Historyk i publicysta Piotr Zychowicz wygłosił podczas spotkania autorskiego w Opolu wykład poświęcony różnicom między Armią Krajową a Ukraińską Powstańczą Armią, bilansowi ofiar i reakcji na tezę historyka Kazimierza Wójcickiego, który na antenie TVP stwierdził, że UPA to AK, i sugerował symetrię win w konflikcie polsko-ukraińskim podczas II wojny światowej.
Armia państwowa kontra bojówka partyjna
Zychowicz zaczął od kwestii organizacyjnej. Armia Krajowa była siłą zbrojną Polskiego Państwa Podziemnego — konspiracją zapoczątkowaną w 1939 roku, działającą w oparciu o konsensus polityczny niemal całego narodu. Jej zapleczem były wszystkie legalnie działające przed wojną partie polityczne — od Stronnictwa Narodowego i Stronnictwa Pracy, przez Stronnictwo Ludowe, po PPS. Od lewa do prawa. AK podlegała uznanemu przez społeczność międzynarodową rządowi w Londynie i w pewnym momencie nawet Niemcy musieli nadać jej żołnierzom prawa kombatanckie.
OUN-UPA była natomiast czymś zupełnie innym. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów była bardzo radykalną frakcją ukraińskich szowinistów, która na przełomie lat 30. i 40. przeszła na pozycje faszystowskie. Ludobójstwa na Wołyniu dopuściła się nawet nie cała OUN, lecz frakcja frakcji — OUNB, czyli ten odprysk organizacji, którym kierował Bandera. Była to partyjna bojówka, nie wojsko państwowe. Zychowicz wskazał, że najbliższym porównaniem dla OUNB byliby chorwaccy Ustasze — faszyzująca grupa mająca na swoim koncie masowe zbrodnie. Gdyby szukać polskiego odpowiednika, to od biedy, z olbrzymim zastrzeżeniem, można by wskazać na tę część Narodowych Sił Zbrojnych, która nie podporządkowała się AK — z tym że NSZ nigdy nie dokonały ludobójstwa na 100 tysiącach ludzi.
OUN przed wojną dokonywała zamachów terrorystycznych, sabotaży i współpracowała wywiadowczo z Abwehrą. Batalion Nachtigal dowodzony przez Szuchewicza wkroczył w 1941 roku do Lwowa u boku Niemców. Towarzyszyły temu pogromy Żydów z udziałem ukraińskich nacjonalistów. Dekolog nacjonalisty ukraińskiego w pierwszej, nieocenzurowanej wersji zawierał punkt siódmy: nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy, oraz punkt ósmy: wrogów naszej sprawy podejmiesz nienawiścią i podstępem.
Bilans ofiar — jedna dziesiąta, nie symetria
Zychowicz przedstawił precyzyjne dane dotyczące ofiar. Po stronie ukraińskiej — to znaczy zamordowanych przez polskie formacje — mamy około 6–7 tysięcy ofiar, jeśli liczyć łącznie AK i Bataliony Chłopskie. Po doliczeniu zbrodni komunistycznych — KBW i LWP — historycy oceniają łączną liczbę ofiar ukraińskich na około 12 tysięcy. Po stronie polskiej — zamordowanych przez UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej — mamy około 100 tysięcy ofiar.
Na samym Wołyniu: luty 1943, wieś Parośla, 150 ofiar zatłuczonych siekierami, kobiety i dzieci. Marzec — Lipniki, 180 ofiar, Janowa Dolina, 600. Lipiec 1943 — apogeum, tak zwana krwawa niedziela, 8–9 tysięcy ofiar. Sierpień 1943 — Ostrówki i Wola Ostrowiecka, tysiąc ofiar. W sumie 1721 wiosek i kolonii polskich zaatakowanych w 3259 atakach.
Po stronie polskiej największe zdarzenia to: spacyfikowanie przez Zenona Jachymka-Wiktora wsi Sahryń w marcu 1944 roku — około 600 ofiar. Stanisław Basaj-Ryś spacyfikował Szychowice. Rewolucja chrubieszowska pochłonęła łącznie 1264 osoby. Jeśli chodzi o żołnierzy wyklętych: rajd Łupaszki na Litwę Kowieńską — 81 ofiar, zbrodnie Burego na Białorusinach — 79 ofiar, Pawłokoma — 366 ofiar, Wierzchowiny — około 200, Piskorowice — około 200. Łącznie pięć największych masakr przypisywanych żołnierzom wyklętym nie pochłonęło nawet tysiąca ofiar.
Stosunek: jedna strona zabiła kilkanaście razy więcej cywili niż druga. Nie jedna piąta, nie połowa — kilkanaście razy więcej. Matematycznie nie ma podstaw do żadnej symetrii.
Różny poziom decyzyjny — ludobójstwo kontra zbrodnia wojenna
Zychowicz wskazał na fundamentalną różnicę w procesie decyzyjnym. OUN już przed wojną planowała tak zwaną rewolucję narodową — plan Michała Kołodzińskiego z 1939 roku zakładał, że Polacy zostaną wyrezani, ale zostanie to ukryte pod pozorem rabacji chłopskiej, żeby zatuszować organizacyjny charakter zbrodni. Holokaust na Wołyniu dokonany przez ukraińską policję pomocniczą pod dowództwem Niemców był przygrywką — ci sami ludzie, którzy mordowali Żydów, w kwietniu 1943 roku na wezwanie OUNB wyszli do lasu i rozpoczęli masowe mordy na Polakach.W dokumentach UPA zachowało się sformułowanie: zrobimy z Wami co Hitler zrobił z Żydami.
Decyzja o wymordowaniu Polaków na Wołyniu zapadła na szczeblu OUN — to był słynny Kłym Sawur, któremu Ukraina dzisiaj stawia pomniki. Jesienią 1943 roku przybył na Wołyń Szuchewicz jako dowódca UPA i na poziomie prowidu — najwyższego kierownictwa organizacji — podjął decyzję o przeniesieniu metod wołyńskich na Galicję Wschodnią. Od początku 1944 roku mordy przelały się na Galicję. Była to zaplanowana, odgórnie zadaniowana czystka etniczna.
Tymczasem polskie akcje odwetowe były podejmowane na szczeblu niskiego dowódcy lub spontanicznie przez ludzi, którzy stracili bliskich. Rewolucja chrubieszowska — największa skoordynowana akcja odwetowa — była decyzją na poziomie Hrubieszowa zatwierdzoną co najwyżej przez Okręg AK Lublin. To jest maksimum. Komendant AK na Wołyniu w rozkazie numer 2 z 2 kwietnia 1943 roku wyraźnie zakazał odwetu na niewinnych Ukraińcach — takie było oficjalne nastawienie Armii Krajowej. Rozkazy UPA brzmiały odwrotnie: rezać Lachów.
Z perspektywy prawnej: polskie akcje odwetowe można zakwalifikować jako zbrodnie wojenne. Ludobójstwo na Wołyniu — to jest inna kategoria prawna i moralna. AK nie miała na żadnym szczeblu planu oczyścenia terenów spornych z ludności ukraińskiej. UPA miała taki plan i go realizowała.
Widły — brak dowodów
Wójcicki stwierdził, że Polacy na Wołyniu nabijali Ukraińców na widły. Zychowicz oświadczył, że przeczytał dziesiątki najważniejszych wspomnień wołyńskich i setki dokumentów — i nie natknął się na żaden opis Polaków nabijających kogokolwiek na widły. Jedynym źródłem takiego opisu jest dokument UPA przytaczany przez ukraińskiego historyka Wiatrowicza, odnoszący się do jednej wioski Ruda. Jest to jedyny, podany w ślad za źródłem upowskim przypadek. Natomiast sama natura polskiego odwetu wyklucza tego rodzaju okrucieństwo: polskie akcje odwetowe były przeprowadzane przez uzbrojone oddziały AK i Batalionów Chłopskich — bronią była kula. W przypadku UPA wyglądało to inaczej — po uderzeniu sotni i kureniów UPA wchodzili tak zwani siekiernicy, zwykli ukraińscy chłopi zmobilizowani lub przymuszeni do udziału w rzeziach albo zachęceni perspektywą przejęcia ziemi i dobytku polskich sąsiadów.
Polacy zabici dwa razy
Zychowicz zawarł w wykładzie gorzką obserwację dotyczącą polskiej pamięci historycznej. Ofiary ludobójstwa na Wołyniu to byli chłopi — nie szlachta, nie inteligencja, tylko najbardziej bezradna i zatomizowana społeczność, osłabiona wcześniejszymi wywózkami sowieckimi w latach 1939–41. Wołyń miał przed wojną status Polski nawet nie B, ale C. I w polskiej pamięci zbiorowej te ofiary zostały stłamszone — przez komunistów, którzy chcieli zatrzeć pamięć o polskości na ziemiach oddanych sowieckiej Ukrainie, ale też przez dogmat pojednania polsko-ukraińskiego, w imię którego przez dekady ci, którzy mówili o Wołyniu, byli uznawani za pieniaczy psujących dobre stosunki. Ofiary Wołynia zostały zabite dwa razy — raz przez banderowców w 1943 roku, drugi raz przez sarkofag milczenia, który nad nimi zamknięto.
Ekshumacje, nie przeprosiny
Zychowicz wyraźnie odciął się od oczekiwań wobec przeprosin z jakiejkolwiek strony — ani Ukraińcy nie muszą przepraszać Polaków, ani Polacy Ukraińców. To puste gesty. Konkretem, którego się domaga, są ekshumacje — możliwość pochowania pomordowanych rodaków, postawienia znicza na grobie. Wołyniacy to w dużej mierze starsi ludzie, którzy odchodzą. Każdy rok odwlekania oznacza, że nigdy tam nie pojadą. Na polach na Wołyniu podczas żniw do dziś z ziemi wychodzą kości pomordowanych — i to, zdaniem Zychowicza, nie mieści się w europejskiej cywilizacji.
Decyzja Zełenskiego o nadaniu jednostce imienia bohaterów UPA powinna zostać wycofana — ale nie dlatego, żeby Polska za niego sprzątała, lecz dlatego, że Zełenski wykreował problem i Zełenski musi go zakończyć. Co do Orderu Orła Białego — Zychowicz ocenił, że odpowiadanie na poważny krok eskalacyjny odebraniem orderu jest w istocie gestem operetkowym: Zełenski ma ich setki i jeden order nic go nie obchodzi. Jeśli jednak zostało to zapowiedziane, to trzeba odebrać — bo groźba bez wykonania sprowadza godność Rzeczypospolitej na totalną podłogę. Polska powinna sięgać po realne lewary: Starlinki, Jasionka, dostęp do terytorium, negocjacje akcesyjne z UE.