Zbigniew Parafianowicz — dziennikarz Wirtualnej Polski i autor książki „Kłopot z Zełenskim” — był gościem programu Świat od Zera w Kanale Zero, gdzie rozmawiał z Arletą Bojke o politycznej drodze Wołodymyra Zełenskiego, złamanej umowie dżentelmeńskiej w sprawie UPA, kryzysie polsko-ukraińskim, paradygmacie giedrojciowskim i o tym, jakim wyzwaniem metody działania ukraińskiego prezydenta są dla polskich elit politycznych.
Zełenski w 2019 — cudak w zielonej bluzie bez wiedzy o sprawach międzynarodowych
Parafianowicz przypomniał, jak Zełenski wyglądał przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w 2019 roku. Przed wyborami odbyło się jego spotkanie z dyplomatami zachodnimi, po którym wszyscy wychodzili wstrząśnięci jego niemalże zerową wiedzą na temat spraw międzynarodowych i świata jako takiego. Parafianowicz przyjaźnił się wtedy z jednym z dyplomatów, który był na tym spotkaniu. Chodziło o to, że sondaże powodowały, iż zwycięstwo Zełenskiego stawało się realne — i dlatego ci dyplomaci się z nim spotkali. Okazało się, że to mit, że jakiś bliżej nieznany aktorzyna, który karierę zrobił w Moskwie, może zostać przywódcą istotnego państwa w Europie Środkowej — a jednak stało się to realne. I okazało się, że wie niewiele. Jego bliski współpracownik Aleksij Daniłow zorganizował mini tournée po Europie, które miało udowodnić, że jednak coś wie o sprawach międzynarodowych — wtedy doszło do spotkania z Macronem przed wyborami. Na tamtym etapie to był jakiś cudak chodzący w zielonej bluzie, który niespecjalnie miał pojęcie, w jakim punkcie historii znalazła się Ukraina. Tak samo oceniał go Putin — aż do momentu wybuchu pełnoskalowej wojny w 2022 roku i wycofania się Rosjan spod Kijowa i spod Charkowa.
Bojke zauważyła, że to porównanie jest uderzające — Zełenski najpierw odegrał aktora w popularnym serialu granym po rosyjsku, uczył się języka ukraińskiego bo jego pierwszym językiem był rosyjski, zarabiał kolosalne pieniądze w Rosji, było mu daleko do nacjonalizmu — a dziś mamy kryzys z Polską właśnie o gloryfikację UPA. To ogromna odległość do pokonania w stosunkowo krótkim czasie. Parafianowicz wyjaśnił, że to absolutnie koniunktura — szukanie prawoskrzydłowego elektoratu, który trzeba zagospodarować. Dezinteresy Zełenskiego dotyczące nacjonalizmu ukraińskiego i UPA jako takiej są oczywistym faktem. Jest politykiem wychowanym w bloku z wielkiej płyty w Krzywym Rogu. O UPA najprawdopodobniej zaczął się dowiadywać w momencie, gdy zaczął się spotykać z polskimi politykami przed wojną — i zaczęli mu oferować ten kompromis dżentelmeński.
To samo dotyczyło Poroszenki, który urodził się w Budziaku, wychował się w Benderach na terenie dzisiejszej separatystycznej republiki i którego fabryki były w Rosji — on sam do bardzo późnego momentu nie miał głębszej wiedzy o mitach założycielskich UPA. Natomiast każdy polityk, który aspiruje do najwyższego stanowiska na Ukrainie, musi się odwołać do mitów założycielskich wywodzących się z galicyjskiego piemontu państwowości ukraińskiej — z zachodniej Ukrainy, która kształtuje idee budujące to państwo. A tym mitem założycielskim jest mit odnoszący się do UPA i jej bohaterów. Każdy polityk, który chce poważnie myśleć o funkcjonowaniu w tej polityce i podlegać reelekcji, musi się z tym liczyć.
Kompromis z Wisły — zbyt dżentelmeński
Parafianowicz wyjaśnił, że przed wojną, podczas nieformalnego spotkania prezydentów Dudy i Zełenskiego w polskiej Wiśle bez udziału mediów, zawarto dżentelmeńską umowę. Zakładała ona, że mordercy Polaków nie będą wyciągani na pierwszy plan i że nie będzie stawiana pieczęć państwowa na zbrodniarzach z UPA. Tyle że — jak ocenił Parafianowicz — ta umowa była zbyt dżentelmeńska. Opierała się na słowie pacana — a słowo pacana jest w dyspozycji pacana, co znaczy, że to on decyduje, czy nadal jest ważne i czy go odwołać.
Parafianowicz wskazał, że prezydent Duda miał już wcześniej negatywne doświadczenie z podobnym modelem — dogadywał się z Poroszenką w sprawie polskich ministrów w ukraińskim rządzie, a Poroszenko zaproponował stanowisko premiera Leszkowi Balcerowiczowi — symbolowi opozycji wobec PiS, mimo że dogadywał się z prezydentem wyniesionym do władzy przez Zjednoczoną Prawicę w 2015-2016 roku. O tym doświadczeniu zapomniano, nie chciano pamiętać. Przyjmowano za dobrą monetę, że war zmusi do nowego standardu we współpracy. Okazało się, że nie. Zełenski nie dotrzymał obietnicy, nie dowiózł porozumienia z Wisły. I sukcesywnie eskalował — nadanie imienia bohaterów UPA samodzielnej jednostce sił specjalnych było kolejną z wielu decyzji funkcjonujących już wcześniej w ukraińskim świecie wojskowo-politycznym. Tuż po pogrzebie Melnyka, który był innym skrzydłem ukraińskich nacjonalistów, bliżej pronazistowskim. Wcześniej — jak zwrócił Parafianowiczowi uwagę jeden ze znajomych — nadano imię Wasyla Kuka jednej z jednostek ukraińskich. Kuk był ostatnim dowódcą UPA, który w dwudziestoleciu odsiadywał wyrok za podkładanie ładunków wybuchowych w Polsce przeciwko władzom II RP, a potem był uwikłany w zbrodniczą działalność UPA i współpracę z III Rzeszą. Granica polskiej wyrozumiałości się skończyła — ten model czekania, ile razy można wejść komuś na głowę, dobiegł końca.
Mit założycielski oparty na ludobójcach — problem strukturalny
Parafianowicz ocenił, że Ukraińcy bardzo często naprawdę nie mają zielonego pojęcia o zbrodni wołyńskiej — to co im się przedstawia, to chwalebne karty historii walki z Rosją. Robią to samo co Rosjanie z II Wojną Światową — wybierają fragmenty historii, które im pasują, i układają je w propagandową narrację sprzedawaną własnemu narodowi. Znalezienie kogoś na ulicach Moskwy, kto wie co wydarzyło się 17 września i co to był Pakt Ribbentrop-Mołotow, jest niezwykle trudne. To jest źródło problemów rosyjskich — nierozliczanie własnych zbrodni powoduje tkwienie w martwym punkcie cywilizacyjnym. Rosjanie nie tylko kwestionują traumatyzowanie sąsiadów — kwestionują też traumatyzowanie siebie. Gułag funkcjonuje w świadomości jako ciekawostka, element kultury mużykowskiej. Po polskiej stronie cmentarza w Katyniu są nazwiska, po rosyjskiej nie ma.
Parafianowicz ocenił, że jeśli ideologia budująca przyszłe państwo ukraińskie ma u podstaw postacie jednoznacznie antypolskie, które dokonywały czystek etnicznych, żeby wyznaczyć granicę nowego państwa pod patronatem III Rzeszy — dla Polski jest to obiektywnie groźne. Decyzje polityczne wynikają ze sfery aksjologicznej, z podbudowy ideologicznej leżącej na dnie procesu politycznego. Jeżeli na dnie tego procesu leży siatka wartości, w której Polska jest czymś złym lub obiektem mordów, mamy problem. I obowiązkiem polskiego państwa jest pacyfikowanie tych tendencji — albo utrzymywanie bardzo ograniczonych stosunków do momentu jakiejś refleksji, albo blokowanie drogi Ukrainy do struktur euroatlantyckich. W Europie nie ma zwyczaju gloryfikowania osób, które dokonały ludobójstwa. Niemcy zostały zmuszone do rozliczenia się z historią — Związek Sowiecki, w skład którego wchodziła Ukraina, nie został, bo był zwycięzcą II Wojny Światowej. Jedyną drogą do wymuszenia korekty mogą być procesy integracyjne — tak jak Polska wstępując do UE i NATO przyjmowała zewnętrzne wymogi i standardy.
Ukraina nie negocjuje z Unią — to Unia negocjuje z Ukrainą
Parafianowicz ocenił, że obserwując żądania Zełenskiego dotyczące integracji europejskiej, ma wrażenie, że to nie on negocjuje z Unią, tylko Unia negocjuje z nim. Zełenski stawia żądania bez żadnych kryteriów kopenhaskich i wymogów dotyczących członkostwa — bo prezydent bohaterskiego państwa uwierzył w mesjanizm swojego narodu i w rolę obrony Europy. Polska nie jest bezsilna — Węgry są przykładem, że nawet relatywnie małe terytorialnie państwo z mocnym mentale historycznym może skutecznie blokować ekspresową ścieżkę integracji Ukrainy. Polska ma prawo weta. Na drodze do UE można wymusić jednoznaczne uznanie ludobójstwa na Wołyniu za ludobójstwo i zakaz jego państwowej gloryfikacji. Parafianowicz przywołał precedens grecki — Grecja wymuisiła na Macedonii zmianę nazwy państwa w ramach procesu akcesyjnego. Podobnie można doprecyzować czym było ludobójstwo na Polakach i zapisać zakaz gloryfikacji tego aktu jednoznacznie w drodze Ukrainy do UE.
Bojke zauważyła trudność: Ukraińcy nie uznają tego za ludobójstwo — mówią, że to były niesnaski sąsiedzkie albo po prostu zdania się różnią co do skali i charakteru. Ambasador Ukrainy Wasyl Bodnar w studiu Kanału Zero nie był w stanie nazwać Szuchewycza zbrodniarzem. Parafianowicz odparł, że dyplomacja zna mechanizmy doprecyzowania terminów — i jeśli Grecja była w stanie wymusić zmianę nazwy państwa, to można wymusić uznanie oczywistego faktu.
Paradygmat Giedroycia się wyczerpał
Parafianowicz omówił szczegółowo polską politykę wobec Ukrainy od 1991 roku. Polska bardzo szybko uznała niepodległość Ukrainy w okolicznościach poczystowskich, gdy nie było wiadomo, w którą stronę pójdzie Rosja na gruzach ZSRR. Potem Kwaśniewski ciągnął za uszy Kuczmę na szczyty NATO mimo afery z kolczugami — sprzedawania sprzętu do Iraku — i mimo sprawy zabójstwa dziennikarza Gongadzego. Polska angażowała się w Pomarańczową Rewolucję i Majdan, konsekwentnie wspierała Ukrainę na etapie negocjowania umowy stowarzyszeniowej, Partnerstwa Wschodniego, wszystkich inicjatyw wychodzących z Warszawy. I mamy 2022 rok.
Model giedrojciowski zakładał, że bez niepodległej Ukrainy nie ma niepodległej Polski. Ten model obowiązywał przez całą historię III RP, a polskie władze w 2022 roku — krytykowane dziś za decyzję o wsparciu — postępowały w nim słusznie. Ale dziś jesteśmy w piątym roku wojny i Ukraina jest zupełnie innym państwem. Ukraina jako państwo niezależne się utrzyma — to jest pewne. Będzie miała najprawdopodobniej armię liczącą prawie milion żołnierzy i będzie najpotężniejszym czynnikiem bezpieczeństwa w tej części świata — nie mówi o gospodarce, bo tam jest fantomowość, ale w wymiarze bezpieczeństwa ta pewność jest.
W tym sensie założenie giedrojciowskie przestało obowiązywać — wiemy, że ta milionowa armia utrzyma państwowość ukraińską. I dlatego możemy sobie pozwolić na komfort odejścia od tego paradygmatu. Wyjście z niego jest warunkiem koniecznym do tego, żeby nie być w pułapce uzależnienia — w której Budanow może mówić, że Ukraina broni Polski i wystawiać za to weksle. Parafianowicz wprost zaapelował publicznie do Budanowa, żeby przestał nas bronić, bo nikt o to nie prosił. Polacy niekoniecznie na taką obronę czekają. Gdyby przez trzy dni przestał realizować tę misję obrony Polski, doszlibyśmy do konkluzji zupełnie nieoczywistych co do pozycji Ukrainy. I doszlibyśmy do wniosku, że ta teza wypowiadana przez Ukraińców o obronie Polski jest po prostu nieprawdziwa.
Nawrocki dokonuje potrzebnego przewartościowania
Parafianowicz ocenił, że prezydent Nawrocki — świadomie lub nie — dokonuje rewizji paradygmatu giedrojciowskiego. Już w kampanii mówił wyraźnie o konieczności przemyślenia paradygmatu podejścia do Ukrainy — na ile nadal Polska ma pełnić rolę państwa, które z definicji ujawnia swój stosunek do Ukrainy, a nie zachowuje nawet minimalnego pola manewru, żeby Ukraińcy musieli się domyślać, jakie decyzje Polska podejmie. Parafianowicz wielokrotnie słyszał na Ukrainie, że Polacy nie muszą być przekonywani ani zabiegani — bo i tak będą popierać Ukrainę, bo sami się boją Rosji. Nawet Budanow odsyłając order powiedział, że Polska by się nie obroniła i że Ukraina broni Polski.
Przewartościowanie i zwarcie jest jedynym rozwiązaniem, żeby powrócić na tory zdroworozsądkowej, transakcyjnej polityki z sąsiadem, który ma już wystarczający potencjał, żeby zaoferować w tej transakcji korzyści również dla Polski — a nie tylko od Polski ciągle pobierać. To zmiana tektoniczna. Jakkolwiek Nawrockiemu przyklepuje się odpowiedzialność za ten kryzys — to nieprawda, bo nie on nadał nazwę tej jednostce. On dolał oliwy do ognia, ale go nie rozniecił. Rozumiejąc, że przez tą eskalację można doprowadzić do przewartościowania modelu, który się wyczerpał.
To przewartościowanie jest też niezbędne dlatego, że żyliśmy w naiwnym przekonaniu, że Ukraina jest taka, jaka nie jest — że wymaga polskiej opieki i niesienia kaganka oświaty. Jeszcze z przed-majdanowych czasów żyliśmy w przekonaniu, że będziemy ich adwokatem na drodze do UE — a Ukraińcy od dawna mówili, że nie potrzebują adwokatów. Nawet Janukowicz układał niezależne relacje z Merkel, niezależnie negocjował, handlował losem Tymoszenko. Bylibyśmy po prostu ogrywani — kiwanoby nas w tej transakcyjności, bo żylibyśmy w fałszywym przekonaniu, że mamy jakieś ponadnormatywne, metafizyczne zobowiązania wobec państwa, które potrafi o swoje interesy dbać bardzo asertywnie. Używając siły zbrojnej. Zakręcając kurek z ropą dla Orbana. Grożąc mu wysłaniem żołnierzy. Odsyłając delegację słowacką, którą wysłał Fico, żeby sprawdzić, czy ropociąg został zbombardowany, czy intencjonalnie zakręcony. Przy takiej asertywności elit ukraińskich i wojskowych — naiwne myślenie giedrojciowskie jest dla polskiego państwa po prostu szkodliwe.
Zełenski — polityk historycznego kalibru
Parafianowicz ocenił, że Zełenski jest politykiem kalibru historycznego w wymiarze światowym — jak Wałęsa, Mandela, Havel. Absolutnie politykiem, który zmienił historię Europy, a może i światowego modelu bezpieczeństwa. Jego stawanie się nie było projektem — działo się spontanicznie, jak u Fausta podpisującego pakt z diabłem. Do momentu w którym mówi chwilo jesteś piękna, trwaj wiecznie — cały czas się stawał. I to samo dotyczy postaci, które przechodzą do historii jako osoby nietuzinkowe.
Polityk z krwi i kości, którego się odbrązawia, najczęściej ma swoje małostkowości, narcyzm, skłonność do miłości własnej. Natomiast u Wałęsy, Mandeli i Zełenskiego odnajduje się pewien zestaw stałych cech — wewnętrzna odwaga i skłonność do ryzyka nawet własnym losem, zdolność do stosowania nagiej siły w sposób bezwzględny — jak odcięcie się od dawnych patronów — i pewna wyobraźnia pozwalająca spojrzeć dalej.
Może Polska jest też takim patronem, od którego Ukraina uznała, że można się odciąć. Już w 2023 roku w ONZ Zełenski mówił o Dudzie, że gra na korzyść Rosji. Już jesienią 2022 Andrzej Duda przestał być dla niego partnerem — był za krótki w relacjach, w których Zełenski już występował w Kongresie, woził flagę z Bachmutu i przemawiał na najwyższych poziomach.
Dwie cechy konstytutywne — bezprecedieł i karaluszość
Parafianowicz wskazał dwie konstytutywne cechy Zełenskiego. Pierwsza to bezprecedieł — gotowość do pójścia na całość, do eskalacji do końca. Zełenski zrozumiał, że naga siła jest metodą w polityce. Pierwsze ojcobójstwo — odcięcie się od swojego patrona Ihora Kołomojskiego zaraz po przejęciu biurka prezydenta — to dowód, że zrozumiał, jaką siłę dają mu telefony do SBU, prokuratury, sądów, do wszystkich, których się ma w telefonie. Juszczenko chodził na kompromisy ze swoimi kumami i kuzynami. Janukowicz był lękliwy — pamiętamy scenę jak dostał jajkiem w Iwano-Frankiwsku, czy jak wieniec na niego spadł. Poroszenko to typ cwaniaka bazarowego, nierokującego na wielki format. Zełenski natomiast, podejmując właściwe decyzje w obliczu osobistego zagrożenia życia i zagrożenia życia rodziny — utrzymał państwowość ukraińską. I ta bezczelność w obejściu z partnerami międzynarodowymi wynika właśnie ze świadomości tego, co przeżył.
Druga cecha to karaluszość — posowiecka zdolność do znoszenia bardzo trudnych sytuacji i przetrwania, wyniesiona z bloku w Krzywym Rogu i z jazdek płackartem do Moskwy na artystyczne zarobki. Ta pierwsza, używając języka marksistowskiego, pierwotna akumulacja kapitału była wynikiem jego pracy i talentu artystycznego — nie ukradł tych pieniędzy, jak większość ukraińskich polityków. Dopiero na pewnym etapie wszedł na rozdzielnik schematów korupcyjnych.
Bojke dodała dwie kolejne cechy. Kameleońskość — nigdy do końca nie wiesz, jaką rolę teraz odegra. Parafianowicz potwierdził, że pytał świadków spotkania w Wiśle, jak Zełenski zachowuje się po alkoholu — czy staje się komikiem, czy tańczy. Z relacji wynika, że ma podejście trochę autystyczne po alkoholu: no co, pijemy, pijemy. Nawet w takich sytuacjach nie zrywa mu się nagle spontan — pozostaje kameleonem. Czwarta cecha to umiejętność wchodzenia w narracje we właściwym momencie i grania na nich — wie jak zagrać pod algorytm. Gdy wybuchła wojna na Bliskim Wschodzie, natychmiast złożył państwom Zatoki ofertę wsparcia dronowego, licząc na handel ropą przez Odessę w przyszłości — i pół świata gadało o tym jako o fakcie, zanim ktokolwiek potwierdził obecność ukraińskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie.
Parafianowicz wspomniał też o kardynalnym błędzie Zełenskiego — w Białym Domu zabrał Trumpowi zdjęcia rannych i zagłodzonych żołnierzy. Doradcy go odradzali, mówili, że to nie zadziała na Trumpa. On zabrał. Finalnie jego państwo straciło poparcie Amerykanów w sposób oczywisty. Ale on wyszedł z tego komunikacyjnie z twarzą — Ukraińcy zjednoczyli się wokół atakowanego prezydenta, tak jak wcześniej zjednoczyli się w lutym 2022.
Jak to się skończy
Parafianowicz jest przekonany, że na przełomy nie ma co liczyć przez dłuższy czas. Ukraińcy budują kanały komunikacji z polską polityką, ale Zełenski zakłada, że Polacy pękną — i każde ustępstwo byłoby odczytane jako zaproszenie do większej agresji. Każda słabość w grze z politykiem posowieckim oznacza zachętę do wchodzenia na głowę. Zasada prosta: mużyk skazał, mużyk zdielał.
Ekshumacje, które już trwają, będą kontynuowane — Zełenski ich nie blokuje, choć są w ilościach homeopatycznych i omijają najgrubsze miejsca ludobójstwa wołyńskiego. Chuta Pieniacka jest najważniejszym miejscem, ale prace poszukiwawcze tam zakończono. Nowych zgód raczej nie będzie — i będą wykorzystywane jako narzędzie przetargowe. Jeżeli Zełenski chce handlować pamięcią o ludobójstwie wołyńskim, Polska powinna handlować przywilejami Ukraińców w Polsce — na przykład kwestią 800 Plus dla diaspory. Celowo użył słowa diaspora, a nie uchodźcy, bo to chyba właściwsze określenie w obecnym momencie.
Co do przyszłości Zełenskiego — jego rola historyczna jest już niezaprzeczalna. Gdyby w lutym 2022 wyjechał z Kijowa, byłby dziś czymś w rodzaju prezydenta Afganistanu, który uciekł przed Talibami. Tego już mu nikt nie odbierze. Ale w prezydenturze powojennej prawdopodobnie roztrwoni ten kapitał — tak jak Wałęsa stał się memem polityki, gotowym do mediacji między Putinem i Zełenskim, choć nikt go o to nie pytał. Zełenski ma chyba trochę większy potencjał. Jeśli zdecyduje się na prezydenturę powojenną, niewykluczone, że będzie to turbo-ukraińska wersja Wałęsy z Wachowskim i szafą Lesiaka — bo tam wszystko jest dziesięciokrotnie mocniejsze. Ale to co zaszło w skali makro w lutym 2022 roku jest już nieodwracalne. Nic tego nie odwróci — ani jakieś afery, ani drobiazgi. Ważne jest to co zaszło w skali makro i ta rola już jest zapisana w historii.
Rozmowę przeprowadziła Arleta Bojke. Program dostępny na kanale Zero na YouTube, liczącym ponad 2,31 miliona subskrybentów. Materiał opublikowany 26 czerwca 2026 roku.