Polska ignoruje ukraińskie doświadczenia dronowe, Inspektorat to „śmiech na sali” — Darmoliński na Defence24

Tomasz Darmoliński, prezes Fundacji Żelazny i ekspert ds. systemów bezzałogowych, był gościem Mariusza Marszałkowskiego w programie Defence24.pl, gdzie ocenił skalę technologicznego skoku w rozwoju dronów podczas wojny rosyjsko-ukraińskiej oraz skrytykował sposób, w jaki Polska korzysta – a właściwie nie korzysta – z tych doświadczeń.

Ogromny skok technologiczny w ostatnich 18 miesiącach

Marszałkowski poprosił gościa o ocenę kierunku, w jakim rozwijają się systemy bezzałogowe na wojnie w Ukrainie. Darmoliński, śledzący konflikt od jego początku i regularnie odwiedzający Ukrainę, ocenił, że w ciągu ostatniego półtora roku nastąpił skok technologiczny nieporównywalny z całym wcześniejszym okresem konfliktu, licząc od 2014 roku. Posłużył się porównaniem do podróży kosmicznej: jeśli wcześniej mówiło się o pociągu dużych prędkości, to obecnie „lecimy na Marsa”, podczas gdy część uczestników pozostała na Ziemi, a część na Księżycu.

Za kluczowy czynnik tego przyspieszenia uznał sztuczną inteligencję, która znacząco ułatwia pracę inżynierom i programistom, dostarczając gotowe rozwiązania zamiast konieczności przekopywania się przez dokumentację. Wyjaśnił mechanizm napędzający rozwój: dążenie do większego zasięgu wymusza większe baterie, te z kolei zwiększają masę urządzenia, co wymaga mocniejszych silników i w efekcie większej mocy obliczeniowej procesorów. Wskazał, że obecnym standardem w konflikcie są procesory serii H743, H722 i H330, choć starsze, tańsze klasy procesorów wciąż są w użyciu.

Wielodomenowość pola walki i nowa rola logistyki

Darmoliński podkreślił, że obserwowana dziś robotyzacja pola walki będzie się tylko pogłębiać i stawać coraz bardziej autonomiczna. Zaznaczył, że celowo unika słowa „dron”, ponieważ zjawisko trzeba oglądać szerzej – jako systemy bezzałogowe wpięte w spójny system dowodzenia, co dało polu walki nową jakość. Zastrzegł się wobec popularnego określenia „przezroczystości” pola walki, woląc mówić raczej o jego lepszej obserwowalności i zarządzalności.

Wskazał, że rozwój objął zwłaszcza pojazdy naziemne (UGV, z ukraińskim określeniem NRK), co zmieniło charakter logistyki wojskowej. W strefie śmierci, sięgającej obecnie kilkudziesięciu kilometrów, tradycyjne zaopatrywanie wojsk w sposób znany z armii zmotoryzowanych stało się praktycznie niemożliwe. Odnosząc się do znanych z mediów nagrań z rejonów Pokrowska i Kurachowego, gdzie zaopatrzenie dowożono pickupami na pełnej prędkości, a spalone pojazdy leżały na poboczach, Darmoliński zauważył, że zmieniło się jedynie to, co się pali – dziś zamiast wozów są to spalone bezzałogowce. Opisał powrót do metody zrzutów znanej z II wojny światowej, tyle że realizowanej dziś przez drony, zdolne przenieść ładunek do 150 kilogramów – rekord ten padł podczas ukraińskich zawodów organizowanych przez Ministerstwo Sportu i Rozwoju, w których uczestniczyła też jego fundacja. Wspomniał również o zawodach platform naziemnych na wytrzymałość jazdy po torze z przeszkodami.

Wyścig innowacji: kto wygrywa, Rosja czy Ukraina

Zapytany, która strona konfliktu dziś przoduje w innowacyjności, Darmoliński opisał to jako trwającą od początku wojny grę tarczy i miecza – Ukraina wymyśla rozwiązanie, Rosja szuka odpowiedzi, i odwrotnie. Ocenił, że obecnie obie strony skupiły się na uderzeniach dalekiego zasięgu, co jest tym, co najczęściej trafia do mediów społecznościowych, choć wojna toczy się na wielu poziomach jednocześnie. Opisał zjawisko tzw. żdunów – dronów czekających, wymyślonych przez stronę ukraińską, ale dopracowanych do perfekcji przez Rosję. Wymienił rosyjskie drony dalekiego zasięgu z rodziny Szahed/Geran w licznych wariantach, z silnikami odrzutowymi i turbinowymi, oraz ukraińskie odpowiedniki – Hornety i Meropsy, zaznaczając, że nie są to w pełni oryginalne ukraińskie produkty, lecz platformy wykorzystujące zapożyczone technologie, uzupełnione własnymi rozwiązaniami.

Podkreślił, że kluczową przewagą Ukrainy jest mistrzostwo w adaptacji powszechnie dostępnych na rynku technologii. Odniósł się krytycznie do opinii, jakoby polscy inżynierowie mogli bez trudu odtworzyć te same rozwiązania – jego zdaniem różnicą fundamentalną jest cztery lata bezpośredniego doświadczenia bojowego, którego polscy specjaliści po prostu nie mają, oraz brak zrozumienia, jak faktycznie zaimplementowano te technologie na współczesnym polu walki. Ocenił, że polskim inżynierom, mimo wysokich kompetencji, brakuje przede wszystkim pokory – przekonania, że mimo wiedzy technicznej nie rozumieją w pełni realiów pola walki, jakie zdobyło się tylko poprzez bezpośrednie doświadczenie wojenne. Jako przykład podał konieczność błyskawicznego przezbrojenia własnych kontrolerów lotu na nowe procesory w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, wymuszoną przez rozwój technologiczny.

Jakość obrazu i systemy łączności

Rozmówcy odnieśli się też do skoku jakości w obrazowaniu – od dawnej pikselozy do dzisiejszej rozdzielczości 4K, obecnej nawet w podstawowych bezzałogowcach, wraz z upowszechnieniem termowizji. Darmoliński podkreślił, że ukraińskie rozwiązania w większości nie są wynalezione od zera, lecz dopracowane na bazie istniejących technologii, przy czym unikalne pozostaje doświadczenie bojowe, którego – poza Rosją – nie posiada żaden inny kraj. Zaznaczył, że w innych trwających konfliktach, jak choćby amerykańsko-irańskim, nasycenie technologią bezzałogową jest znacznie mniejsze, a wykorzystywany sprzęt pochodzi z krajów trzecich, jedynie zaadaptowany programowo. Przywołał opinię ukraińskich generałów, według których nawet strona ukraińska ma trudności w starciu z rosyjskim pułkiem Rubikon, na bazie którego budowane są rosyjskie wojska dronowe.

Omówił rozwój systemów łączności dla dronów, wskazując, że Federacja Rosyjska dysponuje pięcioma dedykowanymi systemami, w tym jednym opartym na własnych satelitach – w grudniu Rosja wystrzeliła sześć satelitów rozwiązujących problem radiohoryzontu, co jego zdaniem uszło uwagi wielu obserwatorów. Ukraina rozwija obecnie cztery analogiczne systemy. Zaznaczył, że mimo formalnie open source’owych korzeni tych technologii, w praktyce zostały one na tyle zmodyfikowane, że stanowią zamknięte, w pełni kontrolowane środowiska, co bywa też związane z naruszeniami praw autorskich.

Wskazał na paradoks rosnących kosztów: średnia cena drona FPV wzrosła z 420–450 dolarów na początku konfliktu do 820–850 dolarów obecnie, co tłumaczył rosnącym zaawansowaniem oprogramowania i sprzętu. Omówił też zjawisko wielkopowierzchniowego zagłuszania sygnału GPS, którego doświadczają mieszkańcy północnej Polski – ujawniono, że odpowiada za nie jeden rosyjski satelita, zarządzający jedynie czasem sygnału i zegarem, bez udziału stacji naziemnych.

Krytyka Inspektoratu i decyzji 123

Odnosząc się do polskich działań w tym obszarze, Darmoliński ocenił bardzo krytycznie funkcjonowanie krajowego Inspektoratu, mówiąc wprost, że na dziś to raczej „śmiech na sali” niż realny inspektorat – zastrzegając, że to jego prywatna ocena, dodatkowo potwierdzona jego zdaniem niedawnym zapytaniem ofertowym Ministerstwa Obrony Narodowej dotyczącym dronów przechwytujących. Ocenił, że to zapytanie dotyczy technologii sprzed dwóch–trzech lat, w momencie gdy trwa kolejny, ogromny skok technologiczny w dronach dalekiego zasięgu. Podsumował, że mógłby napisać serię codziennych, merytorycznych wpisów krytykujących to zapytanie bez powtórzeń.

Postawił zasadnicze pytanie o cel polskich zakupów technologii: czy chodzi o gotowy produkt do pokazania na paradzie, czy raczej o dostęp do kodów źródłowych i realnej wiedzy, pozwalającej samodzielnie rozwijać rozwiązania. Wskazał na decyzję 123, wprowadzoną po ubiegłorocznym wrześniowym incydencie z rosyjskimi dronami nad Polską, jako mechanizm umożliwiający wojsku testowanie sprzętu, przy czym podkreślił, że sama decyzja nie musi kończyć się zakupem – to jedynie rekomendacja do dalszych kroków. Przywołał anegdotę o ukraińskich pilotach zaproszonych do testów w Polsce, którzy skomentowali sytuację słowami, że dobrze, iż w Polsce nie ma wojny.

Zwrócił uwagę na opinie żołnierzy, według których Inspektorat w praktyce „zabetonował dronizację” nadmiarem dokumentacji, tak że nawet doświadczeni, kilkunastoletni żołnierze nie spotkali się wcześniej z podobną biurokracją. Krytycznie ocenił też praktykę budowania „niezależnych” polskich rozwiązań, w których pod powierzchnią znajdują się chińskie komponenty, wymuszone przez presję cenową, a jednocześnie zwrócił uwagę na paradoks kosztowy: te same ukraińskie platformy sprzedawane wewnątrz kraju za około 3 tysiące dolarów, na eksport kosztują 6–7 tysięcy – co uznał za zrozumiałe ze względu na dołączone know-how, w przeciwieństwie do analogicznie drogich, lecz mniej doświadczonych rozwiązań polskich producentów.

Czego Polska potrzebuje od Ukrainy

Darmoliński zaapelował o negocjowanie ze stroną ukraińską dostępu do konkretnych zasobów: danych, wytrenowanych modeli, zdjęć oraz materiałów filmowych, które pozwoliłyby polskim zespołom trenować własne systemy sztucznej inteligencji na bazie realnych doświadczeń pola walki, a nie teoretycznych założeń. Ocenił, że to właśnie ten zgromadzony materiał – a nie sam sprzęt – stanowi dziś największą wartość, jaką dysponuje Ukraina, i że wartość ta pozostanie aktualna niezależnie od tego, czy konflikt zostanie ostatecznie wygrany, zamrożony, czy zakończy się w inny sposób. Podkreślił, że materiał ten zniknie z rynku wraz z zakończeniem działań wojennych, więc czas na wynegocjowanie dostępu do niego jest ograniczony.

Zestawił to z dotychczasową formą polskiego wsparcia dla Ukrainy, przypominając, że Polska przekazała stronie ukraińskiej osiem kompletnych brygad sprzętu wojskowego – decyzję, którą określił jako adekwatną do tamtego momentu wojny. Zaznaczył jednak, że dziś potrzeby są zupełnie inne: ciężki sprzęt, który Polska przekazała, został częściowo odbudowany w kraju i – jak to ujął – obecnie „łatana jest dziura” w tym zakresie, natomiast prawdziwym deficytem pozostaje zrozumienie, jak funkcjonuje i ewoluowało współczesne pole walki. Podkreślił przy tym, że drony i inne systemy bezzałogowe pozostaną elementem uzbrojenia na trwałe, w tej czy innej formie, więc zdobycie tej wiedzy ma znaczenie długoterminowe, wykraczające poza bieżący konflikt.

Skala ukraińskiego przemysłu dronowego

Odpowiadając na argument, że Ukraina jako kraj w stanie wojny ma naturalnie większą elastyczność decyzyjną niż Polska w czasie pokoju, Darmoliński podał dane liczbowe: w Ukrainie działa obecnie 520 producentów bezzałogowców, z czego 140 specjalizuje się w dronach naziemnych, a pozostali w dronach FPV, skrzydlatych, komponentach elektronicznych i oprogramowaniu. Zaznaczył, że kluczowym brakiem po polskiej stronie jest nieobecność inżynierów oprogramowania bezpośrednio w jednostkach bojowych zajmujących się bezzałogowcami – w Ukrainie tacy specjaliści zostali po prostu zmobilizowani i pracują na poziomie batalionów.

Ocenił, że największym polskim problemem jest silosowatość podejmowania decyzji, gdzie poszczególne instytucje działają osobno, częściowo dlatego że temat dronizacji stał się obecnie modny. Podał przykład zakupionych przez Polskę czterech tysięcy dronów, które – w przeciwieństwie do ukraińskiej praktyki – zamiast trafić bezpośrednio do walki, czekają na półkach w kasach pancernych na akumulatory i dopełnienie dokumentacji.

Omówił też różnicę w podejściu do szkolenia pilotów dronów FPV: w Ukrainie, mimo teoretycznie minimalnego wymaganego okresu 26 dni szkolenia plus dwóch miesięcy wdrożenia bojowego, presja czasu skróciła realny czas szkolenia do około 20 dni, co – jak zauważył, przywołując wypowiedź rosyjskiego ministra obrony – doprowadziło do obniżenia poziomu przygotowania pilotów po obu stronach frontu, wymuszając z czasem podnoszenie wymagań kompetencyjnych. Podkreślił, że dzisiejsze szkolenie operatora drona wymaga zrozumienia znacznie szerszego kontekstu niż samo operowanie joystickiem – w tym specyfiki pracy przy różnych opóźnieniach transmisji, w zależności od tego, czy sygnał idzie przez retranslator czy Starlink. Zwrócił uwagę na daleko posuniętą specjalizację dronów – do retransmisji, dalekiego uderzenia, wsparcia bliskiego (tzw. bombery), FPV czy żduny – oraz na to, że funkcje niegdyś wymagające stu żołnierzy dziś realizuje czterdziestu, także dzięki sieciom sensorów akustycznych, termicznych i pól elektromagnetycznych rozstawianych przez drony.

Marszałkowski, broniąc częściowo polskich decydentów odpowiedzialnych za zamówienia, zwrócił uwagę na argument często pojawiający się w takich dyskusjach: Ukraina jako kraj w stanie wojny działa w zupełnie innym rytmie decyzyjnym i z większą elastycznością. Przywołał przykład stu producentów bezzałogowców, z których siedemdziesięciu odpada w toku działań zbrojnych, bo ich produkt nie sprawdza się w boju, a zostaje trzydziestu najlepszych, budujących swoją pozycję. Zestawił to z sytuacją Polski jako kraju czasu pokoju, gdzie nie wszystko da się przetestować swobodnie – nie można prowadzić strzelań z powodu suszy, ryzyka pożaru lasu czy tras przelotów samolotów cywilnych – i zapytał, jak w takich warunkach skutecznie rozwijać krajowy przemysł bezzałogowy.

Widmo przepełnienia pasm częstotliwości

Zapytany o pozytywne kroki i rekomendacje dla Wojska Polskiego, Darmoliński wskazał na nadchodzący w ciągu półtora do dwóch lat problem przepełnienia dostępnych fizycznie pasm częstotliwości radiowych, co – jego zdaniem, zgodnie z ocenami strony ukraińskiej, amerykańskiej i kanadyjskiej – wymusi kolejny skok technologiczny w komunikacji radiowej, analogicznie do wcześniejszego przejścia na łączność światłowodową, technologię pierwotnie ukraińską, później efektywniej wdrożoną przez Rosję dzięki większym środkom finansowym. Wspomniał o pojawieniu się dronów Mołnia wykorzystujących łączność światłowodową połączoną ze sztuczną inteligencją działającą bez udziału człowieka w pętli decyzyjnej, co czyni je trudniej wykrywalnymi.

Ocenił, że polska armia w dużej mierze zamknęła się na zewnętrzny rozwój technologiczny, podczas gdy realny postęp w tej dziedzinie odbywa się poza wojskiem – głównie w Ukrainie i Rosji, skąd promieniuje na Izrael i Bliski Wschód. Zasugerował, że konieczne może być otwarcie się na zewnętrzne kompetencje, wskazując nawet na możliwy powrót poboru jako sposób pozyskania do wojska osób o innym sposobie myślenia technologicznego – zastrzegając, że to decyzja politycznie bardzo niepopularna.

Jako przykład skutecznej reorganizacji zarządzania przywołał zmiany po stronie rosyjskiej, gdzie za technologię odpowiada dedykowany resort, a decyzyjność w dużej mierze scedowano na dowódców poziomu pułku Rubikon. Po stronie ukraińskiej wskazał na rozproszenie przemysłu i stworzenie platformy Brave1 Market, umożliwiającej żołnierzom ocenianie i wybór sprzętu na wzór sklepu z aplikacjami – z katalogiem obejmującym 147–151 typów dronów naziemnych i około 150–170 typów latających.

Polskie firmy na rynku ukraińskim

Marszałkowski zapytał o potencjał polskich firm działających na rynku ukraińskim. Darmoliński wskazał, że zna pięć takich podmiotów radzących sobie dobrze, mimo trudnego rynku, dodatkowo skomplikowanego przez niedawne napięcia w relacjach polsko-ukraińskich. Opisał anegdotyczne spotkanie na punkcie kontrolnym daleko na wschodzie Ukrainy, gdzie ukraiński policjant, kontrolując go ze względu na polskie tablice rejestracyjne, zapytał żartobliwie o polskiego prezydenta.

Podkreślił, że polskie firmy przespały moment, gdy ukraiński rynek rzeczywiście czekał na zagraniczne rozwiązania – co miało miejsce już od 2014 roku, a nie dopiero od 2022. Ocenił wejście na ten rynek jako wymagające przede wszystkim odwagi i zrozumienia wschodniej kultury biznesowej, przy świadomości wysokiego ryzyka związanego z działaniem w kraju objętym wojną. Zwrócił uwagę na niekorzystną dla Polski sytuację braku podpisanych niektórych umów międzypaństwowych dotyczących dronów, jakimi dysponują np. Wielka Brytania, Francja, Litwa czy Łotwa, co daje tym krajom przewagę konkurencyjną.

Jako główne ryzyko biznesowe wskazał możliwość przechwycenia i inżynierii wstecznej technologii przez stronę rosyjską, jeśli sprzęt trafi na pole walki i zostanie tam utracony – co wymusza stałą modyfikację rozwiązań. Podał orientacyjny wskaźnik inwestycji w badania i rozwój w Ukrainie na poziomie 30–40 procent dochodu i zysku generowanego przez daną technologię. Zaznaczył, że zanim jakiekolwiek rozwiązanie trafi do faktycznej weryfikacji bojowej, przechodzi długą, często bolesną drogę testów – w tym rozwiązania sprawdzające się w warunkach testowych, na przykład w Szwajcarii, które zawodziły po przewiezieniu na poligony środkowej Ukrainy ze względu na całkowicie odmienne uwarunkowania pola walki. Ocenił, że największym problemem polskich firm próbujących wejść na ten rynek jest brak jakiejkolwiek osłony ze strony własnego państwa w razie niepowodzenia przedsięwzięcia.

Testy wojskowe: firmy dostarczają, wojsko nie wie, czego chce

Odnosząc się do wyników polskich testów sprzętu bezzałogowego w ramach decyzji 123, Darmoliński przywołał dane, według których w ubiegłym roku przetestowano kilkadziesiąt typów urządzeń, z czego zakupiono seryjnie jedynie trzy lub cztery – mimo że firmy realizowały testy na własny koszt. Postawił otwarte pytanie, czy problemem jest niezdolność firm do dostarczenia dobrego produktu, czy raczej brak jasności po stronie wojska co do tego, czego faktycznie potrzebuje. Ocenił, na podstawie własnych obserwacji z bliska, że produkty były w większości dostarczane prawidłowo, natomiast to końcowy użytkownik – wojsko – nie do końca wiedział, czego oczekuje, co uznał za najbardziej bolesny wniosek z całego procesu.

Miny, artyleria i czołgi: postęp obejmuje całe pole walki

Marszałkowski przypomniał wcześniejszą praktykę wykorzystywania dronów do wykrywania min – nagrzewały się one w ciągu słonecznego dnia, co pozwalało lokalizować je nocą za pomocą kamer termowizyjnych, gdy pozostawały cieplejsze od otoczenia. Darmoliński potwierdził, że metoda ta nadal funkcjonuje, zastrzegając jednocześnie, że zmieniła się też technologia produkcji samych min. Podkreślił, że postęp technologiczny nie ogranicza się wyłącznie do dronów – objął również artylerię oraz wojska pancerne, zmieniając sposób wykorzystania czołgów na współczesnym polu walki, choć – jak zaznaczył – ten rodzaj uzbrojenia mimo to nie zniknął z użycia. Marszałkowski dodał, że pojawiły się już pierwsze próby wyposażania rosyjskich czołgów w aktywne systemy obrony przeciwko dronom FPV, na co Darmoliński odpowiedział krótko, że rozwiązanie tego problemu wciąż jest poszukiwane.


Rozmowę przeprowadził Mariusz Marszałkowski. Materiał „Polska nie czerpie doświadczeń z Ukrainy. ‚Śmiech na sali, nie Inspektorat'” dostępny jest na kanale Defence24 na YouTube, liczącym 160 tys. subskrybentów. Opublikowany 3 sierpnia 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *