Giełzak w Lewym Prostym: Nie emocje, tylko racja stanu ma decydować o polityce wobec Ukrainy
Marcin Giełzak nagrał kolejny odcinek serii „Lewy Prosty” w podcaście „Dwie Lewe Ręce” samodzielnie – współprowadzący Jakub Dymek wciąż przebywa na zwolnieniu lekarskim po wypadku, o czym Giełzak poinformował na wstępie, dziękując słuchaczom za przesłane życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Tematem odcinka pozostały relacje polsko-ukraińskie, tym razem analizowane przez pryzmat konieczności „utrzymania dwóch myśli w głowie jednocześnie” – twardego domagania się rozliczenia z ludobójstwem wołyńsko-galicyjskim przy jednoczesnym podtrzymaniu strategicznego wsparcia dla walczącej z Rosją Ukrainy.
Dlaczego trzeba myśleć dwutorowo
Giełzak otworzył program tezą, że można jednocześnie prowadzić wymagający dialog historyczny ze stroną ukraińską, twardo zabiegając o ekshumacje ofiar ludobójstwa, i nie przestawać wspierać Ukrainy w wojnie z Rosją. Podobnie da się popierać integrację Ukrainy z Unią Europejską, broniąc równocześnie polskich interesów narodowych – rolników, firm transportowych – i domagając się, powołując się na precedens chorwacki, zapisania w traktatach akcesyjnych wymogu odcięcia się Ukrainy od formacji kolaborujących z III Rzeszą i odpowiedzialnych za ludobójstwo. Przypomniał, że spory o warunki akcesji były normalnością także przy wstępowaniu Polski do Unii – okresy przejściowe, kwoty, dopłaty bezpośrednie – i będą normalnością przy akcesji Ukrainy, bez blokowania samego procesu.
Odniósł się też do bliskiej współpracy wojskowej z Ukrainą, którą popiera, ale bez ulegania narracjom i manipulacjom drugiej strony. Zakwestionował twierdzenie, jakoby to Ukraińcy „bronili Polski” – zaznaczył, że nie istnieje żaden front polski, z którego Rosjanie ściągaliby dywizje do walki z Ukrainą. W jego ocenie prawdziwym wspólnym interesem jest to, by rosyjska agresja pozostała „zaaresztowana” na Ukrainie i nie rozlała się na kontynent, co nie jest tożsame z tym, że Ukraina broni bezpośrednio Polski i może z tego tytułu wystawiać rachunek. Zakwestionował również twierdzenie o Ukrainie jako „drugiej armii NATO” – zwrócił uwagę, że Ukraina nie należy do NATO, a jej PKB jest porównywalne z województwem mazowieckim, mimo że – jak podkreślił, nawiązując do roli amerykańskiego przemysłu w wygraniu II wojny światowej – potencjał gospodarczy przekłada się bezpośrednio na zdolności militarne. Ukraina, jego zdaniem, polega w dużej mierze na cudzym sprzęcie, technologii i satelitach dostarczanych przez koalicję międzynarodową, w tym Polskę, której wsparcie w pierwszych tygodniach wojny miało charakter przesądzający – co nie umniejsza heroizmu i krwi przelanej przez samych Ukraińców.
Trzecią zasadą dwutorowego myślenia, którą przedstawił Giełzak, jest oddzielenie sporu z administracją Wołodymyra Zełenskiego od stosunku do zwykłych Ukraińców żyjących w Polsce – fryzjerki, kuriera, sąsiadki czy kolegi z pracy, którzy nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje Zełenskiego, Andrija Sybihy czy Kyryła Budanowa. Porównał to do sytuacji w Polsce, gdzie połowa społeczeństwa nie darzy sympatią prezydenta, a połowa premiera, co nie oznacza, że każdy Polak utożsamia się z każdą decyzją władz.
Ukraińcy nie są monolitem
Giełzak przestrzegł przed traktowaniem Ukraińców jako jednorodnej „jaźni kolektywnej” – wskazał, że społeczeństwo ukraińskie jest głęboko podzielone, także wewnątrz wojska. Przywołał przykład pisarza Szczepana Twardocha, który w jednym z wcześniejszych odcinków podcastu opowiedział, że napotkany na froncie kapral otwarcie przyznał się do niechęci wobec Zełenskiego, co wywołało wówczas medialną burzę – a kilka tygodni później podobnie krytyczny tekst opublikował generał Wałerij Załużny i nagle stało się to społecznie akceptowalne. Ukraina, jak ocenił, funkcjonuje dziś jako „demokracja wojenna”, w której głosy dysydenckie – wojskowych, akademików, publicystów – są tłumione, ale represjonowane napięcia w końcu znajdą ujście. Giełzak ocenił, że Zełenski jest niemal pewny przegranej w kolejnych wyborach, dlatego Polska powinna już dziś budować relacje z potencjalną alternatywą polityczną – Petrem Poroszenką, generałem Załużnym i innymi środowiskami – zamiast tego wyalienowywać całą stronę ukraińską.
Odrzucił też wyjaśnianie zachowania Zełenskiego poprzez uogólnienia o rzekomym „genetycznym sowietyzmie” Ukraińców. Jego zdaniem prezydent Ukrainy prowadzi brutalną, ale racjonalną grę polityczną, realizując to, co postrzega jako interes swojego narodu w czasie wojny – nie kieruje się przy tym antypolską obsesją ani nacjonalistycznym fanatyzmem, co – jak zauważył Giełzak – byłoby zresztą niezwykłe u polityka wywodzącego się ze zrusyfikowanej rodziny żydowskiej z Krzywego Rogu, który sam ukrainizował się jako dorosły człowiek. Zadaniem Polski jest zrozumienie tej gry i celów politycznych Zełenskiego, a nie doszukiwanie się w niej emocji, których – zdaniem Giełzaka – tam po prostu nie ma.
Giełzak rozwinął wątek rozróżnienia między realnym doświadczeniem kontaktu z Ukraińcami a obrazem kreowanym w internecie. Podkreślił, że ktokolwiek zna Ukraińców z codziennego życia w Polsce – fryzjerkę, kuriera, sąsiadkę z tego samego bloku, kolegę z biura – nie usłyszy od nich na co dzień, że jedynym tematem rozmowy są Bandera, Szuchewycz, Chmielnicki czy Kłym Sawur. Skontrastował to z obrazem wyłaniającym się z mediów społecznościowych, które nazwał „krzywym zwierciadłem, a nie lustrem” oraz „ścianą publicznej toalety, a nie publiczną agorą” – argumentując, że pokazują one zazwyczaj najgorszy, najbardziej skrajny wycinek prawdy o ludziach, ponieważ treść, jaką tam widzimy, jest kształtowana przez algorytmy, boty oraz działania służb, a nie przez faktyczny rozkład opinii społecznych. Zaapelował o zdystansowanie się do tego, co serwują „media antyspołecznościowe” jako metodę oceniania nastrojów w sąsiednim kraju.
Zaapelował, by relacje polsko-ukraińskie budować nie na modelu „projektu przyjaźni”, opartego na zmiennych emocjach, lecz na „projekcie sojuszu” opartego na interesach – rozbieżnych w kwestiach rolnictwa, transportu czy pamięci historycznej, ale zbieżnych w obliczu egzystencjalnego zagrożenia rosyjskiego, które Ukraińcy już odczuwają, a które – jak zaznaczył – oby Polacy nigdy nie musieli poczuć w podobny sposób.
Incydenty w Polsce a wielka gra dyplomatyczna
Giełzak przyznał, że relacje polsko-ukraińskie są dziś najgorsze od trzydziestu lat, ale zapowiedział, że będzie bronił tezy, iż sytuacja jest lepsza, niż się wydaje. Podkreślił, że tym razem to Polska musi wziąć odpowiedzialność za własne wstydliwe zachowania, wymieniając konkretne incydenty: brutalny atak trzech mężczyzn na obywateli Ukrainy na warszawskiej Białołęce we wrześniu poprzedniego roku, zakończony zarzutami o pobicie na tle narodowościowym; atak z użyciem maczety na dwóch Ukraińców w Przasnyszu w lutym; napaść słowną i fizyczną grupy nastolatków na moście Świętokrzyskim w Warszawie w maju; kabaretową próbę „obywatelskiego przeszukania” prowadzonej przez Ukrainkę firmy zajmującej się legalizacją pobytu w Poznaniu w lipcu; oraz przypadek mężczyzny wyzywającego ukraińskie dzieci w Bielsku-Białej, również w lipcu. Przywołał również kontrprzykład – 37-letniego obywatela Ukrainy, który kopnął 11-letnie polskie dziecko na krakowskim placu zabaw – zaznaczając, że nie zamierza wchodzić w licytację wzajemnych zarzutów.
Skontrastował tę atmosferę wzajemnych oskarżeń z realną grą dyplomatyczną toczącą się w tle: podczas gdy w Polsce dyskutuje się o pojedynczych incydentach ulicznych, Zełenski rozmawia z Emmanuelem Macronem o francuskiej licencji na produkcję rakiet Scalp i pocisków przechwytujących Aster, wspólnej produkcji systemów obrony przeciwlotniczej SAMP/T, wydobyciu metali ziem rzadkich, kontraktach na odbudowę, przejęciu ukraińskiej telefonii komórkowej oraz przekierowaniu środków francuskiej pomocy rozwojowej z Afryki na rzecz Ukrainy i Europy Środkowo-Wschodniej. Wspomniał też o planach stworzenia dziesięciopaństwowej koalicji antybalistycznej. Tymczasem w Polsce, jak zauważył, kandydat na premiera największej partii opozycyjnej Przemysław Czarnek sugeruje wstrzymanie pomocy zbrojeniowej, a publicyści rozważają zamknięcie lotniska w Jasionce jako głównego hubu dostaw broni – podczas gdy Francja proponuje Ukrainie wejście do Europejskiej Wspólnoty Politycznej, a Niemcy status państwa stowarzyszonego z Unią. W efekcie – ocenił Giełzak – Polska ryzykuje, że zostanie obwiniona zarówno za brak akcesji Ukrainy do UE, jak i za niedostateczne dostawy sprzętu, nie odnosząc żadnych korzyści z kontraktów odbudowy, a przy tym zostanie przedstawiona jako naród ksenofobiczny. Ocenił, że krótkoterminowo konflikt polsko-ukraiński jest na rękę Zełenskiemu, Rosji, ale też Niemcom i Francji, które – jego zdaniem – świadomie i cynicznie manewrują Polskę w tę rolę kozła ofiarnego.
Fakty, o których Polska zapomina
W kontrze do pesymistycznego obrazu Giełzak przedstawił serię argumentów mających świadczyć o tym, że sytuacja Polski jest lepsza, niż powszechnie się sądzi. Wskazał, że agresywna Rosja jest dziś związana wojną na Ukrainie, tracąc codziennie ludzi, sprzęt i infrastrukturę, co samo w sobie sparaliżowało jej zdolność do zagrożenia NATO. Do Sojuszu dołączyły Szwecja i Finlandia. Niemcy i Francja zmieniły politykę wobec Rosji, przechodząc od wahania do realnego uzbrajania przeciwników Moskwy – Francja stała się drugim co do wielkości eksporterem broni na świecie, a rywalizacja z Rosją toczy się dziś także na Kaukazie, w Azji Centralnej i Afryce, gdzie – jak zauważył Giełzak – ukraińskie drony, siły Tuaregów z Sahelu i francuski wywiad tworzą wspólny front przeciw rosyjskim wpływom.
Największą część tej pozytywnej bilansu poświęcił relacjom polsko-ukraińskim od 2022 roku, które ocenił jako „wygraną na loterii” migracyjnej. Podkreślił, że w polskich miastach, w przeciwieństwie do wielu krajów zachodnich, nie powstały zamknięte, wyalienowane enklawy imigranckie – co uznał za wspólny sukces obu stron. Wskazał na wysoki wskaźnik zatrudnienia ukraińskich uchodźców wojennych, najwyższy w Europie, oraz na fakt, że 760 tysięcy obywateli Ukrainy pracuje dziś w Polsce legalnie, odprowadzając podatki i składki wspierające polski system emerytalny, a także zakłada firmy w branżach IT, budowlanej i kosmetycznej. Przywołał dane, według których wskaźnik przestępczości wśród Ukraińców w przeliczeniu na dziesięć tysięcy osób jest zbliżony do analogicznego wskaźnika wśród Polaków.
Zwrócił uwagę, że znaczną część migrantów stanowią kobiety, dzieci oraz osoby ze wschodniej Ukrainy, gdzie – jak ocenił – silniejsza rusyfikacja i sowietyzacja historyczna sprzyja łatwiejszej asymilacji z polskim społeczeństwem. Opowiedział osobistą anegdotę z Łodzi, gdzie w prawosławną Wielkanoc widział tłumy Ukraińców zmierzających do cerkwi Świętej Olgi – co skłoniło go do refleksji, że są to potencjalnie przyszli Polacy wyznania prawosławnego i ukraińskiego pochodzenia. Przywołał dane, według których 40 proc. Ukraińców w Polsce deklaruje chęć pozostania na stałe, i ocenił, że Polska powinna rywalizować o tę grupę z Niemcami, Holandią, Danią i Szwecją – oferując darmowe kursy języka polskiego, świadczenie 800+, rygorystyczną ochronę praw pracowniczych na jednym wspólnym rynku pracy dla Polaków i Ukraińców, szybszą ścieżkę do obywatelstwa, uproszczoną nostryfikację dyplomów oraz zatrudnienie ukraińskich pedagogów wyspecjalizowanych w integracji dzieci. Podkreślił szczególną rolę związków zawodowych jako narzędzia ochrony przed dumpingiem socjalnym – zaapelował, by polskie związki aktywnie zabiegały o członkostwo Ukraińców w swoich szeregach, co wzmocniłoby ich reprezentację i uniemożliwiło pracodawcom zatrudnianie Ukraińców na gorszych warunkach niż Polaków. Zaproponował też powołanie odrębnego wydziału w Państwowej Inspekcji Pracy, zajmującego się wyłącznie pilnowaniem, by nie powstawały dwa osobne rynki pracy – polski i ukraiński – z różnymi standardami zatrudnienia. Przywołał też komentarz publicysty Bartosza Rydlińskiego, który zwrócił uwagę, że blisko dwie piąte pracujących w Polsce Ukraińców wciąż zatrudnionych jest na umowach śmieciowych bez prawa do płatnego urlopu czy ubezpieczenia – ocenił, że poprawa tych warunków zapadnie w pamięć ukraińskich pracowników głębiej niż pojedyncze incydenty czy nieprzemyślane wypowiedzi polityków. Zaapelował też o utworzenie Ministerstwa Mieszkalnictwa, by uniknąć rywalizacji Polaków i Ukraińców o mieszkania, oraz o dofinansowanie ochrony zdrowia zamiast plotkowania o rzekomym „wchodzeniu bez kolejki” przez Ukraińców.
Skrytykował przy tym skrajną prawicę, która – jego zdaniem – nie oferuje żadnych realnych rozwiązań problemów mieszkaniowych, zdrowotnych czy pracowniczych, a jedynie wskazuje kozła ofiarnego w postaci ukraińskich migrantów, by uzasadnić brak działania. Docenił jednocześnie względny konsensus polskich partii politycznych w potępianiu incydentów o podłożu etnicznym, uznając nawet ewentualną hipokryzję niektórych polityków w tej kwestii za coś lepszego niż jawne podżeganie do nienawiści.
Racja stanu jako busola
Giełzak przedstawił „rację stanu” jako kluczową zasadę, która powinna kierować polską polityką zamiast reagowania na bieżące emocje i pojedyncze incydenty – co określił mianem „emocjokracji”. Zdefiniował rację stanu, powołując się na nienazwanego z imienia klasyka, jako napięcie między tym, czego wymaga konieczność, a tym, na co pozwala moralność – odróżniając to od cynizmu, który neguje wartości jako takie. Wyjaśnił pozorną niekonsekwencję we własnym stanowisku: mimo że w innych kontekstach opowiada się za ostrożną polityką migracyjną uwzględniającą zdolności integracyjne państwa, w przypadku Ukraińców w 2022 roku racja stanu nakazywała szerokie otwarcie granic – ze względów geopolitycznych i w celu budowy fundamentu sojuszu z narodem ukraińskim. Ocenił, że masowa, oddolna pomoc Polaków dla uchodźców, bez potrzeby tworzenia obozów, była swoistym „czwartym wielkim antyrosyjskim powstaniem”, obok powstań 1830, 1863 i 1905 roku – powstaniem, które, w przeciwieństwie do poprzednich, zakończyło się sukcesem.
Odniósł się też do polityki historycznej, przyznając, że można by oczekiwać od niego dużo ostrzejszej postawy wobec państwa odpowiedzialnego za ludobójstwo – ale i tu, jego zdaniem, racja stanu nakazuje wspieranie Ukrainy nawet bez pełnego rozliczenia z przeszłością. Przyznał wprost, że Zełenski zachowuje się w kwestii historycznej skandalicznie, nazywając go „bazarowym cwaniakiem” handlującym kwestią ekshumacji, i przywołując m.in. jego wypowiedź w ONZ o Polsce granej „w sztuce, której scenarzystą jest Putin”. Zaznaczył jednak, że polityk kierujący się racją stanu nie ma luksusu własnych emocji ani potrzeby posiadania racji w każdym sporze – najważniejsze jest to, że ponad sto ukraińskich brygad wiąże dziś siły rosyjskie, oraz że współpraca wojskowa, w tym wymiana doświadczeń bojowych, może być prowadzona równolegle do sporu historycznego, jeśli tylko podzieli się poszczególne kwestie na osobne „silosy” – historyczny, wojskowy, gospodarczy.
Giełzak ujawnił przy tym osobisty kontekst swojej wypowiedzi – rodzina jego matki padła ofiarą band OUN-UPA podczas ludobójstwa wołyńsko-galicyjskiego, a jego pradziadkowi, Wincentemu Morawskiemu, ukraiński sąsiad miał powiedzieć, że jest już za późno, by wracać do Polski, sugerując rychłą śmierć wszystkich pozostających na miejscu. Zaznaczył, że mimo tego dziedzictwa uważa, iż odpowiedzialność wobec przeszłych pokoleń nie może przesłaniać zobowiązań wobec obecnych i przyszłych Polaków. Ocenił, że sporu o ludobójstwo nie da się rozwiązać ani dziś, ani jutro, a Zełenski nie ustąpi pod presją – zauważył jednak, że jego ostatnie wypowiedzi rocznicowe były już mniej jątrzące. Zaproponował rozłożenie działań na etapy: zakulisowe naciski dyplomatyczne, zaangażowanie Kościołów katolickiego i greckokatolickiego w gesty pojednania jako łatwiejszą dla strony ukraińskiej alternatywę dla gestów politycznych, powołanie komisji do spraw trudnych oraz kontynuację zabiegów o kolejne ekshumacje, które uznał za ważniejsze niż same przeprosiny. Przypomniał też konkretną propozycję dyplomatyczną, jaką strona polska wcześniej przedstawiła Ukrainie – powrót do „ducha umowy z Wisły”, zgodnie z którym Ukraińcy mogliby czcić dowolnych bohaterów narodowych, o ile nie byli oni bezpośrednio odpowiedzialni za mordy na Polakach. Jako przykład kompromisowej postaci wskazywano wówczas Tarasa Bulbę, dowódcę Siczy Poleskiej UPA, a więc formacji UPA, która nie uczestniczyła w rzeziach ludności polskiej. Giełzak zaznaczył, że i ta propozycja ustępstwa wpisywała się w dotychczasową, jak dotąd nieskuteczną, polską politykę szukania kompromisu, na którą strona ukraińska nie odpowiedziała wzajemnością. Podkreślił, że twardsze rozmowy historyczne mogą realnie powieść się dopiero z następną administracją ukraińską, a nie z obecną.
Skrytykował dotychczasową polską politykę jednostronnych ustępstw, przywołując odwołanie rzecznika MSZ Łukasza Jasiny po jego wypowiedzi sugerującej, że Zełenski powinien przeprosić, a także wcześniejszą sprawę wiceministra Pawła Przydacza oskarżonego o wypominanie Ukrainie niewdzięczności. Ocenił, że ta polityka ustępstw dotąd nie przyniosła efektu, bo Zełenskiemu bardziej opłaca się obecnie konfrontacja z Polską niż porozumienie. Zastrzegł jednak, że skutecznym środkiem nacisku nie jest ani blokowanie unijnego wsparcia dla Ukrainy, ani zamknięcie lotniska w Jasionce – takie działania uderzyłyby w samą Polskę, ryzykując powstanie na Ukrainie trwałego mitu o polskim „ciosie w plecy” w kluczowym momencie wojny, porównywalnego z XVII-wiecznym najazdem szwedzkim. Opowiedział się też za przekazaniem Ukrainie samolotów MiG-29 stojących bezużytecznie w polskich hangarach oraz nie wykluczał udziału Polski w proponowanej przez Macrona misji wojskowej, krytykując wcześniejszą pochopną polską deklarację całkowitego wykluczenia wysłania żołnierzy.
W co gra Zełenski
Giełzak przeanalizował motywacje ukraińskiego prezydenta, wskazując, że obecny spór historyczny różni się jakościowo od wcześniejszych napięć – uczczenie pamięci postaci kontrowersyjnej, ale niezwiązanej bezpośrednio z mordami na Polakach, jak Bohdan Chmielnicki, to co innego niż gloryfikacja Romana Szuchewycza, bezpośrednio odpowiedzialnego za ludobójstwo. Ocenił, że upamiętnianie formacji wchodzących w skład Waffen-SS jest w istocie prezentem zarówno dla rosyjskiej propagandy o „denazyfikacji” Ukrainy, jak i dla Niemiec, potwierdzającym międzynarodowy charakter nazizmu. Zwrócił uwagę na brak ukraińskiego odpowiednika polskiej doktryny Giedroycia i Mieroszewskiego – koncepcji budowania trwałych sojuszy z najbliższymi sąsiadami ponad historycznymi podziałami – i określił mianem „przeklętego ukraińskiego maksymalizmu” tendencję do traktowania każdego, kto zgadza się w 97 proc., jako śmiertelnego wroga.
W jego ocenie Zełenski gra kartą antypolską przede wszystkim po to, by zdobyć poparcie w pięciu zachodnioukraińskich obwodach, gdzie ma słabe notowania, legitymizując się jako „dobry ukraiński nacjonalista” przed przegranymi, jak sądzi Giełzak, wyborami. Historia jest tu instrumentem, nie celem samym w sobie – podobnie jak incydenty uliczne w Polsce są już wykorzystywane w antypolskiej narracji przez ministra Andrija Sybihę. Drugim motywem ma być odwrócenie uwagi od skandali korupcyjnych sięgających najwyższych szczebli administracji. Trzecim – potrzeba wskazania winnego za nieuchronny brak członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej: ani oferta niemiecka, ani francuska nie zakłada pełnej akcesji, a referenda we Francji, Irlandii, Holandii czy Hiszpanii najprawdopodobniej odrzuciłyby rozszerzenie. Polska, zdaniem Giełzaka, „zgłosiła się na ochotnika” do roli kraju, który zablokował marzenie Ukraińców zapoczątkowane Euromajdanem, podczas gdy ukraiński oligarchat i elity władzy zostaną wynagrodzone przez Niemcy i Francję w ramach kontraktów gospodarczych.
Przedstawił chronologię eskalacji: spotkanie ukraińsko-niemieckie 14 maja, po którym zaczęły się nawarstwiać incydenty; nieproporcjonalną reakcję ambasadora Wasyla Zwarycza na słowa Jasiny; wezwanie na dywanik polskiego ambasadora w Kijowie w sprawie wypowiedzi Przydacza; sprawę pijanego boksera awanturującego się na lotnisku w Balicach z udziałem osoby bliskiej prezydentowi Ukrainy; wrześniowe antypolskie wystąpienie Zełenskiego w ONZ; oraz bezpośrednie zaangażowanie się ukraińskiego prezydenta w polską kampanię wyborczą po jednej ze stron sceny politycznej, co Giełzak ocenił jako posunięcie absurdalne, alienujące połowę polskiego społeczeństwa niezależnie od tego, kogo faktycznie popierał.
Opisał też szczegółowo licytację między Paryżem a Berlinem o wpływy na Ukrainie – francuskie kontrakty zbrojeniowe, obecność wojskową w Rumunii i Estonii, rakiety zdolne razić cele w głębi Rosji (w przeciwieństwie do niemieckiej odmowy przekazania Taurusów), plan Macrona wysłania żołnierzy, współpracę w Sahelu, kontrastując to z niemiecką kontrpropozycją trzykrotnie wyższej pomocy finansowej i francuskim argumentem stałego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Ostrzegł, że ta sama karta antyukraińska, którą dziś rozgrywają polscy politycy skrajnej prawicy, może po najbliższych wyborach w Niemczech i Francji posłużyć Alice Weidel czy Marine Le Pen jako pretekst do wycofania wsparcia dla Ukrainy – przywołując wcześniejszą wypowiedź Jordana Bardelli sugerującą, że krytyka Ukrainy może być przedstawiana jako postawa „propolska”.
Dwie partie emocji, których trzeba unikać
W zakończeniu Giełzak przestrzegł przed dwiema skrajnościami obecnymi w polskiej debacie: „partią nienawiści do innych”, budującą poparcie na etnicznej niechęci i stereotypach wobec Ukraińców niezależnie od barwy politycznej – wymienił w tym kontekście postaci Grzegorza Brauna i Leszka Millera – oraz „partią nienawiści do samego siebie”, skłonną z góry przyznawać rację każdemu państwu wchodzącemu w spór z Polską, nawet w hipotetycznym starciu z Burkina Faso czy San Marino. Skrytykował też środowiska oferujące „wyprzedzające uzasadnienia ludobójstwa” relatywizujące zbrodnię wołyńsko-galicyjską argumentem o niedoskonałości strony polskiej. Za prawdziwych przyjaciół Ukrainy uznał tych, którzy mówią trudną prawdę – łącznie z krytyką ukraińskiego przemytu zboża czy nieuczciwych praktyk logistycznych korzystnych głównie dla zarejestrowanych w rajach podatkowych agrooligarchów – w przeciwieństwie do „fałszywych przyjaciół” oferujących puste pocieszenie.
Powtórzył przywoływane w poprzednich odcinkach ostrzeżenie przed odpowiadaniem na ukraiński nacjonalizm polskim nacjonalizmem, ponieważ starcie dwóch nacjonalizmów zawsze kończy się wojną, gorącą lub zimną. Zaapelował o przeciwstawienie ukraińskiemu nacjonalizmowi polskiego patriotyzmu – wsparcie dla Ukraińców, gdy bronią swojego kraju, języka i rodzin przed rosyjską agresją, przy jednoczesnym sprzeciwie wobec gloryfikacji symboliki UPA i dywizji SS Galizien oraz budowy pomników Szuchewycza i Bandery – zaznaczając, że taki sprzeciw służy interesom obu narodów, ponieważ Ukraina zwycięska militarnie, ale przeobrażona w nacjonalistyczne, kultywujące zbrodniarzy państwo, byłaby, jego zdaniem, niepokojąco podobna do przeciwnika, z którym dziś walczy.
Zamykając odcinek, Giełzak przypomniał historyczny wzorzec, w którym Polska trzykrotnie płaciła upadkiem państwowości za brak trwałego porozumienia z Ukrainą – za czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów i II Rzeczpospolitej – i zaapelował, by tym razem tego wzorca nie powtórzyć. Podkreślił, że Ukraina broni siebie, nie Polski, ale jej ewentualny upadek oznaczałby, że Polska musiałaby bronić się sama, dlatego lepszą drogą jest budowanie trwałego, sojuszniczego tandemu w Europie Środkowo-Wschodniej niż poleganie na chwilowej niedyspozycji Rosji. Na koniec podziękował słuchaczom za obejrzenie dłuższego niż zwykle odcinka, poinformował o planach przeprowadzki podcastu do nowego studia po wakacjach, pracach nad drugim numerem rocznika Dwóch Lewych Rąk oraz kolejnymi raportami tematycznymi, zachęcając do wsparcia finansowego przedsięwzięcia poprzez stronę dwielewerence.com, podkreślając, że podcast nie korzysta z reklam i utrzymuje się wyłącznie z dobrowolnych wpłat słuchaczy.
Odcinek „Imigracja z Ukrainy i wspieranie Kijowa nadal są w naszym interesie” z cyklu „Lewy Prosty” nagrał samodzielnie Marcin Giełzak. Materiał dostępny jest na kanale Dwie Lewe Ręce na YouTube, liczącym 68,5 tys. subskrybentów. Opublikowany 14 lipca 2026.










