Para podróżników znana z kanału „Pepe i Agata” przyjechała do Kijowa starym pociągiem ze Lwowa ogrzewanym piecem węglowym. Już pierwszej nocy spędziła kilka godzin w schronie podczas jednego z najsilniejszych od tygodni rosyjskich ataków na stolicę Ukrainy. Następnego dnia, w deszczu, zwiedzała Majdan zamieniony w pomnik pamięci poległych, kijowskie sobory i Łuk Wolności Narodu Ukraińskiego. Pokazała w ten sposób, jak wygląda codzienność w mieście, w którym alarm bywa częściej niż jego brak.
Tablice poległych i piwo w litrowych butlach
Podróż zaczęła się rano na dworcu kolejowym we Lwowie. Pepe zwrócił uwagę, że z samego rana wymienia się tam tablice ze zdjęciami poległych żołnierzy, bo są codziennie aktualizowane. Wcześniej para widziała takie tablice tylko w centrum miasta. Zaskoczyło ją za to, że w dworcowej poczekalni można normalnie kupić piwo, „nawet w butlach litrowych, plastikowych”, a kawiarnia przypominała „cofnięcie się w czasie”.
Spodziewali się starego wagonu, bo z dwóch dostępnych pociągów wybrali tańszy. Rzeczywistość przebiła oczekiwania: wagon ogrzewano piecem na węgiel. „Pociąg w XXI wieku” – skomentował Pepe. Przy piecu przygotowywano też wrzątek, z którego konduktorka robiła herbatę.
Herbata w szklance z koszyczkiem
Bilet na liczącą około 500 kilometrów i trwającą sześć i pół godziny trasę Lwów–Kijów kosztował 250 hrywien, czyli około 22 złotych. Za pościel, którą system zaznaczał domyślnie, dopłacało się 80 hrywien, czyli około 7 złotych. Para nie żałowała, bo nie wiedziała, w jakim stanie będzie przedział, a wszystko było „naprawdę megawiekowe”. Czteroosobowe kuszetki miały materace i kocyki, ale nie miały drabinek, więc na górne łóżka trzeba było się wdrapywać. Dlatego wszystkie dolne były zajęte.
Konduktorka przyniosła herbatę w szklankach w metalowych koszyczkach, „jak u babci kiedyś”. Agata zauważyła, że przed nalaniem wrzątku kobieta przelała nim szklankę, by ją wyparzyć. Karpacka herbatka ziołowa z rumiankiem i miętą kosztowała 20 hrywien, czyli niecałe 2 złote. Ręczników, jak zauważył Pepe, w polskich pociągach się nie dostaje. Pokazał też toaletę z poplątanymi rurami i szczotką do sedesu przywiązaną sznurkiem.
Sąsiad po trzydniowej imprezie
Podróż nie należała jednak do przyjemnych. W przedziale jechał mężczyzna, od którego czuć było alkohol, a do tego co chwilę wychodził palić. „Wydaje mi się, że to były takie trzy dni imprezy” – stwierdził Pepe. Wszystkie inne miejsca były zajęte, więc nie było gdzie się przesiąść.
W Kijowie para nie miała jeszcze noclegu, bo nie wiedziała, na ile dni zostanie. Wahała się, czy jechać dalej do Odessy, czy już wracać, bo nie chciała zbliżać się do frontu. Decyzję częściowo podjął za nią przypadek: Pepe zostawił we Lwowie elektryczną szczoteczkę do zębów wartą kilkaset złotych, więc wracać trzeba było przez Lwów.
Dwudzieste piętro w czasie wojny
Mieszkanie udało się zarezerwować na ostatnią chwilę. Było wyraźnie droższe niż we Lwowie, ale to stolica. Za trzy noce para zapłaciła około 350–360 złotych. Podobny standard w centrum byłby według Pepego co najmniej o 150–200 złotych droższy.
Apartament znajdował się na 20. piętrze 25-piętrowego bloku, który sprawiał wrażenie jeszcze niedokończonego. Pepe przyznał, że w czasie wojny nie powinno się zatrzymywać w wysokich budynkach, bo w razie trafienia rakietą są mniej wytrzymałe. Pocieszał się, że nad nimi jest jeszcze pięć pięter. W środku mieszkanie okazało się „standardem europejskim, luksusem można powiedzieć”, choć było chłodno, bo zostawiono otwarte okna.
„Jeśli nie chcesz spać, lataj za każdym razem”
Wieczorem aplikacja ostrzegła przed zagrożeniem dronami w regionie. Pierwszy alarm, który para przeczekała w sklepie, wszyscy zignorowali i szybko się skończył. Gdy około 23.15 zawyły syreny po raz drugi, Pepe nie krył zdziwienia. „We Lwowie spędziliśmy trzy dni i nic takiego nie miało miejsca, a tutaj pierwsza noc i już drugie wezwanie do schronu” – mówił.
Wyjaśnił, że alarmy w Kijowie nie są fałszywe w ścisłym sensie. Ogłasza się je za każdym razem, gdy startują rosyjskie myśliwce albo gdy z daleka nadlatuje coś nieznanego. W stolicy częściej są więc dni z alarmem niż bez niego, a ludzie przyzwyczaili się do tego stopnia, że je ignorują. Ukraińcy, z którymi rozmawiali, odpowiadali na pytanie o schron krótko: jeśli nie chcesz w ogóle spać, chodź do schronu za każdym razem. Alarmy najczęściej zdarzają się nocą i trwają nawet cztery, pięć, sześć godzin.
Pepe przyznał, że przy pierwszych syrenach serce zabiło mu szybciej. Agata miała już przygotowany plecak z powerbankiem, przekąskami, piciem i ciepłymi ubraniami, „że bierzesz i wylatujesz”. Pepe zauważył, że zbieganie z 20. piętra w razie odcięcia prądu byłoby „masakrą”. Przyznał jednak, że licząc ofiary z ostatnich miesięcy, liczbę alarmów i mieszkańców, ryzyko jest bardzo niskie. „Ciężko w ogóle racjonalnie to pogodzić, żeby też nie zwariować” – podsumował.
Noc w przejściu podziemnym
Gdy przyszła informacja, że drony szybko lecą w stronę Kijowa, Dniepru, Połtawy i Czerkas, para poszła do najbliższego schronu, czyli przejścia podziemnego przy wejściu do metra. Za dziesięć minut zaczynała się godzina policyjna, po której można być tylko w domu albo w schronie. Spodziewali się pustki, a zastali kilka rodzin z materacami i krzesełkami, w sumie kilkanaście osób. Zaskoczyło ich, że nawet po trzech i pół roku wojny są ludzie, którzy traktują alarmy na serio. Pepe zauważył przy tym paradoks: większość ignoruje syreny, bo wyją codziennie, ale gdy naprawdę coś się wydarzy, może być już za późno na reakcję.
Na mapie w aplikacji zaczęły pojawiać się znaczniki eksplozji w różnych miejscach jednocześnie, a potem pierwsze informacje o wybuchach w samym Kijowie. O 1.10 część ludzi już spała. „Panie twarde siedzą na stołkach, ale tam już na materacu, dawno odpłynęli” – relacjonował Pepe. „Oni są już przygotowani mentalnie” – zauważyła Agata.
Gdy para zbierała się już do powrotu, przyszło kolejne, poważniejsze wezwanie do schronu, tym razem przed rakietami. Pepe wyjaśnił, że alarmy przed dronami często się ignoruje, ale przed rakietami już nie, bo zdarzają się rzadziej. Okazało się, że celem ataku była elektrownia, a w części miasta zabrakło prądu. Przybywało ludzi, a w schronie pojawił się pierwszy pies. „Jak będziemy tu 15 godzin siedzieć, to będę żałował, że takiego materaca nie mam” – żartował Pepe. O 3.20 alarm wciąż trwał, a na zewnątrz słychać było samoloty.
„Jeden z mocniejszych ataków w ostatnich tygodniach”
O 4.08 przyszło powiadomienie o końcu zagrożenia i ludzie natychmiast zaczęli się zbierać. Pepe zabrał do schronu plecak z całą elektroniką i nagraniami, „żeby przetrwało w razie wybuchu”, a Agata wzięła nawet laptopa. „Moglibyśmy jeszcze montować odcinek, jakby to dłużej trwało” – zażartował. Uznał, że mieli pecha, bo trafili na jedną z najdłuższych i najmocniejszych nocy od tygodni. W Kijowie słychać było kilka wybuchów, a jeden tak blisko, że wszyscy w schronie się poderwali. Pepe zdradził, że Agata wzięła ten huk za pociąg o trzeciej nad ranem.
Ledwie zdążyli się umyć i położyć, o 4.53 przyszedł kolejny alarm. Z rosyjskiego lotniska wystartowały MiG-i-31K, a cała Ukraina zrobiła się na mapie czerwona. „Ja pierdzielę, no to faktycznie się nie da spać, jeżeli chce się to traktować na poważnie” – skomentował Pepe. Wrócili do schronu, a gdy mapa się uspokoiła, poszli do mieszkania. Zaraz po wejściu dostali powiadomienie o końcu zagrożenia. Była 5.50.
Dom z Chimerami za blokadą
Rano wciąż padało. Metrem para pojechała do centrum, gdzie najpierw zajrzała w okolice Domu z Chimerami, który Pepe opisał jako siedzibę prezydenta, czyli miejsce urzędowania Zełenskiego. Cała ulica była zablokowana dwoma posterunkami i przepuszczano tylko osoby z przepustkami. Pepe nie podchodził bliżej z kamerą, by nie być przepytywanym. „Wyłapiesz zaraz łeb jeszcze” – skwitowała Agata.
Po drodze pokazali motankę, tradycyjną szmacianą lalkę, która dawniej była najpopularniejszą zabawką ukraińskich dzieci. Dziś symbolicznie wspiera Ukrainę: kreatywność i zjednoczenie mają być jej najsilniejszą bronią, a według Agaty „drogą do zwycięstwa”.
Majdan jako pomnik pamięci
Majdan Pepe nazwał najważniejszym dla Ukraińców miejscem w Kijowie, a może i w całym kraju. Przypomniał, że to tu odbyła się pomarańczowa rewolucja w 2004 roku, po której powtórzono sfałszowane wybory. W latach 2013–2014 trwał tu Euromajdan, po którym Wiktor Janukowycz, odwracający się od Unii Europejskiej i zbliżający kraj do Rosji, uciekł z Ukrainy. W obu przypadkach Ukraińcy protestowali przeciw prorosyjskiemu kursowi władz.
Dziś miejsce, które było symbolem rewolucji, stało się ogromnym, otwartym pomnikiem pamięci. Są tu setki flag, zdjęć i imion żołnierzy, ochotników i zwykłych ludzi, którzy zginęli w tej wojnie. „Każda flaga to czyjeś życie, każde zdjęcie czyjaś historia. Patrząc na to wszystko, trudno nie poczuć, że tu, w samym sercu Ukrainy, wolność wciąż kosztuje bardzo wiele” – mówił Pepe.
Złote kopuły i carillon na kółkach
Niedaleko Majdanu para odwiedziła Sobór św. Michała o Złotych Kopułach, który Pepe nazwał najważniejszą katedrą prawosławną w Ukrainie. Na placu przed nim stoi wystawa zniszczonego na froncie sprzętu wojskowego. Agata zachwycała się sztukaterią i złotem, a Pepe przypomniał, że podobny sobór ze złotymi kopułami widzieli, gdy mieszkali na Łotwie. W słońcu robi to wielkie wrażenie, ale tego dnia słońca nie było.
Po drugiej stronie stoi Sobór Mądrości Bożej, czyli Sobór Sofijski. Pepe podkreślił, że w przeciwieństwie do świątyni św. Michała nie został nigdy zburzony. Zbudowano go w XI wieku i jest jednym z najstarszych soborów w Europie, wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na makiecie widać trzynaście kopuł, symbolizujących Chrystusa i dwunastu apostołów. „Ja akurat jestem średnio religijny, czyli wcale, ale może ktoś się interesuje” – zastrzegł Pepe. Wstęp na sam teren kosztuje 50 hrywien, czyli około 4,40 złotego. Przez pogodę para obejrzała go tylko z zewnątrz.
Uwagę Pepego przykuł instrument z klawiaturą podobną do pianina, połączoną z mnóstwem dzwonów. Agata sprawdziła, że to mobilny carillon koncertowy na kółkach, uruchamiany klawiaturą ręczną i nożną jak w organach. Pepe przyznał, że aż prosiło się, by choć raz nacisnąć klawisz, ale była tabliczka „nie dotykać”.
Kolejka za 70 groszy i „amerykańska dzielnica”
Przy Soborze św. Michała para zjechała kolejką linowo-terenową, liczącą około 200 metrów. Kosztowała tyle, co każdy przejazd komunikacją miejską w Kijowie, czyli 8 hrywien, niewiele ponad 70 groszy. Pepe zauważył, że tyle samo płacili kilka lat wcześniej. Pokazał też awaryjne hamulce wagonika ze sprężynami i gumami.
Na dole żartował o „amerykańskiej dzielnicy”: z jednej strony Amerykański Uniwersytet w Kijowie, naprzeciwko McDonald’s, a obok hotel sieci Fairmont, wywodzącej się z San Francisco. Z brzegu Dniepru widać było cerkiew św. Andrzeja i miejską plażę po drugiej stronie rzeki. Pepe zastanawiał się, czy ktoś się tam kąpie latem, choć czystość wody w rzekach miejskich, poza Szwajcarią, budzi jego wątpliwości.
Łuk, który zmienił nazwę
Na koniec para wspięła się do łuku, który kiedyś nazywał się Łukiem Przyjaźni Narodów i symbolizował przyjaźń ukraińsko-rosyjską. Po wybuchu pełnoskalowej wojny przemianowano go na Łuk Wolności Narodu Ukraińskiego. Rzeźbę ukraińskiego i rosyjskiego robotnika, trzymających razem order przyjaźni narodów, zdemontowano. Początkowo planowano rozebrać cały pomnik, ale w ramach dekomunizacji postanowiono tylko zmienić jego nazwę.
Z tarasu widokowego w jesiennych kolorach widać, jak ogromne jest miasto. Pepe wyliczył, że Kijów ma około 830 kilometrów kwadratowych, ponad 50 procent więcej niż nieco ponad 500-kilometrowa Warszawa.
„Warto mieć wyobraźnię”
Pepe odniósł się też do pytań, czy wypada zwiedzać kraj w stanie wojny. Wyjaśnił, że para nie jedzie na front, tylko do miast mocno oddalonych od linii walk albo dobrze chronionych. Dzięki temu widzowie mogą zobaczyć, jak wygląda życie w kraju, w którym trwa wojna. „Warto mieć wyobraźnię” – dodała Agata. Zdaniem Pepego współczesna wojna to nie żołnierze z karabinami biegający po ulicach. Kraj musi funkcjonować i zarabiać, a ludzie chodzić do pracy i żyć. Nie wszyscy porzucą mieszkania, pracę i rodziny, choć duża część wyjechała, a ludność Ukrainy zmniejszyła się według niego o prawie jedną czwartą.
W kolejnym odcinku para zapowiedziała rozmowę z żołnierzem, który służy na froncie od pierwszego dnia wojny. Bogusław Kruk, oficer Sił Zbrojnych Ukrainy, przedstawił się krótko: Polskę zna od dzieciństwa, bo jego ojciec jest Polakiem ze Lwowa.
Materiał „Kijów podczas Ataku Rakietowego | UKRAINA 🇺🇦” dostępny na kanale Pepe i Agata na YouTube, liczącym 11,6 tys. subskrybentów. Opublikowany 23 października 2025.