Janusz Korwin-Mikke, przemawiając podczas publicznego zgromadzenia transmitowanego na żywo, odniósł się do różnicy między zbrodnią wołyńską a powojennymi represjami wobec ludności ukraińskiej w Polsce. Polityk ostrzegł jednocześnie, że jednoczesne konfliktowanie się z Ukrainą i Rosją może w przyszłości kosztować Polskę utratę części wschodnich ziem. Zaznaczył przy tym, że „ruską onucą” — czyli posądzanym o prorosyjskie sympatie — nazywano go już przed rosyjską inwazją na Ukrainę, gdy nie było to jeszcze powszechne.
Żyjący pamiętają, zmarli nie mogą
Korwin-Mikke wskazał na to, co określił jako zasadniczą, pomijaną w dyskusji różnicę między Wołyniem a powojennymi represjami wobec Ukraińców w Polsce. Jego zdaniem osoby, którym podczas rewizji niszczono mieszkania i pościel, które przesłuchiwano na policji czy przesiedlano z rodzinnych stron w okolice Głogowa, żyją i pamiętają te doświadczenia. Ofiary Wołynia natomiast nie żyją, dlatego to na żyjących spoczywa obowiązek pamięci o zmarłych. W ocenie polityka to właśnie fakt, że represjonowani Ukraińcy żyją, a ofiary z polskiej strony nie, tłumaczy utrzymującą się niechęć do Polaków.
Odpowiedź na słowa ukraińskiego dyplomaty
Korwin-Mikke nawiązał do wypowiedzi polskiego chargé d’affaires Piotra Łukasiewicza, który miał stwierdzić, że mówiąc o zbrodni wołyńskiej, nie można pomijać win państwa polskiego, bo żaden naród nie jest bez skazy. Polityk odpowiedział, że rozumie taki symetryzm, ale uznaje porównanie obu spraw za nieuprawnione. Przypomniał, że przedwojenne państwo polskie, nie radząc sobie z sympatiami dla UPA, stosowało wobec podejrzanych Ukraińców dokuczliwe rewizje — niszczenie pościeli i mebli. Po wojnie, w reakcji na działalność UPA, przesiedlono Bojków, Łemków i Ukraińców na Ziemie Zachodnie. Korwin-Mikke przyznał, że było to bezprawne, zaznaczył jednak, że przesiedleni otrzymali tam gospodarstwa na ziemi na ogół większej i lepszej niż na Podkarpaciu. W jego ocenie nie było to więc porównywalne z tragedią wołyńską.
Ostrzegał 30 i 50 lat temu
Polityk umieścił obecny konflikt w szerszym, historycznym ciągu wydarzeń — od kozackich powstań (Nalewajko, Chmielnicki, Gonta, Żeleźniak), przez wydarzenia 1918 roku, po Wołyń. Podkreślił, że bardziej niż przeszłość interesuje go przyszłość: już 30 lat temu miał przewidywać, że Ukraina będzie państwem antypolskim, a 50 lat temu, jeszcze w czasach PRL, opowiadał się za niepodległą Ukrainą — antypolską, ale przede wszystkim antyrosyjską. Zastrzegł przy tym, że Polska nie może pozwolić sobie na sytuację, w której za plecami wrogiej Rosji stoi także wroga Ukraina.
Nie pozwalam niepotrzebnie obrażać Rosji
Korwin-Mikke odrzucił zarzuty o prorosyjskie sympatie, przypominając, że oskarżenia o bycie „ruską onucą” padały pod jego adresem już przed inwazją Rosji na Ukrainę, gdy nie były jeszcze powszechne. Zastrzegł jednak, że sprzeciwia się zbędnemu obrażaniu Rosji, argumentując, że na tyłach potencjalnego przeciwnika Polska powinna mieć kogoś skłonnego ostrzec Ukraińców przed konsekwencjami takiej polityki.
„Stracicie Krym, ale weźcie od Polaków Rzeszów i Zamość”
W najmocniejszym fragmencie wystąpienia Korwin-Mikke przywołał utratę przez Polskę Lwowa i Wilna w zamian za przyłączenie Wrocławia i Szczecina, sugerując podobny scenariusz dla Ukrainy: utratę Donbasu i Krymu w zamian za polskie Rzeszów, Tarnów, Chełm i Zamość, przy poparciu Polaków dla takiego rozwiązania jako „braci”. Zaznaczył, że taki scenariusz może się urzeczywistnić, jeśli Polska będzie jednocześnie obrażać zarówno Ukrainę, jak i Rosję.
Wystąpienie wygłosił Janusz Korwin-Mikke. Materiał „Janusz Korwin-Mikke OSTRZEGA: «Stracimy Rzeszów i Zamość!». Prawda o Wołyniu [WIDEO]” opublikował kanał Polityka w Punkt_SHORTS na YouTube, liczący 2,05 tys. subskrybentów. Opublikowany 12 lipca 2026.