie tych pieniędzy i zmianę modelu — co groziło utratą rent przez podmioty dobrze zakorzenione w obecnym układzie. Polska oligarchia — używając analogii do ruchu egzekucyjnego z XVI wieku — nie chciała pozwolić na pójście za nowym modelem militarnym. To jest — ocenił Bartosiak wprost — skandaliczne z punktu widzenia interesu narodowego i Polska zapłaci za to cenę. Już płaci, bo zamiast budować własne zdolności targetingowe i nawigacyjne, kupuje drogie systemy zachodnie i pozostaje zależna od woli Waszyngtonu w każdej kwestii eskalacyjnej.
Druga przyczyna to przyspawanie do Waszyngtonu. Gdy Trump zaczął zdradzać Ukraińców i negocjować z Rosją ponad głowami Ukrainy, prezydent Duda dzwonił do Zełenskiego i namawiał go do podporządkowania się woli Trumpa. To zrobiło fatalne wrażenie w Kijowie. Ukraińcy zrozumieli, że Polska nie podejmuje samodzielnych decyzji — konsultuje wszystko z Waszyngtonem i realizuje linię amerykańską nawet wtedy, gdy ta linia działa przeciwko Ukrainie. W takim partnerze nie ma sensu szukać gwaranta bezpieczeństwa, bo jego wartość strategiczna zależy wyłącznie od woli mocarstwa, do którego jest przyspawany. I gdy to mocarstwo zmienia kurs — partner traci znaczenie razem z nim.
Polska przez to weszła w bardzo niebezpieczną grę. Polskie elity pozostają — ocenił Bartosiak — w błędnym przekonaniu, że żyjemy w starym świecie łagodnej hegemonii, gdzie Amerykanie są nauczycielem rozdającym oceny uczniom. Tymczasem Ameryka nie rozdaje ocen. Nastała anarchia systemu międzynarodowego i Polska musi się w niej odnaleźć na własnych warunkach — a nie czekać na sygnał z Waszyngtonu.
Trzecia przyczyna to niekompetencja instytucjonalna w budowaniu wspólnego przemysłu obronnego. Bartosiak stwierdził wprost, że powszechnie powtarzane twierdzenie, że Ukraińcy nie chcieli dawać Polsce technologii dronowych, było nieprawdą — i jest to tajemnica poliszynela wśród wszystkich, którzy znali te sprawy od środka. Polskie państwowe firmy obronne — niemrawe, politycznie uwarunkowane, uzależnione od zachodnich licencji — nie były w stanie przygotować sensownej oferty współpracy innowacyjnej. Ukraińcy byli gotowi do współpracy, ale po stronie polskiej nie było podmiotów zdolnych to zrobić na poważnie. Bartysiak zaznaczył, że jest naocznym świadkiem tej historii i kiedyś z Markiem Budziszem napiszą o tym książkę lub film dokumentalny.
To jest — ocenił Bartosiak — niewybaczalne. Polska powinna była być na szpicy budowania własnych zdolności targetingowych, nawigacyjnych i uderzeniowych, niezależnych od Amerykanów. Powinna była pierwsza w Europie testować nowe modele organizacji wojska. Zamiast tego kupowała drogie systemy zachodnie i kłóciła się o pozycję w tabelce kilońskiej.
Technologie dronowe — co tak naprawdę się wydarzyło
Bartosiak rozwinął ten wątek szczegółowo, bo uznał go za kluczowy. Ukraińcy w toku wojny rozwinęli zdolności dronowe i rakietowe, które — jak zaznaczył — są obiektywnie imponujące i pod wieloma względami wyprzedzają zachodnią myśl technologiczną. Polska miała unikalną szansę, by wejść w ten świat jako partner, nie jako odbiorca. Geograficznie, historycznie i strategicznie było to naturalne. Nie weszła.
Powód był prozaiczny: system polityczno-finansowy wokół zakupów zachodniego uzbrojenia generuje ogromne marże dla konkretnych podmiotów — firm, pośredników, sieci politycznych. Przejście na model wspólnego przemysłu z Ukrainą oznaczałoby zmianę tych przepływów. Opór materii był zbyt duży. I tak Polska przegapiła moment, w którym mogła zbudować własne zdolności targetingowe i nawigacyjne niezależne od GPS-u kontrolowanego przez Stany — co miałoby kolosalne znaczenie dla polskiej autonomii strategicznej.
Bartosiak wskazał też na ironię sytuacji: polscy żołnierze proszą przez maile fundacje o kupno detektorów dronów na Ukrainie za własne pieniądze, bo ich jednostki im takich nie zapewniają. To jest — jego zdaniem — symptom głębszego problemu: systemu, który woli kupować drogie zachodnie systemy niż budować tanie i skuteczne własne rozwiązania inspirowane ukraińskim doświadczeniem.
Efekt: Ukraińcy przestali potrzebować Polski
Wynik tego wszystkiego był taki, że gdy Ukraińcy zabezpieczyli sobie finansowanie z Unii Europejskiej, gdy zbudowali własny przemysł dronowy i własne zdolności uderzeniowe dalekiego zasięgu — Polska przestała być im potrzebna poza geografią. Jasionka i korytarz logistyczny — tak, to jest niezastępowalne ze względu na mapę. Ale politycznie, technologicznie i finansowo Polska stała się drugorzędna.
I wtedy Ukraińcy doszli do wniosku — zdaniem Bartosiaka opartego na bezpośredniej obserwacji — że Polacy i tak nie zablokują pomocy Zachodniej Ukrainie, bo sami za bardzo się boją rosyjskiego przełamania frontu. Więc można Polskę rozgrywać. Można eskalować w sferze symbolicznej, bo Polska nie ma narzędzi odpowiedzi w sferze realnej lub ich nie użyje.
Odebranie orderu — najgorsze pole bitwy
Bartosiak odniósł się do kryzysu dyplomatycznego wokół Orderu Orła Białego. Zastrzegł, że nie ocenia, czy odebranie orderu było słuszne moralnie — to osobna kwestia. Ale z punktu widzenia geopolityki i strategii stwierdził jednoznacznie: jeżeli Polska chciała dać Ukraińcom nauczkę za nadanie jednostce nazwy Bohaterów UPA, to odebranie orderu było najgorszym polem bitwy, jakie można było sobie wybrać. I tę bitwę Polska w warstwie symbolicznej już przegrywa. Zełenski tylko na to czekał.
Przywołał analogię historyczną: pod Azincourt rycerstwo angielskie powtarzało szturmy na pozycje łuczników i za każdym razem traciło elitę. Ile razy można szturmować te same pozycje i wytracać rycerstwo? Chodzi o to, że nawet gdy ma się rację — i Polska miała rację moralną i historyczną — trzeba umiejętnie wybrać pole bitwy. A Polska nie wybrała umiejętnie.
Co należało zrobić? Bartosiak wskazał na konkretne instrumenty, które Polska miała, a których nie użyła. Po pierwsze — Polacy są na przepływach z Unii Europejskiej, w ciałach i instytucjach kontrolujących wydatkowanie środków europejskich na Ukrainę. Można było nacisnąć nieformalnie, bez informowania opinii publicznej, bez eskalacji symbolicznej — i to byłby sygnał zrozumiały w Kijowie bez ryzyka wizerunkowego dla Polski na arenie międzynarodowej. Po drugie — tymczasowy remont Jasionki byłby mniej problematyczny politycznie niż ta eskalacja. Po trzecie — wiele innych metod operujących w sferze realnych interesów i przepływów, nie symboli.
Polska miała instrumenty realne i ich nie użyła. Wybrała zamiast tego pole bitwy symbolicznej — i na tym polu Ukraina jest silniejsza, bo ma poparcie własnej opinii publicznej skonsolidowanej przez wojnę i może przedstawiać się jako ofiara polskiej historycznej obsesji. Efekt: Polska eskaluje, Ukraina odpowiada, cały świat patrzy i widzi spór, którego Polska nie może wygrać w sferze wizerunkowej.
Ukraina popełnia błąd — trzeci raz w historii
Giełzak postawił tezę, że Ukraina po raz trzeci w historii działa na własną szkodę przez niemożność ustąpienia Polsce nawet w sprawach symbolicznych. Za pierwszym razem — Chmielnicki i Perejasław. Za drugim — Petlura, który nie potrafił zrobić tego, co zrobił włoski polityk Cavour: oddać coś małego, żeby wygrać coś dużo większego. Cavour oddał Francji Niceę z krwawiącym sercem i w zamian dostał sojusznika, który pobił Austriaków i otworzył drogę do zjednoczenia Włoch. Petlura i ukraińskie elity grały wszystko albo nic. Przegrały. Teraz znów.
Bartosiak przyznał rację tej tezie i rozwinął ją. Ukraińskie elity są głęboko przekonane, że mogą negocjować z kimś ważniejszym — Niemcami, Francuzami, Brytyjczykami — i że Polska jest junior partnerem, którego można pominąć. To przekonanie ma długą historię i swoje uzasadnienie w pewnych faktach — Polska przez lata zachowywała się jak junior partner Stanów Zjednoczonych i była przez Ukraińców postrzegana jako podmiot bez własnej sprawczości. Ale jest ono — zdaniem Bartosiaka — strategicznym błędem.
Nie ma niepodległej Ukrainy na dłuższą metę i silnego Międzymorza, gdy przestrzeń między morzami jest podzielona i skonfliktowana. Zachodnia Europa nie jest zainteresowana silnym, podmiotowym Międzymorzem, które mogłoby ją równoważyć. Rosja tym bardziej nie. Jedyna konstelacja sił, w której Ukraina może być trwale wolna i silna — to taka, w której Polska i Ukraina są strategicznymi partnerami, budującymi wspólną przestrzeń bezpieczeństwa między Bałtykiem a Morzem Czarnym. A to wymaga wzajemnego szacunku i zdolności do ustępstw symbolicznych z obu stron. Ukraina tego dziś nie rozumie — lub rozumie, ale uważa, że jeszcze nie musi.
Bartosiak zaznaczył przy tym, że obydwie strony wzajemnie wpłynęły na siebie w kierunku tych błędów. Polska przez naiwność, przyspawanie do Waszyngtonu i brak podmiotowości sprawiła, że Ukraińcy zaczęli ją traktować jako podmiot bez sprawczości. Ukraińcy przez brak podmiotowości w latach 90. nie zbudowali czegoś, co mogło stanowić zaczyn prawdziwego partnerstwa. Wzajemnie wzmacnialiśmy nawzajem swoje słabości — i jest to pewien dramatyczny antyczny wzorzec, który Bartosiak widzi w całej historii relacji polsko-ukraińskich od Chmielnickiego po dziś.
Polska peryferyjność aksjologiczna — źródło wszystkich problemów
Bartosiak wyróżnił dwa rodzaje peryferyjności: zewnętrzną — obiektywny fakt, że centrum innowacji i władzy jest gdzie indziej — i wewnętrzną, aksjologiczną — poczucie własnej gorszości, przekonanie, że sami nie możemy niczego wymyślić i musimy czekać na zachodni patent. Japończycy i Chińczycy mieli peryferyjność zewnętrzną, ale wewnętrznie nie czuli się gorsi. Japończycy po przybyciu komodora Perry’ego powiedzieli sobie: barbarzyńcy mają lepszą technologię, ale nasza cywilizacja jest wyższa — weźmiemy tę technologię i ją przekształcimy. Tak zrobili i stali się mocarstwem.
Polska ma peryferyjność obu rodzajów. I ta wewnętrzna jest groźniejsza, bo sprawia, że Polska szuka zewnętrznych patronów zamiast budować własną sprawczość. Jedni mówią, że suwerenność oddajemy Brukseli, inni — że Waszyngtonowi. Ale gdzieś. I zawsze czekamy na czyjś patent, zamiast tworzyć własny. Tę ksenokrację i kserokrację polskich elit Bartosiak uznał za największy strategiczny problem państwa polskiego.
W kontekście ukraińskim ta peryferyjność aksjologiczna objawiła się konkretnie: Polska zamiast budować własne zdolności razem z Ukrainą — co by wzmacniało obie strony i tworzyło trwałe więzi interesów — kupowała drogie zachodnie systemy i kłóciła się o oceny w tabelce kilońskiej. Zamiast działać — czekała na sygnał z Waszyngtonu. Zamiast nieformalne naciski na przepływach europejskich — wybrała eskalację symboliczną, która wzmocniła Zełenskiego wewnętrznie i osłabiła Polskę wizerunkowo.
Finalne zdanie o geopolityce i o Polsce
Na koniec Giełzak poprosił Bartosiaka o jednozdaniowe podsumowanie geopolityki. Bartosiak odpowiedział: geopolityka odzwierciedla zachowania ludzkie wynikające z geografii. Strach wynika z bliskości — ktoś bliżej nas budzi większy strach niż ktoś dalej. I to uruchamia odpowiednie zachowania polityczne. De facto jest to medytacja nad naturą ludzką.
Dodał obserwację, którą uznał za smutną, ale prawdziwą: chciałoby się wysiąść z tego biegu historycznego, usiąść na łące i żyć spokojnie. Niektórym ludziom się to udaje. Ale narodom się nie udaje. Kończą jak Indianie. I nie wolno wysiąść z tego biegu. Niestety.