Grzegorz Ślubowski rozmawiał w Kanale Otwartym z Michałem Kacewiczem, redaktorem naczelnym portalu Centrum Europy, o tym, czy polsko-ukraiński spór historyczny przekłada się na inne dziedziny życia, w tym na działalność polskich firm na Ukrainie, sytuację we Lwowie i przyszłość relacji między oboma krajami.
Zaskakująca zmiana taktyki władz ukraińskich
Kacewicz przyznał, że mimo ponad dwudziestu lat regularnych wyjazdów na Ukrainę i szerokiej sieci kontaktów w różnych środowiskach – od władz, przez aktywistów, dziennikarzy, po biznes – sposób, w jaki obecne władze ukraińskie rozegrały kwestie historyczno-symboliczne w czasie wojny, go zaskoczył. Zaznaczył, że ekipa prezydenta Zełenskiego, rządząca od 2019 roku, początkowo nie przywiązywała wagi do tej tematyki – w przeciwieństwie do poprzednika, Petra Poroszenki, dla którego rekonstrukcja nacjonalistycznej mitologii z okresu II wojny światowej, eksponująca rolę UPA i OUN w walce z Sowietami, była ideologicznie istotna i już wtedy stanowiła pole konfliktu z Polską.
Zełenski i jego otoczenie z czasem nauczyli się jednak, zdaniem Kacewicza, dość cynicznie rozgrywać tę tematykę, głównie wobec Polski – ze świadomością, jak duże znaczenie ma ona w polskiej opinii publicznej. Ekspert ocenił to jako możliwy przejaw rosnącej asertywności ukraińskiej w okresie, gdy sytuację na froncie określił jako stabilną, choć poważną – porównując ją do stanu pacjenta ciężkiego, ale ustabilizowanego. Zastrzegł przy tym, że unika kategorii „wygrana-przegrana” wobec obecnego etapu wojny, wskazując, że dla Ukrainy kryterium sukcesu wydaje się dziś być zatrzymanie linii frontu i odrzucenie rosyjskich żądań dotyczących gwarancji bezpieczeństwa i sytuacji wewnętrznej kraju.
Konferencja w Gdańsku ucierpiała na klimacie sporu
Odnosząc się do wpływu sporu historycznego na gospodarkę, Kacewicz ocenił, że na razie nie widać bezpośredniego przełożenia, ale sam klimat wokół napięcia polsko-ukraińskiego już wpłynął na konferencję odbudowy Ukrainy w Gdańsku, która miała być punktem otwarcia dla polskiej ekspansji gospodarczej na Ukrainę. Wydarzenie było obudowane wątpliwościami – niepewnością, kto właściwie przyjedzie, a ostatecznie także zbiegło się w czasie ze zmianą na stanowisku premiera Ukrainy (odejściem Julii Swyrydenko), choć – jak zaznaczył Kacewicz – nie miało to żadnego bezpośredniego związku z samą konferencją.
Ekspert zwrócił uwagę na mechanizm scentralizowanego zarządzania narracją na Ukrainie – gdy Zełenski zareagował emocjonalnie na decyzję o nienadaniu jednostce wojskowej imienia związanego z UPA, cała struktura władzy, w tym osoby wcześniej przychylne Polsce, zaczęła mówić innym tonem. Zjawisko to, jego zdaniem, rozlewa się w dół – obejmuje media, samorządy i osoby kształtujące opinię publiczną. Kacewicz ocenił, że ten mechanizm działa też w drugą stronę – gdyby Zełenski zdecydował się na odwrót od konfrontacyjnego tonu, cała struktura mogłaby równie szybko wrócić do wcześniejszego, bardziej przyjaznego podejścia do Polski, choć uznał to za mało prawdopodobne w obecnych warunkach.
Polskie firmy na Ukrainie: ponad trzy tysiące podmiotów
Ślubowski zwrócił uwagę na mit, jakoby polskie firmy praktycznie opuściły ukraiński rynek. Kacewicz zdecydowanie to zdementował, powołując się na własne rozmowy z przedsiębiorcami działającymi tam od lat. Wskazał, że zarejestrowanych jest ponad trzy tysiące polskich podmiotów gospodarczych na Ukrainie, z czego realnie działa prawdopodobnie około połowy – reszta to formalnie istniejące, ale nieaktywne lub nigdy nieuruchomione podmioty.
Wśród działających dużych firm wymienił Barlinek, Fakro oraz Cersanit – ten ostatni zatrudnia ponad dwa tysiące osób i pracuje pełną parą. W sektorze finansowym wskazał Credobank, należący do grupy PKO BP, silny zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, oraz PZU Ukraina, które niedawno przejęło dużego ubezpieczyciela działającego w segmencie ubezpieczeń na życie – obszarze obecnie niewielkim, ale, zdaniem Kacewicza, potencjalnie perspektywicznym.
Wojenna rzeczywistość: ataki dronowe, brak surowców, mobilizacja
Kacewicz opisał konkretne wyzwania, z jakimi mierzą się polskie firmy działające na Ukrainie mimo wojny. Cersanit, mimo zagrożeń, wybudował nową linię produkcyjną, choć zakłady Fakro pod Lwowem i Barlinek padły ofiarą ataków dronowych – w przypadku Fakro spłonął magazyn drewna i innych materiałów. Wojna zaburzyła też łańcuchy dostaw surowców – Cersanit tradycyjnie korzystał z materiałów z Donbasu, obecnie okupowanego lub objętego walkami, i musi radzić sobie z ograniczonymi zapasami. Problemem pozostają też przerwy w dostawach energii elektrycznej.
Kluczowym wyzwaniem są jednak ludzie – część pracowników podlega mobilizacji, choć niektórych udaje się chronić poprzez wpisanie na listy rezerwowe. W efekcie w polskich zakładach na Ukrainie pracuje dziś więcej kobiet, a w niektórych branżach popyt jest na tyle duży, że produkcja odbywa się na dwie lub trzy zmiany. Wojna oznaczała też całkowitą utratę rynków rosyjskiego i białoruskiego dla firm, które wcześniej eksportowały tam swoje produkty z Ukrainy – ograniczenia zaczęły się już po 2014 roku, a od 2022 roku eksport ten całkowicie zamarł, co dla części polskich przedsiębiorstw oznaczało znaczącą stratę. Kacewicz zwrócił też uwagę na prozaiczny, ale realny problem: alarmy lotnicze regularnie dezorganizują pracę zakładów, zmuszając pracowników do przerw i zejścia do schronów.
Kontrol Proces: spór biznesowy sprzed konfliktu historycznego
Ślubowski zapytał o głośny przypadek lwowskiej firmy, która – jak twierdzi – padła ofiarą niesprawiedliwego potraktowania przy przetargu dotyczącym gospodarki odpadami. Kacewicz zidentyfikował ją jako Kontrol Proces, dużą polską spółkę budowlaną, która miała wybudować we Lwowie zakład przetwarzania biologiczno-mechanicznego odpadów – inwestycję wartą ponad 20 milionów euro, finansowaną częściowo kredytem z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju.
Wyjaśnił, że gospodarka odpadami we Lwowie przez lata była zaniedbywana z powodu układów korupcyjnych między lokalnymi władzami a firmami zajmującymi się wywozem śmieci na miejskie wysypiska, dotowanymi jednocześnie z budżetu miasta. Presja zewnętrzna oraz gwałtowny wzrost liczby mieszkańców Lwowa – powiększonej o setki tysięcy przesiedleńców z innych regionów Ukrainy – wymusiły w końcu decyzję o budowie nowoczesnej instalacji. W pewnym momencie, gdy budowa była już niemal ukończona, władze miejskie zerwały jednak kontrakt z polską spółką. Kacewicz przedstawił kilka hipotez dotyczących przyczyn, w tym możliwość, że władze miasta chciały uzyskać udział w dokończeniu wielomilionowej inwestycji przy pomocy ukraińskich firm. Podkreślił przy tym stanowczo, że sprawa zaczęła się jeszcze przed eskalacją sporu historycznego i nie ma z nim żadnego związku – wynika raczej z korupcyjnych i nieprzejrzystych praktyk lokalnych władz.
Mer Sadowyj: cynizm, nie ideologia
Kacewicz zaznaczył, że władze Lwowa, z merem Andrijem Sadowym na czele, funkcjonują w dużej mierze niezależnie od centrali w Kijowie, a relacje między obozem Zełenskiego a Sadowym są raczej chłodne. Pytany, czy opinia o niechęci mera do Polski jest zasadna, Kacewicz ocenił, że bliższe prawdy jest określenie go jako polityka cynicznego, dostosowującego się do panujących nastrojów, a nie ideologicznie zaangażowanego przeciwnika Polski.
Opisał wieloletnią karierę Sadowego – od czasów, gdy jako dziennikarz Newsweeka zajmował się m.in. skandalicznymi decyzjami władz Lwowa dotyczącymi cmentarza Orląt Lwowskich (wywożeniem pomników, opóźnianiem modernizacji mimo umów z Polską), poprzez okres, gdy Sadowyj utrzymywał bliskie relacje z otoczeniem Wiktora Janukowycza i oligarchy Rinata Achmetowa, po jego rolę jako lidera liberalnej partii Samopomicz. Kacewicz zwrócił uwagę na istnienie we Lwowie od lat środowiska określanego przez niego mianem „kryptonacjonalistów” – intelektualistów i historyków związanych z Uniwersytetem Lwowskim, formalnie deklarujących przyjaźń polsko-ukraińską, ale konsekwentnie podkreślających, że Polska nie powinna ingerować w ukraińską politykę historyczną. Środowisko to przez lata pozostawało głębokim marginesem dyskursu w skali całej Ukrainy – w Kijowie traktowano lwowskie środowiska raczej lekceważąco. Kacewicz przypomniał też, że partie o profilu jawnie nacjonalistycznym, takie jak Swoboda, zaczęły się wzmacniać jeszcze przed Majdanem 2013–2014, zyskały pewien rozgłos po Majdanie, ale dziś te struktury nie mają już większego znaczenia politycznego – i nawet we Lwowie nigdy nie były dominujące. Obecnie jednak, zdaniem Kacewicza, samo środowisko intelektualne skupione wokół tych idei zyskuje na znaczeniu, a Sadowyj, wyczuwając zmieniający się klimat, coraz wyraźniej przesuwa się w tę stronę, mimo wcześniejszych licznych występów w polskich mediach i braku widocznych wcześniej pretensji wobec Polski.
Rosnąca trudność w codziennych relacjach instytucjonalnych
Ślubowski przywołał rozmowy z polskimi dyplomatami pracującymi na Ukrainie, którzy sygnalizowali, że coraz trudniej załatwić nawet drobne sprawy, jak wynajem sali na wydarzenie – jakby nastrój zmieniał się „za dotknięciem guzika”. Kacewicz potwierdził tę obserwację, tłumacząc ją odgórnie sterowanym charakterem ukraińskiego zarządzania narracją w warunkach wojennych, do którego dostosowują się także osoby niekoniecznie popierające obecną władzę.
Zaznaczył jednak, że polskie firmy działające od dawna na Ukrainie mają dobrze wypracowane relacje z lokalnymi władzami i instytucjami, i nie spodziewa się poważniejszych problemów dla nich w obecnej sytuacji. Ostrzegł jednak, że w przypadku dalszej eskalacji sporu i przeniesienia go na obszar pozahistoryczny – zwłaszcza gospodarczy, czy to z inicjatywy polskiej, czy ukraińskiej – ukraińskie instytucje kontrolne mogłyby zacząć tworzyć problemy. Wskazał też na możliwe pośrednie skutki dla przyszłych, większych inwestycji: wzrost kosztów wejścia na rynek lub preferowanie przez stronę ukraińską firm z innych krajów.
Realia biznesowe ważniejsze niż polityka
Odpowiadając na zarzut, że Ukraina rzekomo systematycznie pomija polskie firmy na rzecz zagranicznej konkurencji, Kacewicz był sceptyczny – nie zna wielu przypadków, które by to potwierdzały, i przestrzegł przed nadmiernym demonizowaniem sytuacji. Wskazał na czysto biznesowe wytłumaczenie: ukraińskie władze samorządowe często wolą rozmawiać z dużymi globalnymi korporacjami niż z – nawet sporymi – podmiotami polskimi, ponieważ te pierwsze dysponują większym kapitałem i są bardziej skłonne do akceptowania ryzyka utraty zainwestowanych środków w razie przedłużającej się wojny. Dla średniej wielkości polskiej firmy takie ryzyko jest, jego zdaniem, znacznie trudniejsze do udźwignięcia.
Podkreślił, że na poziomie regionalnym otwartość ukraińskich władz na inwestorów jest zwykle duża, a ewentualne problemy wynikają raczej z korupcji, słabości i niedostosowania prawa ukraińskiego do wymogów modernizacji, niewydolności Rady Najwyższej w czasie wojny (skupionej na sprawach priorytetowych) oraz fundamentalnej wadliwości systemu sądownictwa. Zaznaczył, że wielu polskich przedsiębiorców wprost deklaruje gotowość inwestowania na Ukrainie pod warunkiem, że spory kontraktowe będą rozstrzygane poza ukraińskimi sądami.
Szanse i konkurencja: budownictwo, przemysł, IT
Pytany o potencjał odbudowy Ukrainy dla polskiego przemysłu, Kacewicz ocenił go pozytywnie, wskazując na branżę okołobudowlaną, materiały wykończeniowe i stolarkę jako obszary, w których Polska ma przewagę konkurencyjną, a produkcja na miejscu może być tańsza. Zwrócił uwagę na deficyty surowcowe Ukrainy – brak krajowej produkcji szkła (wcześniej importowanego głównie z Białorusi) oraz zaniedbaną gospodarkę odpadami – jako potencjalne nisze inwestycyjne. Wskazał też na przykład dużej francuskiej korporacji, która ponownie wchodzi w produkcję cementu na Ukrainie po wcześniejszym wycofaniu się z rynku, jako dowód rosnącego zainteresowania zachodnich podmiotów sektorami surowcowymi.
Ostrzegł jednak przed silną konkurencją ze strony dużych zachodnich korporacji, zarówno w sektorze finansowym i bankowym, jak i w segmencie stacji paliw, gdzie zainteresowanie wykazuje również największy polski operator. Zaznaczył, że dla globalnych graczy Ukraina jest rynkiem pobocznym, na którym mogą pozwolić sobie na większe ryzyko finansowe, podczas gdy dla polskich firm może to być rynek strategiczny, co stawia je w gorszej pozycji negocjacyjnej mimo potencjalnie większego zaangażowania.
Odnosząc się do ukraińskiego sektora nowych technologii i produkcji dronów, promowanego przez władze jako przyszła lokomotywa gospodarki, Kacewicz zaznaczył, że rozwój tej branży nie zaczął się wraz z wojną – zachodni gracze z Wielkiej Brytanii i USA interesowali się nią już wcześniej, a wojna jedynie przyspieszyła transfer technologii i kapitału. Ocenił, że entuzjazm wobec ukraińskiego potencjału bywa przesadzony – porównania do „drugiego Tajwanu” czy „tygrysa Europy Wschodniej” uznał za zbyt daleko idące, sugerując bardziej stonowany obraz: potencjału realnego, ale trudnego do w pełni okiełznania.
Scenariusze na przyszłość: pesymistyczny i optymistyczny
Zapytany o prognozę relacji polsko-ukraińskich w najbliższych latach, Kacewicz zastrzegł się przed jednoznacznymi przewidywaniami, wskazując na zależność od przebiegu wojny oraz sytuacji politycznej w obu krajach i w Europie.
Nakreślił scenariusz pesymistyczny: jeśli wojna zakończy się bolesnymi dla Ukrainy ustępstwami, wymuszonymi przez Zachód, a nadchodząca zima – po doświadczeniach poprzedniej, naznaczonej przerwami w dostawach ciepła i energii oraz masowymi atakami na infrastrukturę cywilną – przyniesie kolejną falę trudności, może to wywołać głębokie rozczarowanie społeczne. W połączeniu z powrotem setek tysięcy weteranów, obciążonych doświadczeniami wojennymi i problemami psychicznymi, mogłoby to sprzyjać nastrojom izolacjonistycznym i nacjonalistycznym, w tym odgrzewaniu resentymentów związanych z gloryfikacją UPA na jeszcze większą skalę niż obecnie.
Scenariusz optymistyczny zakłada zatrzymanie Rosji na obecnej linii frontu przy akceptowalnych ustępstwach i rozpoczęcie realnej odbudowy, generującej inwestycje, miejsca pracy i popyt – co pozwoliłoby wchłonąć powracających z frontu weteranów, ceniąc ich doświadczenie choćby w obsłudze nowych technologii. Kacewicz zaznaczył, że mimo obciążenia gospodarki wieloletnią spłatą zadłużenia, ten wariant mógłby stać się realnym kołem zamachowym rozwoju.
Podkreślił, że żaden z wewnętrznych scenariuszy ukraińskich nie funkcjonuje w oderwaniu od czynników zewnętrznych – sytuacji w Rosji i Białorusi, ale też nastrojów w Europie, w tym ewentualnych zmian klimatu politycznego po francuskich wyborach, które mogą wpłynąć na to, czy temat ukraiński stanie się paliwem kampanii wyborczych i wzajemnych napięć.
Analogia japońsko-koreańsko-chińska: sąsiedztwo mimo niezałatwionych spraw
Podsumowując rozmowę, Ślubowski zauważył, że Polska i Ukraina są skazane na sąsiedztwo, a w polskim interesie leży, by Ukraina nie przegrała wojny i nie utraciła suwerenności – mimo to relacje zapowiadają się na trudniejsze niż dotychczas.
Kacewicz odpowiedział przywołaniem analogii z Azji Wschodniej – relacji Japonii z Koreą Południową i Chinami, krajami, które mimo niezałatwionych do końca rozliczeń za zbrodnie z okresu II wojny światowej (w tym kontrowersji wokół świątyni Yasukuni w Tokio, gdzie symbolicznie pochowano również najwyższych japońskich zbrodniarzy wojennych, co regularnie wywołuje protesty dyplomatyczne w Seulu i Pekinie) rozwinęły mimo to bliską współpracę gospodarczą i sojusz bezpieczeństwa wobec wspólnego zagrożenia ze strony Chin. Ocenił, że mimo nierozwiązanych sporów historycznych społeczeństwa te nauczyły się funkcjonować obok siebie – i wyraził nadzieję, że podobnie może być z relacjami polsko-ukraińskimi.
Rozmowę przeprowadził Grzegorz Ślubowski z Michałem Kacewiczem, redaktorem naczelnym portalu Centrum Europy. Program „Co czeka polskie firmy? Ukraina, historyczny spór, Lwów, Sadowyj i korupcja” dostępny na kanale Kanał Otwarty na YouTube, liczącym 221 tys. subskrybentów. Opublikowany 18 lipca 2026.