Armii liczącej 600 tys. żołnierzy Ukraina po wojnie nie utrzyma bez stałych transferów z Europy — Budzisz w „Perspektywach wschodnich”

Marek Budzisz, analityk spraw międzynarodowych i stały gość cyklu, był gościem Maksymiliana Skrzypczaka w programie „Perspektywy wschodnie”. Rozmówcy omówili negocjacje pokojowe w Abu Zabi i postulat udziału Europy w rozmowach, ekonomiczną i demograficzną kondycję Ukrainy, ryzyka dla Europy związane z gwarancjami bezpieczeństwa i odbudową, rosyjską stronę negocjacyjnego równania oraz wyniki wyborów w Serbii.

Negocjacje w Abu Zabi i postulat udziału Europy w rozmowach

Skrzypczak zaczął od rozmów w Abu Zabi, zaplanowanych na listopad, na które strona rosyjska potwierdziła zgodę w formacie trójstronnym, z udziałem Amerykanów, Rosjan i Ukraińców. Zwrócił uwagę na słowa Jurija Uszakowa, doradcy Putina, a więc człowieka z najbliższego otoczenia prezydenta, że rozmowy mają sens tylko wtedy, gdy uwzględnią stronę europejską. Według Budzisza wypowiedź stworzyła pole spekulacji. Jedna z linii interpretacyjnych w prasie europejskiej zakłada, że Rosjanie będą próbowali wrócić do żądań, które Putin i Ławrow publicznie przedstawili w grudniu 2021 roku, czyli wycofania sił NATO z państw przyjętych do Paktu po 1997 roku. Udział Europy miałby wtedy oznaczać dyskusję o zróżnicowanej obecności wojskowej na wschodniej flance, obejmującej także Finlandię i Szwecję, czyli państwa, które do Paktu wstąpiły dopiero w wyniku rosyjskiej agresji. Budzisz ocenił to jako dość daleko idącą interpretację.

Przypomniał, że przedstawiciele europejscy uczestniczą w rozmowach już teraz. W poprzedniej turze w Miami na Florydzie obok delegacji ukraińskiej byli doradcy do spraw bezpieczeństwa państw E3, a w Oslo do rozmów doproszono przedstawicieli państw skandynawskich, gdzie gospodarzem był premier Støre, a zaproszono także prezydenta Stubba. Polskie media informowały, że uczestniczyli tam także przedstawiciele Rzeczypospolitej. Budzisz nie znalazł potwierdzenia w mediach norweskich, ale przyjmuje to na wiarę. Strona ukraińska również oczekuje udziału Europy, więc nie jest to jego zdaniem nowy pomysł ani nowa propozycja.

Nie wiadomo dokładnie, jak będzie wyglądał ewentualny traktat kończący wojnę. Budzisz skłania się ku opinii Putina, że przedmiotem negocjacji powinien być pełnowymiarowy traktat kończący i rozstrzygający napięcia, a nie prowizoryczne zawieszenie broni. Rozmowy będą więc dłuższe i znacznie trudniejsze. Uważa za pewnik, że Rosjanie podejmą próbę zróżnicowania obecności wojskowej w państwach Europy Środkowej i Skandynawii, sięgając do zapisów konwencji wiedeńskiej i konwencji o ograniczeniu zbrojeń konwencjonalnych, a dziwne byłoby, gdyby takiej próby nie podjęli. Od kształtu porozumienia dotyczącego Ukrainy zależy według niego nie tylko, czy wojna się zakończy, co nie jest przesądzone, ale też ustępliwość lub nieustępliwość państw Europy Środkowej w kwestiach bezpieczeństwa.

Ważny jest też kalendarz. Rosjanie pierwotnie twierdzili, że rozmowy odbędą się nie wcześniej niż w grudniu, co było niewygodne dla Ukrainy, bo intensywne rosyjskie ataki na infrastrukturę wywierają coraz silniejszą presję na ukraińskich negocjatorów i osłabiają ich pozycję. Po wizycie Witkoffa w Petersburgu rozmowy w Abu Zabi najprawdopodobniej odbędą się w połowie listopada, a strona ukraińska chce przyspieszyć je jeszcze o tydzień. Budzisz traktuje to jako test rosyjskiej gotowości i poczucia pewności siebie, a to, czy uda się im to przeforsować, dopiero się okaże. Dodał, że jest to ciekawe zagranie z punktu widzenia amerykańskiego kalendarza wyborczego, w którym Ukraińcy liczą na wsparcie amerykańskiej dyplomacji.

Donbas jako strefa zdemilitaryzowana i spór o wielkość ukraińskiej armii

Kluczową kwestią jest terytorium, o którym mówią Rubio, Witkoff, a w pewnym sensie także sam Trump. Amerykańska propozycja zakłada, że Donbas stałby się wolną strefą, formalnie niebędącą częścią Federacji Rosyjskiej, ale bez ukraińskich sił wojskowych. Oznaczałoby to w gruncie rzeczy to, czego domagają się Rosjanie, czyli wycofanie sił ukraińskich z ostatniego kontrolowanego przez nie obszaru Donbasu. Ukraina nie musiałaby formalnie uznawać aneksji, a Rosjanie nadal twierdziliby, że to ich ziemie z historycznego i prawnego punktu widzenia. Obszar miałby stać się terenem odbudowy współpracy gospodarczej, co Amerykanie analizowali i testowali już w zeszłym roku. Zapowiedziane zwolnienia z sankcji dla rosyjskiej gospodarki, a także część środków zamrożonych w Euroclear w Brukseli, miałyby posłużyć odbudowie zniszczonego wojną Donbasu, więc w takiej konstrukcji potrzebny jest udział Europejczyków.

Z tym wiążą się kwestie nie tylko polityczne, prestiżowe i prawne, lecz także wojskowe. Ostatnia linia umocnionych miast ukraińskich jest ostatnim pasem dobrze zorganizowanej obrony opartej na warunkach topograficznych, a dalej zaczynają się stepy, które bardzo trudno bronić. Negocjatorzy ukraińscy i sam Zełenski mówią o pewnym junktimie: jeśli Rosja będzie chciała narzucić Ukrainie ograniczenia ilościowe dotyczące wielkości sił zbrojnych w czasie pokoju, nie ma mowy o wycofaniu wojska z tego terytorium. Zełenski mówił o armii liczącej w czasie pokoju 600 tys. żołnierzy, co Budzisz traktuje jako liczby sondażowe. Ukraina weszła w wojnę po mobilizacji z siłami zbrojnymi na poziomie 900 tys., ale dziś, jak zaryzykował, armia nie jest większa niż 700 tys., więc pole manewru jest relatywnie niewielkie. W rozmowach w Stambule w 2022 roku, o ile dobrze pamięta, Ukraińcy chcieli 300 tys., a Rosjanie byli skłonni zgodzić się na około 180 tys., co oznacza zasadniczą rozbieżność jeszcze przed negocjacjami.

Ukraina mówi więc, że nie odda ziemi, jeśli nie będzie mogła utrzymać odpowiednio dużych sił zbrojnych o odpowiednich zdolnościach. Budzisz uważa, że z ekonomicznego punktu widzenia Ukraina nie ma dziś szans utrzymać takiej armii, nie mówiąc o rozbudowanym w czasie wojny przemyśle zbrojeniowym. Dodał, że Zełenski wcale tego nie skrywa: ma wizję Ukrainy jako państwa silnie zmilitaryzowanego, utrzymującego taką armię na koszt Europy.

Dług, odbudowa i zależność Ukrainy od europejskich transferów

Budzisz przedstawił dane makroekonomiczne. PKB Ukrainy wynosi około 225 mld dolarów (ok. 883,1 mld zł, ok. 201,1 mld euro). Według ostatniej prognozy Kijowskiej Szkoły Ekonomii w tym roku skurczy się o 0,3 proc., a w przyszłym o 0,6 proc., co odwraca trend z lat poprzednich, gdy po tąpnięciu z 2022 roku gospodarka rosła kilka procent rocznie. Inflacja ma oscylować między 8 a 13 proc., a bezrobocie utrzymywać się na poziomie 10 proc. z perspektywą wzrostu, także dlatego, że w wyniku rosyjskich uderzeń Ukraina nie ma już metalurgii, w której pracowała znacząca liczba osób.

Jego zdaniem nierozpoznanym problemem jest ukraiński dług publiczny. Jest relatywnie nisko oprocentowany, ale w 75 proc. znajduje się w rękach inwestorów zagranicznych, państwowych i instytucjonalnych, co jest niebezpieczne z punktu widzenia suwerenności Ukrainy. Dług szybko narasta: tylko w tym roku przybyło go 160 mld dolarów (ok. 628,0 mld zł, ok. 143,0 mld euro), osiągnął poziom 100 proc. PKB, a potrzeby pożyczkowe rosną, a nie maleją. Według Kijowskiej Szkoły Ekonomii nawet przy zakończeniu wojny do 2029 roku Ukraina będzie potrzebowała około 100 mld dolarów (ok. 392,5 mld zł, ok. 89,4 mld euro) kolejnych kredytów i pożyczek. Przy PKB wynoszącym według różnych, nieprecyzyjnych szacunków od 200 do 230 mld dolarów (ok. 784,9–902,7 mld zł, ok. 178,7–205,5 mld euro) są to wielkości olbrzymie.

Zainteresowanie prywatnych inwestorów będzie trudne do wzbudzenia przy obecnej sytuacji na rynku obligacji rządowych: Francuzi płacą powyżej 5 proc. za dziesięcioletnie obligacje, a Brytyjczycy 6 proc. Średni koszt kapitału, który Ukraina dotąd pożyczyła i którego nie spłaca, wynosi od 4 do 7 proc. Budzisz podkreślił, że nie mówimy jeszcze nawet o odbudowie. Setki miliardów, którymi żonglowano w bardzo różnych kwotach, to w ostatnich publicznie podawanych wyliczeniach około 500 mld dolarów (ok. 1 962,4 mld zł, ok. 446,8 mld euro), a to poza zasięgiem wyobraźni nawet najbardziej optymistycznych ukraińskich ekonomistów. Utrzymanie armii liczącej 600 tys. ludzi nie będzie możliwe bez stałej pomocy państw europejskich i jest to według niego słaby punkt Ukrainy nawet w scenariuszu zakończenia wojny. Trudno bowiem wyobrazić sobie podatnika francuskiego czy brytyjskiego, który przez rządy pożycza pieniądze na rynkach, płacąc ponad 5 proc., a potem pożycza je Ukrainie z oskarżeniami o korupcję, i to taniej, niż płacą rządy państw Europy Zachodniej.

Francuski dług i rosyjskie aktywa w Euroclear jako ograniczenia Europy

Strefa euro jest dziś pod silną presją głównie z powodu francuskiego długu publicznego i sytuacji we Francji, która według Budzisza będzie się pogarszać przynajmniej do wyborów. Główne siły wyborcze mają pomysły, które bardziej przyczynią się do rozmontowania strefy euro niż sanacji finansów publicznych. Mélenchon proponuje, by Bank Francji, posiadający około 500 mld francuskiego długu publicznego, którego łączna wartość wynosi około 3,5 bln, unieważnił te obligacje. Pomijając fakt, że jest to niemożliwe z punktu widzenia traktatów europejskich, które wprost zabraniają takich operacji, zaufanie do francuskich papierów, zwłaszcza u inwestorów zewnętrznych, którzy trzymają 75 proc. długu, runęłoby natychmiast. Mechanizm psychologiczny jest według Budzisza oczywisty: jeśli rząd Francji potrafi unieważnić, a mówiąc kolokwialnie spalić, własne aktywa, to co dopiero aktywa innych wierzycieli międzynarodowych. Skutkiem byłby skokowy wzrost kosztów długu i problemy z jego rolowaniem. Francja musi w przyszłym roku wyemitować 340 mld dolarów (ok. 1 334,4 mld zł, ok. 303,8 mld euro) nowego długu, nie tylko z powodu wysokiego, ponad 5-procentowego deficytu, lecz dlatego, że spłaca stary dług zaciągnięty, gdy stopy były bliskie zera, a dziś jego refinansowanie kosztuje ponad 5 proc. O takim marzycielstwie ekonomicznym ostrzegał niedawno w wywiadzie dla Frankfurter Allgemeine Zeitung prezes Deutsche Banku.

Propozycje Marine Le Pen także nie są według Budzisza bardziej racjonalne: chce obniżenia wieku emerytalnego z 62 do 60 lat, co z pewnością nie rozwiąże kryzysu w finansach publicznych. Francuski rząd nie ma większości w parlamencie ani budżetu, co tydzień odbywają się demonstracje, w których uczestniczy po kilkaset tysięcy ludzi, słusznie, jak ocenił, domagających się większych nakładów na infrastrukturę, szkolnictwo i opiekę socjalną. Siła nabywcza średniej pensji spadła w ciągu dwóch lat niemal o 10 proc. Macron ma najniższe od niepamiętnych czasów poparcie wśród francuskich prezydentów, 10 proc., kandydaci centrowi mają na razie niewielką szansę na wejście do drugiej tury, a formacje uznawane za skrajne, po zsumowaniu poparcia sondażowego, mają ponad 60 proc. głosów. Nie ma więc we Francji nawet nastrojów do realizacji polityki zrównoważonego budżetu, większych oszczędności czy wygenerowania nadwyżki budżetu pierwotnego.

Sytuacja w Wielkiej Brytanii jest podobna: dług jest mniejszy, ale koszty większe, bo 25 proc. długu jest indeksowane stopą inflacji. Europa ma w efekcie bardzo niewielkie pole manewru finansowego i nie może sobie pozwolić na ruchy odebrane przez inwestorów jako niestandardowe, takie jak konfiskata rosyjskich aktywów w Euroclear. Główni posiadacze francuskich papierów skarbowych to amerykańskie fundusze inwestycyjne i emerytalne oraz fundusze hedgingowe o znacznie krótszym horyzoncie inwestycyjnym. Sytuacja byłaby prostsza, gdyby papiery te były w rękach samych Francuzów, jak w Japonii, która ma ponad 200 proc. długu publicznego do PKB, ale dług ten leży w portfelach oszczędnościowych Japończyków, którzy z krajowych papierów nie uciekną. Perspektywa Ukrainy jest więc budowana na bardzo kruchych podstawach. Z jednej strony strona ukraińska oczekuje możliwości utrzymania sił na poziomie gwarantującym bezpieczeństwo, tak by pokój nie był chwilową przerwą, z drugiej perspektywa użycia rosyjskich aktywów jest iluzoryczna, tym bardziej że Amerykanie chcieliby je spożytkować na odbudowę Donbasu, a Europejczycy nie kwapią się z konfiskatą i przekazaniem ich Ukrainie.

Demografia Ukrainy i koszty społeczne wojny

Budzisz zastrzegł, że ukraiński wzrost gospodarczy po wojnie nie wystrzeli jak rakieta, wbrew dość optymistycznym oczekiwaniom, że w krótkim czasie Ukraina będzie niezwykle zamożna. To nie tylko kwestia zniszczeń, lecz także demografii. Na Ukrainie nie przeprowadzono oficjalnego spisu ludności od ponad dwudziestu lat, więc wszystko to szacunki. Szacunki Akademii Nauk Ukrainy z 2024 roku mówiły o około 29 mln mieszkańców, a inne opinie o 30,5 mln, czyli nie o 40 mln, jak lubi się mówić publicystycznie. Ella Libanowa, szefowa Instytutu Demografii i Badań Społecznych Akademii Nauk Ukrainy, uważa, że po wojnie nastąpi kolejna fala migracyjna. Nawet jeśli nie dojdzie do spontanicznej samoewakuacji, której się spodziewano, i nie będzie to 20 mln, którymi straszył Zełenski, pół miliona kolejnych uchodźców byłoby dla Ukrainy znaczącym uszczupleniem możliwości. Ataki niszczą też miejsca pracy, a 10-procentowe bezrobocie oznacza, że część mieszkańców ma problemy z normalnym zarobkowaniem. Po zakończeniu wojny oczekuje się także fali wyjazdów mężczyzn, którzy podążą za partnerkami, żonami i narzeczonymi mieszkającymi z dziećmi w państwach europejskich, bo nie wszystkie kobiety będą chciały wrócić ani nie wszystkie będą miały dokąd. Według szacunków ukraińskich ekspertów ludność Ukrainy może zmniejszyć się do 23–25 mln.

Kryzys demograficzny pogłębiają trzy czynniki. Ukraina ma jeden z najniższych w Europie wskaźników urodzeń, 1,1 dziecka na statystyczną kobietę w wieku rozrodczym, co, jak zastrzegł Budzisz, brzmi nieładnie, ale tak się to mierzy. Baby boom po wojnie jest więc mało prawdopodobny, tym bardziej że kobiety, które wyjechały, zabrały dzieci. Ukraina jest jednym z najstarszych społeczeństw w Europie: według cząstkowych analiz 22 proc. osób ma powyżej 65 lat, a ukraińscy emeryci żyją na krawędzi przetrwania, w przeciwieństwie do włoskich czy francuskich, którzy mają znacznie wyższe świadczenia. Będą rosły koszty polityki socjalnej i zdrowotnej. Według różnych szacunków, wg stanu na początek 2025 roku, dokonano od 95 do nawet 120 tysięcy amputacji kończyn, a liczba osób, którym przyznano świadczenia z tytułu niepełnosprawności, wzrosła w czasie wojny o 600 tys.

Kolejny czynnik to koszty demobilizacji i polityki wobec weteranów, których nie policzono dokładnie. Próbę podjął Kijowski Instytut Ekonomii: według jego oceny, gdyby wojna skończyła się w tym roku, w ciągu trzech najbliższych lat dodatkowe wydatki socjalne na zdemobilizowanych wyniosłyby od 758 mld hrywien (ok. 66,2 mld zł, ok. 15,1 mld euro) do 1,1 bln hrywien (ok. 96,0 mld zł, ok. 21,9 mld euro). Budzisz podkreślił, że to tylko jedna pozycja kosztów, bo zdemobilizowani muszą otrzymywać dodatkowe subwencje, subsydia, zasiłki i pomoc. Dodał, że Ukraina nie będzie w ujęciu powojennym miała motoru rozwoju w postaci skokowo rosnącego popytu wewnętrznego, bo społeczeństwo nie jest bogate i mała jest szansa, by szybko się takim stało.

Europa wobec gwarancji bezpieczeństwa, sankcji i ryzyka po zakończeniu wojny

Rośnie znaczenie perspektywy, o której pisał m.in. The Economist, opisując plan pokojowy: zastąpienia możliwości wejścia Ukrainy do NATO przyjęciem jej do Unii Europejskiej. Budzisz rozumie to jako wzięcie przez Unię odpowiedzialności za przyszłe państwo ukraińskie, które będzie wymagało znaczących transferów z zamożniejszej części Europy. Obecność Europejczyków w negocjacjach jest więc kluczowym czynnikiem osiągnięcia porozumienia. Amerykanie byliby gotowi, choć nie znamy szczegółów propozycji, zadeklarować być może większe gwarancje na wypadek prób naruszenia porozumienia rozbrojeniowego. Europejczycy mieliby, jak się spekuluje, stworzyć w państwach ościennych, głównie w Polsce, magazyny broni, sprzętu i zaopatrzenia, a niewykluczone, że także stacjonować tam, przynajmniej lotnictwem, by mogli szybko wejść do działania, gdyby sytuacja na linii rozgraniczenia po zawarciu umowy pokojowej się destabilizowała.

Europa jest według Budzisza niezbędna w kilku obszarach, a kluczowym jest gotowość finansowania, stabilizowania Ukrainy, utrzymania armii ukraińskiej i zaangażowania własnego potencjału. Skoro Amerykanie nie chcą pełnić takiej funkcji, a niewiele wskazuje, że chcą, powinni ją wziąć na siebie Europejczycy, więc porozumienie musi być wielostronne. Budzisz jest sceptyczny, czy Europa ma odpowiedni potencjał i siłę polityczną, by tak dużo zaryzykować. Zakończenie wojny to bowiem dopiero początek problemów: Ukraina musi się modernizować, dostosować ustawodawstwo do unijnego, mieć otwartą, nieiluzoryczną, znacznie szybszą niż za kilkanaście lat perspektywę członkowską, a także coroczne transfery liczone w dziesiątkach miliardów dolarów, by funkcjonować jako stabilne państwo. Europa musi też czynnie zaangażować się w budowę potencjału wojskowego, który wejdzie do gry, gdyby Rosjanie rozważali wznowienie działań. Z perspektywy europejskiej oznacza to niesłychanie wysokie ryzyko, pewność gigantycznych kosztów i ryzyko bezpośredniego zaangażowania w wojnie, jeśli pokój okaże się niestabilny albo kruchy.

Plusem po stronie europejskiej jest zniesienie sankcji i wznowienie kooperacji, najpierw w segmencie ropy naftowej, o czym niedawno mówił Trump, a teraz nawozów. Zwycięstwo Luli w Brazylii pokrzyżowało Trumpowi realizację tego planu, bo amerykańska prasa pisała pierwotnie, że Brazylia, jako znaczący odbiorca produkcji nawozowej Rosji i Białorusi oraz eksporter soi do Chin, mogłaby wywierać presję na te kraje. Perspektywy pobudzenia dotyczą głównie kosztów energii, a Europa powoli dochodzi do wniosku, że kontynuowanie dotychczasowej polityki w tym obszarze jest niemożliwe, bo skutkuje głębokim kryzysem. Koszty są jednak wymierne i nierówno rozłożone, a perspektywy ożywienia gospodarczego iluzoryczne i związane ze specjalnymi relacjami amerykańsko-rosyjskimi. Według Budzisza nic się tu nie bilansuje: ryzyka są czytelne, koszty oczywiste, a potencjalne zyski niewielkie, więc negocjacje toczą się bez wiary w przełom. Wszyscy czekają na wybory połówkowe i zastanawiają się, jak zmieni się amerykańska polityka po tym, jak demokraci najprawdopodobniej przejmą kontrolę nad obiema izbami. Budzisz nie jest wielkim optymistą i uważa, że jest wielka szansa, iż rozmowy do niczego nie doprowadzą. Dodał, że Ukraina, a w szczególności ekipa Zełenskiego, woli według niego kontynuować wojnę, nawet kosztem postępującego zniszczenia państwa, niż zgodzić się na pokój, który z ich osobistej perspektywy oznaczałby odsunięcie od władzy i niewykluczone, że daleko idące, poważniejsze konsekwencje.

Rosyjska strona równania: presja, wykorzystanie wojny w Iranie i ukraińska strategia przetrwania

Skrzypczak przypomniał, że w rozmowie była mowa o nadchodzącej zimie, bardzo trudnej dla Ukrainy, którą Rosja spróbuje wykorzystać, i o wywiadzie sprzed kilku miesięcy, w którym Budzisz tłumaczył, że Ukraińcy narzucają Rosjanom większe straty, niż ci są w stanie uzupełniać rekrutami. Wspomniał też o blackoutach w Rosji, o spekulacjach, że rosyjskie elity chcą użyć ich jako zasłony dymnej przed zawieszeniem broni, oraz o pogłębiającym się kryzysie gospodarczym, o którym mówią sami włodarze Kremla. Zapytał, czy ta strona równania wygląda dla Kremla dobrze, czy Moskwa też kalkuluje, że czas się jej kończy. Budzisz odpowiedział, że lepiej osiągnąć drogą negocjacji to, co wymagałoby ofiar i kosztów przy kontynuowaniu wojny, więc rosyjska kalkulacja jest oczywista. Rosjanie odczuwają presję na rzecz zakończenia wojny, ale nie uważają jeszcze, że należy się z niej wycofać, bo sądzą, że przeciąganie jej poprawi ich pozycję.

Wiosną i wczesnym latem pojawiły się według niego dwa trendy. Po stronie ukraińskiej udało się ustabilizować front, lokalnie odbijać teren i narzucić rosyjskiej stronie straty, których Rosjanie nie są w stanie uzupełniać w trybie ochotniczym, co dało Ukrainie przewagę taktyczną i operacyjną. Drugim trendem było to, że strona ukraińska przystąpiła do zmasowanych uderzeń na cele w Rosji: nie tylko rafinerie i fabryki broni, lecz także magazyny i dystrybucję. Rosjanie odpowiedzieli na to trzema rzeczami. Po pierwsze, szybko zaczęli skalować produkcję Geranów czwartych i piątych, o napędzie odrzutowym, które znakomicie utrudniają ukraińskie przechwytywanie, i przenieśli ciężar wojny na pojedynek powietrzny, bez kładzenia głównego nacisku na przełamanie ukraińskich linii obrony, choć presja na froncie trwa. Po drugie, jako pochodną wojny z Iranem i sytuacji na światowych rynkach, zaczęli wykorzystywać mechanizm, którego wcześniej używali Amerykanie: wzrost cen ropy przełożył się na oczekiwania inflacyjne na świecie i wyższe koszty obsługi długu publicznego, o czym była mowa, a rosyjska propozycja to wykorzystanie dźwigni surowcowej, by zaproponować większej grupie krajów wyjście z groźnej, destabilizującej sytuacji, gdy w Europie mówi się już o kolejnym poważnym kryzysie strefy euro. Wojna w Iranie dała więc Rosjanom możliwość wykorzystania dźwigni, którą stracili, gdy Europejczycy i Amerykanie przestali kupować ich surowce. Po trzecie, ostatnie wybory do Dumy pokazały, że władza Putina jest dość stabilna, więc nie można liczyć na przewrót pałacowy czy bunt, który zmieniłby rosyjską pozycję negocjacyjną.

Budzisz podkreślił, że to czasowe okno możliwości, bo Ukraina gorączkowo szuka odpowiedzi na nowe rosyjskie zdolności, co najmniej w trzech polach. Intensywnie pracuje nad systemami do przechwytywania odrzutowych Geranów, których skuteczność wynosi dziś 60 proc., a poprawa bezpieczeństwa w krótkiej perspektywie byłaby znaczącym czynnikiem wzmacniającym pozycję Ukrainy. Mówi też, że przetrwa bombardowania, co koresponduje z poglądem zachodnich strategów, że sama wojna powietrzna nie gwarantuje zwycięstwa. Budzisz przywołał Colina Graya, który pisał, że wojna musi być w gruncie rzeczy wojną lądową, toczoną na tej części lądu przeciwnika, na której najbardziej mu zależy, więc by wygrać, trzeba albo zdobyć stolicę, albo pokonać przeciwnika na jego terenie. Jeśli Ukraina przetrwa pojedynek powietrzny i będzie funkcjonować nawet przy mniejszych subwencjach, dynamika może zacząć się poprawiać. Nie jest to strategia zwycięstwa na długie miesiące, lecz przetrwanie, które mieści się w teorii wojny państw o nierównym potencjale: słabszy, skazany na porażkę, wygrywa w sensie percepcji już przez sam fakt kontynuowania oporu, a Ukraina walczy ponad 4,5 roku, choć większość obserwatorów spodziewała się jej upadku w 2022 roku.

Wreszcie, jak ocenił Budzisz, Ukraina w sposób niedwuznaczny sygnalizuje chęć wciągnięcia państw europejskich do wojny, choć nie ma tu automatyzmu. Gdyby się to udało, szansa zwycięstwa nad Rosją byłaby większa, a koszty rozłożyłyby się zupełnie inaczej niż dziś, z perspektywy Polaków, Słowaków czy Skandynawów, co nie jest nęcącą perspektywą, ale Ukraińcy myślą w takich kategoriach, jak każde państwo prowadzące wojnę z przeciwnikiem o znacznie większym potencjale. Dynamika konfliktu zmienia się nawet co kilka miesięcy, więc nie można wykluczyć, że w ciągu dwóch, trzech miesięcy coś odwróci te relacje. Z faktu, że dziś wiele wskazuje na to, iż Rosjanie osiągają przewagę i mają szansę zakończyć wojnę na własnych warunkach, nie wynika, że im się to uda, ani że Zełenski niecierpliwie myśli o tym, by jechać do Moskwy i podpisać kapitulację. Do tego, jak zaznaczył, jest jeszcze bardzo, bardzo daleko.

Wybory w Serbii i spór o to, co oznacza prozachodniość

Skrzypczak zapytał o wyniki wyborów w Serbii, gdzie prezydent Vučić poniósł porażkę i przyznał, że przegrał, a do władzy dojdzie prawdopodobnie frakcja prozachodnia. Budzisz nazwał listę studentów, która wygrała i będzie rządzić, bardzo amorficzną. Do parlamentu serbskiego dostały się tylko dwie partie, lista studentów i partia Vučicia, Serbska Partia Postępowa. Nie wie, jak mierzyć prozachodniość, bo partia Vučicia jest członkiem Europejskiej Partii Ludowej. EPP obudziła się z wieloletniego snu dopiero we wrześniu, uruchamiając procedurę przeglądu członkostwa, choć Vučić rządzi 14 lat i wielokrotnie był oskarżany o fałszerstwa wyborcze, łamanie praw demokratycznych, tłumienie opozycji oraz sprzyjanie Rosjanom i Chińczykom. W zeszłym roku manifestacyjnie przyjmował Xi Jinpinga, ale nie skłoniło to władz EPP, w tym Manfreda Webera, znanego w Polsce niemieckiego polityka, do zdecydowanych kroków. Oskarżenia o korupcję i dziwne układy z Chińczykami były akceptowane. Gdyby w ten sposób mierzyć europejskość, opcja europejska przegrała w Serbii, bo Vučić należy do tej samej rodziny politycznej co Koalicja Obywatelska i PSL, czyli, jak zauważył ironicznie, jakby nie było, chyba Europejczycy. Termin europejskości jest więc dość mylący albo przynajmniej wprowadzający w błąd. Budzisz zaznaczył, że nie twierdzi, iż Vučić nie sympatyzował z Putinem, bo robił to oczywiście. Chciał tylko powiedzieć, że koryfeuszom europejskości z Niemiec czy Strasburga takie postawy nie przeszkadzały.

Co do listy studentów, Budzisz jest sceptyczny, czy oznacza ona kierunek antyrosyjski i proeuropejski. To nie jest żadna partia, tylko amorficzna koalicja, która nawet nie wiadomo, czy przetrwa próbę rządzenia Serbią, a są w niej bardzo różni ludzie i siły. Przed wyborami wydała manifest programowy liczący 12 lub 14 punktów, w którym skrzętnie unikała jednoznacznych deklaracji o kierunku polityki zagranicznej czy strategicznej Serbii. Powiedziała jednak, że kategorycznie sprzeciwia się sankcjom, także antyrosyjskim, uznając je za działanie polityczne, a nie naturalny proces gospodarczy. Budzisz uważa, że dobrze się stało dla Serbii, że wygrała lista studencka. Był w Serbii kilka razy, lubi ten kraj, choć nie przepada za jej politykami i nie podobały mu się portrety Putina w wielu miejscach publicznych. Nie posunąłby się jednak do twierdzenia, że zwycięzcy to zdeklarowani Europejczycy i przeciwnicy Putina. Byli motywowani głównie sytuacją wewnętrzną, korupcją, fałszerstwami i zmęczeniem czternastoletnimi rządami Vučicia. Ta zmiana przypomina to, co dzieje się w Albanii, we Włoszech, we Francji, w Portugalii czy w Hiszpanii, bo bunt pokolenia X dotyczy też Europy, a nie tylko Nepalu czy Bangladeszu: młodzi uważają, że sprawy w ich krajach nie idą w dobrym kierunku. Czy lista będzie miała wymiar proeuropejski, liberalny i prodemokratyczny, jak się uważa, jeszcze się okaże, więc nie ogłaszałby sukcesu, bo droga jest długa.

Skrzypczak zapytał, czy w optymistycznym scenariuszu utrata Serbii byłaby realną stratą dla Rosji, czy to kraj zbyt mało istotny. Budzisz odpowiedział, że takie założenie opiera się na bardzo teoretycznych podstawach: Serbia realizowała własną politykę, a nie prorosyjską, a za rządów Vučicia dostarczała sprzęt wojskowy i amunicję Ukrainie, czego nie można uznać za gest prorosyjski. Odszedłby więc od stereotypowych interpretacji. Rosja nie ma swojej pozycji dlatego, że rząd serbski może z nią sympatyzować albo nie, a to, czy prezydent lub premier Bułgarii uchodzi za prorosyjskiego, w ogóle nie wpływa dziś ani na politykę rosyjską, ani na utrzymanie przez Rosję pewnych zdolności.

Jako przykład podał Radewa, który wygrał i ma bezwzględną większość w parlamencie bułgarskim, a przez lata uchodził za polityka prorosyjskiego. Jest on ostrożniejszy niż, dajmy na to, politycy niemieccy, bo zażądał tego samego, co wcześniej wynegocjowali Czesi, Słowacy i Węgrzy: by Bułgaria nie dokładała się do kolejnej transzy pomocy ekonomicznej dla Ukrainy, co można uznać za gest prorosyjski. To nie zmienia faktu, że Rosjanie atakują statki płynące do bułgarskich i rumuńskich portów, kilkanaście z nich zatopili, a od początku roku zginęło, o ile dobrze pamięta, 40 marynarzy. W Bułgarii wybuchają też składy amunicji, a firmy Gebrewa, jednego z głównych producentów broni w tym kraju, dostarczają amunicję i głowice do dronów FPV używanych masowo przez stronę ukraińską. Wojna zweryfikowała więc bardzo wiele sądów, więc Budzisz byłby bardziej ostrożny i skłonny obserwować sytuację, a nie ogłaszać święta przed zakończeniem dnia.


Rozmowę przeprowadził Maksymilian Skrzypczak. Materiał „Marek Budzisz – Ukrainie kończą się ludzie, czas i pieniądze” dostępny na kanale „Układ Sił” na YouTube, liczącym 55,5 tys. subskrybentów, w cyklu „Perspektywy wschodnie”. Premiera 26 października 2026.


You may also like

Strona 6 z 131
Strona 6 z 131

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *