Kuśmierczyk na kanale Polityka Zagraniczna: Ukraina zachłysnęła się własną wielkością. Ta bańka pryśnie, gdy skończy się wojna

Marcin Kuśmierczyk — publicysta i analityk prowadzący kanał Polityka Zagraniczna — opublikował obszerny komentarz do kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich, w którym postawił tezę, że u źródeł konfliktu leży nie tyle spór historyczny, ile rosnąca ukraińska pewność siebie przeradzająca się w iluzję mocarstwowości — i że to iluzja, która pryśnie wraz z końcem wojny. Zastrzegł, że będzie starał się nie powtarzać banałów i skupi się na wątku, który jego zdaniem jest stale niedoceniany w tej debacie.

Ukraińska samoocena wzleciała w okolice stratosfery

Kuśmierczyk wskazał kilka nakładających się przyczyn rosnącej pewności siebie Ukrainy.

Po pierwsze — ustabilizowanie frontu. Od wielu miesięcy zmiany są wolniejsze nawet w stosunku do i tak już powolnych zmian z ubiegłego roku, a są i takie miesiące, kiedy Ukraińcy odzyskują więcej terenu niż tracą. Nie ma dziś realnego ryzyka załamania się frontu ani fundamentalnego zagrożenia ukraińskiej państwowości — a to stwarza przestrzeń do prowadzenia innej polityki.

Po drugie — uderzenia dalekiego zasięgu, które obiektywnie są imponujące. Ukraińcy uderzają nie tylko w cele związane z ropą naftową, ale też w fabryki — nie gdzieś na peryferiach, ale w okolicach Moskwy i Petersburga. Ta kampania bardzo wyraźnie dodała Ukraińcom pewności siebie, wręcz — jak ocenił Kuśmierczyk — stali się przez nią aroganccy.

Po trzecie — finanse: 90-miliardowa pożyczka z Unii Europejskiej daje oddech i eliminuje konieczność martwienia się o to, czy będzie za co utrzymać państwo w najbliższych miesiącach.

Po czwarte — sytuacja międzynarodowa: Trump zajęty był przez ostatnie miesiące wojną na Bliskim Wschodzie, ryzyko toczonych ponad głowami Ukraińców rozmów amerykańsko-rosyjskich wyraźnie zmalało, a Europejczycy próbują wejść do gry, ale za bardzo nie mają narzędzi.

Po piąte wreszcie — lato, które sprawia, że rosyjskie uderzenia w infrastrukturę ciepłowniczą i elektroenergetyczną są znacznie mniej bolesne.

Podał trzy konkretne przykłady tej nowej ukraińskiej postawy — wszystkie spoza relacji z Polską. Na forum ONZ przedstawiciel Ukrainy stwierdził, że jeśli szybko nie dojdzie do rozmów pokojowych z Rosją, Ukraina może zrewidować swoje stanowisko i zgodzić się na zawieszenie broni na obecnej linii frontu — co byłoby ustępstwem, ale Ukraina komunikuje to w tonie dyktowania warunków, nie ustępowania. Zełenski wystosował ultimatum wobec Białorusi, dając Łukaszence tydzień na demontaż nadajników umożliwiających Rosjanom uderzanie w Ukrainę — z zapowiedzią, że w przeciwnym razie Ukraina sama je zdemontuje, czyli zaatakuje cele na Białorusi. Wreszcie — w europejskiej debacie o tym, kto ma reprezentować Unię Europejską w rozmowach z Rosją — Ukraińcy zdają się twierdzić, że to oni o tym zadecydują.

Ale te konkretne przykłady nie oddają w pełni atmosfery panującej w ukraińskiej przestrzeni informacyjnej. Ukraińcy zdają się być przekonani, że oto są świadkami narodzin wielkiej europejskiej ukraińskiej potęgi. Że Ukraina jest drugą armią Zachodu po Stanach Zjednoczonych. Że ze względu na ukraińskie zdolności militarne i doświadczenia wojenne Zachód, a zwłaszcza Europa, nie będzie miała innego wyjścia jak otworzyć się na Ukrainę. Takie poglądy wzmacniają wypowiedzi takie jak ta komisarza obrony UE, który stwierdził, że trudno byłoby zrozumieć, gdybyśmy w Europie nie uznali za swój żywotny interes włączenia ukraińskich sił zbrojnych do europejskiej architektury obronnej. I oczywiście Ukraina będzie częścią tej architektury — ale Ukraińcy idą dalej, twierdząc, że ich zdolności militarne są dziką kartą, biletem wstępu do instytucji świata zachodniego, że NATO nie będzie miało innego wyjścia jak wcielić Ukrainę, bo Ukraina jest wręcz zbyt potężna. Część ukraińskiej przestrzeni publicystycznej i komentatorskiej idzie jeszcze dalej — pojawiają się głosy, że może Ukraina w ogóle nie potrzebuje Zachodu, skoro odeprze Rosjan może stać się niezależnym ośrodkiem siły. Skoro nie chce rosyjskiej dominacji, to po co ma chcieć dominacji europejskiej?

Wystarczyło Ukraińcom bardzo niewiele przestrzeni — dopiero co martwili się o przetrwanie własnej państwowości — by stworzyć iluzję na temat przyszłej ukraińskiej europejskiej potęgi. I im wyżej ta ukraińska samoocena wzleci, tym bardziej boleć będzie upadek i zderzenie z rzeczywistością.

To nie jest już spór o historię

Kuśmierczyk postawił tezę, którą uznał za centralną dla całej analizy: spór polsko-ukraiński przestał być sporem o historię. Do pewnego etapu był sporem o interpretację przeszłości, ale już nie jest. Historia na tym etapie jest wyłącznie przestrzenią, za pomocą której rozgrywa się przyszłość relacji politycznych Polski i Ukrainy.

Przy czym — jak zaznaczył — warto być szczerym po obu stronach. Racja moralna i prawda historyczna stoją obiektywnie po polskiej stronie. Zbrodnia wołyńska była absolutnie koszmarnym okrucieństwem. Nie ma żadnej symetrii, którą część ukraińskiej przestrzeni informacyjnej stara się budować między rzezią wołyńską a działaniami Polski przed lub w czasie II wojny światowej. Kiedy Ukraińcy mówią, że czemu macie pretensje do nas, że czcimy UPA jak wy czcicie Armię Krajową — dają jedynie dowód własnej niekompetencji i nieznajomości tematu. Takiej symetrii po prostu nie ma.

Ale — i tu Kuśmierczyk poprosił o szczerość po polskiej stronie — nam w tym sporze nie chodzi wyłącznie o historię, a na tym etapie chyba już przede wszystkim nie chodzi o historię. Polsce w tym sporze chodzi przede wszystkim o to, by w końcu wyegzekwować od słabszego sąsiada elementarny szacunek. W tym sensie konflikt o historię przerodził się w konflikt o naturze statusowej — kto jest kim w relacjach bilateralnych. I warto to sobie uczciwie przyznać.

Zełenski świadomie eskaluje — każdy krok pogłębia konflikt

Kuśmierczyk ocenił, że Zełenski świadomie i celowo dąży do zaostrzenia konfliktu z Polską — każdy jego krok eskaluje spór, który sam rozpoczął. Nie można już mówić o przypadku. Komunikat, który Zełenski wysyła, jest jasny: przed Polakami Ukraina ustępować nie będzie. Bo przecież Ukraina jest gościem na szczytach G7, rozmawia z państwami E3 — Francją, Niemcami i Wielką Brytanią. Partnerami do rozmów dla Ukrainy są dziś wielkie mocarstwa. Gdzie w tej układance jest Polska? Ile znaczy dla Ukrainy, która zachłysnęła się własną wielkością?

To budzi w Polsce frustrację — i Kuśmierczyk uznał ją za zrozumiałą. Polacy coraz mniej są w stanie tolerować lekceważenie ze strony państw obiektywnie od Polski słabszych. W sferze gospodarczej i społecznej granice między Polską a bardziej rozwiniętymi państwami się zacierają, maleje liczba kompleksów wobec innych nacji — ale w sferze politycznej nie mieliśmy zbyt wielu wyraźnych dowodów na wzrost polskiego znaczenia. Dlatego tym bardziej drażni, gdy lekceważą nas nawet państwa znacznie obiektywnie słabsze.

Polska jest jednym z największych beneficjentów tej wojny

Kuśmierczyk postawił tezę, która — jak sam zaznaczył — brzmi cynicznie, ale jest brutalną prawdą: Polska jest jednym z największych beneficjentów wojny ukraińsko-rosyjskiej. Rosyjski ekspansjonizm i rosyjska chęć do dominowania w całym regionie są zatrzymane z daleka od polskich granic — bez udziału polskiej krwi po stronie kosztów i przy absurdalnym z historycznego punktu widzenia zaangażowaniu zewnętrznych mocarstw w finansowanie i materiałowe wspieranie powstrzymywania Rosji. Polska zyskała czas na rozbudowę własnej armii i modernizację przemysłu zbrojeniowego. Polska spokojnie się rozwija gospodarczo. Polskiej gospodarce pomógł też zastrzyk migracyjny wywołany wojną. Polskie postsowieckie czołgi nie gniją w magazynach — strzelają do Rosjan, tyle że za pomocą Ukraińców. To jest — według Kuśmierczyka — kolosalny dowód na sukces polskiego państwa i na to, jak potrafiliśmy w odpowiednim momencie szybko reagować.

Tymczasem mamy w Polsce tendencję do umniejszania własnych dokonań, wprost proporcjonalną do ukraińskich tendencji do wyolbrzymiania własnego znaczenia. To Polska wybijała Rosji z rąk kartę kryzysu humanitarnego wywołanego wojną w pierwszych tygodniach konfliktu. To Polska przełamywała kolejne bariery w zakresie dostępnego dla Ukraińców zachodniego sprzętu. To Polska walczyła najostrzej o gospodarcze oddzielenie Rosji od UE i o kolejne pakiety sankcji. Biorąc pod uwagę stan tej wojny kilka lat od jej wybuchu i polskie interesy narodowe — trudno byłoby o lepszy rezultat. Znacznie łatwiej wyobrazić sobie scenariusze dla Polski znacznie gorsze.

Dlatego też — przy całej słusznej frustracji — biorąc pod uwagę to, jak wiele Polska zrobiła dla Ukrainy, ważne jest przypomnienie sobie, że tego nie zrobiliśmy dla Ukraińców. Zrobiliśmy to dla siebie, bo leżało to w naszym interesie narodowym. Na Ukrainę i pomoc dla Ukrainy trzeba patrzeć jak na funkcję polskiej polityki względem Federacji Rosyjskiej i szerszej regionalnej rozgrywki o przyszłość naszego regionu. Nie powinniśmy pozwolić sobie odebrać tej perspektywy.

Polska dyplomacja jest nieporównywalnie dojrzalsza od ukraińskiej

Kuśmierczyk ocenił, że polska dyplomacja — choć można na nią narzekać i choć momentami była naiwna i oparta na hasłach — jest nieporównywalnie bardziej dojrzała niż ukraińska. Polska zdaje sobie sprawę, że jest w takim, a nie innym miejscu na ziemi, że polityka regionalna i dobre relacje z państwami w regionie wzmacniają, a nie rozmywają siłę. Polska ma Grupę Wyszehradzką, Trójmorze, Bukaresztańską Dziewiątkę, format nordycko-bałtycki. Nawet jeżeli któryś z tych formatów czasami przestaje działać, Polska ma wszystkie narzędzia do realizowania polityki regionalnej.Relacje z sąsiadami — poza Niemcami i dziś Ukrainą — są co najmniej poprawne. Tymczasem Ukraina sądzi, że jest w stanie prowadzić politykę zachodnią bez zakorzenienia w dobrych relacjach regionalnych — bez poprawnych relacji z Polską. To bardzo poważny błąd, za który prędzej czy później będzie musiała zapłacić. Ukraińcy zdają się chcieć pominąć lekcję, którą Polska już odrobiła.

Bańka mocarstwowości pryśnie wraz z końcem wojny

Kuśmierczyk postawił tezę, którą uznał za kluczową: ukraińska quasi-mocarstwowa pozycja jest zawieszona całkowicie na logice wojennej. I ta bańka pryśnie tak szybko, jak zakończy się wojna. Dziś Ukraina jest zapraszana na szczyty G7, finansowana przez UE za pomocą potężnej kroplówki finansowej, interesująca dla wszystkich na arenie międzynarodowej — bo trwa wojna. Ale ta war nie może trwać wiecznie. Gdy przestanie trwać, trudno będzie przekonać europejskie społeczeństwa do utrzymania finansowania Ukrainy na dotychczasowym poziomie. A Ukraina będzie desperacko tego finansowania potrzebować.

Odbudowa Ukrainy — portretowana niemal wyłącznie w kategoriach wielkich korzyści — jest w rzeczywistości przede wszystkim kosztem. Dźwignięcie państwa z gruzów wojennych to ogromny koszt, który Ukraina będzie musiała ponosić równolegle do dalszego utrzymywania własnej armii. Ukraina jest najbiedniejszym państwem na kontynencie europejskim — i po tej wojnie z definicji będzie państwem zależnym. Do tego dochodzi absolutnie dramatyczny kryzys demograficzny: złe wskaźniki demograficzne nakładają się na masową migrację wywołaną wojną, a wiele osób, które wyjechały, nie będzie myślało o powrocie.

Kiedy wojenny kurz opadnie, kiedy zmaleje zainteresowanie Ukrainą w sferze międzynarodowej, kiedy wsparcie finansowe przestanie być tak pewne — do Ukrainy w końcu dotrze, że znajduje się w takim, a nie innym miejscu na ziemi. Że ma takich, a nie innych partnerów i sąsiadów. I wtedy przyjdzie jej zapłacić za błędy popełniane właśnie teraz — w tym za lekceważenie Polski.

Polska jest żałośnie łatwa do rozgrywania wewnętrznie

Nie oszczędził jednak Kuśmierczyk i polskiej strony — w jednym konkretnym i ważnym aspekcie. Polska jest żałośnie, wręcz żałośnie łatwa do rozgrywania po linii podziałów wewnętrznych. Robią to wszyscy — Amerykanie, Bruksela, różne europejskie stolice — ale to, że Ukraina w ten sposób gra na podział, w tym wypadku na osi prezydent-premier, jest szczególnie smutne. Dopóki wszystko w Polsce jest wojną polityczną, dopóki partyjne i ideologiczne podziały będą wciskane wszędzie — naprawdę trudno być traktowanym poważnie przez partnerów zewnętrznych.

Zimna głowa i strategiczne myślenie — nie emocjonalna reakcja

Na koniec Kuśmierczyk przestrzegł przed emocjonalną reakcją na kryzys. Zełenski świadomie prowokuje, spór wpisał się w polską politykę wewnętrzną — i to wszystko sprawia, że przynajmniej część opinii publicznej żąda emocjonalnej odpowiedzi. Warto się powstrzymać. Ukraina z punktu widzenia polskiej polityki zagranicznej jest narzędziem realizowania polskiej polityki względem Rosji — i nie tylko Rosji. Polska nie jest zainteresowana ani zwycięstwem Rosji, ani upadkiem Ukrainy jako państwa, ani pozostawieniem Ukrainy w szarej strefie między blokami. Prędzej czy później Ukraina będzie potrzebowała czegoś od Polski — i każda taka okazja będzie momentem, kiedy Polska będzie mogła postawić warunki. Właśnie dlatego warto myśleć o tych relacjach na zimno i strategicznie — a nie reagować na emocjach.


You may also like

Page 1 of 50

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *