„Rosja chce, żeby jak najmniej państw zareagowało” — dr Aleksander Olech o strategii Kremla

Dr Aleksander Olech, szef współpracy międzynarodowej Defence24, wykładowca na Baltic Defence College w Estonii i współpracownik NATO, był gościem Doroty Roman w wideopodcaście Gazety Wyborczej „Przysposobienie Obronne”. Rozmowa dotyczyła roli Stanów Zjednoczonych w wojnie na Ukrainie, polityki Donalda Trumpa wobec negocjacji pokojowych, przyczyn nieobecności Polski przy kluczowych rozmowach o przyszłości regionu oraz strategicznego znaczenia sojuszu z krajami bałtyckimi i nordyckimi.

Czy pełne wsparcie USA od początku zmieniłoby przebieg wojny

Olech ocenił, że gdyby wszyscy sojusznicy Ukrainy udzielili jej pomocy na poziomie porównywalnym z tym, co Polska zaoferowała na samym początku wojny, Ukraina nie miałaby dziś żadnych problemów z obroną. Stany Zjednoczone określił jako partnera trudnego do jednoznacznej oceny — z jednej strony dostarczającego kluczowe zdolności satelitarne i wywiadowcze, z drugiej działającego jako „hamulcowy”, ograniczający niektóre rodzaje ukraińskich ataków, podobnie jak wcześniej robiła to administracja Joe Bidena. Ocenił, że gdyby od początku konfliktu Ukraina otrzymała pełną, adekwatną pomoc, dziś rozmawialibyśmy nie o zasięgu rosyjskich rakiet balistycznych docierających w głąb Polski, lecz o tym, czy Rosja wciąż znajduje się w rejonie Donbasu czy już za nim.

Olech podkreślił, że Zachód jako całość „zaspał” wobec zagrożenia rosyjskiego, mimo że NATO analizowało różne scenariusze, w tym możliwość rosyjskiej inwazji, jeszcze na wiele miesięcy przed pełnoskalowym atakiem. Zaznaczył, że obecnie amerykańskie wsparcie dla Ukrainy sprowadza się głównie do dwóch elementów — zdolności satelitarnych umożliwiających monitorowanie ruchów wojsk oraz danych wywiadowczych, których Europa, w tym Francja, nie jest w stanie w pełni zastąpić. Podkreślił też rolę Stanów Zjednoczonych jako niezastąpionego pośrednika w negocjacjach pokojowych — nawet Turcja, mimo silnej pozycji prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana, nie zdołała przejąć tej roli.

Trump między dwoma konfliktami

Olech zwrócił uwagę na paradoks obecnej polityki amerykańskiej — mimo toczących się rozmów pokojowych i wcześniejszego wstrzymania ostrzału podczas wizyty w Moskwie, Rosja przeprowadziła w ostatnich dniach największy ostrzał Ukrainy od blisko pięciu lat, obejmujący ponad tysiąc obiektów, w tym uderzenia blisko granic z Polską i Białorusią. Ocenił, że amerykańska presja ogranicza się niemal wyłącznie do Ukrainy, a nie do Rosji, co stawia administrację Trumpa przed dylematem — albo zwiększyć realne wsparcie dla Kijowa, by wymusić na Moskwie usiądzenie do rozmów z pozycji siły, albo pozostawić Ukrainę osłabioną, co może skutkować kolejnymi stratami terytorialnymi lub pociskami spadającymi jeszcze bliżej Polski i krajów bałtyckich.

Zaznaczył, że Trump jednocześnie mierzy się z konfliktem Iran–USA, co ogranicza jego zdolność do jednoczesnego zaangażowania w oba kryzysy pod względem uzbrojenia, danych wywiadowczych i wsparcia sojuszników. Olech opisał reaktywny, sytuacyjny sposób podejmowania decyzji przez prezydenta USA — gdy napływają informacje o rosyjskich postępach, pada sugestia, że Zełenski powinien ustąpić; gdy Ukraina skutecznie się broni, Trump mówi, że Ukraina musi atakować i odpowiadać. Ocenił, że dlatego właśnie okres jesienno-zimowy jest kluczowy — Rosja intensyfikuje ataki, by osłabić Ukrainę przed nadchodzącą zimą i zwiększyć presję na rozpoczęcie rozmów z pozycji siły.

Nierealne obietnice: systemy Patriot dla Ukrainy

Odnosząc się do wypowiedzianej w Ankarze obietnicy dotyczącej dostarczenia Ukrainie systemów Patriot, Olech ocenił ten pomysł jako nierealny, wręcz „głupi”, w obecnej formie — certyfikacja i budowa zdolności produkcyjnych takich systemów to proces trwający lata, a nawet w samej Polsce zajęłoby to kilkanaście lat uzyskiwania niezbędnych zgód. Zwrócił uwagę, że Rosja doskonale zdaje sobie sprawę z realnego czasu potrzebnego na tego rodzaju dostawy — gdy słyszy o systemach Patriot czy myśliwcach, takich jak francuskie Rafale czy szwedzkie Gripeny, wie, że to kwestia dwóch, trzech, a nawet pięciu lat, i nie odczuwa realnego zagrożenia. Zupełnie inaczej byłoby, gdyby padła zapowiedź przekazania dronów, systemów wczesnego ostrzegania czy rakiet dalekiego zasięgu — tego rodzaju zdolności rzeczywiście wywołałyby niepokój na Kremlu, ponieważ realnie zmieniłyby zdolność Ukrainy do rażenia celów w głębi Rosji. To skłania Kreml do kalkulacji zakończenia konfliktu w horyzoncie około pięciu lat — momencie, w którym takie zaawansowane systemy mogłyby faktycznie trafić do Ukrainy.

Zamrożony konflikt i los Donbasu

Odpowiadając na pytanie, czy wojna może przekształcić się w scenariusz podobny do podzielonej Korei, Olech zaznaczył zasadniczą różnicę — Korea Północna jest odcięta od świata, podczas gdy Rosja utrzymuje powiązania handlowe i transportowe przez Kirgistan, Tadżykistan, Kazachstan czy Armenię, a na forum G20 wciąż uczestniczą rosyjscy przedstawiciele. Jako konkretny przykład powrotu Rosji na międzynarodowe salony wskazał zapowiedziany udział rosyjskiego ministra energetyki w najbliższym poniedziałkowym spotkaniu grupy roboczej G20 — Dorota Roman zauważyła przy tym, że Europa może na to reagować jedynie wyrażaniem oburzenia, przywołując przykład austriackiego Raiffeisen Bank, który mimo sankcji nadal skutecznie działał w Moskwie, a także rolę rosyjskiej „Floty Cieni” w omijaniu ograniczeń handlowych. Olech przyznał, że unijna jedność kończy się w momencie, gdy obywatele muszą zapłacić rachunek za prąd — Unia Europejska wciąż pozostaje jednym z głównych odbiorców rosyjskiego LNG.

Ocenił, że Rosja nie odpuści roszczeń do Krymu i Donbasu, a Ukraina, świadoma ograniczonej trwałości zachodniego wsparcia militarnego, mogłaby zaakceptować oddanie tych terenów w zamian za realne zakończenie konfliktu, gdyby taka oferta padła już dziś.

Zamrożone rosyjskie aktywa: ograniczone szanse na odmrożenie

Olech ocenił, że nie ma szans na odmrożenie pełnej kwoty zamrożonych rosyjskich aktywów w Europie — proces blokuje między innymi Belgia, a decyzja wymaga zgody wszystkich krajów unijnych. Ocenił, że realistycznym scenariuszem jest jedynie przejęcie ograniczonej części majątku konkretnych osób, rzędu 5–10 procent, podobnie jak wcześniej konfiskowano jachty czy posiadłości należące do rosyjskich oligarchów.

Zmęczenie społeczne konfliktem

Olech zwrócił uwagę na narastające zmęczenie tematem wojny w polskim społeczeństwie — przywołał przykład własnej siostry jako osoby, która, pytana dziś o sytuację na Ukrainie, miałaby trudność z aktualną oceną wydarzeń. Podzielił się też osobistym doświadczeniem nauczyciela — ucząc dzieci, w tym ukraińskie, przebywające w Polsce już piąty rok, zauważa, że i one stopniowo „zapominają” o toczącym się konflikcie. Ocenił, że podobne zjawisko obserwuje się w Stanach Zjednoczonych, gdzie uwaga opinii publicznej i samej administracji Trumpa przesunęła się ostatnio bardziej w stronę Iranu, a nawet Białorusi, niż samej Ukrainy.

Dlaczego Polski nie ma przy stole rozmów

Olech przyznał, że Polska rzeczywiście nie uczestniczy dziś w kluczowych rozmowach dotyczących przyszłości Ukrainy i Europy, mimo że włoscy przedstawiciele mieli niedawno interweniować u Zełenskiego w tej sprawie. Wyjaśnił, że oficjalnym powodem podawanym przez Berlin, Paryż i Londyn jest niechęć Polski do udziału w tak zwanej koalicji chętnych, gotowej wysłać wojska na Ukrainę po zakończeniu wojny. Zaznaczył jednak, że sam nie wyobraża sobie takiej misji, ponieważ artykuł 5 traktatu NATO nie miałby zastosowania w przypadku ataku Rosji na żołnierzy NATO znajdujących się na terytorium Ukrainy, a tacy żołnierze byliby pierwszym celem.

Ocenił, że prawdziwym problemem jest niewystarczający nacisk ze strony Polski oraz osłabione relacje dyplomatyczne z Kijowem — to Ukraina powinna zabiegać o obecność Polski przy stole rozmów, biorąc pod uwagę, że polskie terytorium jest kluczowe dla całego łańcucha transportowego uzbrojenia i wsparcia na rzecz Ukrainy, a Stany Zjednoczone prowadzą swoje operacje bezpośrednio z Polski. Wskazał również na brak koordynacji między polskim prezydentem a premierem jako czynnik osłabiający pozycję negocjacyjną Polski — Emmanuel Macron rozmawia z Donaldem Tuskiem, a administracja amerykańska raczej z Karolem Nawrockim, co uniemożliwia spójne, jednolite stanowisko Polski wobec zachodnich partnerów. Olech podkreślił, że Polska nie musi angażować się militarnie, wystarczyłoby uczestnictwo w charakterze obserwatora, tak jak inne kraje spoza koalicji zapraszane były na szczyty w Vancouver, w tym Australia, Korea Południowa, Japonia czy państwa Półwyspu Arabskiego. Jako przykład symbolicznego, ale politycznie znaczącego gestu przywołał Estonię, która mimo skromnych możliwości wojskowych wysłała do Afryki zaledwie 20 żołnierzy w geście wsparcia dla Francji — co, mimo minimalnej skali, przełożyło się na miejsce Estonii w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Kraje bałtyckie i nordyckie jako kluczowi sojusznicy Polski

Odnosząc się do niedawnej wypowiedzi byłego ministra obrony narodowej, sugerującej, że polscy żołnierze powinni bronić przede wszystkim Polski, a wsparcie dla Estonii czy Finlandii ma charakter warunkowy, Olech przypomniał, że wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz zapewniał, iż Litwa, Łotwa i Estonia będą pierwszymi krajami, którym Polska przyjdzie z pomocą, uruchamiając odpowiednie mechanizmy sojusznicze — poparcie dla takiej pomocy deklaruje około 80 procent Polaków. Zwrócił uwagę, że Bałtyk uznawany jest przez analityków francuskich, hiszpańskich i włoskich za najbardziej prawdopodobny kierunek pierwszego rosyjskiego uderzenia na infrastrukturę krytyczną i wybrzeża, co czyni współpracę z Finlandią, Szwecją, Estonią, Litwą i Łotwą kluczową dla bezpieczeństwa Polski.

Olech podzielił się osobistą anegdotą sprzed roku — podczas pobytu w Finlandii, w rozmowie z szefem sztabu Sił Zbrojnych Finlandii, w momencie gdy do Polski właśnie wleciał rosyjski dron, zapytał, jak w praktyce podejmowana jest decyzja o reakcji na tego typu incydent. Usłyszał, że jest to decyzja podejmowana na bieżąco, w ramach ogólnej koncepcji, ale bez sztywnego, automatycznego mechanizmu — co, jego zdaniem, pokazuje, że także kraje nordyckie bacznie obserwują, jaki rząd rządzi w danym momencie w Polsce i czy można na niego liczyć w razie potrzeby.

Olech ocenił, że kraje nordyckie i bałtyckie to najlepsi możliwi sojusznicy Polski — rozumiejący zagrożenie i gotowi na wyzwania, w przeciwieństwie do bardziej opieszałej reakcji zachodniej i południowej Europy. Podsumował to zasadą wzajemności: jeśli ktoś nie jest gotów „przeskoczyć dla nas kałuży”, trudno oczekiwać, że Polska „przeskoczy dla niego ocean”.

Ryzyko demonstracyjnego użycia broni jądrowej

Zapytany o możliwość regionalnego, demonstracyjnego użycia broni atomowej przez Rosję, Olech ocenił to jako mało prawdopodobne w najbliższych tygodniach, zaznaczając jednak, że Rosja traktuje broń jądrową jako kluczowy element swojej strategii i może w przyszłości przesuwać granice jej wykorzystania — gdyby poczuła się „pod ścianą”, najpierw sięgnęłaby po demonstracyjne użycie na terytorium Ukrainy, nie na Bałtyku, ponieważ atak na kraje nordyckie wywołałby natychmiastową, wspólną reakcję sojuszniczą. Podsumował, że rosyjska strategia opiera się na dążeniu do sytuacji, w której jak najmniej państw miałoby powód lub możliwość zareagować — stopniowe, rozproszone prowokacje wobec pojedynczych krajów ograniczają ryzyko zjednoczonej odpowiedzi Zachodu, w przeciwieństwie do jednoczesnego ataku na kilka państw naraz.


Materiał „Gra o jutro Europy bez udziału Polski? Dr Aleksander Olech wyjaśnia dlaczego” ukazał się w wideopodcaście Gazety Wyborczej „Przysposobienie Obronne” (54 tys. subskrybentów) 15 września 2026 roku. Rozmawiali Dorota Roman i dr Aleksander Olech.


You may also like

Strona 2 z 128
Strona 2 z 128

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *