Gen. Leon Komornicki, były zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, rozmawiał z Łukaszem Grzegorczykiem w programie Rozmowa na Temat o powrocie poboru, sojuszach i polskiej klasie politycznej.
Pobór — nieodzowna konieczność
Komornicki ocenił, że jeśli Polska chce poważnie traktować swoje bezpieczeństwo, zasadnicza służba wojskowa powinna wrócić — ale w zupełnie innej formie niż przed zawieszeniem. Pobór nie został zlikwidowany, tylko zawieszony — i pora go odwiesić. W obecnym położeniu geopolitycznym Polski, przy granicy z Rosją, armia zawodowa predysponowana jest do działań ekspedycyjnych poza terytorium kraju. Do obrony ojczyzny potrzebna jest armia narodowa, obywatelska — i tylko pobór pozwoli ją zbudować.
Komornicki przedstawił konkretną koncepcję: obowiązkowe szkolenie wojskowe dla kobiet i mężczyzn w przedziale wiekowym od 19 do 29 lat, trwające około 8 miesięcy. Powinno być ono najwyższym etapem edukacji obronnej, wpisanym w system edukacji narodowej — poprzedzonym przygotowaniem w szkole podstawowej i średniej. Szkolenie powinno być dostosowane do kwalifikacji cywilnych poborowego — informatyk trafia na stanowisko zgodne z jego profilem zawodowym, co minimalizuje koszty i zwiększa przydatność szkolenia.
Po zakończeniu służby każdy powinien otrzymać certyfikat żołnierza przygotowanego do obrony ojczyzny oraz przydział mobilizacyjny — i raz lub dwa razy w roku pojawiać się na szkoleniu zgrywającym w ramach struktur rezerwowych. Bez tego gotowość bojową rezerwistów trudno będzie zagwarantować.
Komornicki podkreślił, że odbyte przeszkolenie powinno być warunkiem koniecznym dalszego rozwoju zawodowego i politycznego — bez certyfikatu nie można obejmować kluczowych stanowisk w spółkach Skarbu Państwa, być posłem, senatorem, ministrem ani prezydentem. Służba wojskowa powinna być prawem, obowiązkiem i przywilejem.
Dlaczego dotychczas nie wrócono do poboru
Komornicki wskazał dwa źródła oporu. Pierwsze — wojsko, które jest instytucją konserwatywną i niechętnie adaptuje się do zmian. Przywrócenie poboru oznacza otworzenie bazy koszarowej, socjalnej i szkoleniowej, zbudowanie programów szkolenia, organizację całego systemu — a to ogromna i skomplikowana praca, której wojsko woli unikać.
Drugie — politycy, którzy temat poboru wykorzystywali do wewnętrznej bitwy partyjnej. Ci w opozycji mówili, że trzeba przywrócić, ci przy władzy — że nie trzeba, obawiając się niepopularności decyzji i jej wpływu na sondaże. Tymczasem temat jest zbyt poważny, żeby go upolityczniać. Prezydent powinien ogłosić tę decyzję w Sejmie, w obecności wszystkich partii — jako decyzję całej klasy politycznej. I dyskusja się skończy.
Sojusze — konkrety, nie papier
Na pytanie, kto jest dziś największym sojusznikiem Polski w Europie, Komornicki odpowiedział, że nie potrafi wskazać jednego, bo sojusze nie są na papierze — sojusze mają być udokumentowane określonym potencjałem i konkretnymi zdolnościami. Za każdym podpisem powinny stać jasno zdefiniowane zobowiązania: jakie zdolności, jakie jednostki, jakie gwarancje — nie werbalne, lecz wyrażone rzeczywistą siłą i obecnością.
Umowę z Niemcami ocenił jako pozbawioną konkretów — nie wiadomo, czy Niemcy przeznaczą choćby baterię Patriot, dywizjon, brygadę, czy cokolwiek ponad to, co wynika z dotychczasowych zobowiązań NATO. Tak podpisać umowę — kiedy jeszcze wszystko trzeba dopiero negocjować — to odwracanie kolejności. Najpierw negocjacje i ustalenia, potem podpis.
Komornicki zwrócił uwagę na wewnętrzną sprzeczność polskiej polityki: z jednej strony mówi się, że Niemcy są ważnym sojusznikiem i podpisuje z nimi układ — uzasadniając to tym, że Amerykanie osłabiają swoją obecność w Europie. Z drugiej strony jednocześnie buduje się bazę i zaprasza Amerykanów, przedstawiając ich jako najważniejszego strategicznego sojusznika. To jest kakofonia, którą świat widzi i na którą Zełenski reaguje.
Polska nie ma wojsk rakietowych
Komornicki wskazał na konkretną lukę w zdolnościach obronnych: Polska nie posiada wojsk rakietowych. HIMARS-y to artyleria rakietowa, a nie wojska rakietowe — nie mamy dywizjonów rakiet manewrujących, balistycznych ani hipersonicznych. Tymczasem to właśnie głębokie uderzenia — drony i rakiety — decydują o współczesnej wojnie. Rosja produkuje 3,5 miliona dronów rocznie, w tym 60 tysięcy dronów szturmowych kamikaze dalekiego zasięgu. Chorwacja produkuje 450 tysięcy dronów rocznie. Polska — 400. To jest przepaść, która musi niepokoić.
Celem politycznym Polski w jej położeniu nie jest война — lecz pokój, pokojowy rozwój i przetrwanie narodu. Każda война, nawet wygrana z Rosją, czyni z nas teatr działań. Dlatego cały wysiłek zbrojeniowy musi być podporządkowany odstraszaniu — zbudowaniu takiego potencjału, żeby agresor nie odważył się nas zaatakować.
Zełenski nas ośmiesza — bo może
Komornicki wrócił do wątku polsko-ukraińskiego w kontekście kryzysu wewnątrzpolitycznego. Ocenił wprost: polska klasa polityczna sama się ośmiesza — i nieprzypadkowo Zełenski też ją ośmiesza. Pokazuje światu polityków, którzy nie potrafią się między sobą dogadać. W momencie gdy decyduje się bezpieczeństwo Europy, Polska tocząca wojnę polsko-polską i rozdająca oraz odbierająca ordery staje się w oczach sojuszników i Ukrainy pieniackim krajem bez wiarygodności strategicznej. Ukraina tymczasem buduje pozycję moderatora wschodniej flanki — i pokazuje, że to ona, nie Polska, jest tym podmiotem, któremu warto ufać, bo ma silną armię i powstrzymuje Rosję.
To niespójność na wszystkich poziomach. Pieniądze na obronność są wydawane ogromne — ale po co, jeśli politycy zachowują się wyjątkowo niepoważnie? Komornicki zaapelował na koniec: pora wreszcie spoważnieć. Skończyć z wojną polsko-polską, która jest podsycana przez rosyjską wojnę hybrydową i służy Moskwie. Mówić jednym głosem w sprawach bezpieczeństwa. I przestać na każdym kroku udowadniać, że nie kwalifikujemy się do roli, o którą werbalnie zabiegamy.