Bartłomiej Radziejewski — publicysta i prezes fundacji Nowa Konfederacja — skomentował podczas czwartkowego live’u kryzys w relacjach polsko-ukraińskich, stawiając tezę, że jego istota tkwi znacznie głębiej niż spór o Order Orła Białego i nazwę jednostki wojskowej — i że w jakichś 90% jest winą Polski.
Zełenski popełnił błąd — ale nie doszłoby do niego, gdybyśmy prowadzili sensowną politykę
Radziejewski przyznał, że Zełenski popełnił błąd nadając jednostce wojskowej nazwę Bohaterów UPA — i że ten błąd zaszkodzi przede wszystkim samej Ukrainie, bo polska klasa polityczna dojrzewa do tego, żeby znacząco schłodzić relacje i uwarunkować dalsze wsparcie dla Ukrainy. Jakbyśmy tego nie oceniali — zaznaczył — tak właśnie jest, i to Ukraina najbardziej odczuje tego skutki.
Ale — i tu Radziejewski postawił centralną tezę swojego komentarza — Zełenski nigdy by tego nie zrobił, gdyby Polska przez lata prowadziła sensowną politykę wobec Ukrainy. Polska ustawiła swoją politykę wobec Ukrainy w oparciu o formułę walczymy o wolność naszą i waszą — dając Ukrainie określone korzyści i oczekując w zamian wdzięczności przejawiającej się w uznaniu polskich aspiracji do przywództwa regionalnego oraz wrażliwości na kwestie pamięci historycznej. To był kardynalny błąd. Do tego doszedł drugi kardynalny błąd — uczynienie Wołynia tematu numer jeden w stosunkach polsko-ukraińskich.
Zełenski jako twardy realista — Polska jako państwo niepoważne
Radziejewski opisał Zełenskiego jako twardego realistę politycznego, który bardzo zimno kalkuluje wartość polityczną różnych aktywów i aktorów. W jego rozumowaniu kwestie historyczno-symboliczne są co najwyżej trzeciorzędne — liczy się realna wartość: zbrojenia, wymiana wojskowa i technologiczna, wsparcie budujące potencjały w konflikcie z Rosją. Zełenski odbył też szereg bojów, które dodały mu pewności siebie — stawiał się Amerykanom, atakował cele w Rosji wbrew ich woli i wychodził z tego cało. Wybronił się z szeregu kryzysów w relacjach ukraińsko-amerykańskich. Jest graczem, który — jak ocenił Radziejewski, zastrzegając, że to nie jest pean na jego cześć — pod względem doświadczenia i trudności przebytych testów przerasta dalece jakiegokolwiek polityka dominującego dziś w Polsce. Zdał zasadniczo wszystkie te testy i jest dziś bogatszy i mocniejszy o to doświadczenie.
Z tej perspektywy Polska — absolutnie kluczowa w pewnych obszarach, które zadecydowały o względnym powodzeniu ukraińskiej obrony — zamiast warunkowo i transakcyjnie rozmawiać, otaczała swoje wsparcie aurą mitycznej wdzięczności i opowieści o polskim przywództwie w baśniowym Międzymorzu. Jednocześnie czyniła Wołyń kwestią pierwszoplanową. Radziejewski ocenił to wprost: takie państwo jest państwem niepoważnym i nie zasługuje na poważne traktowanie. W związku z tym Zełenski potraktował Polskę tak, jak w jego mniemaniu na to zasługuje — gdzieś po drodze przypochlebiając się nacjonalistycznym grupom zrośniętym z UPA i Banderą na Ukrainie, od których w miarę jak sam tracił popularność stawał się bardziej zależny, a które mają pewną nadreprezentację w ukraińskich siłach zbrojnych.
Odebranie orderu było koniecznością
Radziejewski ocenił, że gdy już do obrażenia frajera doszło — bo tak to właśnie nazwał — nie było innego wyjścia jak odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego. Decyzja prezydenta Nawrockiego, jakkolwiek eskalująca i trudna, była koniecznością na tym etapie. Co więcej — paradoksalnie po tej decyzji Ukraińcy będą Polskę bardziej szanować, albo przynajmniej mniej nie szanować.
Skrytykował natomiast tych, którzy przez lata walczyli ze wszelką realpolitiką w podejściu do Ukrainy, a dziś nagle piszą tweety o realnej polityce i udają mądrych w telewizjach. Jego zdaniem powinni przynajmniej na chwilę zamilknąć i dokonać samorefleksji — bo współodpowiadają za tę sytuację. Jeżeli się starannie pracuje na wizerunek państwa niepoważnego, to po jakimś czasie zbiera się ciosy adresowane w stronę państwa niepoważnego.
Skrytykował też całe larum wokół niszczenia przyjaźni polsko-ukraińskiej — przypominając, że w stosunkach międzynarodowych nie ma czegoś takiego jak przyjaźń między państwami, a stosunki polsko-ukraińskie zostały zatrute polskim romantycznym frajerstwem uprawianym konsekwentnie od 2022 roku.
Technologie dronowe — nagłe przejście na błędnie ukierunkowaną transakcyjność
Radziejewski odniósł się do nagłego przejścia na transakcyjność w sprawie technologii dronowych — oceniając je jako kompletnie błędnie ukierunkowane i kolejny dowód, że polska klasa polityczna ciągle się nie połapała, w którym punkcie się znajduje. Polska ma własne, świetne drony — wypracowane przez sektor prywatny, bez zasługi polityków. Po drodze powstała zresztą pewna rządowa firma, na tle której szefostwo Ministerstwa Obrony fotografowało się w czasie, gdy nie produkowała ona żadnych dronów. Polskie drony z sektora prywatnego stoją wysoko. Zatem jakich technologii dronowych Polska potrzebuje od Ukrainy?
Radziejewski wyjaśnił, że nawet ci, którzy są mniej zaawansowani w technologiach dronowych, nie zabiegają dziś przede wszystkim o technologie produkcji, tylko o doświadczenia z pola walki i dane dla sztucznej inteligencji. To jest wartość, a nie sama technika. Tymczasem Polska domaga się akurat technologii dronowej — co jest kolejnym dowodem na dezorientację i błędne ukierunkowanie wysiłku.
Fikcja Międzymorza i brak powagi w oczach Ukraińców
Radziejewski zakwestionował przekonanie polskich polityków o tym, że powstanie Międzymorze z Polską jako liderem — oceniając je jako oparte wyłącznie na tradycyjnym polskim chciejstwie i oderwaniu od rzeczywistości. Nikt w regionie Europy Środkowo-Wschodniej nie marzy o Międzymorzu poza Polską — a tym bardziej nie marzy o polskim przywództwie. Na pewno nie jest tym Ukraina.
Przytoczył przykład z książki Zbigniewa Parafianowicza: w gabinecie szefa ukraińskiego wywiadu na mapach powojennego podziału ziem po ewentualnym pokonaniu Rosji obwód królewiecki był przeznaczony — Niemcom. Nawet nie przyszło ukraińskim strategom do głowy, że mógłby wrócić do Polski. To jest — ocenił Radziejewski — miara powagi, jaką polskie państwo zbudowało w oczach ukraińskich elit. Takich przykładów można mnożyć, a cała bieżąca sytuacja jest najlepszą ich egzemplifikacją.
Dodał, że Ukraińcy coraz częściej w kategoriach realnej polityki wcale nie uważają Polski za silniejszego partnera. Wiedzą, że jesteśmy bogatsi i mniej obici przez historię w ostatnich latach — ale w sensie politycznym i wojskowym nie widzą w nas partnera mającego istotne przewagi, wręcz przeciwnie. To też powinno być asumptem do przemyśleń i wyzbycia się pewnych kompleksów wyższości, które Polska permanentnie wykazuje w swoich prometejsko-romantycznych zapędach względem narodów wschodnich.
Czy z kryzysu może wyniknąć coś pozytywnego?
Radziejewski wyraził ostrożny optymizm — zarazem jednak zastrzegł, że nie widzi podstaw do nadmiernego optymizmu. Gdybyśmy mieli poważną reprezentację polityczną, kryzys byłby asumptem do tego, żeby usiąść i przeprogramować polską politykę wobec Ukrainy — ułożyć ją na podstawie racjonalnych przesłanek strategicznych, a nie bieżących emocji rozemocjonowanej opinii publicznej.
Czas na wycenę polskiej pomocy wojennej jest — co do zasady — za nami, i dziś można uzyskać może kilka procent tego, co w 2022 roku. Niemniej jeśli stosunki polsko-ukraińskie mają być w przyszłości sensownie układane, należy dokonać tej autorefleksji.
Obawia się jednak, że tej poważnej reprezentacji politycznej po prostu nie ma. Jeżeli po czterech latach wojny jesteśmy w tym punkcie, w którym jesteśmy — zarówno jeśli chodzi o własne przygotowania obronne, jak i o samą Ukrainę — to nie mamy po prostu tej poważnej reprezentacji politycznej. Obawia się zatem, że zamiast kierować się azymutem strategicznym, będziemy się kierować bieżącymi emocjami i wzajemnymi obrazami po obu stronach — obrażać się na przemian, bez żadnego trwałego celu.
Komentarz wygłoszony podczas czwartkowego live Q&A, 25 czerwca 2026 roku. Dostępny na kanale Nowej Konfederacji na YouTube, liczącym ponad 54 tysiące subskrybentów.