Prof. Adam Wielomski rozmawiał z Jerzym Karwelisem w „Komentarzu Politologicznym” na swoim kanale, oceniając sugestię Władimira Putina o możliwym przyłączeniu zachodniej Ukrainy do Polski, Węgier i Słowacji, wyjaśniając historyczne i geopolityczne motywacje stojące za tego typu propozycjami oraz przedstawiając, dlaczego uważa objęcie kresów wschodnich za scenariusz katastrofalny dla Polski. Rozmowa dotyczyła też losu polskiej mniejszości na Ukrainie, Litwie i Białorusi oraz krytycznej oceny polskiej polityki wschodniej ostatnich dekad.
Propozycja Putina i ryzyko prawne dyskusji o niej
Karwelis rozpoczął od przypomnienia, że Władimir Putin zasugerował, iż zachodnia Ukraina powinna przynależeć częściowo do Polski, Węgier lub Słowacji, co wywołało w Polsce dwie reakcje: oficjalną, natychmiast odrzucającą taką możliwość, oraz podskórną, w której część opinii publicznej zaczęła rozważać ją jako okazję do odzyskania dawnych kresów. Wielomski od razu zaznaczył, że jawne poparcie takiej idei mogłoby w Polsce skutkować zarzutem z artykułu 117 Kodeksu Karnego, dotyczącego nawoływania do wojny napastniczej w postaci rozbioru Ukrainy — co Karwelis skomentował żartobliwie, zapowiadając „z ostrożności przedprocesowej”, że żaden z rozmówców takiej idei nie popiera.
Dlaczego Stalin i komuniści nie chcieli Lwowa
Wielomski przypomniał, że wyznaczając powojenne granice Polski, Józef Stalin nie upierał się przy przynależności ziem wokół Lwowa do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej tak mocno, jak przy Wilnie i ziemiach włączonych do Litewskiej i Białoruskiej Republiki Radzieckiej. Wyjaśnił to dwoma czynnikami: linia Curzona, będąca podstawą powojennej granicy wschodniej, nie została formalnie wytyczona na odcinku ukraińskim jeszcze od czasów Kongresu Wersalskiego, a ponadto Stalin doskonale zdawał sobie sprawę, że okolice Lwowa stanowiły bastion banderyzmu i UPA — Armia Czerwona zwalczała tam partyzantkę ukraińską aż do połowy lat 50., a kilkadziesiąt tysięcy Ukraińców zostało wysiedlonych na Syberię, by odciąć oddziały UPA od zaplecza wśród ludności wiejskiej. Wielomski podkreślił, że również ówczesne władze Polski Ludowej nie chciały przejąć tych ziem, świadome ich problematycznego charakteru, tuż po doświadczeniach rzezi wołyńskiej sprzed zaledwie dwóch lat.
Współczesna logika Rosji: Ukraina okrążona z trzech stron
Wielomski ocenił, że współczesna Rosja dostrzegła to samo zjawisko po rozpadzie ZSRR w 1991 roku — centrum ideologii banderowskiej znajdowało się właśnie w regionie lwowskim i stamtąd promieniowało na resztę Ukrainy, co skłoniło Rosjan do chęci pozbycia się tego obszaru. Wskazał na drugi, strategiczny motyw: gdyby Rosja przejęła tzw. Noworosję na wschodzie i południu, a jednocześnie Polska wchłonęła dawną Galicję, Węgry Zakarpacie, a Rumunia część Bukowiny, pomniejszona dramatycznie Ukraina zostałaby okrążona ze wszystkich stron i zmuszona do faktycznej wasalizacji wobec Moskwy. Wielomski zaznaczył, że nie jest to pierwsza tego typu sugestia Putina — podobne wątki pojawiały się już w jego rozmowie z Tuckerem Carlsonem na początku wojny, a wcześniej w prowokacji rosyjskich prankersów, którzy podszywając się pod ukraińskich polityków, nagrali rozmowę z Andrzejem Dudą, zadając mu pytania o polskość Lwowa — do momentu, w którym prezydent zorientował się, że nie rozmawia z tym, za kogo się rozmówcy podawali.
Karwelis zacytował dokładną wypowiedź Putina z 26 lipca, wygłoszoną do marynarzy w Sankt Petersburgu z okazji Dnia Marynarki Wojennej Rosji: Putin miał powiedzieć, że jest przekonany, iż prędzej czy później Ukraina utraci swoje zachodnie terytoria, należące niegdyś do Polski, Węgier i Rumunii, choć nie sprecyzował, na czyją rzecz miałoby to nastąpić. Karwelis ocenił, że wzburzenie w Polsce wynikało bardziej z aluzyjnego charakteru wypowiedzi niż z jej dosłownej treści, oceniając grę Putina jako trzypoziomową: podejrzewanie Polaków o imperialne zapędy wobec dawnej Rzeczypospolitej, przypisywanie Polsce roli imperialisty wobec zachodniego „kordonu sanitarnego”, a jednocześnie sygnalizowanie Ukraińcom, Białorusinom i Litwinom, że bliskość z Rosją może być dla nich korzystniejsza niż sojusz z Polską.
Sentyment kresowy bez politycznego znaczenia
Karwelis podzielił się osobistymi wspomnieniami: jako mieszkaniec Wrocławia był świadkiem autobusów pełnych starszych, urodzonych tam Niemców płaczących na każdym zakręcie, a także opowiedział o wizycie potomka dawnych niemieckich właścicieli jego poniemieckiej willi, która zakończyła się wspólną, wzruszającą kolacją. Zapytał Wielomskiego, czy podobne resentymenty kresowe wobec Lwowa mają jakiekolwiek realne znaczenie polityczne.
Wielomski odpowiedział, że jedynym polskim politykiem grającym niegdyś na tej nucie był Artur Zawisza, lecz to odległa przeszłość. Ocenił, że w Polsce nie ma dziś realnego kierunku politycznego opartego na rewizji granic wschodnich, z tego samego powodu, dla którego zanikają niemieckie ziomkostwa — pokolenie faktycznie urodzone na tamtych terenach albo już nie żyje, albo jest bardzo w podeszłym wieku, a młodsze pokolenia pogodziły się z obecnym stanem rzeczy, traktując Lwów czy Wilno jako cel wycieczki, nie powrotu.
Dlaczego przyłączenie Lwowa byłoby katastrofą dla Polski
Przechodząc do argumentacji politycznej, Wielomski podkreślił, że otwarte kwestionowanie granic na wschodzie automatycznie otworzyłoby również kwestię granic zachodnich, uznanych przez świat za rodzaj barteru za utracone kresy — Karwelis dodał, że Polska rzeczywiście skorzystała na tej wymianie, wskazując na lepiej rozwiniętą infrastrukturę ziem zachodnich, co widać choćby po gęstości sieci kolejowej z czasów zaboru pruskiego.
Wielomski przedstawił zestaw danych, które przygotował na potrzeby programu. Na terenach kresowych sprzed 1939 roku, dziś należących do Ukrainy, mieszka formalnie około 7 milionów osób, z czego – uwzględniając ubytek wojenny – realnie pozostaje tam około 6 milionów. Z tej liczby jedynie 25–30 tysięcy to Polacy, ponieważ większość została wcześniej wywieziona przez Stalina, wymordowana przez UPA podczas rzezi wołyńskiej (Wielomski oszacował liczbę ofiar na 100–200 tysięcy) lub repatriowana po wojnie. Oznaczałoby to konieczność nadania polskiego obywatelstwa około 6 milionom osób narodowości ukraińskiej, w dużej mierze nacjonalistycznie nastawionych. Dodał, że region ten jest najuboższą częścią Ukrainy, z PKB na mieszkańca na poziomie zaledwie około 10 procent polskiej średniej, pozbawioną przemysłu i surowców.
Karwelis dopowiedział, że przyłączenie takiej zwartej, licznej grupy uczyniłoby ją języczkiem uwagi zdolnym przechylić wynik wyborów w polskim systemie dwupartyjnym — 6 milionów mieszkańców plus obecni imigranci dałoby łącznie około 8 milionów Ukraińców, czyli co piątego mieszkańca Polski, z partią mniejszości ukraińskiej zdolną zdobyć nawet 15 procent głosów. Wielomski dodał wymiar bezpieczeństwa: w przeciwieństwie do rozproszonych po kraju imigrantów, zwarcie zamieszkująca własne terytorium ludność stanowiłaby, jego zdaniem, potencjalną „strefę Gazy” z ryzykiem powstań i terroryzmu, a do tego wymagałaby dziesięcioleci finansowego dotowania przez polskiego podatnika, analogicznie do transferów zachodnich Niemiec na rzecz landów wschodnich. Odniósł się też krytycznie do teoretycznego pomysłu przesiedlenia tamtejszej ludności na Ukrainę, określając to jako niemożliwe do przeprowadzenia we współczesnym, w pełni sfilmowanym świecie bez wywołania międzynarodowego skandalu.
Co Polska powinna była zrobić dla Polaków na Ukrainie
Wielomski zastrzegł, że choć sprzeciwia się terytorialnym roszczeniom, nie oznacza to braku zainteresowania losem Polaków faktycznie mieszkających na Ukrainie. Wskazał, że większa liczba etnicznych Polaków – szacowana na 150–200 tysięcy, w tym posiadaczy Karty Polaka – mieszka nie na dawnych kresach, lecz w obwodach chmielnickim i żytomierskim, gdzie nie dotarła rzeź wołyńska i gdzie ludność nie podlegała powojennej repatriacji.
Ocenił, że polska strona powinna była od początku wojny wynegocjować z Kijowem zwolnienie posiadaczy Karty Polaka z przymusowej służby wojskowej – tak jak uczyniły to Węgry w odniesieniu do etnicznych Węgrów, co stało się jednym z głównych punktów sporu między rządem Viktora Orbána a władzami w Kijowie. Wielomski ocenił, że Polska dysponowała silniejszymi narzędziami nacisku niż Węgry – możliwością zamknięcia lotniska Rzeszów-Jasionka i przejść granicznych – ale z tego nie skorzystała. Przywołał niepotwierdzone doniesienia internetowe o rzekomo szczególnie nasilonej działalności ukraińskich poborowych „łapaczy” w rejonach zamieszkanych przez Polaków oraz wcześniejsze relacje o kierowaniu przedstawicieli mniejszości narodowych, w tym Węgrów, na pierwszą linię walk w rejonie Bachmutu.
Karwelis dodał, że Orbán od razu w rozmowach z Kijowem podnosił także kwestie szkolnictwa mniejszości i nauczania historii, podczas gdy Polska koncentrowała się raczej na tym, jak relacje polsko-ukraińskie są przedstawiane w ukraińskich podręcznikach. Wielomski wyjaśnił różnicę w skuteczności działań węgierskich zwartym osiedleniem ludności węgierskiej wzdłuż granicy z Węgrami na Zakarpaciu, co ułatwiało żądanie autonomii terytorialnej – w przeciwieństwie do rozproszonej ludności polskiej, dla której taki postulat byłby trudny do sformułowania.
Polacy na Litwie i osobista historia rodziny Karwelisa
Karwelis rozszerzył temat na relacje z Litwą, przywołując opinię, że Polska powinna uzależniać inne aspekty relacji z sąsiadami od gwarancji dobrego traktowania tamtejszej Polonii. Podzielił się osobistą historią rodziny: jego ojciec został aresztowany w 1948 roku i zesłany na Sybir, po powrocie w 1955 roku zdecydował się osiedlić w PRL zamiast w sowieckiej wówczas Litwie, podczas gdy reszta rodziny pozostała na Wileńszczyźnie. Opisał, jak podczas wycieczki do Wilna z własnymi dziećmi zauważył, że równoległa grupa prowadzona przez litewskiego przewodnika opowiadała zupełnie inną historię tych samych zabytków niż jego ciotka, polska przewodniczka – a rodzina prosiła go wprost, by nigdy publicznie nie sugerował, że Wileńszczyzna to „ziemia do powrotu”, ponieważ pogorszyłoby to jedynie ich sytuację. Ocenił, że Polska w praktyce zapomniała o tej mniejszości, a polskie MSZ i Senat nie wykazują w tej sprawie żadnej dalekowzroczności.
Wielomski zgodził się, wskazując na paradoks: Polska na własny koszt zapewnia ochronę przestrzeni powietrznej Litwy, nieposiadającej własnego lotnictwa, jednocześnie tolerując, jego zdaniem, złe traktowanie tamtejszych Polaków. Wyjaśnił to zjawisko tendencją prześladowanych mniejszości do wzajemnej solidarności – polska mniejszość na Litwie współpracuje z mniejszością rosyjską, co polskie MSZ od lat stara się rozerwać, oczekując od Polaków na Litwie poparcia dla litewskiego nacjonalizmu skierowanego przeciw Rosji.
Sprawa Sikorskiego i wypowiedzi Putina z 2008 roku
Karwelis przypomniał epizod z 2008 roku, gdy Radosław Sikorski zrelacjonował rozmowę Władimira Putina z Donaldem Tuskiem w Moskwie, podczas której Putin miał określić Ukrainę jako sztuczny twór, a Lwów jako polskie miasto, sugerując możliwość wspólnego „rozwiązania problemu”. Sprawa ujawniła się dopiero po sześciu latach, co sugerowało brak natychmiastowej reakcji Tuska, a Sikorski później się z niej wycofał, tłumacząc to zawodną pamięcią i błędnym powiązaniem luźnych, aluzyjnych wypowiedzi Putina z różnych okazji. Karwelis ocenił, że mimo tej niejasności polska klasa polityczna zgodnie zadeklarowała, że nigdy nie przyjęłaby takiej propozycji – choć, jego zdaniem, wynikało to bardziej z kalkulacji międzynarodowych niż z zasad.
Krytyka polskiej polityki wschodniej
Wielomski przedstawił szerszą krytykę polskiej polityki wschodniej, oceniając, że polska klasa polityczna wspiera państwa postsowieckie – Ukrainę, Litwę, Łotwę, Estonię, a chętnie także Białoruś, gdyby ta była antyrosyjska – kierując się przekonaniem, że popieranie tamtejszych nacjonalizmów przeciw Rosji leży w polskim interesie. Zwrócił uwagę, że każdy nacjonalizm tego typu z natury jest skierowany przeciw wszystkim „obcym”, w tym również wobec Polaków, a jednocześnie Polska musi mierzyć się z brutalnym faktem, że strefa postsowiecka pozostaje w orbicie wpływów Rosji, czego ceną – jak pokazuje przykład Gruzji, która utraciła Osetię Południową i Abchazję – bywa utrata terytorium. Ocenił, że realnymi beneficjentami tej polityki są zachodnie, głównie amerykańskie korporacje, wykupujące majątek państwowy na obszarze postsowieckim po symbolicznych cenach – co w Polsce bywa przedstawiane jako sukces demokratyzacji, analogicznie do procesów prywatyzacyjnych w Polsce lat 90.
Wielomski określił polskie elity polityczne mianem „postkolonialnych”, żyjących ze świadomością bycia zachodnim neokolonium — co, jak dodał sarkastycznie, stanowi dla nich największą radość, jaką mogły w życiu doświadczyć.
Karwelis rozwinął tę myśl własnym określeniem: nazwał całą polską politykę wschodnią „franczyzą amerykańskiej demokratyzacji świata”, zauważając, że Stany Zjednoczone stosują dokładnie ten sam schemat wobec świata islamskiego — gdzie, jego słowami, sytuacja jest już beznadziejna — a wobec Słowian powtarza się to samo. Opisał ten mechanizm barwnie: najpierw wchodzi się z demokracją przeciwko autorytaryzmowi, autorytaryzm wygrywa na ulicach, po czym „płaczemy, malujemy kredkami na chodnikach, że jesteśmy za”, a ostatecznie przyjeżdża Amerykanin i mimo wszystko robi interesy z dyktatorem.
Karwelis rozwinął ten wątek na przykładzie Białorusi, oceniając polską politykę wobec tego kraju jako przykład „szaleństwa” – wysłanie Polonii białoruskiej do walki z reżimem Alaksandra Łukaszenki na polecenie amerykańskie, podczas gdy administracja Donalda Trumpa ostatecznie porozumiała się z Łukaszenką bezpośrednio, uzyskując m.in. zwolnienie Andrzeja Poczobuta, mimo że Polska wcześniej odrzuciła propozycję bezpośredniego dialogu ze strony Mińska. Wielomski określił rządzącą w Polsce elitę mianem „infantylno-agenturalnej”, oceniając ją jako niezdolną do prowadzenia poważnej polityki zagranicznej i podsumowując epizod anegdotą porównującą działania Łukaszenki, który ominął pośredników i zwrócił się bezpośrednio do Waszyngtonu, do sceny ze starego skeczu Benny’ego Hilla o omijaniu pośredników w interesach.
Wielomski wyjaśnił też, dlaczego świadomie dobiera to konkretne określenie zamiast wprost nazywać polityków agentami: gdyby ktoś pozwał go za pomówienie o współpracę z obcym wywiadem, mógłby się bronić, tłumacząc, że miał na myśli wyłącznie „tę część infantylną” swojego określenia. Karwelis skwitował to uwagą, że określenie „infantylno-agenturalna” podoba mu się właśnie dlatego, że jeśli ktoś przyłapałby polityków na byciu agentami, ci i tak udawaliby dzieci.
Podsumowanie: „zgniłe jajko”, którego nikt nie chce
Na zakończenie Karwelis podsumował rozmowę stwierdzeniem, że obaj rozmówcy obronili się zarówno przed prokuratorem, jak i przed zdrowym rozsądkiem, nie namawiając Polaków do przyjęcia propozycji Putina objęcia kresów wschodnich – oceniając cały pomysł nie tyle jako „kukułcze jajo”, ile „zgniłe jajo”, o które nikt już naprawdę nie zabiega, mimo że mieszkańcy tych terenów wciąż dzielnie walczą o niepodległość na froncie wojny ukraińsko-rosyjskiej.
Rozmowę przeprowadził Jerzy Karwelis. Materiał „Gdy Putin oferuje Polsce Lwów… Ocena polskiej polityki wschodniej – prof. Adam Wielomski” dostępny jest na kanale Prof. Adam Wielomski. Naukowo o polityce na YouTube, liczącym 56,9 tys. subskrybentów, w ramach cyklu „Komentarz Politologiczny”. Opublikowany 3 sierpnia 2026.