Rakiety spadające na Kijów czy Lwów są wymierzone w cały Zachód – Bartkiewicz w „Rzecz w tym”

Artur Bartkiewicz, szef wydawców strony głównej „Rzeczpospolitej” i autor komentarza „Władimir Putin przypomniał nam, że to nasza wojna”, był gościem Marzeny Tabor-Olszewskiej w podcaście „Rzecz w tym”. Rozmowa dotyczyła nocnego naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjską rakietę manewrującą podczas masowego ataku na zachodnią Ukrainę, niedociągnięć w systemie ostrzegania ludności, reakcji polskich polityków, decyzji o przekazaniu Ukrainie pocisków do zestawów Patriot oraz rosyjskiej wojny informacyjnej mającej na celu skłócenie Polaków z Ukraińcami.

358 środków napadu powietrznego i rakieta, która zboczyła nad Polskę

Bartkiewicz opisał skalę nocnego ataku — 358 środków napadu powietrznego uderzyło w Ukrainę, w tym w rejon Lwowa, blisko polskiej granicy. Wyjaśnił, że nie da się jednoznacznie ustalić, czy naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej było celowym działaniem Rosji, czy przypadkiem — zaznaczył jednak, że nie jest to odosobniony incydent, przywołując wcześniejsze, trzykrotne naruszenia przestrzeni powietrznej Rumunii przez rosyjskie drony atakujące obwód odeski, gdzie dochodziło nawet do ich zestrzeliwania przez dyżurne pary F-16.

Na podstawie dostępnych danych — prędkości bliskiej tysiąca kilometrów na godzinę i lotu na niskim pułapie — ocenił, że obiekt, który wleciał nad Polskę, to najprawdopodobniej pocisk manewrujący typu Ch-101, kierowany rosyjskim systemem nawigacyjnym GLONASS. Wyjaśnił, że tego typu rakiety, w odróżnieniu od pocisków balistycznych, bywają mniej niezawodne niż zachodnie odpowiedniki i mogą zbaczać z kursu — czy to wskutek awarii, czy w wyniku ukraińskich środków walki radioelektronicznej. Wskazał, że najprawdopodobniejszym celem ataku były obiekty w obwodzie wołyńskim — poligony szkoleniowe wykorzystywane m.in. przez zagranicznych ochotników walczących po stronie Ukrainy, a także magazyny broni celowo lokowane na bezpieczniejszym zachodzie kraju, blisko logistycznego hubu w Rzeszowie.

Zwrócił uwagę, że pocisk Ch-101 ma zasięg przekraczający 3000 km, więc teoretycznie mógł lecieć znacznie dalej — fakt, że spadł po przebyciu około 100 km nad polskim terytorium, sugeruje, że był wymierzony w cel blisko granicy, choć nie wykluczył też możliwości świadomej rosyjskiej prowokacji mającej sprawdzić reakcję polskiego państwa i skuteczność procedur bezpieczeństwa.

Nieprzypadkowy termin: po spotkaniach Zełenskiego z Trumpem i Tuskiem

Bartkiewicz podkreślił, że atak nastąpił bezpośrednio po serii istotnych spotkań dyplomatycznych — wizycie Wołodymyra Zełenskiego w Stanach Zjednoczonych, podczas której uzyskał od Donalda Trumpa zapewnienie o przyznaniu Ukrainie licencji na produkcję rakiet Patriot (kluczowego, deficytowego środka obrony przed pociskami balistycznymi i hipersonicznymi), a także po spotkaniu Zełenskiego z Donaldem Tuskiem w Lublinie, dotyczącym m.in. współpracy przy produkcji tych samych pocisków. Ocenił, że tak dobrany moment ataku stanowi sygnał od Kremla, iż Rosja lekceważy te ustalenia i zamierza kontynuować wojnę na własnych warunkach, demonstrując wciąż znaczący potencjał ofensywny.

Przewidział, że Rosja będzie kontynuować intensywne działania wojenne co najmniej do zimy, uderzając w ukraińską infrastrukturę energetyczną, której zdolności regeneracyjne są coraz bardziej ograniczone przez kumulujące się zniszczenia. Wskazał też na sygnały przygotowań do nowej fali mobilizacji, mającej objąć nawet pół miliona żołnierzy, co mogłoby oznaczać kolejną próbę ofensywy nakierowaną na zajęcie pozostałej, silnie ufortyfikowanej części obwodu donieckiego — Bartkiewicz ocenił to jako obszar o kluczowym znaczeniu strategicznym, ponieważ jego utrata zmusiłaby Ukrainę do budowy nowej linii obrony na mniej korzystnym, stepowym terenie.

Chaos informacyjny i brak alertu RCB

Odnosząc się do reakcji polskiego systemu ostrzegania, Bartkiewicz ocenił ją krytycznie. Zaznaczył, że sam sygnał syreny, uruchomiony tuż przed godziną czwartą nad ranem, wymaga specjalistycznej wiedzy do prawidłowej interpretacji, której obywatele w warunkach pokoju zwyczajnie nie posiadają — mimo wcześniejszych testów syren i poradników bezpieczeństwa. Skrytykował brak wysłania alertu RCB do mieszkańców województwa lubelskiego, informującego o rodzaju zagrożenia i zalecanym zachowaniu, a także brak zapowiadanych w poradnikach bezpieczeństwa komunikatów radiowych i telewizyjnych. Efektem był chaos informacyjny — mieszkańcy dzwonili na numer 112 i do redakcji mediów, próbując ustalić, co się dzieje. Ocenił, że najprostszym usprawnieniem systemu byłoby sprawniejsze wykorzystywanie alertów RCB, skoro używa się ich rutynowo do ostrzeżeń pogodowych — nawet kosztem ewentualnego późniejszego odwołania fałszywego alarmu.

Zgodna reakcja prezydenta i premiera, populistyczne zarzuty opozycji

Bartkiewicz pozytywnie ocenił współpracę między Pałacem Prezydenckim a Kancelarią Premiera — obie strony niezwłocznie poinformowały o wzajemnym kontakcie i koordynacji działań, powtarzając wzorzec współpracy znany z incydentu z dronami w nocy z 9 na 10 września poprzedniego roku. Podkreślił, że w obliczu realnego zagrożenia bezpieczeństwa — rakieta bojowa z głowicą spadła zaledwie dwa kilometry od zabudowań — oba ośrodki władzy odłożyły na bok bieżące spory polityczne, co ocenił jako ważny, pozytywny sygnał dla obywateli.

Skrytykował natomiast reakcję części opozycji, w tym PiS i Konfederacji, za wpisanie sytuacji w bieżący spór polityczny. Zarzut, że pocisk nie został strącony mimo sześciu minut obecności w polskiej przestrzeni powietrznej, określił jako populistyczny — przypomniał, że za rządów PiS analogiczny pocisk przeleciał znacznie dłuższy dystans i spadł pod Bydgoszczą, gdzie odnaleziono go dopiero po kilku miesiącach. Wyjaśnił, że Polska, nie będąc w stanie wojny, nie utrzymuje szczelnego systemu obrony powietrznej strącającego każdy obiekt na niebie — podobną praktykę selektywnego reagowania na zagrożenia stosuje nawet broniąca się Ukraina, gdy pocisk nie zagraża ważnym celom. Zaznaczył, że gdyby rakieta zagrażała lotnisku w Rzeszowie-Jasionce czy Warszawie, zostałaby strącona przy użyciu dostępnych tam baterii Patriot. Przyznał jednak, że zarzuty dotyczące niedoskonałości systemu alarmowania są zasadne, choć skrytykował moment ich publicznego formułowania — jeszcze w trakcie wyjaśniania okoliczności zdarzenia, zamiast po ustaleniu faktów.

Przekazanie pocisków Patriot to nie hojność, lecz obrona Polski

W centralnej części rozmowy Bartkiewicz rozwinął tezę ze swojego komentarza, że przekazanie Ukrainie kilku (najprawdopodobniej pięciu) pocisków PAC-3 do zestawów Patriot nie było aktem rozbrojenia Polski, lecz elementem jej obrony. Wyjaśnił, że decyzja zapadła w koordynacji z innymi państwami NATO, na wniosek sekretarza generalnego Sojuszu i za zgodą Stanów Zjednoczonych — nie była samodzielną, nieskoordynowaną decyzją Warszawy.

Podkreślił kluczowy argument: pociski leżące w magazynach nie chronią nieba nad Polską, ponieważ kraj dysponuje obecnie jedynie dwiema bateriami Patriot — jedną osłaniającą Warszawę i tamtejsze ośrodki decyzyjne, drugą w okolicach Rzeszowa, chroniącą hub logistyczny w Jasionce (wspieraną dodatkowo przez holenderskie baterie Patriot). W miejscu, gdzie spadła rakieta Ch-101 nad województwem lubelskim, żaden taki zestaw nie był rozmieszczony — przekazane pociski nie miałyby więc tam żadnego praktycznego zastosowania obronnego. Zaznaczył też, że krótki czas przebywania takich pocisków w polskiej przestrzeni powietrznej — w przeciwieństwie do sytuacji nad Ukrainą, gdzie rakiety wymierzone są w konkretne cele i pozostają w zasięgu obserwacji znacznie dłużej — praktycznie uniemożliwia ich skuteczne zwalczanie w tak krótkim czasie decyzyjnym.

Ocenił, że skoro polski Sztab Generalny uznał, iż w danym momencie te konkretne pociski nie są efektywnie wykorzystywane do obrony Polski, a mogą pomóc Ukrainie odeprzeć jeden lub dwa ataki balistyczne, ich przekazanie było zgodne z ich przeznaczeniem — obroną przed rosyjskimi rakietami, niezależnie od tego, gdzie akurat spadają. Podkreślił, że wojna Rosji z Ukrainą jest w istocie wojną z całą cywilizacją zachodnią, toczącą się na razie poza granicami NATO i Unii Europejskiej — każde wzmocnienie Ukrainy, pozwalające jej przetrwać bez utraty całego Donbasu i zmuszające Rosję do negocjacji z pozycji niepełnego sukcesu, bezpośrednio zwiększa bezpieczeństwo Polski.

Konsekwencje ewentualnego porzucenia Ukrainy

Bartkiewicz przestrzegł przed politycznymi konsekwencjami wycofania wsparcia dla Ukrainy z powodu napięć wokół polityki historycznej. Zwrócił uwagę, że Polska była w awangardzie wspierania Ukrainy w najtrudniejszym okresie 2022–2023 roku, a wycofanie się z tego wsparcia właśnie teraz, gdy Rosja nie osiągnęła swoich celów wojennych, byłoby niezrozumiałe dla zachodnich sojuszników i groziłoby izolacją Polski, w tym pogorszeniem relacji ze Stanami Zjednoczonymi, na których wsparciu polska prawica opiera swoje nadzieje bezpieczeństwa.

Ostrzegł też przed strategicznymi konsekwencjami ewentualnej porażki Ukrainy — Polska znalazłaby się wówczas w sytuacji długiej granicy z terytoriami kontrolowanymi bezpośrednio lub pośrednio przez Rosję: satelicką Białorusią na wschodzie, rosyjską enklawą obwodu królewieckiego na północy i potencjalnie zrusyfikowaną Ukrainą — sytuacji przypominającej granicę z ZSRR sprzed II wojny światowej.

Kreml wzmacnia, ale nie tworzy napięć polsko-ukraińskich

Odpowiadając na pytanie o rosyjską wojnę informacyjną wymierzoną w relacje polsko-ukraińskie, Bartkiewicz zaznaczył, że Kreml nie jest autorem decyzji Zełenskiego w sprawie nazwania jednostki wojskowej imieniem UPA ani ukraińskiego stosunku do historii tej formacji — są to autentyczne emocje funkcjonujące na Ukrainie, stanowiące realny i długotrwały problem w relacjach z Polską. Podkreślił, że Polska nie może zaakceptować kultu UPA ani rewizjonistycznej interpretacji Wołynia jako „wyrównywania rachunków krzywd”, ponieważ doszło tam do ludobójstwa dokonanego na polskiej ludności, a walka z tym kultem jest konieczna analogicznie do walki z ideologią nazistowską czy komunistyczną.

Zaznaczył jednak, że obecnie ukraiński nacjonalizm, nawet jeśli wrogi wobec Polski, ma poważniejszego przeciwnika w postaci rosyjskiego imperializmu, z którym aktywnie walczy — ocenił, że rozwiązanie problemu kultu UPA własnymi siłami w przyszłości będzie znacznie lepszym scenariuszem niż hipotetyczna sytuacja, w której zrobiliby to Rosjanie, zastępując ukraiński nacjonalizm rosyjskim imperializmem.

Opisał mechanizm rosyjskiego wzmacniania istniejących napięć — poprzez amplifikację w przestrzeni internetowej autentycznych, kontrowersyjnych sygnałów (jak noszenie przez część ukraińskich żołnierzy symboliki nawiązującej do Waffen-SS) oraz tworzenie fałszywych narracji i fake newsów wpisujących się w te napięcia. Przywołał dane z badania dla „Polityki” (Opinia24), według których 36 proc. Polaków przyznaje, że ich stosunek do Ukraińców pogorszył się w trakcie wojny — zjawisko odwrotne do oczekiwanego, biorąc pod uwagę, że Ukraina jest ofiarą agresji. Zwrócił uwagę, że większość Polaków sprzeciwia się też dziś szybkiej akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej, mimo że przez lata polscy politycy przedstawiali przesunięcie granicy cywilizacji zachodniej na wschód jako korzystne dla bezpieczeństwa Polski.

Ocenił, że skłócenie Polaków z Ukraińcami — do punktu, w którym Ukraina byłaby postrzegana jako większe zagrożenie niż Rosja — stanowi wymarzony scenariusz dla Władimira Putina, tym bardziej że obecna wojna najprawdopodobniej zakończy się nie kapitulacją Ukrainy, lecz jakąś formą zamrożenia konfliktu, który powróci za kilka lat. Przestrzegł, że jeśli w momencie powrotu tego konfliktu Polska nie będzie już gotowa bezwarunkowo wspierać Ukrainy z powodu nagromadzonych żalów historycznych, znajdzie się w znacznie gorszej sytuacji strategicznej niż obecna — mając za sąsiada nie Ukrainę kultywującą kontrowersyjną historię UPA, lecz imperialną Rosję, która w przeciwieństwie do niepodległej od 30 lat Ukrainy regularnie napada na sąsiadów od 2008 roku.


Rozmowę przeprowadziła Marzena Tabor-Olszewska. Materiał „Rakiety spadające na Kijów czy Lwów są wymierzone w cały Zachód” dostępny na kanale „Rzeczpospolita” na YouTube, liczącym 109 tys. subskrybentów, w ramach cyklu podcastów „Rzecz w tym”. Opublikowany 30 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *