Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski i autor książki Kłopot z Zełenskim, rozmawiał z Patrycjuszem Wyżgą w podcaście Didaskalia o polskiej polityce wobec Ukrainy, priorytetach bezpieczeństwa Polski i naturze prezydentury Zełenskiego.
Zełenski — bohater a książka nie antyukraińska
Parafianowicz zastrzegł na wstępie, że książka nie jest antyukraińska. Status Zełenskiego na Ukrainie to status bohatera — niezależnie od krytyki jego kierunku polityki, sposobu mobilizacji, czy upartego trzymania pozycji w miejscach, których nie warto już bronić. Będzie on na zawsze bohaterem ukraińskim. Książka jest o polityce polskiej wobec Ukrainy, o perspektywie zewnętrznej — jak Zełenski wygląda z zewnątrz, a nie czym jest dla historii Ukrainy. Nie ma tam żadnych tez do udowodnienia — jest próba sfotografowania pewnego etapu w polityce polsko-ukraińskiej i europejsko-ukraińskiej.
Pomoc dla Ukrainy — wygaszanie nieuniknione
Wyżga zapytał, czy skoro Ukraina sobie poradzi bez pełnowymiarowego wsparcia Zachodu, to może czas zakończyć pomoc. Parafianowicz ocenił, że ta pomoc już od jakiegoś czasu nie jest realizowana w skali z 2022-2024 roku — i to dotyczy nie tylko Polski, ale całej Europy i Stanów Zjednoczonych. Pakiet 90 miliardów euro przyjęty przez Unię może być ostatnim tak dużym. Tak samo 60-miliardowy pakiet amerykański był prawdopodobnie ostatnim tak dużym wsparciem ze strony Waszyngtonu. Wynika to z nastrojów społecznych — we Francji po władzę idzie Bardella, w Niemczech rośnie poparcie dla AfD, Bułgaria zapowiedziała rezygnację z dostaw broni, nowy premier Węgier Piotr Madziar powiedział, że ani wojsk ani broni Ukrainie dostarczać nie będzie.
Polska natomiast wchodzi w modus operandi transakcyjny — czego przykładem jest sprawa MiG-29. Ukraińcy dużo mówią o dzieleniu się technologiami dronowymi, ale robią to niechętnie w praktyce — doświadczyli tego nawet sami Amerykanie. Transfer technologii dronowych odbywa się metodą kropelkową. Ukraińcy doskonale zdają sobie sprawę, że to jest ogromna waluta i że nie mogą jej tak po prostu sprzedać, bo przestaliby być atrakcyjni dla Waszyngtonu, Londynu i Paryża. Parafianowicz rozumie frustrację Ministerstwa Obrony — szczególnie gdy na jego czele stoi przedstawiciel PSL, który musi liczyć się z nastrojami elektoratu wiejskiego.
Dlaczego Zełenski podjął decyzję o nazwie jednostki
Parafianowicz odczytuje decyzję o nazwie jednostki imieniem bohaterów UPA jako przygotowanie do wyborów. Zagospodarowanie prawej, ultraprawej, brunatnej strony — to jest języczek uwagi przy wyborach. To samo robił Poroszenko w 2017-2018 roku, szykując się do reelekcji. Zełenski idzie w te same buty. Jego zadaniem numer jeden jest wybrnięcie z afery Mindicza i oczyszczenie się z zarzutów korupcyjnych. Zadaniem numer dwa jest reelekcja — a ma bardzo silnych kontrkandydatów: generała Załużnego i być może Budanowa. Musi zagospodarować elektorat wojskowy, w którym jego wyniki są niekorzystne. Zapłacił za to cenę w postaci schłodzenia relacji z Polską — i musiał to zakładać, bo wiedział, że wywoła reakcję co najmniej koalicjanta rządu, jakim jest PSL.
Parafianowicz wprowadził pojęcie momentokracji — działania w kategoriach krótkowzrocznego interesu partyjnego, bez odniesienia do strategicznego interesu państwa. Sformułował je ukraiński politolog Mykola Ryabczuk. Każdy z prezydentów ukraińskich od Kuczmy do Zełenskiego w tej momentokracji tkwił. Zełenski tkwi w niej dokładnie tak samo — podejmuje decyzje obliczone na efekt w perspektywie tygodnia lub dwóch, a nie dekady.
Kierunek bałtycki — priorytet strategiczny Polski
Parafianowicz przedstawił tezę, którą ilustruje postacią generała Radosława Kujawy — zastępcy koordynatora służb specjalnych i byłego szefa wywiadu wojskowego. Według jednego z oficerów służb, generał Kujawa nie postrzega Ukrainy w kategoriach sakralnych, lecz jako obiekt. Patrzy na zagrożenia dotykające państwa bałtyckie. Jako strategiczne postrzega kierunki białoruski i obwód królewiecki. W optyce Kujawy Ukraina się obroni, a Rosjanie będą stali za Dnieprem.
Parafianowicz zgodził się z tą diagnozą w stu procentach. Gdzie jest ciężar polskiej gospodarki i polskiego PKB? To jest północ — port LNG w Świnoujściu, drugi port LNG w Gdańsku, elektrownia atomowa, porty przyjmujące dostawy broni, farmy wiatrowe na Bałtyku. To obszar, który Polska musi zabezpieczyć sama, ewentualnie we współpracy ze Szwecją, Finlandią i Norwegią. Nieoficjalnie w rozmowach natowskich od dawna trwa dyskusja o stworzeniu nowego dowództwa NATO dedykowanego wyłącznie północno-wschodniej flance — z udziałem Norwegów, Szwedów, Finów i Polaków. Dla Warszawy dzisiaj od Ukrainy ważniejszy jest Bałtyk — stwierdził wprost.
Ukraina jako dawca bezpieczeństwa dla państw bałtyckich
Parafianowicz postawił interesującą tezę: Ukraina może stać się dawcą bezpieczeństwa dla słabszych graczy na wschodniej flance NATO. Nie zdziwiłby się, gdyby za rok lub dwa Ukraina proponowała państwom bałtyckim dwustronne umowy o bezpieczeństwie, na mocy których w razie rosyjskiej inkursji brygada ukraińska wchodziłaby natychmiast do walki — poza artykułem piątym, bez wielotygodniowej dyskusji NATO o tym, czy mamy do czynienia z wojną. Ukraina lewaruje się tym politycznie w Europie, państwa bałtyckie zyskują realną gwarancję szybkiej reakcji. Przy tego rodzaju wojnie o Przesmyk Suwalski czy państwa bałtyckie wszystko rozstrzygnie się w ciągu tygodnia — kto wejdzie do walki natychmiast, ten zdecyduje o wyniku.
Ukraina to zresztą już robi globalnie: w Afryce Subsaharyjskiej współpracuje z Francuzami i Tuaregami przy wypieraniu prywatnych firm wojskowych rosyjskich, na Morzu Śródziemnym zatapia okręty Floty Cieni. To państwo, które przyjmuje rolę prywatnej firmy wojskowej wynajmującej swoje usługi.
Przesmyk suwalski — jesteśmy mniej bezpieczni niż cztery lata temu
Parafianowicz ocenił, że do ewentualnej konfrontacji na Przesmyku Suwalskim nie będą potrzebne duże zgrupowania pancerne. Wystarczą dobrze zorganizowani droniarze, którzy zamkną teren — uniemożliwią logistykę i przemieszczanie oddziałów, tak jak to się dzieje teraz pod Konstantynówką. Rosyjskie wojska dronowe mają już powyżej 100 tysięcy żołnierzy, docelowo mają mieć 160 tysięcy — więcej niż cała polska armia zawodowa. Polska optyka na przesmyk jest nieaktualna, bo nie dojdzie tam do konfrontacji batalionowych grup taktycznych z czołgami.
Na pytanie, czy jesteśmy bezpieczniejsi niż cztery lata temu, Parafianowicz odpowiedział wprost: nie. Jesteśmy mniej bezpieczni, bo Rosjanie na wojnie ukraińskiej uczą się nieustannie. Odrastają im łby jak hydrze — każde uderzenie przynosi straty, ale też naukę. Kopiują taktykę ukraińską, tworzą własne odpowiedniki starlinków, budują infrastrukturę przy granicach z państwami bałtyckimi — koszary, szpitale, magazyny, umocnienia, które są instalacjami koniecznymi do przeprowadzenia operacji ofensywnej.
Obwód królewiecki — zaorać artylerią
Na pytanie, jak Polska powinna myśleć o obwodzie królewieckim, Parafianowicz odpowiedział bez ogródek: jako o miejscu, które w sytuacji wojny powinno zostać zaorane przez polską artylerię — jednoznacznie i szybko. To jest muzeum techniki posowieckiej. Kluczem jest uzyskanie jednoznacznej deklaracji ze strony Stanów Zjednoczonych o rozciągnięciu parasola nuklearnego nad Polską — bo Putin regularnie szantażuje opcją użycia broni atomowej w razie izolacji obwodu. Przy takim parasolu Rosjanie powinni mieć jasny sygnał: wszystkie instalacje militarne w obwodzie przestaną istnieć.
Polska powinna być proaktywna militarnie
Parafianowicz apelował o przekroczenie rubikonu w myśleniu o roli sił zbrojnych. Polska powinna prowadzić wojnę nie na swoim terytorium — odsuwać zagrożenie jak najdalej od granic. Polskie wojsko powinno być w Rumunii pod Konstancą, powinniśmy być w rejonie solecznickim na Wileńszczyźnie, gdzie planowano 45 Brygadę Pancerną. Zamiast tego odpuściliśmy. Pytanie o rolę sił specjalnych jest otwarte — czy mają być wyłącznie dobor, ową brygadą antyterrorystyczną, czy ma być instrumentem lewarowania polskiej pozycji, tak jak robi to Ukraina zestrzeliwując transportowce nad Morzem Śródziemnym czy biorąc udział w likwidowaniu resztek Grupy Wagnera w Afryce. Politycy mówią off the record, że dojrzewają do dyskusji o powszechnej służbie wojskowej i rozmieszczeniu oddziałów za granicą — ale pytanie, czy Polska zdąży przed eskalacją.
Pociąg Tuska — upokorzenie celowe
Parafianowicz opisał kulisy fatalnej wizyty kijowskiej z maja 2025 roku, gdy Starmer, Merz i Macron jechali razem, a Tusk osobno. To nie był przypadek — wizytę przygotowywał protokół ukraiński, a strona polska miała pełną świadomość, czym będzie jechał premier. Mogła nie wsiadać, opóźnić pociąg, wywołać awarię prądu w Przemyślu — słowem odmówić. Nie zrobiła tego. Cel był jeden: pokazać Tuskowi jego miejsce w szeregu. Dokładnie tak jak Putin z Erdoganem — kazał mu czekać pół godziny przed kamerami w przedpokojach Kremla, albo jak przywitał Merkel z psem, wiedząc, że się boi psów. To wszystko się kalkuluje.
Jednocześnie ten incydent paradoksalnie pomógł Nawrockiemu w kampanii — opozycja grała obrazem, że jego kandydat spotyka się z Trumpem, a Tusk jest wysadzany z pociągu przez przyjaciela Zełenskiego.
Gdańsk — pułapka Zełenskiego
Parafianowicz ostrzegł przed zbliżającą się konferencją o odbudowie Ukrainy w Gdańsku. Ze świata politycznego płyną sygnały, że Zełenski może próbować wmanewrować Polskę w trudną sytuację — przyjedzie, pokaże że sam fakt jego obecności jest ustępstwem i dowodem woli kompromisu, a gdy Polska i tak odbierze mu Order Orła Białego, przedstawi Polaków jako furiatów, którzy i tak idą w zaparte wobec partnera chcącego kompromisu. To nie będzie żadne ustępstwo — ale może zadziałać w zachodniej opinii publicznej.
Tusk vs PiS wobec Ukrainy
Parafianowicz ocenił, że rząd Tuska prowadzi tę politykę sprytniej niż PiS — markuje miłość i mówi Ukraińcom to, co chcą usłyszeć, ale nie ustępuje w polskich interesach. Jeden z ministrów powiedział mu wprost: Tusk może mówić do nich miłe rzeczy, ale kto go zna, ten wie, że to gracz. On był dla nich skurwielem i dobrze, bo oni do nas też byli skurwielami.
Ukraińcy byli przekonani, że wszystkie problemy z Polską to wina Kaczyńskiego i PiSu — z Tuskiem okazało się, że jest dużo trudniej. Przykładem jest sprawa Szmychala, który przyjechał na granicę z połową rządu i oczekiwał, że Tusk przyjedzie na jego wezwanie. Tusk akurat przyjmował w Warszawie von der Leyen i odblokowywał KPO. To ostentacja. Kim on jest, że sobie na to pozwala — przyjeżdża w kurtce i wzywa polskiego premiera, żeby zameldował się na punkcie granicznym.
Parafianowicz ma natomiast wątpliwości, czy Tusk zachowałby się tak samo jak PiS w pierwszych 100 dniach 2022 roku — czy otworzyłby magazyny z ciężkim sprzętem. Ocenia, że prawdopodobnie lawirowałby. Na szczęście wówczas była frykozy pisowska do tego, żeby pójść na całość.
Posowiecka kultura polityczna Ukrainy
Parafianowicz opisał charakterologiczne pokrewieństwo Zełenskiego z Trumpem, Netanjahu i Putinem — to są te same typy osobowości, ulepione z tej samej gliny. Zełenski w Gabinecie Owalnym trafił na większego chama od siebie i się zaczęło. Zełenski zanim wszedł do polityki robił karierę sceniczną w Rosji i siłą rzeczy nasiąkł tamtejszym stylem. Jego zastępca Tatarow był wiceszefem MSW za Janukowycza i współodpowiada za pacyfikację Majdanu. Jermak jest oskarżony o korupcję. Mindicz prał pieniądze inwestując je na giełdzie kryptowalut w Moskwie.
Ukraińska dyplomacja jest jednak paradoksalnie spójna i profesjonalna — ambasadorowie Deszczyca, Zwarych i Bodnar toczka w toczkę realizują instrukcje MSZ, znają specyfikę polskiej polityki i zawsze w sposób asertywny naciskają na interes ukraiński. To kontrast z polską stroną, gdzie zdarzają się dysonanse — jak w przypadku Szeptyckiego.
Diaspora ukraińska — pytania bez odpowiedzi
Parafianowicz zwrócił uwagę, że diaspora ukraińska nie zajęła żadnego stanowiska w sprawie kryzysu — co jest zrozumiałe przy obecnym poziomie emocji, ale nie zwalnia z konieczności dyskusji. Musi być przeprowadzona dyskusja o tym, jak ta dwumilionowa społeczność ma w Polsce funkcjonować — czy będzie ubiegać się o obywatelstwo polskie porzucając paszport ukraiński, czy wróci, czy wyjedzie dalej na Zachód. Im dłużej ta dyskusja jest chowana pod dywan, tym silniejszy będzie wybuch emocji. Naturalne są pytania Polaków, dlaczego młodzi Ukraińcy rozbijają się drogimi samochodami po polskich miastach, gdy ich rówieśnicy giną pod Konstantynówką. Naturalne jest pytanie, dlaczego tak mało Ukraińców zgłosiło się do tworzonego batalionu w Polsce.
Sinusoida relacji i normalizacja
Parafianowicz opisał relacje polsko-ukraińskie jako sinusoidę. Zawsze po pikach miłości — 2004, 2014, 2022 — następowała zapaść. W 2004 po pomarańczowej rewolucji kres nastąpił gdy Juszczenko nadał tytuł bohatera Szuchewyczowi. W 2014 po Majdanie to był 2015 rok i ustawy gloryfikujące UPA godzinę po przemówieniu Komorowskiego. Teraz jesteśmy świadkami kolejnej zapaści — tak głębokiej, bo tak wysoki był wyrzut emocji w 2022.
Wyżga zasugerował, że może to jest powrót do normalności. Parafianowicz się zgodził — i ocenił, że każdy kryzys buduje większy realizm po polskiej stronie. Tamte decyzje z pierwszych 100 dni 2022 roku były w interesie Polski — migi poszły po to, żeby ukraińscy żołnierze używali ich przeciwko Rosjanom, a nie żeby Polacy ginęli w tych maszynach. To była kalkulacja anglosaska. Teraz czas na kalkulację transakcyjną.
Jedyną drogą do normalizacji relacji jest mówienie prawdy o ich stanie. Emocje opadną, a wtedy przyjdzie czas na spokojną dyskusję o transporcie, rolnictwie, dostępie polskich firm do rynku ukraińskiego, statusie diaspory. Nie wolno zapominać, że mamy wspólnego wroga — i o tym Polaków nie trzeba przekonywać.
Polskie elity — jaki naród, takie elity
Parafianowicz zamknął rozmowę refleksją o polskiej klasie politycznej. Politycy rozmawiający off the record są dużo mniej naiwni, niż wynika z konferencji prasowych. Mają więcej realizmu, zgody na argumenty przeciwnika, spokoju i wyważenia. Polskie państwo dorasta — jego mięśnie są coraz silniejsze. Różnica między Polską a Ukrainą polega na tym, że polskie elity w pewnym momencie wspólnie i jednoznacznie podjęły decyzję o kursie na Unię i NATO. Na Ukrainie była polityka wielowektorowości — raz kurs na Rosję, raz na Zachód, raz na Chiny. Wynik demograficzny — z 49 milionów w 1991 roku do poniżej 30 dzisiaj — to ogromne wotum nieufności dla ukraińskich elit. Polska zrobiła inaczej i to widać.