Oliwia Zygmunt w pierwszym odcinku swojej serii z Ukrainy pokazała, jak wyglądał jej pierwszy w życiu pobyt we Lwowie i okolicach. Przyjechała tam z partnerem Romkiem, Ukraińcem, którego rodzina mieszka pod Lwowem. Przyznała, że jeszcze rok czy dwa lata temu za nic nie chciałaby tam jechać, bo bardzo się bała, a teraz czuje większy spokój. Na miejscu zaskoczyło ją, że jest „dość cywilizowanie”, choć wojnę widać na każdym kroku: w zabezpieczonych zabytkach, agregatach przed sklepami i codziennej minucie ciszy o 9.00. Pokazała też lwowską kuchnię, ceny i miejski ruch, a przy okazji sprawy urzędowe, które Romek musiał załatwić, by móc wyjechać z kraju.
Podróż i dokumenty, które pozwolą wyjechać
Oliwia i Romek wyszli z domu w Poznaniu o 6 rano. Jechali siedem godzin pociągiem do Przemyśla, potem autobusem do Medyki, a granicę przekroczyli pieszo, stojąc w kolejce. W Poznaniu było chłodno i całą noc padało, a im bliżej Przemyśla, tym bardziej robiło się duszno, więc na przejściu Oliwia była, jak sama mówi, cała mokra. Pierwszego oficjalnego dnia plany się zmieniły, bo Romek musiał załatwić dokumenty, które pozwolą mu wyjechać z Ukrainy. Okazało się, że w obwodzie lwowskim urzędy wydające takie dokumenty nie działają, więc trzeba było jechać poza region, z nadzieją, że wszystko uda się załatwić w tydzień, bo nie chcieli spędzić tam nie wiadomo ile czasu. Przy tej okazji Romek pokazał zamkniętą, zalaną wodą kopalnię, która zamieniła się w duże jezioro, około dwudziestu kilometrów od Lwowa. Następnego dnia para jechała jeszcze do notariusza.
Zabytki pod osłoną
W centrum Lwowa Romek pokazał katedrę łacińską, zabezpieczoną przed wybuchami, dronami i pociskami, z zakrytymi oknami, a także zasłonięty pomnik. Na Rynku Oliwia zwróciła uwagę na witraże, ratusz, w którym, jak wyjaśnił Romek, urzęduje mer miasta, i worki z piaskiem, którymi wszędzie zabezpieczono zabytki. Na koniec podsumowała, że zabezpieczenia, takie jak blachy w oknach zabytków, nie są wszędzie, ale są miejsca szczególnej troski, gdzie ludzie dbają, by w razie czego nic im się nie stało.
Pierogi, kasza z bryndzą i kawa z piasku
W restauracji „Ciepły Piec” Oliwia zamówiła pierogi, które w karcie nazywały się po prostu pierogami z ziemniakami i serem. Przyznała, że z menu nie rozumiała nic i aż chciało jej się płakać, bo nie dało się nawet niczego domyślić. Romek wybrał kaszę kukurydzianą gotowaną na śmietanie, ze skwarkami i bryndzą, czyli owczym serem, oraz solankę, mięsną zupę z cytryną, którą nazwał „zajebistą”, choć ktoś z towarzystwa przyznał, że to nie jego smaki. Na deser była napoleonka, spora, ale pyszna, oraz kawa parzona w piasku. Oliwia pokazała też popularne w Ukrainie miejsca z piwem i cydrem „na rozlew”, gdzie można wypić na miejscu albo kupić napój w plastikowej butelce. Wybrała słodki cydr malinowy: litr kosztował 60 hrywien (ok. 5,1 zł, ok. 1,2 euro), a dwa litry piwa 163 hrywny (ok. 13,7 zł, ok. 3,2 euro). Dzień zakończyli sushi, a w domu przywitał ich „ukraiński” kot Leonek.
McDonald’s po ukraińsku
Drugiego dnia para zjadła śniadanie w McDonald’s, bo Romek musiał wcześnie jechać załatwiać sprawy. Oliwia zauważyła, że do zestawu zamiast frytek czy sałatki można wybrać placek ziemniaczany, a w menu jest kanapka z awokado. Jej ulubiona w Polsce kanapka z kurczakiem podawana jest tu w bułce typu McMuffin, bo wszystkie bułki są takie same. Szczerze oceniła, że było dobrze, ale spodziewała się „nie wiadomo czego”, a w Polsce McDonald’s chyba bardziej jej smakuje. Za dwa zestawy zapłacili równowartość 32 złotych (ok. 7,4 euro), podczas gdy w Polsce według niej kosztowałyby pięćdziesiąt kilka. Pochwaliła cappuccino z dobrą pianką, o które w Polsce bywa trudno.
Ruch uliczny, galeria i hulajnogi
Jadąc przez miasto, Oliwia przyznała, że w życiu nie prowadziłaby tam auta. Pokazała policję zatrzymującą Teslę, osiedla bloków, z których część jest zaniedbana, i „fajne, eleganckie” busiki. Zwróciła uwagę, że pasy na jezdniach są przeważnie dawno starte, a Romek dodał, że czasem to dramat, bo nie wiadomo, czy jest jeden pas, czy dwa. Kierowca z Polski potrzebowałby czasu, by się przyzwyczaić. Przy galerii handlowej Forum wypatrzyła polskie sklepy Reserved i Sinsay oraz elektryczne hulajnogi na wynajem i stwierdziła, że jest dość cywilizowanie, a spodziewała się, że będzie gorzej. Romek pokazał też miejsce, gdzie dziś jest sklep „Ewa”, a jego babcia przez ponad 40 lat prowadziła aptekę.
Minuta ciszy i agregaty
Oliwia opowiedziała, że codziennie o 9.00 we Lwowie obowiązuje minuta ciszy, czyli minuta pamięci dla ofiar wojny, podczas której ludzie zatrzymują się, a kierowcy podobno nawet stają i wysiadają z aut. Napis o tym widniał nawet na autobusie. Romek wyjaśnił, że trwa to od kilku lat, codziennie, i że Lwów jest pod tym względem szczególny, bo na przykład w Kijowie mało kto się zatrzymuje. Jako coś, czego w Polsce raczej się nie doświadczy, Oliwia wskazała agregaty prądotwórcze stojące niemal przed każdą restauracją i sklepem.
Pierwsze wrażenia i dalszy plan
Oliwia przyznała, że wcześniej rozmawiała z ludźmi, którzy twierdzili, że Lwów i w ogóle Ukraina są bardzo ładne, a jej pierwsze wrażenie było lepsze, niż się spodziewała. Zaprosiła widzów, którzy w obecnych czasach raczej nie rozważają takiego wyjazdu, by zwiedzali razem z nią, i wyraziła nadzieję, że kiedy wojna się skończy, może sami pojadą tam na wakacje. W piątek para planowała wyjazd do cioci Romka mieszkającej w górach. Odcinek zakończyło dzikie, ustronne miejsce w pobliżu działki brata Romka, zagrożone, jak zauważyła Oliwia, powodziami.
Materiał „VLOG #1 – Po raz pierwszy we Lwowie 🇺🇦 Tak wyglądał nasz pierwszy dzień!” dostępny na kanale Oliwia Zygmunt na YouTube, liczącym 1,61 tys. subskrybentów. Opublikowany 27 lipca 2026.