Kobiety w wojsku, najemnicy Fedorowa i strach przed przymusem — pełna rozmowa o mobilizacji w cieniu wojny

Nowe

Skuteczna mobilizacja to nie kwestia liczby osób wciągniętych do wojska, lecz odzwierciedlenie tego, na ile obywatel wierzy w państwo — ocenił Lech Wojciechowski, pułkownik rezerwy ABW i wiceprezes zarządu Frontline Foundation, w rozmowie z Oleną Babakovą i Agnieszką Lichnerowicz, dziennikarką Polskiego Radia Trójka, w czwartym odcinku podkastu „Z akcentem”.

Polski sondaż o deportacji i skąd bierze się to zainteresowanie

Babakova otworzyła rozmowę, przywołując popularne w internecie nagrania przedstawiające żołnierzy w kamuflażu siłą wciągających mężczyzn do furgonetek, przy krzykach kobiet w tle — obraz, który jej zdaniem stał się charakterystyczny dla ukraińskiej mobilizacji ostatnich miesięcy. Zwróciła uwagę, że temat rozgrzewa opinię publiczną nie tylko w Ukrainie, ale i w krajach sąsiednich — przywołała niedawny sondaż IBRIS na zlecenie „Rzeczpospolitej”, z którego wynika, że dwie trzecie Polaków popiera deportację do Ukrainy mężczyzn nieposiadających legalnej pracy w Polsce, co w domyśle miałoby oznaczać dołączenie ich do ukraińskiego wojska — udział w wojnie zaczyna być, jej zdaniem, postrzegany niemal jako forma kary za niewłaściwe zachowanie. Zapytała gości, dlaczego temat mobilizacji, formalnie niedotyczący polskich obywateli, stał się w Polsce tak medialny.

Wojciechowski, zastrzegając, że nie jest ekspertem od mediów ani propagandy, wskazał na czynniki wewnątrzpolityczne — ściganie się różnych środowisk na pomysły będące odpowiedzią na nie zawsze przyjazne gesty strony ukraińskiej wobec Polski, obiektywne, ale też częściowo tak tylko postrzegane, co określił jako problem obopólny, wynikający z braku zrozumienia po obu stronach. Ocenił, że taka retoryka idzie zbyt daleko, a modelowanie losu Ukraińców w Polsce w ten sposób jest sprzeczne z polskim interesem, bo nastawia społeczność ukraińską wrogo wobec państwa polskiego — nie widzi w tym korzyści ani dla stabilności wewnętrznej, ani dla relacji polsko-ukraińskich, które na poziomie społecznym powinny pozostać wartością przenoszoną w przyszłość, niezależnie od tego, że politycy po obu stronach czasem czerpią korzyści z podsycania konfliktu. Przyznał jednocześnie, że same nagrania przymusowych poborów nie są odosobnionymi przypadkami — to realne zjawisko społeczne, choć jego zdaniem niekoniecznie na skalę, jaką sugerowałaby ich obecność w internecie.

Babakova dopytała Lichnerowicz, czy sondaż postrzega raczej jako diagnozę stanu relacji polsko-ukraińskich dwa miesiące po „aferze orderowej”, czy chodzi o coś innego — zwróciła uwagę, że w tej chęci wysyłania ukraińskich mężczyzn, niezależnie od legalności ich pobytu, dostrzega podskórną emocję typu „niech lepiej oni dziś niż my jutro”. Lichnerowicz odpowiedziała, że nie da się zbagatelizować roli rosyjskiej dezinformacji i gry politycznej, ale widzi w tym przede wszystkim wyraz szerszych, rosnących nastrojów antyukraińskich — zauważyła, że nikt nie zadaje analogicznego pytania, czy do Ukrainy powinny wrócić kobiety z trójką dzieci, co jej zdaniem obnaża, że chodzi o ogólne zniecierpliwienie i niechęć wobec migrantów, nie o spójną logiczną politykę. Zwróciła uwagę na mechanizm psychologiczny, w którym polscy mężczyźni konfrontują się z pytaniem, jak sami zachowaliby się w razie mobilizacji — spekulowała, że krytykowanie Ukraińców za rzekomą ucieczkę przed frontem może w jakiś sposób legitymizować własny strach i niechęć do myślenia o takim scenariuszu, zastrzegając, że to tylko hipoteza psychologizująca. Dodała, że dostrzega też pewien, choćby niewielki, element uczciwej refleksji nad tym, czy walka jest obowiązkiem mężczyzny. Wskazała również na polski element dyskursu związany ze stygmatyzacją osób niepracujących — zauważyła, że twórca pomysłu deportacji precyzował, iż chodzi o tych, którzy nie mają legalnej pracy, co wpisuje się w szerszy, niezwiązany wyłącznie z Ukraińcami polski dyskurs o konieczności pracy (np. wokół programu 500 plus).

Skala mobilizacji i pytanie o jej skuteczność

Babakova przeszła do centralnego, jej zdaniem, pytania dyskusji — czy mobilizacja w Ukrainie w ogóle jest skuteczna. Przypomniała, że ataki na pracowników terenowych centrów komplektacji wojska (TCK) — obsadzanych zwykle przez zdemobilizowanych, często rannych żołnierzy — trwają od 2023 roku, gdy odnotowano pierwszy przypadek na Podkarpaciu (odnosząc się do wydarzeń po stronie ukraińskiej). Przedstawiła chronologię: 24 lutego 2022 roku, w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji, prezydent Zełenski wydał dekret o stanie wojennym, obejmujący mobilizację powszechną mężczyzn w wieku 18–60 lat, później nieco zmodyfikowaną w zakresie dolnej granicy wieku. Zaznaczyła, że oficjalne dane o liczebności sił zbrojnych i ofiarach wojennych pozostają w Ukrainie niejawne, ale według szacunków brytyjskich i amerykańskich konsultantów obronnych, armia licząca przed inwazją około 260 tysięcy osób powiększyła się między lutym a czerwcem 2022 roku o 950 tysięcy osób — zarówno w drodze mobilizacji, jak i jako ochotnicy. Przywołała też słowa prezydenta Zełenskiego, według których w latach 2025–2026 co miesiąc mobilizowanych jest w Ukrainie od 30 do 34 tysięcy osób, choć jak twierdzi jedna z czołowych ukraińskich organizacji pozarządowych zajmujących się weteranami i ich rodzinami, tylko około jednej trzeciej — 10 tysięcy — trafia bezpośrednio do jednostek bojowych. Przypomniała również wypowiedź generała Ołeksandra Syrskiego, byłego już naczelnego dowódcy sił zbrojnych Ukrainy, według którego w 2026 roku aż 90 procent osób trafiających do wojska pochodzi z działań TCK, a jedynie 10 procent zgłosiło się samodzielnie w ramach kontraktu.

Zapytana wprost, czy tego rodzaju mobilizacja jest skuteczna, Lichnerowicz odpowiedziała, powołując się na relacje wojskowych, że przymuszony do walki żołnierz nie jest dobrym żołnierzem i nie jest kimś, na kim można polegać — jest skupiony na tym, by nie znaleźć się na linii frontu, a nie na samej walce. Wskazała, na podstawie znanych sobie badań, dwa kluczowe czynniki oporu wobec mobilizacji: po pierwsze ogólną niechęć do walki lub poglądy pacyfistyczne, czasem przyjmowane właśnie po to, by zalegitymizować strach lub niechęć do oddania jedynego posiadanego życia; po drugie poczucie niesprawiedliwości i korupcji — przekonanie, że system bierze chłopców z biedniejszych rodzin, podczas gdy dzieci deputowanych i osób zamożnych nie walczą, przywołując gorszące przypadki, w których deputowane pouczały społeczeństwo, jak należy walczyć, podczas gdy ich mężowie od 2022 roku przebywają poza krajem. Odwołała się do własnego zainteresowania wojną w Wietnamie, gdzie kwestia korupcji odgrywała podobnie kluczową rolę, i wskazała na odpowiedzialność samego prezydenta Zełenskiego — jako osoby formalnie odpowiedzialnej — za brak, jej zdaniem wynikający z tchórzostwa i oportunizmu politycznego, reform, które dałyby mobilizowanym poczucie, że mogą z wojny wrócić żywi; zwróciła uwagę, że obecnie, wobec braku żołnierzy, praktycznie jedynymi sposobami zejścia z frontu pozostają rana, śmierć, albo — jak to ujęła — spłodzenie kolejnego dziecka. Oceniła, że w pełni etyczna, demokratyczna mobilizacja podczas tak potężnej wojny być może w ogóle nie jest możliwa — jako jedyny potencjalny wyjątek wskazała hipotetyczny scenariusz ataku Rosji na Finlandię, ze względu na wysoką jakość fińskich instytucji państwowych i poczucie obywateli, że nigdzie indziej nie żyłoby się im tak dobrze, jak we własnym kraju.

Dopytana, czy kwestia sprawiedliwości mobilizacji jest dziś tematem numer jeden w ukraińskiej polityce wewnętrznej, Lichnerowicz odpowiedziała, że według znanych jej sondaży najważniejszym problemem pozostaje korupcja, po niej zagrożenie ze strony rosyjskich rakiet, następnie pogarszające się warunki ekonomiczne, a dopiero potem przymusowa mobilizacja. Zauważyła też, że część oporu wobec poboru może wynikać z tego, iż osoby najbardziej gotowe do walki — wychowane w poczuciu obowiązku — poszły na front jako pierwsze i w dużej części zginęły, przez co pozostali dziś w kraju mężczyźni mogą być z natury mniej gotowi do walki, choć zastrzegła, że stara się nie oceniać, na ile jest to szczera postawa, a na ile racjonalizacja. Zwróciła uwagę, że podobne zjawisko obserwuje się też w Rosji, gdzie ze względu na wyjątkowo długi, jak na europejskie standardy, czas trwania wojny (piąty rok), oba kraje zaczynają szukać żołnierzy poza własnym społeczeństwem, upodabniając konflikt do wojny najemniczej.

Babakova wskazała na klasowy wymiar tego zjawiska — z własnej obserwacji wśród kolegów z Kijowa, pracujących w zawodach określanych jako „białokołnierzykowe”, wielu zgłosiło się na ochotnika już w lutym–marcu 2022 roku, natomiast wezwania mobilizacyjne zaczęły do tej grupy docierać dopiero jesienią 2025 roku, czyli po ponad trzech latach wojny — inaczej, jej zdaniem, wyglądały doświadczenia osób z mniejszych miast czy z obwodu kijowskiego.

Skuteczna mobilizacja jako miara jakości państwa

Zapytany, według jakiego kryterium w ogóle należy oceniać skuteczność mobilizacji, Wojciechowski określił odpowiedź Lichnerowicz jako trafioną w dziesiątkę i rozwinął tę myśl — ocenił, że mobilizacja jest skuteczna wtedy, gdy obywatel wierzy w państwo: stosunek do mobilizacji świadczy o stosunku do samego aparatu państwowego, a nie do ojczyzny, idei Ukrainy czy wolności. Wskazał, że wojna zbiera ogromne żniwo — nawet jeśli drony nieco je zredukowały — co sam obserwował podczas kilkukrotnych pobytów na Ukrainie: robiące ogromne wrażenie cmentarze, świeże groby i mnóstwo flag w każdym mniejszym miasteczku i wiosce. Podkreślił, że skuteczna mobilizacja to nie kwestia ilości, lecz jakości — sposobu, w jaki państwo zarządza ludźmi i jak ci ludzie to zarządzanie odbierają; ocenił, że 10 tysięcy zmotywowanych Ukraińców stanowi większą wartość bojową niż 100 tysięcy zdemotywowanych, przymuszonych do walki osób, które będą szukać sposobu na dekowanie się na tyłach lub dezercję. Podkreślił, że mobilizacja dotyczy w istocie umierania — ludzie nie umierają nawet za firmę, którą kochają, ale umierają za wspólnotę, z którą się identyfikują, jeśli ta wspólnota odpowiada elementarnemu poczuciu sprawiedliwości.

Wskazał na dwa główne źródła braku tego poczucia sprawiedliwości. Po pierwsze — możliwość wykupienia się od służby przez osoby zamożne; przywołał niedawne, szeroko zakrojone aresztowania kilkudziesięciu naczelników terenowych centrów komplektacji przeprowadzone przez ukraińskie służby antykorupcyjne (ODA i NABU), ujawniające rozbudowane, wieloosobowe schematy korupcyjne, które sprawiły, że taki model stał się na tyle widoczny, że ludzie zaczynają dostrzegać w nim niesprawiedliwość. Po drugie — efektywność zarządzania samą wojną: przywołał generała Syrskiego, kojarzonego z sukcesami militarnymi, ale też z sowieckim stylem prowadzenia wojny, traktującym żołnierza w pewnym uproszczeniu jako zasób do zużycia — zastrzegając, że nie chce porównywać ukraińskiego dowodzenia wprost do rosyjskiego, bo standardy poszanowania życia ludzkiego są na Ukrainie zdecydowanie wyższe, ocenił jednak, że część dowódców zbyt łatwo szafowała życiem podwładnych. Lichnerowicz uzupełniła ten wątek, wskazując, że jedna z proponowanych przez Fedorowa reform zakłada możliwość zmiany jednostki raz w roku, ponieważ są jednostki, w których żołnierz chce służyć, i takie, w których nie chce.

Babakova zapytała, czy z takiej logiki nie wynika, że ukraińska mobilizacja po prostu nie mogła wyglądać inaczej, skoro odzwierciedla jakość państwa, jakim Ukraina była w momencie inwazji, a trudno wyobrazić sobie radykalną reformę standardów good governance w tych warunkach. Wojciechowski nie do końca się z tym zgodził, wskazując na trzeci, dodatkowy element — przełożenie tego wszystkiego na legitymizację władzy: jeśli obywatel nie wierzy, że państwo efektywnie zadba o jego życie i wyposażenie, spada gotowość do ponoszenia kosztów nieefektywności władzy, co jednak nie oznacza, że unikających służby należy zaliczać w poczet „zaprzańców” w przeciwieństwie do „patriotów” siedzących w okopach — jego zdaniem znaczna część z nich po prostu oczekuje pewnej jakości zarządzania sobą. Zaznaczył, że Rosjanie mogli w 2022 roku liczyć na rozpad nieefektywnie zarządzanego państwa ukraińskiego, ale Ukrainę uratował powszechny zryw, ukraiński patriotyzm, a nawet — jego zdaniem pomocny w tamtym momencie — nacjonalizm. Ocenił wojnę toczącą się od 2014 roku jako swego rodzaju „szczepionkę”, która przygotowała ukraiński organizm społeczny na przyjęcie pełnoskalowej inwazji — pierwsza fala mobilizacji opierała się na entuzjazmie i patriotycznym zapale, który zniwelował nieefektywność państwa, później zaczęła działać po prostu skala liczebna dużego kraju, aż w końcu, wraz z upływem lat, wyczerpał się zarówno ów zapał, jak i dostępna „masa” ludzka, a wątpliwości co do efektywności państwa — nie samej chęci obrony Ukrainy — zaczęły narastać, przekładając się na legitymizację władzy.

Lichnerowicz dodała do tego wątku kwestię trwającego od trzech lat oczekiwania na to, aż prezydent Zełenski zmierzy się z problemem mobilizacji — oceniła jego opór jako zniechęcający, choć zastrzegła, że nie chce nazwać go po prostu cynicznym zagraniem politycznym, wskazując raczej na ryzyko narastania napięcia między społeczeństwem a armią, skoro to właśnie żołnierze łapią ludzi na ulicy, a ci sami żołnierze bywają bici przez tych, których wcześniej siłą wcielili. Oceniła, że władza polityczna mogła uczynić ten proces bardziej sprawnym, choć przyznała, że jest to pytanie z gatunku historii alternatywnej.

Perspektywa frontu: oferty pracy w wojsku i głos Moniki Andruszewskiej

Babakova przywołała rozmowę przygotowawczą z Moniką Andruszewską — polską dziennikarką i wolontariuszką od lat mieszkającą w Ukrainie, niosącą pomoc ukraińskiej armii — znaną jako orędowniczka poglądu, że Zełenski jest w kwestii mobilizacji zbyt mało stanowczy, a system TCK zbyt łagodny wobec tak zwanych „uchylantów” (określenie funkcjonujące dziś w języku ukraińskim na osoby unikające poboru). Andruszewska, jak przekazała Babakova, wskazywała na konkretne oferty pracy w ukraińskim wojsku niewymagające bezpośredniego udziału w walce — stanowiska sztabowe, prawne, w służbie patronażnej czy logistyce — argumentując, że osoby chcące uniknąć piechoty i pierwszej linii mają realną alternatywę na kontrakcie. Babakova przyznała, że choć wynagrodzenia na tych stanowiskach nie pozwalają na komfortowe utrzymanie rodziny w Kijowie, zwłaszcza gdy kobieta nie pracuje i wychowuje małe dziecko, to w porównaniu z innymi ofertami pracy, szczególnie poza dużym miastem, są to warunki relatywnie atrakcyjne — a mimo to ludzie się nie zgłaszają, co jej zdaniem znów sprowadza się do kwestii braku zaufania, tym razem nawet wobec ofert kontraktowych.

Lichnerowicz, podkreślając, że Andruszewska, przebywając bezpośrednio na froncie i rozmawiając z żołnierzami, ma większą legitymację do formułowania takich ocen, zaproponowała rozdzielenie dwóch pytań: pytania o efektywność oraz pytania moralnego. W kwestii efektywności — powołując się na wiedzę zaczerpniętą z lektur i badań — oceniła, że armia złożona z ludzi chcących walczyć jest zawsze skuteczniejsza niż armia, w której trzeba pilnować, by żołnierze nie uciekali, co sprawia, że lepiej szukać rozwiązań opartych na zachętach niż na przymusie. Z perspektywy moralnej określiła stojące przed Ukrainą pytania jako tragiczne — zastanawiała się, czy demokracja jest w stanie przetrwać wysiłek wojenny, czy wojna nieuchronnie demoralizuje wszystkich, prowadząc do przemocowego charakteru relacji społecznych, i oceniła, że kluczem jest maksymalne ograniczenie tej przemocy poza samym frontem.

Wojciechowski odpowiedział, że takich decyzji nie da się uniknąć, bo jeśli Rosja przeprowadzi kolejną mobilizację — co ocenił jako wysoce prawdopodobne, gdyż Putin wszedł już w taki modus wojny, z którego nie może się wycofać — Ukraina będzie musiała skalkulować podobny krok jako niemal nieuniknioną konieczność. Ocenił jednak, że stanowisko przywoływanej przez Babakovą Andruszewskiej — mówiące wprost, że trzeba brać uchylających się „za łeb” — nie wyklucza się z bardziej wyważonym podejściem: z perspektywy żołnierzy na froncie, którzy nie mogą go opuścić, bo nie mają kim się zamienić, taka twardość jest w pełni zrozumiała, i te emocje trzeba uszanować. Zastrzegł jednak, że żadne państwo nie obroni się i nie wygra wojny wyłącznie dzięki gotowej do poświęceń mniejszości — takiej elity poświęcenia zawsze jest niewiele, bo ludzie z natury chcą żyć, a to jest, jak to ujął, „oczywista oczywistość”; ta mniejszość powinna dawać przykład, ale przykład powinno dawać przede wszystkim samo państwo. Podkreślił, że nie należy wrzucać do jednego worka tych, którzy w ogóle nie identyfikują się z Ukrainą, z dużo liczniejszą grupą osób ambiwalentnych, niezdecydowanych, które w innych okolicznościach byłyby bardziej skłonne zaakceptować swój los, gdyby wierzyły własnemu państwu — niskie notowania prezydenta Zełenskiego są, jego zdaniem, właśnie przejawem tego braku wiary, a odbudowanie jej leży w bezpośrednim interesie władzy.

Sondaże i korupcja jako najbardziej obrzydliwy problem wojny

Lichnerowicz określiła korupcję na wojnie jako rzecz skrajnie obrzydliwą, najbardziej wulgarną. Babakova przywołała w tym kontekście czerwcowy sondaż Active Group, według którego jedynie 20 procent dorosłych Ukraińców uważa obecną mobilizację za skuteczną — trzy lata wcześniej odsetek ten wynosił 38 procent, co oznacza niemal dwukrotny spadek — podczas gdy 66 procent ocenia ją jako nieskuteczną; jednocześnie aż 29 procent respondentów uważa, że mobilizacja powinna być bardziej zdecydowana. Przywołała też niereprezentatywną, ale wymowną sondę radia NW wśród słuchaczy, w której 43 procent — największa grupa — sprzeciwiło się wprowadzeniu sankcji wobec unikających mobilizacji, takich jak blokowanie kont czy ograniczanie dostępu do usług administracyjnych, podczas gdy 38 procent było za takimi sankcjami.

Porównanie z Rosją

Babakova zapytała o możliwą drugą falę mobilizacji w Rosji — zauważyła, że eksperci od bezpieczeństwa raczej ją przewidują, podczas gdy ekonomiści w to wątpią — i o to, czy podobne nagrania przymusowego poboru zobaczymy wkrótce także po stronie rosyjskiej, skoro na razie Rosja uzupełnia szeregi głównie poprzez wysokie, jak na rosyjskie warunki, wynagrodzenia werbunkowe. Wojciechowski ocenił, że mimo pewnej „wojennej”, ograniczonej demokracji, Rosja formalnie zachowuje pewne standardy demokratyczne w czasie wojny — na co Lichnerowicz zareplikowała, że to raczej rosyjskie społeczeństwo obywatelskie samo nagrywa i publikuje te filmiki. Wojciechowski doprecyzował, że w jego ocenie Rosjanie nie są „społeczeństwem” w europejskim, obywatelskim rozumieniu tego słowa — zjawisko to sięga też Ukrainy, a Babakova określiła je socjologicznym terminem skrajnej atomizacji; Wojciechowski dodał, że podobny mechanizm obserwowano też na Białorusi, choć tam, jak ocenił, mimo sowieckiego charakteru systemu, wciąż tli się pewna „grzybnia” obywatelskości.

Ocenił, że rosyjskie społeczeństwo jest bardziej skłonne akceptować śmierć „za Matuszkę Rosję”, ale nie toleruje niesprawiedliwej mobilizacji czy korupcji, zwłaszcza w środowiskach wielkomiejskich, gdzie opór byłby najsilniejszy. Zaznaczył, że obecne rosyjskie straty wojenne wciąż są opłacane z budżetu państwa wydającego na wojnę, jak ocenił, 7–8 procent PKB, w porównaniu z szacowanymi 60 procentami PKB przeznaczanymi na wysiłek wojenny podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej — dlatego Putin, jego zdaniem, świadomie zwleka z kolejną mobilizacją, próbując na razie uzupełniać szeregi poprzez rekrutację mieszkańców peryferyjnych regionów kraju. Ocenił, że dla Rosji największym zagrożeniem pozostają problemy wewnętrzne — wojna może wręcz umacniać obecny system, ale ewentualna mobilizacja zacznie te problemy ujawniać w sposób bardziej dotkliwy. Podzielił się też, zastrzegając, że może to być częściowo stereotypowa, ale podbudowana własnym doświadczeniem obserwacją, że Rosjanie nie tyle boją się umierania, ile nie wybaczają liderowi porażki — silny, zwycięski lider może liczyć na masowe poświęcenie, słaby i przegrywający nie ma szans na wybaczenie, bo myślenie imperialne wciąż jest, jego zdaniem, podzielane przez większość rosyjskiego społeczeństwa i to ono spaja ten naród. Babakova, zamykając ten wątek jako temat na osobną rozmowę, przypomniała, że największe protesty w Rosji w ostatniej dekadzie dotyczyły nie wojny, lecz reformy emerytalnej.

Pomysł najemników Fedorowa

Babakova zapytała o pomysł, forsowany między innymi przez byłego już ministra obrony Michaiła Fedorowa, zwiększenia udziału najemników — nie obywateli Ukrainy podpisujących kontrakty — szczególnie w piechocie. Wskazała, że tacy ludzie już dziś służą w ukraińskim wojsku, w pierwszej kolejności wymieniając obywateli Kolumbii, o czym pisały śledztwa dziennikarzy brytyjskich i amerykańskich, po czym wracają do swoich krajów uzbrojeni „we wszystkich znaczeniach tego słowa” w nowe doświadczenie bojowe — dodała, że Rosja od kilku lat rekrutuje w podobny sposób obywateli państw afrykańskich, środkowoazjatyckich i Indii, i zapytała, czy konflikt będzie zmierzał w tym kierunku.

Wojciechowski ocenił, że najemnicy nie wygrają wojny, choć mogą ją wesprzeć — wojska najemne były wykorzystywane w historii wielokrotnie, ale nie przesądzają wyniku konfliktów o charakterze egzystencjalnym, jakim jest wojna Ukrainy. Zasugerował, że propozycja Fedorowa ma charakter przede wszystkim politycznego przekazu — komunikatu w stylu „nie chcę was narażać, chcę dronizować pole walki, chcę sprowadzać do walki migrantów” — który trudno mu ocenić z czysto wojskowego punktu widzenia. Zwrócił uwagę, że Fedorow, ujawniając ostatnio ambicje polityczne, być może nawet prezydenckie, mógł w ten sposób celowo adresować lęki społeczne związane z jego wcześniejszym konfliktem z generałem Syrskim, pokazując się jako polityk dbający o to, by Ukraińcy nie ponosili nadmiernych ofiar — zaznaczył, że wolałby czytać ten pomysł także politycznie, nie tylko merytorycznie. Dodał jeszcze jedną uwagę do wcześniejszego wątku — podkreślił, że mobilizację trzeba rozumieć nie jako sam końcowy akt wezwania czy zatrzymania kogoś przez centrum komplektacji, lecz jako cały proces poprzedzających go kroków, których jakość decyduje o tym, czy sam akt mobilizacji przebiegnie w sposób „normalny”; sama presja i agresja, bez zadbania o wcześniejsze etapy, nie jest jego zdaniem drogą do sukcesu dla Ukrainy.

Czy Polska jest gotowa na etyczną mobilizację

Babakova zapytała, czy w polskich planach mobilizacyjnych — z oczywistych względów utajnionych — w ogóle uwzględnia się kryteria sprawiedliwości i etyczności, i czy w państwach NATO, aspirujących do wysokich standardów good governance, w praktyce taka etyczna mobilizacja jest w ogóle możliwa. Wojciechowski ocenił, że samo kryterium etyczności trudno przypisać aktowi mobilizacji jako takiemu, skoro pozostaje ona obowiązkiem obywatelskim, ale ocenił, że polskie plany obejmują przede wszystkim osoby już przeszkolone, mające wcześniejszą styczność z bronią — nie każdego posiadacza numeru PESEL, lecz osoby z rezerwy. Przyznał na uwagę Lichnerowicz, że rezerwa ta nie jest zbyt liczna — to nasz problem, bo przez lata Polska przygotowywała się do życia w trwałym pokoju. Zapytany o liczebność rezerwy, ocenił, że mowa o setkach tysięcy osób, ale ta aktywna, szybko dostępna do powołania rezerwa jest niewielka — może nawet mniejsza niż to, czym dysponuje Finlandia. Ocenił, że Wojska Obrony Terytorialnej pozostają formacją dla chętnych, i wskazał na potrzebę powrotu do idei powszechnego, choćby kilkumiesięcznego przeszkolenia zdolnych mężczyzn i chętnych kobiet — nie postulując pełnej powszechnej służby wojskowej. Ocenił, że doświadczenie ukraińskie i wcześniejsze doświadczenie z Afganistanu pokazują, iż w długotrwałych konfliktach masa ludzka, a nie tylko technologia, wciąż ma decydujące znaczenie — technologia sprawdza się w konfliktach krótkich, precyzyjnych, do jakich NATO i Polska przywykły przez lata operacji ekspedycyjnych, ale w długiej wojnie taka strategia okazuje się niewystarczająca. Skrytykował polskie przyzwyczajenie do traktowania kraju jako „bezpiecznego płotu” i przywykanie do incydentów ze spadającymi rakietami bez wyciągania z nich wniosków.

Ocenił, że polskie plany mobilizacyjne obejmujące dziś tylko osoby przeszkolone są w tym sensie etyczne i normalne, ale w przypadku wojny na masową skalę objęłyby też osoby nieprzeszkolone, które trzeba by szkolić na bieżąco — co budziłoby strach, obawy i ucieczki z kraju, ułatwione dodatkowo przez strefę Schengen i mniej restrykcyjną kontrolę granic niż w przypadku Ukrainy. Podkreślił, że właśnie dlatego przygotowania do etycznej mobilizacji trzeba zaczynać już teraz — samo to przygotowanie stanowi komunikat zarówno do przeciwnika, jak i do własnego społeczeństwa, że państwo nie sięgnie po „łapankę z ulicy” i nie odeśle nieprzeszkolonych ludzi na front jako mięso armatnie; zastrzegł, że mobilizacja nigdy nie będzie do końca sprawiedliwa i etyczna z perspektywy pojedynczego obywatela, ale można ją takiej formie znacząco przybliżyć.

Babakova przywołała anegdotyczny, pozytywny skutek incydentów z rosyjskimi rakietami — polscy nastolatkowie, których spotkała na wakacjach nad Adriatykiem, czytając wiadomości o kolejnym spadającym pocisku, odkryli, że Polska ma wspólną granicę z Rosją, co, jej zdaniem, wyraźnie zmieniło coś w ich postrzeganiu sytuacji.

Odporność obywatelska i alternatywy dla klasycznej mobilizacji

Zapytana o to, czym jest sprawiedliwa i etyczna mobilizacja z perspektywy dziennikarki od lat zajmującej się tematem odporności obywatelskiej (w tym w wydanej przez siebie książce), Lichnerowicz w pełni zgodziła się z Wojciechowskim, że Polska ma dziś czas, by pewne kwestie oswoić i uregulować. Zaproponowała, by zamiast mówić wyłącznie o „mobilizacji” w wąskim, wojskowym sensie, myśleć szerzej o wciąganiu jak największej liczby obywateli w wysiłek odporności, obejmujący zarówno działania militarne, jak i cywilne czy społeczne — dla osób, które z różnych powodów (niechęć do hierarchii, traumy związane z PRL) nie wyobrażają sobie siebie w armii, warto tworzyć rozwiązania pozamilitarne. Jako przykład przywołała rozmowę z dr Kateryną Zarembo, ukraińską socjolożką i matką czwórki dzieci, która po powrocie do Ukrainy (po rocznym wyjeździe za granicę z dziećmi w 2022 roku) szukała sposobu na większe zaangażowanie, nie mogąc jednak wstąpić do regularnej armii ze względu na obowiązki macierzyńskie — znalazła je w organizacji o charakterze cywilnym, wspierającej wojsko, takiej jak batalion Hospitallers, gdzie zaciągnęła się do służby medycznej, wyjeżdżając na dwu-, trzytygodniowe tury, po czym wracając do domu. Wskazała to jako przykład instytucji pozwalającej osobom w podobnej sytuacji — nawet matkom — na zaangażowanie się bez pełnego oddania się armii, oraz na znane z innych krajów europejskich rozwiązania umożliwiające wybór formy przeszkolenia, na przykład inżynierskiego czy z zakresu pierwszej pomocy, zamiast wyłącznie wojskowego.

Poruszyła też wątek genderowy, oceniając go jako gorący, choć traktowany w Polsce jako temat tabu, łatwy do przechwycenia przez populistów w stylu Donalda Trumpa — zauważyła, że część młodych mężczyzn odczuwa realne poczucie niesprawiedliwości związane z obowiązkiem służby wojskowej wyłącznie mężczyzn, i choć sama niekoniecznie się z tym zgadza, uważa, że warto już teraz szukać sposobów rozwiązania tego poczucia. Zastrzegła jednocześnie, że proste zrównanie obowiązków płci nie byłoby sprawiedliwe, ponieważ kobiety już dziś dźwigają większy ciężar obowiązków opiekuńczych, które w czasie wojny stają się jeszcze bardziej niezbędne. Podkreśliła, że Polska ma obecnie czas, by przemyśleć te rozwiązania z wyprzedzeniem, zamiast — jak stało się w Ukrainie — improwizować pod presją wojny, co prowadzi do prostego, budzącego poczucie niesprawiedliwości podziału: kobiety mogą wyjechać, mężczyźni zostają. Zaapelowała o tworzenie różnorodnych instytucji, funkcji i form przeszkolenia dopasowanych do różnych wrażliwości i sposobów rozumienia patriotyzmu, zaznaczając, że nie można pozostawić tego wyłącznie państwu i armii — także oddolnie, jak działo się to w Ukrainie i Finlandii, trzeba o tym mówić i tego wymagać. Skrytykowała, że w Polsce, kraju wciąż intensywnie pamiętającym o cywilnych ofiarach powstania warszawskiego, niemal w ogóle nie rozmawia się dziś o obronie cywilnej.

Kwestia mobilizacji kobiet

W podsumowującej rundzie Babakova przybliżyła stan prawny i debaty w Ukrainie wokół mobilizacji kobiet — przypominając na wstępie, że według dostępnych danych ukraińska armia liczy dziś około 950 tysięcy osób, w tym około 75 tysięcy kobiet — formalnie podmiotem mobilizacji pozostają jednak wyłącznie mężczyźni, a kobiety, niezależnie od posiadania dzieci, mogą wyjeżdżać za granicę. Wskazała na obecny w debacie publicznej, choć jej zdaniem bardziej medialny niż realny, wątek ostracyzmu społecznego wobec bezdzietnych kobiet decydujących się na uchodźstwo, oraz na regularnie powracającą co kilka miesięcy dyskusję o ewentualnej, ograniczonej mobilizacji kobiet — przywołała niedawną wypowiedź jednego z wojskowych „influencerów”, cytowanego klikbajtowo, którego rzeczywista teza sprowadzała się do stwierdzenia, że jeśli wojna potrwa jeszcze trzy–cztery lata, konieczność mobilizacji pewnych grup kobiet może stać się nieunikniona.

Lichnerowicz, zapytana o własne zdanie, unikała jednoznacznej deklaracji, oceniając temat jako zbyt złożony — stwierdziła jednak, że prosty podział genderowy, w którym mężczyźni mają obowiązek pozostać i podlegać mobilizacji, a kobiety mogą swobodnie wyjechać, nie jest ani w pełni efektywny, ani sprawiedliwy. Zwróciła uwagę, że część kobiet chciałaby się bardziej zaangażować, ale czuje się odpychana przez zmaskulinizowany, mniej przyjazny im system — jako przykład wskazała większą obecność kobiet w Wojskach Obrony Terytorialnej niż w regularnej armii, tłumacząc to łatwiejszym odnalezieniem się w tej pierwszej formacji, co jest, jej zdaniem, kwestią kultury organizacyjnej. Zaznaczyła jednocześnie, że nie popiera pełnego zrównania obowiązków, biorąc pod uwagę, że kobiety już dziś ponoszą większy ciężar obowiązków zawodowych i domowych jednocześnie. Przywołała koncepcję doktor Weroniki Grzebalskiej, mówiącej o systemie mieszanym, militarno-cywilnym, w którym więcej kobiet mogłoby odnaleźć się w przeszkoleniach cywilnych — zwłaszcza że w sytuacji kryzysowej to właśnie kobiety częściej sprawują bezpośrednią opiekę nad dziećmi, co czyni te kompetencje szczególnie cennymi. Podkreśliła potrzebę kreatywnego, zniuansowanego podejścia i tworzenia różnorodnych miejsc oraz funkcji, zamiast odgórnego zrównania obowiązków, co pozwoliłoby też złagodzić poczucie niesprawiedliwości formułowane w dyskursie typu „chciałyście równych praw, feministki, a teraz przy obronie ojczyzny się wycofujecie”.

Babakova podzieliła się własną obserwacją — znane jej koleżanki, które zaciągnęły się do ukraińskiego wojska, głównie w 2022 roku, w wieku powyżej 35 lat (co podkreśliła jako istotne, bo były to osoby już dobrze rozumiejące funkcjonowanie społeczeństwa, o różnych doświadczeniach służby, nie zawsze bezpośrednio na linii frontu), zgodnie relacjonują, że nawet przygotowane na trudne warunki, nie wyobrażały sobie, jak bardzo seksistowskim środowiskiem jest wojsko.

Wojciechowski, przyznając rację tym obserwacjom, choć — jak zaznaczył — dochodząc do podobnych wniosków z bardziej konserwatywnej perspektywy, ocenił, że udział kobiet w ukraińskim wojsku jest już dziś znaczący liczebnie, nie stanowi marginalnego ułamka. Wskazał, że w niektórych obszarach, na przykład medycznym, kobiety mogą już być powoływane, choć proces ten musi przebiegać stopniowo, poprzedzony dobrą kampanią społeczną, bo stanowi rewolucję kulturową. Podkreślił, biorąc pod uwagę problemy demograficzne Polski, że w wielu obszarach wojska kobiety mogłyby się realnie sprawdzić — wskazał też na kluczowe znaczenie tradycyjnej roli opiekuńczej kobiet w czasie wojny, dbania o dzieci, matki i dziadków, co określił jako „zaplecze frontu”: świadomość żołnierza, że jego bliscy są zaopiekowani, ma fundamentalne znaczenie. Sformułował to w kategoriach, jak sam to określił, „darwinistycznych” — ocenił, że kobiety są biologicznie ważniejsze dla przetrwania wspólnoty niż mężczyźni, bo to one rodzą dzieci, dlatego w historii ludzkości to właśnie kobiety były chronione, a grupa mogła przetrwać nawet ze zredukowaną liczbą mężczyzn. Na uwagę Lichnerowicz, że mimo to warto szkolić kobiety, by same mogły się chronić, w pełni się zgodził, wskazując na coraz większą rolę automatyzacji i robotyzacji pola walki jako obszaru, w którym kobiety mogłyby sprawdzać się nawet lepiej niż mężczyźni — przywołał opinię wysoko postawionego, mającego wojskowo-służbowy background, oficjela NATO, według którego kobiety, a zwłaszcza młode kobiety, mają biologicznie lepszą podzielność uwagi i szerszy kąt widzenia (na przykład przy monitorowaniu wielu ekranów w ramach ochrony granicy), podczas gdy mężczyźni mają skłonność do bardziej „tunelowego” myślenia i węższego pola uwagi, co tłumaczył ewolucyjnie wynikającymi z podziału ról historycznych predyspozycjami. Babakova skomentowała to riposta, że mężczyznom jest bardzo wygodnie myśleć o sobie w ten sposób, na co Wojciechowski przyznał, że nie każda kobieta ma takie predyspozycje, ale ocenił to jako cechę o charakterze ogólnym, wskazującą na obszary, w których kobiety mogą się sprawdzić lepiej niż mężczyźni, zwłaszcza w zadaniach kognitywnych i percepcyjnych.

Lichnerowicz, zamykając ten wątek, zastrzegła, że wiele kobiet, słysząc taką argumentację, może odebrać ją jako próbę dołożenia im kolejnych obowiązków — podkreśliła, że chodzi raczej o budowanie systemu, do którego ludzie sami będą chcieli się zgłaszać, bo poczują taką potrzebę, chęć nauki czy ochrony siebie, a nie o przymus. Oceniła, że w Polsce temat mobilizacji jest dziś trudny do uczciwego przedyskutowania ze względu na silne emocje, algorytmy społecznościowe i złą wolę polityczną, przez co dyskusja szybko traci merytoryczny charakter — dlatego zaapelowała, by zacząć nie od rozmowy o przymusie, lecz od tego, jak budować system, do którego ludzie zechcą dołączyć dobrowolnie, dopóki Polska ma jeszcze na to czas, po to, by w trudniejszym momencie ograniczyć potrzebę przymusu i poczucie niesprawiedliwości. Wojciechowski ocenił to podsumowanie jako najlepszą odpowiedź na pytanie postawione na początku rozmowy i główną lekcję płynącą z ukraińskiego doświadczenia dla Polski.

Kończąc odcinek, Babakova zauważyła, że tematy poruszone w rozmowie prawdopodobnie nie będą tymi, które zdominują nadchodzącą kampanię parlamentarną, po czym podziękowała gościom — Lechowi Wojciechowskiemu z Frontline Foundation oraz Agnieszce Lichnerowicz z Polskiego Radia Trójka.


Rozmowę przeprowadziła Olena Babakova w czwartym odcinku podkastu „Z akcentem”. Gośćmi byli Agnieszka Lichnerowicz, dziennikarka Polskiego Radia Trójka, oraz Lech Wojciechowski, pułkownik rezerwy ABW, wiceprezes zarządu Frontline Foundation. Materiał opublikowany na kanale „Krytyka Polityczna” na YouTube, liczącym 9,03 tys. subskrybentów, pod tytułem „Mobilizacja w Ukrainie porażka państwa czy inaczej się nie dało?”. Opublikowany 25 sierpnia 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *