Tylko 15 procent Ukraińców uważa, że wybory można przeprowadzić w warunkach trwających działań wojennych, a rosnąca liczba posłów zrzekających się mandatów i uciekających z Rady Najwyższej to praktyki niekojarzące się z państwem w pełni demokratycznym — ocenił Michał Potocki w rozmowie z Karoliną Wójcicką w podcaście „Polska-Europa-Świat”.
Największy kryzys polityczny od lipca
Wójcicka otworzyła rozmowę, zauważając, że mimo wakacyjnego, „ogórkowego” sezonu w Ukrainie trwa obecnie największy spór polityczny od dłuższego czasu. Potocki doprecyzował, że jest to największy kryzys od lipca — od protestów, które doprowadziły do dymisji Michała Fedorowa ze stanowiska ministra obrony, na którym spędził zaledwie sześć miesięcy. Wójcicka zwróciła uwagę, że cały kraj stanął wówczas po stronie Fedorowa, protestując w jego imieniu, a on sam, jak to ujęła, „chyba uwierzył we własną moc” — dziś otwarcie nawołuje do przeprowadzenia wyborów w czasie stanu wojennego i głośno mówi o korupcji. Zapytała, co Fedorow właściwie chce osiągnąć takim ruchem, skoro musi zdawać sobie sprawę, że przeprowadzenie wyborów w obecnych warunkach byłoby niezwykle trudne, biorąc pod uwagę choćby ryzyko zamieszania wywołanego przez Rosję oraz problem głosowania żołnierzy przebywających na froncie.
Potocki ocenił, że samo wrzucenie tematu wyborów na agendę już samo w sobie służy Fedorowowi politycznie — daje temat do dyskusji, wywołuje kontrowersję i podział na zwolenników oraz przeciwników, niezależnie od tego, czy propozycja ma realne szanse realizacji. Porównał to zjawisko do polskiej polityki, gdzie nie każdy temat rzucany przez opozycję ma realny potencjał wdrożenia. Zauważył jednak, że Fedorow, pytany, jak konkretnie wyobraża sobie przeprowadzenie takich wyborów, ma gotową odpowiedź opartą na własnym doświadczeniu z cyfryzacją kraju — wśród zwolenników koncepcji przeważa przekonanie, że wybory dałoby się przeprowadzić elektronicznie, powołując się na doświadczenia Estonii z głosowaniem internetowym czy Niemiec z głosowaniem korespondencyjnym, a przede wszystkim na istniejącą już infrastrukturę aplikacji „Dija” (w rozmowie określanej skrótowo jako „D.”), porównywanej czasem do polskiego mObywatela, choć ocenianej jako znacznie bardziej rozbudowana funkcjonalnie.
Wójcicka zwróciła uwagę, że za rozwój aplikacji Dija odpowiadał właśnie Fedorow. Potocki potwierdził i rozwinął ten wątek biograficzny — Fedorow był jedynym ministrem, który przetrwał nieprzerwanie od samego początku rządów Zełenskiego, od eksperymentalnego gabinetu Ołeksija Honczaruka powstałego w 2019 roku, przez kolejne rządy Denysa Szmyhala i Julii Swyrydenko, aż do niedawnej dymisji, której okoliczności — jak zaznaczył — były już wcześniej omawiane w podcaście. Wyjaśnił, że Fedorow był osobą bardzo blisko związaną z Zełenskim jeszcze z czasów kampanii wyborczej — został ministrem odpowiedzialnym za cyfryzację, ponieważ Zełenskiemu spodobał się sposób, w jaki prowadził jego konta w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Facebooku, w trakcie kampanii i prekampanii wyborczej — i na tym stanowisku odniósł realne sukcesy cyfryzacyjne. Ocenił, że hasło o konieczności przeprowadzenia wyborów niesie w sobie ukryty podtekst — przeprowadźmy je „w D”, czyli za pośrednictwem aplikacji Diji — a być może nawet drugi, niewypowiedziany wprost przekaz do Zełenskiego: przywróć mi znaczenie polityczne, a ja zorganizuję ci wybory przez aplikację.
Jak Ukraińcy podchodzą do pomysłu wyborów
Wójcicka zapytała, jak do takich pomysłów podchodzą sami Ukraińcy — zarówno do samej koncepcji organizacji wyborów, jak i do pomysłu głosowania elektronicznego, oraz czy temat ten został podchwycony przez ukraińskie media i społeczeństwo obywatelskie. Potocki rozdzielił te dwie kwestie. Odnosząc się do samych wyborów, przywołał najnowszy znany mu sondaż, według którego tylko 15 procent Ukraińców uważa, że wybory można przeprowadzić w warunkach trwających działań wojennych, podczas gdy aż 57 procent respondentów uznało, że wybory powinny odbyć się dopiero po zawarciu formalnej umowy pokojowej — nie tylko po rozejmie, ale właśnie po pełnym porozumieniu pokojowym. Ocenił, że świadczy to o dużej odpowiedzialności Ukraińców w podejściu do tego tematu, niezależnie od narastającego zmęczenia władzą, ulicznych protestów czy spadającej — choć wciąż wysokiej jak na tak długi okres sprawowania władzy — popularności Zełenskiego. Zasugerował, że wynika to być może z tego, że sami Ukraińcy, żyjąc na co dzień w miastach i wsiach dotkniętych wojną, dostrzegają, jak nierealne logistycznie i niebezpieczne byłoby zorganizowanie tak wielkiego przedsięwzięcia w obecnych warunkach — zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak i ograniczeń prawnych.
Inaczej, jego zdaniem, wygląda odbiór samego pomysłu głosowania elektronicznego — trafia on na podatny grunt, zwłaszcza wśród młodszych Ukraińców przyzwyczajonych do tego, że skoro cała bankowość funkcjonuje przez internet, nie widzą powodu, dla którego nie można by zagłosować w podobny sposób. Przywołał w tym kontekście dalej idącą, choć marginalną koncepcję zgłoszoną jeszcze przed wojną przez byłego, dziś już nieaktywnego politycznie (obecnie służącego w wojsku jako czołgista) Dmytra Hnapa, który postulował całkowite odejście od kadencyjności urzędów państwowych na rzecz systemu, w którym poparcie dla polityka mogłoby być na bieżąco wycofywane przez obywateli za pośrednictwem aplikacji Diji, a utrata mandatu czy prezydentury następowałaby automatycznie, gdy liczba niepopierających przewyższyłaby liczbę popierających. Wójcicka nazwała to koncepcją „permanentnego referendum”. Potocki ocenił ten pomysł osobiście jako „idiotyczny”, ponieważ oznaczałby funkcjonowanie państwa w nieustannym trybie kampanii wyborczej — zauważył, że nawet obecne kampanie w Polsce wydłużają się już praktycznie do roku, a permanentna kampania byłaby stanem jeszcze gorszym. Zaznaczył jednak, że wśród części młodych, wizjonersko nastawionych Ukraińców funkcjonuje przekonanie, że tradycyjna demokracja oparta na urnie i kartce wyborczej się przeżywa, więc gdyby Fedorow lub ktokolwiek inny zaproponował przeniesienie procesu wyborczego do aplikacji Diji, mogłoby to zostać uznane za słuszny kierunek.
Zaznaczył jednocześnie, że wielu ukraińskich ekspertów krytykuje ten pomysł z powodów bezpieczeństwa — aplikacja Diji w oczywisty sposób stałaby się obiektem podwyższonego zainteresowania rosyjskich służb i hakerów, którzy mogliby próbować wpłynąć na wynik głosowania lub wykraść dane dotyczące miejsca zameldowania poszczególnych obywateli. Wskazał na szczególnie wrażliwy problem żołnierzy, którzy — mimo służby na froncie — nie zostali pozbawieni prawa głosu: na podstawie danych o głosach oddawanych za pośrednictwem aplikacji w konkretnych lokalizacjach można by w praktyce ustalić, ilu żołnierzy i gdzie faktycznie się znajduje. Ocenił, że kwestia bezpieczeństwa całego procesu wyborczego przechyla dziś szalę na niekorzyść przeprowadzenia pierwszych powojennych wyborów w formule elektronicznej.
Kiedy realnie mogą odbyć się wybory
Nawiązując do przywołanego wcześniej sondażu, Wójcicka zapytała, czy oznacza to, że wybory w Ukrainie to kwestia odległych lat, a sam temat jest obecnie wykorzystywany jedynie w bieżących potyczkach politycznych. Potocki odpowiedział, że jego zdaniem wybory wcale nie muszą czekać na podpisanie kompleksowej umowy pokojowej, ponieważ nie sądzi, by taka całościowa umowa w ogóle powstała — przypomniał, że nawet z Niemcami ostatecznie nigdy formalnie nie podpisano pełnego traktatu pokojowego kończącego II wojnę światową. Ocenił, że bardziej prawdopodobnymi scenariuszami są albo umowa o rozejmie, która w taki czy inny sposób się utrzyma, albo stopniowe wygaszanie działań wojennych na skutek wyczerpania obu walczących stron — możliwe, że nawet bez formalnej umowy, na zasadzie ustaleń dokonanych nieformalnie, „pod stołem”. Wyjaśnił, że o ile sam rozejm pozwoliłby myśleć o zniesieniu stanu wojennego, a co za tym idzie o przeprowadzeniu wyborów w terminach przewidzianych konstytucją, o tyle scenariusz „tlącej się”, wygaszonej, ale formalnie niezakończonej wojny — na wzór konfliktu ormiańsko-azerskiego z początku lat 90. — rodzi trudne pytanie, w którym momencie taki stan wojny można by w ogóle formalnie odwołać. Ocenił, że odpowiedzi na to pytanie Ukraińcy będą musieli szukać, ale raczej nie jeszcze w tym roku — spodziewa się, że Rosjanie ponownie szykują się do intensywnych ostrzałów zimą, licząc na złamanie odporności Ukraińców, a ewentualne umocnienie sytuacji miałoby nastąpić dopiero wiosną.
Jako dowód postępów wojsk rosyjskich na Donbasie wskazał, że w ubiegłym tygodniu Kramatorsk i Słowiańsk zostały formalnie uznane, na gruncie prawa ukraińskiego, za strefę działań wojennych, co wiąże się między innymi ze zwiększoną pomocą społeczną dla mieszkańców tych miejscowości — ocenił, że świadczy to o zbliżaniu się frontu do rosyjskiego „planu minimum” zakładającego podbicie całego obwodu donieckiego. Podkreślił, że dopóki Rosjanie nie zostaną powstrzymani na odcinku donieckim — mimo ukraińskich sukcesów odnotowywanych na kierunku zaporoskim — nie zaprzestaną działań wojennych, wierząc wciąż w realizację tego planu minimum, a to oznacza, że w obecnej sytuacji o żadnych wyborach nie może być mowy.
Sukcesy ukraińskich uderzeń w głąb Rosji
Wójcicka zapytała, czy entuzjazm związany z wiosennymi i letnimi sukcesami ukraińskiej armii — w tym kampanią uderzeń w głąb terytorium Rosji i doniesieniami o pożarach obiektów przemysłowych — był przedwczesny. Potocki ocenił, że nie, ponieważ sukcesy te wynikały z realnego przełamania sytuacji, w której Ukraina przez długi czas mogła jedynie bronić się przed ostrzałami z powietrza, bez realnej możliwości odpowiedzi. Wskazał, że dziś, dzięki rozwojowi technologii dronowych oraz pierwszym efektom własnych programów rakietowych, Ukraina jest w stanie razić cele w głębi Rosji, a Rosjanie nie potrafią temu skutecznie przeciwdziałać — co pozwala zadawać odczuwalne straty rosyjskiej gospodarce. Opisał ewolucję tej kampanii: zaczęła się od ostrzeliwania rafinerii, następnie skierowała się na magazyny należące do firmy Wildberries, a od kilku dni obejmuje też magazyny Ozonu — obie firmy określił jako rosyjskie odpowiedniki Amazona. Ocenił, że skutki czysto wojskowe takich uderzeń są dyskusyjne, natomiast skutki gospodarcze są znacznie bardziej odczuwalne, bo firmy te stanowią podstawę dużej części logistyki, przede wszystkim cywilnej, w mniejszym stopniu wojskowej.
Zaznaczył, że sytuacja Ukrainy jest dziś zdecydowanie lepsza niż jeszcze rok temu, gdy kraj nie był w stanie odpowiadać na rosyjskie ataki na porównywalną skalę, a jeśli już, to głównie przy użyciu zachodniej broni obwarowanej licznymi ograniczeniami dotyczącymi dopuszczalnych celów. Dziś takich ograniczeń już nie ma, bo Ukraina wykorzystuje głównie własną broń, znacznie tańszą niż zachodnie systemy rakietowe typu HIMARS, o których dostawach dyskutowano jeszcze w 2022 roku. Zastrzegł jednak, że te sukcesy nie oznaczają powstrzymania Rosjan na wszystkich odcinkach frontu — o ile na kierunku zaporoskim Ukraina odnosi realne sukcesy, o tyle na Donbasie, będącym głównym i priorytetowym obszarem działań wojennych, Rosjanie wciąż utrzymują inicjatywę i skutecznie wypierają siły ukraińskie z łańcucha miast rozciągającego się w głąb od linii frontu: Konstantynówki, Drużkiwki, Kramatorska i Słowiańska.
Rosnąca opozycja wobec Zełenskiego i ryzyko destabilizacji
Wójcicka zauważyła, że opozycja wobec Zełenskiego wydaje się rozszerzać — obejmuje już nie tylko generała Wałerija Załużnego, ale i Fedorowa — i zapytała, czy narastające spory polityczne w Ukrainie niosą ze sobą ryzyko destabilizacji władz w Kijowie, które mogłaby wykorzystać Rosja. Potocki ocenił, że ryzyko to nie jest aż tak duże — mimo różnych błędów popełnianych przez ukraińskie władze na arenie wewnętrznej, świadomość zagrożenia rosyjskiego pozostaje w tle i wpływa na poczucie odpowiedzialności elit politycznych. Sprecyzował też status obu wymienionych postaci: Załużny formalnie wciąż pełni funkcję ambasadora Ukrainy w Wielkiej Brytanii, więc jest raczej „opozycją zawieszoną” — nie pozwala sobie na wprost formułowaną krytykę Zełenskiego, co byłoby trudne do pogodzenia z jego oficjalną rolą, tym bardziej że w ukraińskim systemie politycznym minister spraw zagranicznych, a wraz z nim cała dyplomacja, podlega bezpośrednio prezydentowi — jest nominowany przez prezydenta i zatwierdzany przez Radę Najwyższą osobno, w oderwaniu od zatwierdzania reszty rządu i premiera, co czyni umocowanie dyplomacji pod prezydentem znacznie silniejszym niż w Polsce. Podobnie, zdaniem Potockiego, opozycyjność Fedorowa pozostaje na razie mocno umowna — zasygnalizował on jedynie potrzebę przeprowadzenia wyborów, ale trudno mówić o jego wprost deklarowanym przejściu do opozycji.
Ocenił, że faktyczną opozycję w Ukrainie tworzą raczej parlamentarne partie opozycyjne, które są przez Zełenskiego w sposób, jak to określił, „miękki, ale skuteczny” tłumione — wskazał na sankcje nakładane przez Radę Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony na obywateli Ukrainy, które już same w sobie stanowią prawnie dyskusyjny instrument, a stają się szczególnie problematyczne, gdy dotykają polityków opozycyjnych, takich jak Petro Poroszenko, czy publicystów poruszających się między polityką a dziennikarstwem, jak Borysław Bereza — przywołał ten drugi przypadek jako przykład z ostatnich dni. Ocenił, że zamrażanie majątku obywateli Ukrainy na mocy decyzji administracyjnej to praktyka faktycznie pozaprawna, niekojarząca się z państwem w pełni demokratycznym, i zjawisko to systematycznie się poszerza.
Odnosząc się do sytuacji w samym parlamencie, Potocki wskazał, że większość rządząca w Radzie Najwyższej opiera się dziś na tych posłach partii Sługa Narodu, którzy jeszcze z niej nie odeszli, a także na posłach wybranych z list prorosyjskich, którzy — ze strachu o własne bezpieczeństwo — głosują zgodnie z zaleceniami płynącymi z biura prezydenta. Ocenił, że jest to większość coraz bardziej chwiejna, ponieważ coraz więcej posłów zrzeka się mandatów i opuszcza Radę Najwyższą — jeśli są to posłowie wybrani z list proporcjonalnych, ich miejsce zajmują kolejne osoby z listy, ale w przypadku posłów wybranych w okręgach jednomandatowych powstają wakaty, których nie da się uzupełnić, ponieważ przeprowadzenie nowych wyborów jest obecnie niemożliwe. Wyjaśnił, że problem pogłębia specyfika ukraińskiego prawa: ustawy w Radzie Najwyższej przechodzą nie zwykłą większością głosów, jak w Polsce, lecz wymaganą konstytucyjnie większością — potrzeba głosów co najmniej połowy pełnego, konstytucyjnego składu parlamentu, co w praktyce oznacza konieczność zebrania poparcia ponad 60 posłów, a nie zwykłej większości obecnych na sali. To sprawia, że obozowi władzy z coraz większym trudem przychodzi zbieranie głosów potrzebnych do przegłosowania własnych ustaw.
W tym kontekście, jak zaznaczył Potocki, ze strony środowiska Petra Poroszenki pojawiają się postulaty powołania rządu jedności narodowej z udziałem sił opozycyjnych, mające na celu przywrócenie sprawności funkcjonowania parlamentaryzmu — na wzór tego, co obserwowano w 2022 roku, na samym początku pełnoskalowej inwazji. Zapytany przez Wójcicką, czy ten pomysł cieszy się realnym poparciem, Potocki odpowiedział, że nie cieszy się on poparciem samego obozu władzy — ocenił, że nie ma powodu, dla którego Zełenski miałby dzielić się władzą ze swoim, jak to ujął, „psychologicznie największym rywalem” Petrem Poroszenką, skoro nie musi tego robić. Zaznaczył, że trudno mu sobie wyobrazić, by w skład takiego hipotetycznego rządu jedności narodowej mógł wejść sam Poroszenko czy inne osoby objęte wspomnianymi wcześniej sankcjami administracyjnymi — zamrożeniem aktywów, zakazami wyjazdów zagranicznych czy ograniczeniami nałożonymi na media kojarzone z Poroszenką — bo w toku ewentualnych negocjacji koalicyjnych kwestia zniesienia tych ograniczeń zostałaby niechybnie podniesiona właśnie przez stronę Poroszenki. Podsumował, że koncepcja rządu jedności narodowej jest w gruncie rzeczy podobna do samego pomysłu przeprowadzenia wyborów — służy bardziej podtrzymaniu debaty politycznej niż realnej próbie wdrożenia.
Rozmowę przeprowadzili Karolina Wójcicka i Michał Potocki w podcaście „Polska-Europa-Świat”. Materiał opublikowany na kanale „Dziennik Gazeta Prawna” na YouTube, liczącym 29,3 tys. subskrybentów, pod tytułem „Ukraina wchodzi w polityczny kryzys. Odbędą się wybory? [POLSKA-EUROPA-ŚWIAT]”. Opublikowany 25 sierpnia 2026.