Lisicki w DoRzeczy: kryzys to skutek nieodpowiedzialnej polityki PiS i Dudy. Polska musi odzyskać podmiotowość

Redaktor naczelny tygodnika Do Rzeczy Paweł Lisicki opublikował komentarz do kryzysu polsko-ukraińskiego. Przyznał na wstępie, że był zaskoczony decyzją Nawrockiego o odebraniu orderu — spodziewał się, że prezydent będzie kluczył, odkładał i udawał. Tym bardziej docenił ten ruch, choć z poważnymi zastrzeżeniami co do tego, co może z niego wyniknąć.

Kto doprowadził do kryzysu

Lisicki wskazał winnych jednoznacznie: Andrzej Duda i zaplecze intelektualne Prawa i Sprawiedliwości. To Duda nadał order Zełenskiemu w 2023 roku — bez wyraźnego powodu i bez żadnych warunków. Tłumaczenie byłego prezydenta, że był inny kontekst i inna sytuacja, Lisicki ocenił jako groteskowe — jak zresztą całą tę prezydenturę i samego jej bohatera.

Szerzej — to PiS i jego intelektualne zaplecze wytworzyły atmosferę, w której Ukraińcy nabrali przekonania, że im wszystko wolno. Wymienił konkretne elementy tej atmosfery: wyjazd Kaczyńskiego i Morawieckiego do Kijowa, nieustanne powtarzanie, że Ukraina walczy za Polskę, że rosyjskie czołgi bez Ukrainy stanęłyby pod Warszawą albo Wrocławiem, że Ukraińcy spłacają dług krwią. Każdy kto próbował podjąć realną dyskusję o polskim interesie narodowym — był natychmiast zakrzykiwany, ogłaszany zdrajcą, szpiegiem, agentem Moskwy.

Sojusz ponad podziałami — prawa i lewa strona mówiły to samo

Lisicki podkreślił, że w tej sprawie nie było podziału na prawicę i lewicę. Gazeta Polska i Gazeta Wyborcza pisały w latach 2022-2025 praktycznie to samo o Ukrainie. Był to klasyczny sojusz ponad podziałami — wszyscy szli równo. A polscy eksperci i publicyści, którzy te narracje rozpowszechniali — zachowywali się jak dzieci. Kiedy się mylili, tłumaczyli to naiwnością, niewiedzą, niedocenieniem nastrojów. Lisicki nie ma dla nich litości: nie chcieli dobrze — popełnili fundamentalny błąd i powinni to przyznać zamiast szukać wymówek.

Wspomniał o konkretnym przykładzie: jeden z wybitnych ekspertów jeszcze miesiąc przed nagraniem w programie Bogdana Rymanowskiego tłumaczył, że koncepcja konfederacji polsko-ukraińskiej jest bardziej potrzebna niż kiedykolwiek. Gdy go zapytano o odebranie orderu, stwierdził, że nie docenił nastrojów panujących na Ukrainie. Jeszcze niedawno poważni historycy mówili o szansie cofnięcia historii do XVII lub XVIII wieku, o wspólnych posiedzeniach rządów i samorządów, o zniknięciu granicy między Polską a Ukrainą. Dziś ci sami ludzie albo milczą, albo twierdzą, że nie słyszeli własnych słów.

Banderyzm był ostrzeżeniem — nikt nie słuchał

Lisicki przypomniał, że przez lata przekonywano go, iż tendencje banderowskie na Ukrainie są marginalne i mają wyłącznie ostrze antyrosyjskie, nie antypolskie. Twierdził inaczej — i obecny kryzys potwierdza jego ocenę. Po pierwsze: to co miało być marginalne, stało się głównym elementem ideologii panującej na Ukrainie. Po drugie: to co miało mieć tylko ostrze antyrosyjskie, ma teraz bardzo wyraźne ostrze antypolskie. Po trzecie: im dłużej trwał konflikt i im bardziej polska klasa polityczna wmówiła Ukraińcom, że im wszystko wolno — tym bardziej nieuchronne było zderzenie.

Logika była prosta: jeśli Polacy sami mówili, że bez Ukrainy ich kraj by nie istniał, to Ukraińcy mogli zasadnie zapytać — skoro was bronimy, to jak śmiecie odbierać nam order za to, że czcimy UPA? To całkiem spójna narracja. Problem w tym, że wmówiona Ukraińcom przez samych Polaków.

Nawrocki ma rację — ale PiS znów zmienia front

Lisicki docenił decyzję Nawrockiego. Zaznaczył jednak, że Prawo i Sprawiedliwość dokonuje teraz kolejnego zwrotu przez lewą burtę. Ci sami ludzie, którzy przez lata budowali atmosferę bezwarunkowego poparcia dla Ukrainy, teraz nagle przejrzeli na oczy i będą się prezentować jako obrońcy polskiej godności. Komediowy to widok — bo to oni właśnie nawarili tego piwa i teraz wszyscy je piją. Lisicki nie daje się tą zmianą zwieść i woli stawiać na tych, którzy od początku dostrzegali niebezpieczeństwo i reprezentowali polski interes — nie z mądrości etapu, lecz od początku.

Co Tusk może zrobić

Lisicki zauważył, że Donald Tusk jest teraz w trudnej sytuacji. Jego pierwszy wywiad po objęciu stanowiska premiera był jednoznaczny: ani kroku wstecz, pełne wsparcie dla Ukrainy, bo w ten sposób walczymy z Rosją. Teraz ta narracja zderzyła się z rzeczywistością. Tusk ma zmysł społeczny i gdy poczuje, że opinia publiczna myśli inaczej, potrafi błyskawicznie zmienić kurs. Ale politycy wokół niego — Sikorski, Kowal i inni — gwarantują jego zdaniem dalszą eskalację tego samego myślenia. Dla nich samo wyobrażenie innej polityki niż pełne wsparcie Ukrainy i atakowanie Rosji jest czymś przekraczającym zdolności pojmowania.

Podmiotowość — jedyne wyjście

Lisicki postawił diagnozę strategiczną: Polska przez lata dawała się używać jako instrument w cudzej grze. Zachód potrzebował Polski jako stuprocentowego atutu w rozgrywce z Rosją. Polska na to pozwalała, bo jej klasa polityczna — i prawicowa i lewicowa — stadnie maszerowała w tym samym kierunku, jakby istniał niepisany rozkaz.

Jedynym wyjściem jest odzyskanie podmiotowości — czyli zdolności nieprzewidywalności. Żeby partnerzy, sojusznicy i przeciwnicy nie wiedzieli z góry, jak Polska się zachowa. Żeby nie można było nami grać jak instrumentem. To oznaczałoby m.in. poszukiwanie jakiejś formy normalizacji relacji z Rosją — przynajmniej na tyle, żeby Polska nie była pierwszym i jedynym celem ewentualnego ataku, gdyby konflikt rosyjsko-ukraiński się zaognił.

Ostrożny optymizm

Lisicki zakończył z ostrożnym optymizmem: skoro się mylił w sprawie odebrania orderu — a myślał, że Nawrocki będzie kluczył — może myli się też co do reszty. Może ta awantura kogoś ocuci. Oby na trwałe, a nie tylko do kolejnego stadnego zwrotu w nowym kierunku. Polska potrzebuje ludzi myślących samodzielnie — i tego jej najbardziej brakuje.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *