Front stanął, zaplecze płonie — bilans 1600 dni wojny w „Good Times Bad Times”
Kanał „Good Times Bad Times Polska” opublikował obszerną analizę pt. „Wojna dłuższa niż I wojna światowa. I coraz bardziej podobna?”, podsumowującą stan wojny rosyjsko-ukraińskiej po przekroczeniu 1600 dni trwania konfliktu — dłużej niż cała I wojna światowa. Materiał, oparty na danych ISW, OSW, Reutersa, Financial Times i innych źródeł, opisuje ukraińską kampanię uderzeń dalekiego zasięgu na rosyjską infrastrukturę energetyczną i logistyczną, rosyjskie adaptacje obronne wokół Moskwy, sytuację gospodarczą obu krajów oraz statyczny, ale wyjątkowo kosztowny front lądowy.
Punkt wyjścia: wyciek z zamkniętego spotkania rosyjskich ekonomistów
Materiał otwiera cytat z zamkniętego spotkania ekonomistów przy moskiewskiej giełdzie z 21 maja, którego fragmenty wyciekły do rosyjskich mediów dopiero w połowie sierpnia. Andriej Klepacz, przez 12 lat główny ekonomista Państwowego Banku Rozwoju WEB i wcześniej wiceminister rozwoju gospodarczego, człowiek uznawany za część rosyjskiego establishmentu, miał powiedzieć wprost, że w wojnie na wyczerpanie Rosja nie wygra tej rywalizacji, że złudne są nadzieje na załamanie się Ukrainy, a rosyjskie koszty wojny rosną. Dzień po tym, jak jego słowa obiegły rosyjskie media, Klepacz stracił pracę — według źródeł rosyjskiego niezależnego portalu The Bell, cytowanego później przez Financial Times, decyzję o zwolnieniu miał podjąć szef WEB Igor Szuwałow po telefonie „z góry”. Wśród przyczyn narastających kosztów wojny Klepacz wprost wymienił ukraińskie uderzenia w rosyjską infrastrukturę energetyczną i logistyczną — ocenił też, że Rosja przegrywa nie tylko z Chinami i Stanami Zjednoczonymi, ale w pewnym sensie także z Ukrainą, i że choć gospodarka rosyjska się nie załamie, niemal na pewno dojdzie do kryzysu społecznego.
Kampania uderzeń na rosyjski sektor paliwowo-energetyczny
Autor przedstawił szczegółowy przegląd ukraińskich uderzeń dalekiego zasięgu od połowy czerwca do sierpnia — łącznie około 40 większych ataków na rafinerie, terminale, przepompownie i inne elementy infrastruktury energetycznej. Wymienił atak na infrastrukturę portową w Noworosyjsku i dwa uderzenia w moskiewską rafinerię w Kapotni (zakład o mocy około 240 tysięcy baryłek dziennie, zaopatrujący aglomerację moskiewską) — według S&P Global rafineria została po nich wyłączona z pracy, a niedobory paliwa stały się odczuwalne również w stolicy. Lipiec przyniósł, jak to określono, „prawdziwą kanonadę” uderzeń: Ufa, Saratów, Norsk, Rostów, Ilski, Syzrań, Sałowat, Aficki, Nowokujbyszewsk, Jarosław, Riazań, Perm, Wołgograd, a także porty Wysock i Ust-Ługa, przepompownie i instalacje gazowe. 6 lipca ukraińskie drony dotarły aż do Omska, trafiając największą rafinerię w Rosji, przerabiającą ponad 400 tysięcy baryłek dziennie, po czym Reuters opisywał kolejki na lokalnych stacjach benzynowych. Autor zwrócił uwagę na powtarzalny schemat wielokrotnych trafień tych samych celów — Saratów został uderzony 1 lipca, ponownie 2 sierpnia i jeszcze raz 10 sierpnia, a Riazań pod koniec lipca i ponownie trzy dni później. Financial Times pisał pod koniec lipca o wyłączeniu nawet 45 procent rosyjskich mocy produkcyjnych i najpoważniejszym kryzysie paliwowym w Rosji od czasów rozpadu Związku Radzieckiego, zaznaczając przy tym, że ukraińska operacja jest wspierana przez wywiad amerykański i francuski.
Kolejne sierpniowe uderzenia trafiły zakład Tanieko w Tatarstanie i petrochemię w Tobolsku, a 11 sierpnia drony dotarły do Orska — rafineria została całkowicie zatrzymana, a gubernator regionu przyznał, że naprawa kluczowej infrastruktury, uzależnionej od importowanych i trudno dostępnych z powodu sankcji urządzeń, może potrwać nawet pół roku; w regionie działało później zaledwie około 80 procent stacji paliw. 13 sierpnia uderzono w Uneczę na ropociągu Drużba, a w kolejnych dniach ponownie w Wołgograd i Syzrań — nacisk objął już nie samo rafinowanie, lecz cały system: przerób, magazynowanie, przesył i eksport. W lipcu rosyjski morski eksport produktów naftowych spadł o jedną trzecią względem czerwca i o ponad połowę rok do roku, a w sierpniu niedobory paliwa wróciły w co najmniej dziesięciu regionach, zmuszając Rosję — jednego z największych producentów ropy na świecie — do sprowadzania benzyny z Białorusi, Kazachstanu, a nawet Indii; do portu Vitino dotarł transport około 68 tysięcy ton benzyny z indyjskiej rafinerii. Autor zastrzegł, że nie oznacza to odcięcia Rosji od ropy jako takiej — paradoksalnie, gdy rafinerie stoją, Moskwa może część surowca po prostu wyeksportować, a w czerwcu morski eksport rosyjskiej ropy nawet wzrósł, podczas gdy eksport produktów rafineryjnych wyraźnie spadł. Kampania uderza więc przede wszystkim w rosyjski rynek paliw, marżę i logistykę, ale nie od razu bezpośrednio w budżet.
Nowy front: magazyny Wildberries i Ozonu
Od połowy lipca na ukraińskiej mapie celów pojawiła się nowa kategoria — magazyny Wildberries, rosyjskiego odpowiednika Amazona i największej platformy e-commerce w kraju, po raz pierwszy zaatakowanej 18 lipca. Pierwsza salwa trafiła w dwa ogromne centra logistyczne w Kotowsku i Elektrostalu — w pierwszym uderzeniu zginęło siedmiu pracowników, a dziesiątki zostały ranne. Ukraina twierdzi, że huby te wykorzystywane są między innymi do dystrybucji komponentów dronów, elektroniki i wyposażenia dla rosyjskich żołnierzy, czemu Wildberries i Kreml zaprzeczają. Atak z 18 lipca okazał się dopiero początkiem — cztery dni później płonęły magazyny w Krasnodarze i Niewinnomysku, następnie w Petersburgu, obwodzie leningradzkim i Symferopolu, pod koniec miesiąca w Riazaniu, Penzie, Sarapulu i Wołgogradzie, a w sierpniu doszły obwody samarski, włodzimierski, twerski, tulski, jekaterynburski, woroneski i Baszkortostan. 16 sierpnia ogromny pożar wybuchł w Kolędinie pod Moskwą — według niezależnej rosyjskiej agencji, cytowanej przez Financial Times, był to już siódmy z dziesięciu największych hubów Wildberries trafiony tego lata. Do 7 sierpnia Reuters zidentyfikował co najmniej 20 zaatakowanych obiektów, a analiza zdjęć satelitarnych wskazywała, że uszkodzeniu lub zniszczeniu uległo co najmniej 1,2 miliona metrów kwadratowych powierzchni magazynowej, czyli ponad jedna piąta całej sieci — późniejsze rosyjskie szacunki mówiły nawet o blisko 30 procentach.
Autor podkreślił skalę ekonomicznego znaczenia tej kampanii: Wildberries obsłużyło w 2025 roku towary warte około 75 miliardów dolarów, co odpowiada mniej więcej 3 procentom rosyjskiego PKB, a za platformą stoją setki tysięcy sprzedawców, punktów odbioru i lokalnych biznesów. Reuters opisywał przedsiębiorców, którzy w jednym pożarze tracili niemal połowę całych zapasów, a ponieważ standardowe ubezpieczenia firm nie obejmują ataków klasyfikowanych jako terroryzm czy sabotaż, koszty rozlewają się dalej — na sprzedawców, banki i ostatecznie państwo. Od 22 sierpnia ukraińskie drony zaczęły atakować także centra logistyczne Ozonu, drugiego co do wielkości sklepu internetowego w Rosji — w ciągu zaledwie trzech dni zaatakowano sześć jego hubów, a akcje spółki chwilowo runęły o blisko 30 procent. W odpowiedzi na te ataki 24 sierpnia Władimir Putin podpisał dekret umożliwiający państwu czasowe przejmowanie kontroli nad strategicznymi przedsiębiorstwami, które nie potrafią odpowiednio zabezpieczyć się przed ukraińskimi uderzeniami — autor ocenił, że strategia ta, podobnie jak w przypadku rafinerii, nie zakłada zniszczenia rosyjskiej gospodarki jednym ciosem, lecz sprawianie, by coraz więcej jej elementów działało gorzej, drożej i pod ciągłą presją.
Rosyjska adaptacja obronna i wymiana ciosów w powietrzu
Autor zaznaczył, że nie każde ukraińskie uderzenie kończy się spektakularnym sukcesem — rosyjska obrona przeciwlotnicza, zwłaszcza wokół Moskwy, systematycznie się poprawia. Przykładem jest atak z 18 sierpnia, gdy Ukraina wysłała w stronę Rosji blisko 800 dronów, w większości skierowanych na Moskwę i okolice, jednak efekt operacji okazał się mizerny w porównaniu ze skalą użytych środków — Rosjanie stworzyli wokół stolicy wielowarstwową strefę obrony i, jak przyznaje sam Kijów, przesuwają tam coraz więcej systemów przeciwlotniczych. Dla porównania, jeszcze 18 czerwca rosyjskie ministerstwo obrony chwaliło się zestrzeleniem 555 ukraińskich dronów, choć część maszyn przedarła się nad Moskwę i ciężko uszkodziła rafinerię w Kapotni — dwa miesiące później, przy jeszcze większej salwie, rezultaty ukraińskiej strony były już znacznie skromniejsze. Sympatyzujący z Ukrainą francuski analityk Clément Mollet, cytowany w materiale, ocenił to jako błąd ukraińskiego dowództwa, marnującego setki dronów na region broniony przez co najmniej 200 systemów przeciwlotniczych i setki dodatkowych grup ogniowych — o ile nad Ukrainą przedziera się przez obronę 10–20 procent rosyjskich dronów, o tyle przy uderzeniach na region przymoskiewski w cel trafia najwyżej 2–5 procent.
Autor zaznaczył jednocześnie, że w skali całej wojny powietrznej to Ukraina znajduje się pod znacznie cięższym ostrzałem — według zestawienia OSW opartego na danych ukraińskich, tylko między 30 czerwca a 7 lipca Rosja wysłała 1437 dronów oraz 155 rakiet, czyli ponad 200 środków napadu powietrznego dziennie, i nie był to wyjątkowy tydzień; salwy liczące kilkaset szahedów, gerberów i innych bezzałogowców stały się rosyjską normą, mającą nie tylko zadawać szkody, ale systematycznie przeciążać ukraińską obronę przeciwlotniczą. Znacznie większym problemem pozostają jednak rakiety balistyczne — z dronami Ukraina radzi sobie coraz lepiej dzięki mobilnym grupom ogniowym, karabinom maszynowym, lekkim zestawom przeciwlotniczym i własnym dronom przechwytującym, ale na Iskandera lecącego z prędkością kilku kilometrów na sekundę krajowego rozwiązania po prostu nie ma. Pozostają systemy Patriot, a wyrzutni i przede wszystkim pocisków PAC-3 Kijów ma dramatycznie mało — Wołodymyr Zełenski podał 5 sierpnia, że w tym roku sojusznicy dostarczyli około jednej trzeciej tego, co w 2025 roku. Rosjanie doskonale zdają sobie z tego sprawę: w lipcu wystrzelili 195 rakiet balistycznych, z których, według danych ukraińskich cytowanych przez Reutersa, przechwycono zaledwie 29 — ponad 80 procent przedarło się przez obronę, a 8 sierpnia z sześciu wystrzelonych pocisków nie zestrzelono ani jednego. Problem ma charakter strukturalny: rosyjską produkcję Iskanderów i Kindżałów szacuje się na 700–800 sztuk rocznie, a łączna zachodnia produkcja przechwytywaczy nawet za tym nie nadąża, nie wspominając o gotowości dzielenia się nimi z Kijowem, zwłaszcza w kontekście wojny z Iranem. W efekcie rosyjska kampania zmienia charakter — drony coraz częściej stanowią jedynie pierwszą warstwę ataku, mającą zmusić Ukraińców do włączenia radarów i zaangażowania obrony krótkiego zasięgu, by zaraz po nich mogły nadlecieć Iskandery i Kindżały wymierzone w najważniejsze cele: przemysł zbrojeniowy, energetykę, logistykę i porty. W Kijowie regularnie trafiane są zakłady związane z produkcją dronów, rakiet i elektroniki, a w lipcu Rosjanie prowadzili niemal ciągłą kampanię przeciwko Odessie, Czarnomorsku i innym portom nad Morzem Czarnym — według władz obwodu odeskiego porty były atakowane codziennie przy użyciu 50–60 dronów i rakiet; 19 lipca trafiono masowiec Golden Leo, w wyniku czego zginęło 10 z 17 członków załogi. Równolegle ponownie uderzano w instalacje Naftohazu, przygotowując grunt pod kolejną zimową kampanię energetyczną — spółka informuje o aż 300 atakach na swoje obiekty w 2026 roku. Do tego doszły duże cele przemysłowe, w tym poważnie uszkodzona 16 sierpnia huta ArcelorMittal w Krzywym Rogu, największa w kraju, a Rosjanie odpowiadali też własnymi uderzeniami na obiekty Nowej Poczty, Ukrpoczty czy sieci ATB.
Efekt tej presji widać w statystykach cywilnych — lipiec był najkrwawszym miesiącem dla ukraińskich cywilów od maja 2022 roku: ONZ potwierdziła śmierć 437 osób, a rannych zostało ponad 2600, co oznacza wzrost o ponad 70 procent względem lipca poprzedniego roku, w dużej mierze za sprawą broni dalekiego zasięgu. Do tego dochodzi nieprzerwana salwa bomb kierowanych szybujących (KAB) na miasta przyfrontowe — OSW zauważa, że w Zaporożu alarm przeciwlotniczy obowiązuje przez około 90 procent czasu, a w niektórych częściach regionu praktycznie bez przerwy, a Zełenski mówił w połowie sierpnia o około 220 rosyjskich bombach szybujących dziennie.
Degradacja Krymu: paliwo, energia, transport i morze
Ukraińcy systematycznie „pogrążają w ciemności” Krym — dosłownie i w przenośni. Kampania zaczęła się od uderzeń w dostawy paliwa: rafinerie południowej Rosji, cysterny, składy i przeprawy prowadzące na półwysep. Już pod koniec maja wprowadzono na Krymie reglamentację benzyny, a w czerwcu sytuacja pogorszyła się na tyle, że w Sewastopolu czasowo wstrzymano sprzedaż paliwa prywatnym kierowcom — litr benzyny 95-oktanowej kosztuje dziś około 250 rubli, czyli trzy do czterech razy więcej niż przed kampanią, a stacje, jak relacjonował AFP jeden z taksówkarzy, nie wyświetlają cen, by „nie denerwować ludzi”. 26 czerwca rosyjskie władze okupacyjne ogłosiły na Krymie i w Sewastopolu stan wyjątkowy, oficjalnie po to, by łatwiej wypłacać odszkodowania i ratować przedsiębiorstwa dotknięte przerwami w dostawach. Do 15 lipca portal Meduza geolokalizacyjnie potwierdziła uderzenia w co najmniej 42 krymskie podstacje energetyczne, od niewielkich instalacji lokalnych po węzły 330 kW, a Ukraińcy podali też, że trafili punkt odbioru energii z mostu energetycznego Kubań–Krym. Kulminacją była noc z 13 na 14 lipca, gdy podziemny ruch oporu wspólnie z jednostkami Deep Strike uderzył w elektrownię w Bałakławie pod Sewastopolem, uszkadzając halę turbin Siemensa i układy chłodzenia — Ukraińcy oceniali, że jeśli zniszczono również pompy, naprawa potrwa od dwóch do pięciu miesięcy. Sama Bałakława odpowiada, w zależności od źródła, za jedną trzecią do połowy generacji energii na półwyspie, a razem z elektrownią tawryjską pod Symferopolem — za około 90 procent własnej produkcji energii na Krymie.
Efekt widać nawet z kosmosu: analiza zdjęć satelitarnych wykonana przez Meduzę pokazała, że 3 lipca nocne oświetlenie półwyspu było aż o 83 procent słabsze niż w kwietniu. Niezależny think tank DBL, wykorzystując dane rosyjskiego rynku energii, wyliczył, że w pierwszych 20 dniach lipca zużycie elektryczności na Krymie spadło o 42 procent rok do roku, a planowana produkcja energii na Krymie bez Sewastopola runęła w tym okresie o 86 procent. Presja dotyka też transportu — liczbę pociągów kursujących z Rosji na półwysep i z powrotem zmniejszono o połowę, a te, które zostały, kończą trasę na stacji przy samym moście krymskim, skąd pasażerów przewożą dalej autobusy. Most pozostaje przejezdny, ale regularne alarmy i zamknięcia tworzą potężne zatory — 26 czerwca, po nocnym wstrzymaniu ruchu, przed przeprawą czekało około 2800 samochodów, a czas oczekiwania na wyjazd z Krymu sięgał pięciu godzin; w przeciwnym kierunku tego dnia nie jechał praktycznie nikt. Trasa lądowa z Rostowa również nie jest bezpieczna — Ukraińcy systematycznie polują tam na cysterny i przewoźników, przez co zyskała wśród kierowców miano „Drogi Śmierci”.
Najbardziej ambitnym elementem operacji pozostaje jednak morze. Od początku lipca ukraińskie drony zaczęły systematycznie atakować tankowce i inne jednostki dostarczające paliwo przez Morze Azowskie — Reuters potwierdził, że tylko 6 i 7 lipca zaatakowano około tuzina takich statków. Ukraiński dowódca sił bezzałogowych, Robert Brovdi (występujący pod pseudonimem Magyar), podał, że do 8 sierpnia w ramach operacji o kryptonimie „Moloczko” trafiono 218 jednostek — 134 na Morzu Azowskim i 84 na Morzu Czarnym; sama nazwa operacji to akronim od zdania „Moskwa padnie przez Krym”. Autor zastrzegł, że tego bilansu nie da się jednoznacznie zweryfikować, ale dane OSINT wskazują na realny efekt — projekt Okogora odnotował spadek liczby wykrywanych statków na Morzu Azowskim ze 134 na początku lipca do zaledwie 14 na początku sierpnia, czyli spadek o 90 procent w ciągu miesiąca. Mychajło Fedorow, jeszcze jako minister obrony, mówił o „zamianie Krymu w wyspę”, a Brovdi określił obecną kampanię jako dopiero pierwszy etap operacji mającej wyprzeć Rosję z półwyspu — co, jak zaznaczył autor, nie jest wyłącznie retoryką, czego dowodzi sierpień: 13 sierpnia nalot pogrążył Sewastopol w ciemności po kolejnym uderzeniu w rejonie elektrowni w Bałakławie, terminal naftowy w Teodozji jest wyłączony z użytku, most w Czongarze uszkodzony, pod Armiańskiem trafiono cysterny z paliwem, a stacje benzynowe w Sewastopolu po prostu opustoszały. Autor zaznaczył, że nie jest to jeszcze blokada półwyspu, lecz — podobnie jak przy rafineriach — systematyczna degradacja, a nie całkowite odcięcie. Zwrócił przy tym uwagę, że identyczna logika działa w przeciwną stronę: Rosja nasiliła ataki na Odessę, Czarnomorsk i statki handlowe, przez co pod koniec lipca armatorzy czasowo przestali wysyłać jednostki do ukraińskich portów, mimo że przez Morze Czarne normalnie przechodzi około 90 procent ukraińskiego eksportu rolnego. Doszło nawet do tego, że 13 sierpnia, dzień po ataku na Noworosyjsk, gdzie Rosjanie musieli wstrzymać pracę wszystkich trzech terminali, to Ukraińcy zaproponowali Rosji wzajemne wstrzymanie ataków na cywilne statki i infrastrukturę portową na Morzu Czarnym — powód jest prosty: w sierpniu ukraiński eksport zbóż był aż o 76 procent niższy niż rok wcześniej, a alternatywne kanały — kolej i porty na Dunaju — mają, według Kijowa, zbyt małą przepustowość, by zastąpić Odessę.
Gospodarka: rosyjska stagflacja kontra ukraińska zależność od Zachodu
Autor podsumował, że rosyjska gospodarka nie znajduje się na krawędzi załamania, ale kontynuuje osuwanie się w stronę stagflacji i, jak to ujął, powtórzenia scenariusza „smuty”. Bank Rosji w lipcu obniżył prognozę wzrostu PKB na ten rok do zaledwie 0–1 procent, jednocześnie oczekując inflacji na poziomie 6–7 procent, przy głównej stopie procentowej nadal wynoszącej aż 14 procent, co lepiej odzwierciedla rzeczywistą inflację w kraju — innymi słowy Rosja ma dziś stagnację połączoną z bardzo drogim pieniądzem i gigantycznym obciążeniem fiskalnym związanym z wojną. Coraz większą presję widać w budżecie: po siedmiu miesiącach roku deficyt federalny osiągnął około 6,5 biliona rubli, czyli 2,8 procent PKB — niemal dwa razy więcej, niż pierwotnie planowano na cały rok, co jest tym bardziej wymowne, że pierwsza połowa roku była dla Kremla łaskawa. Wojna w Zatoce Perskiej wywindowała ceny ropy między marcem a czerwcem, dając Rosji dodatkowe około 1,2 biliona rubli, czyli mniej więcej 0,5 procent PKB — mimo tej premii dochody z węglowodorów za całe półrocze i tak były niższe niż rok wcześniej. Autor zastrzegł, że nieuprawnione byłoby stwierdzenie, iż Rosji „kończą się pieniądze” — Moskwa nadal czerpie ogromne dochody z eksportu, może podnosić podatki i zadłużać się we własnej walucie, a wyższe ceny ropy pomogły pokryć część deficytu, dając Kremlowi dodatkowy czas, zanim ekonomia zacznie wymuszać trudne decyzje o wojnie. Zaznaczył jednak, że łatwo dostępna „poduszka fiskalna” jest już znacznie mniejsza niż na początku wojny — 1 czerwca płynna część Funduszu Dobrobytu Narodowego wynosiła około 3,4 biliona rubli, czyli około 1,5 procent PKB, podczas gdy przed inwazją aktywa te warte były ponad cztery razy tyle.
Jako dodatkowy przykład narastających kosztów autor przywołał dane Reutersa, według których ceny paliwa w Rosji wzrosły ostatnio o około 16–18 procent, a stawki transportu drogowego w lipcu o 12–15 procent, na części tras nawet o połowę; szefowa banku centralnego Elwira Nabiullina przyznała, że droższe paliwo zaczęło przenosić się na ceny szerokiej gamy towarów i usług, utrudniając szybsze obniżanie stóp procentowych. Podsumowując wymiar ekonomiczny wojny, autor ocenił, że nie ma co oczekiwać spektakularnego krachu rosyjskiej gospodarki — narastają za to kolejne, kumulujące się ciężary: większy deficyt, droższy kredyt, mniejsza poduszka fiskalna, droższy transport i coraz większa część pracy oraz kapitału kierowana na wojnę. Dla porównania wskazał, że Ukraina jest ekonomicznie jeszcze słabsza — MFW prognozuje jej w tym roku jedynie 1–1,6 procent wzrostu, przy długu publicznym rzędu 112 procent PKB i deficycie bez uwzględnienia grantów przekraczającym jedną piątą gospodarki — różnica polega jednak na tym, że Ukraina jest finansowo podtrzymywana przez Zachód, podczas gdy Rosja musi być mniej lub bardziej samowystarczalna, co z każdym kolejnym rokiem wojny staje się coraz trudniejsze, a rachunek za to płacą zwykli obywatele obu krajów.
Front: statyczny, ale wyjątkowo kosztowny
Ostatnim elementem analizy pozostaje sam front — z jednej strony absolutnie kluczowy, z drugiej coraz bardziej statyczny. Według Institute for the Study of War, w całym lipcu Rosjanie posunęli się o niecałe 40 kilometrów kwadratowych — obszar mniejszy niż Manhattan, średnio 1,2 kilometra kwadratowego dziennie; wliczając tereny, przez które jedynie przeniknęli, nie kontrolując ich w pełni, wychodzi 120 kilometrów kwadratowych. Dla porównania, rok wcześniej, w lipcu 2025 roku, zajęli 455 kilometrów kwadratowych. Rozpoczęta w marcu rosyjska ofensywa wiosenno-letnia nie przyniosła jak dotąd żadnego przełamania o znaczeniu operacyjnym, a ukraiński serwis analityczny Deep State ocenia, że przy obecnym tempie Rosja nie ma szans zająć całego obwodu donieckiego ani w tym, ani nawet w przyszłym roku. Z drugiej strony Kijów eksponuje własne działania ofensywne — 12 sierpnia Wołodymyr Zełenski ogłosił, że prowadzona od początku roku operacja na styku obwodów dniepropetrowskiego, donieckiego i zaporoskiego doprowadziła łącznie do odzyskania 745 kilometrów kwadratowych i 26 miejscowości, podczas gdy ISW na podstawie geolokalizowanych materiałów ocenia odzyskany obszar na około 627 kilometrów kwadratowych, a Deep State potwierdził odzyskanie 18 miejscowości i wyparcie Rosjan z sześciu kolejnych. Autor zaznaczył, że dokładnego bilansu nie da się kategorycznie potwierdzić — to suma wielu miesięcy walk, w tym większej ofensywy z lutego i marca oraz bardziej ograniczonego natarcia od maja do lipca, a na części tego obszaru linia kontroli pozostaje niejednoznaczna — nie podważa to jednak samego faktu ukraińskich sukcesów taktycznych, zwłaszcza podczas drugiego etapu działań między majem a lipcem, gdy Ukraińcy rzeczywiście zepchnęli Rosjan na części kierunku ołeksandrijskiego i poprawili swoje położenie taktyczne.
Autor wyjaśnił źródła tych sukcesów: w lutym Ukraińcom bardzo pomogło nagłe odcięcie Rosjan od nieautoryzowanego korzystania ze Starlinka, które na pewien czas zaburzyło ich łączność, dowodzenie i pracę dronów, a Siły Zbrojne Ukrainy wykorzystały też rozproszenie rosyjskich pozycji i luki powstałe wskutek wcześniejszej taktyki infiltracyjnej. Rosjanie jednak stopniowo dostosowali się do nowych warunków, a pierwsza ukraińska ofensywa wyczerpała się w marcu, nie osiągając wszystkich zakładanych celów — późniejsze działania były już bardziej ograniczone i metodyczne. ISW wskazuje dziś przede wszystkim na ukraińską przewagę dronową, lokalne kontrataki oraz systematyczne uderzenia w rosyjskie zaplecze i logistykę jako czynniki spowalniające rosyjskie natarcie. Nie oznacza to jednak, że Rosja przestała nacierać — najgroźniejszy dla Ukrainy kierunek rozciąga się dziś na szerokim łuku od Dobropola przez Dorożniankę po Konstantynówkę, gdzie Rosjanie próbują nie tyle przeprowadzić jedno wielkie przełamanie, ile stopniowo obchodzić ukraiński pas miast-twierdz od południa i zachodu, przecinać jego logistykę i tworzyć warunki do dalszego nacisku na Kramatorsk i Słowiańsk. ISW ocenia kierunek Pokrowsk–Dobropole jako rosyjski priorytet właśnie ze względu na możliwość obejścia tego pasa od południowego zachodu, a Konstantynówka pozostaje jednym z kluczowych elementów całego systemu obronnego — charakter walk o nią niewiele przypomina klasyczny szturm na miasto: Rosjanie od miesięcy przenikają niewielkimi grupami, zajmują pojedyncze budynki i piwnice, próbując konsolidować kolejne punkty, a ukraińską logistykę atakują dronami i bombami szybującymi. Część rosyjskich grup utrzymuje już pozycje wewnątrz miasta, ale w całości Rosja nadal nie kontroluje Konstantynówki — mimo że już 3 lipca oficjalnie ogłosiła jej zdobycie, w sierpniu Ukraińcy nadal kontratakowali i likwidowali rosyjskich infiltratorów zarówno w mieście, jak i na jego północnych podejściach. W efekcie Rosja nadal ma inicjatywę na dużej części frontu i nadal atakuje, ale coraz trudniej jej zamienić tę przewagę w trwałe przełamanie.
Autor zaznaczył, że dokładny bilans terytorialny 2026 roku zależy od przyjętej metodologii — ISW podaje dla Rosji wynik minus 234 kilometry kwadratowe netto, inne źródła wskazują na parytet lub niewielki zysk Kremla, w zależności głównie od tego, czy obszary, przez które przeniknęły niewielkie rosyjskie grupy, traktuje się jako zdobyte, infiltrowane czy jako szarą strefę. Niezależnie od sposobu liczenia, skala rosyjskich postępów pozostaje niewielka w porównaniu z poprzednim rokiem — ISW ocenia, że obecna ofensywa wiosenno-letnia jak dotąd nie przyniosła żadnego sukcesu o znaczeniu operacyjnym, a Ukraina z kolei nie jest w stanie przejść do wielkiej kontrofensywy na wzór 2022 roku: punktowo odzyskuje teren i potrafi wykorzystać słabości rosyjskich pozycji, ale — jak pokazują choćby spory o interpretację postępów na kierunku ołeksandrijskim — jej sukcesy również wymagają ostrożnego oddzielania trwałej kontroli od rajdów i szarej strefy.
Najbardziej wymowna pozostaje jednak cena rosyjskiego natarcia. Według ukraińskiego sztabu generalnego, Rosja poniosła w lipcu około 43 tysiące strat osobowych. ISW zestawił tę wartość z potwierdzonymi przez siebie zdobyczami terytorialnymi i otrzymał wynik 1132 rosyjskich strat na każdy faktycznie zajęty kilometr kwadratowy — autor zastrzegł, że to kalkulacja oparta na ukraińskich szacunkach strat, więc należy ją traktować z ostrożnością, ale zaznaczył, że nawet sam ośrodek badawczy określił ten wynik jako zatrważający. Podsumowując, front nie zamarł całkowicie — Rosjanie wciąż szukają nowych słabych punktów, infiltrują ukraińskie pozycje i przygotowują kolejne lokalne operacje — ale po 4,5 roku wojny słowo „ofensywa” coraz częściej oznacza tysiące ludzi i dziesiątki tysięcy dronów zużywanych po to, by przesunąć linię na mapie o kilka kilometrów. Front zwolnił, ale sama wojna nie — podobnie jak podczas I wojny światowej, coraz mniej chodzi dziś o jedno wielkie przełamanie, a coraz bardziej o zdolność państwa do długotrwałego znoszenia strat, utrzymywania produkcji, logistyki i finansowania wysiłku wojennego. Po ponad 1600 dniach pytanie brzmi więc coraz mniej: kto pierwszy przesunie front, a coraz bardziej: który system pierwszy nie wytrzyma wojny na wyczerpanie.
Materiał pt. „Wojna dłuższa niż I wojna światowa. I coraz bardziej podobna?” (w opisie wideo zatytułowany również jako „1600 dni wojny Rosji i Ukrainy. Front zastygł, zaplecze płonie”) opublikowany został na kanale „Good Times Bad Times Polska” (565 tys. subskrybentów) 27 sierpnia 2026.





