Markowski w Kanale Otwartym: Ukraina ma innych bohaterów, ale Zełenski stawia na Szuchewicza i Banderę — pojednania w przewidywalnej przyszłości nie będzie

Prof. Damian Markowski, historyk związany z Instytutem Pileckiego i autor monografii o antypolskiej akcji OUN i UPA w Galicji Wschodniej w latach 1943–1945, był gościem Kamili Baranowskiej w Kanale Otwartym. Rozmowa trwała niemal godzinę i objęła obchody urodzin Romana Szuchewicza na Ukrainie, mit założycielski UPA w ukraińskiej polityce historycznej, udokumentowaną prawdę o zbrodniach wołyńskich, fundamentalne różnice między UPA a Armią Krajową, stan ekshumacji ofiar oraz długofalowe skutki decyzji Zełenskiego dla ukraińskich aspiracji europejskich.


Uroczystości urodzin Szuchewicza — bohater regionalny stał się ogólnokrajowym

Rozmowę zainicjował fakt, że 30 czerwca 2026 roku Ukraińcy w wielu miejscach — w tym we Lwowie — obchodzili urodziny Romana Szuchewicza. Uczestniczyły w tym władze miast, gromadzili się ludzie, były race i okrzyki. Markowski wyjaśnił, że jeszcze kilka lat temu Szuchewicz był bohaterem wyłącznie regionalnym, którego znajomość ograniczała się do zachodniej Ukrainy. Dopiero w ostatnich latach stał się postacią szerzej rozpoznawalną w skali całego kraju.

Historyk przypomniał sylwetkę Szuchewicza: był kluczowym działaczem banderowskiej frakcji OUN, a następnie dowódcą UPA. To z jego inicjatywy przeprowadzono tak zwaną antypolską akcję — serię skoordynowanych uderzeń ukraińskiego podziemia zbrojnego w polską ludność cywilną, najpierw na Wołyniu, a następnie w Galicji Wschodniej. Zanim objął dowództwo UPA, służył w batalionach Schutzmannschaft, które dokonywały brutalnych pacyfikacji na tyłach armii niemieckiej podczas inwazji Rzeszy na Związek Sowiecki. Po zakończeniu II wojny światowej aż do śmierci w 1950 roku prowadził partyzancką walkę z sowietyzacją zachodniej Ukrainy.

W miejscu, gdzie Szuchewicz zginął — w Biłohorszcze pod Lwowem — trwa aktualnie odbudowa poświęconego mu muzeum, finansowana między innymi przez firmę Roshen byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki. Mer Lwowa Andrij Sadowy chętnie eksponuje zaangażowanie miasta w tę inicjatywę. Profesor ocenił, że rosnąca popularność Szuchewicza na Ukrainie będzie miała wyraźnie negatywny wpływ na odbiór całej Ukrainy na Zachodzie.

Dwie pamięci absolutnie nie do pogodzenia

Markowski stwierdził wprost i z pełną świadomością wagi swoich słów: polska pamięć martyrologiczna i ukraińska pamięć heroiczna są absolutnie na kursie kolizyjnym. Jeżeli Ukraina wynosząca na sztandary takie postacie jak Szuchewicz chce pojednania z Polską — to pojednanie w jakiejkolwiek dającej się przewidzieć przyszłości nie nastąpi. Mówił to z dozą przykrości, bo sam przez lata starał się budować to pojednanie w oparciu o fakty i rzetelne badania naukowe. Spędził wiele miesięcy w ukraińskich archiwach, w tym w zasobach Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, gdzie odnalazł liczne rozkazy UPA potwierdzające ludobójczy charakter działalności tej organizacji — nie tylko wobec Polaków, lecz również wobec tych Ukraińców, o których UPA mogła podejrzewać, że sprzyjają Sowietom lub odmawiają współpracy z podziemiem.

Profesor zaznaczył, że rzadko się mówi o ukraińskich ofiarach UPA — bo naturalnie w centrum polskiej uwagi stoją ofiary polskie, których liczba według różnych szacunków wynosi od 80 do ponad 100 tysięcy. Równie rzadko mówi się o tym, co członkowie OUN i późniejsi żołnierze UPA robili na służbie u Niemców w różnych formacjach kolaboracyjnych: byli aktywnie zaangażowani w ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej od 1941 do 1943 roku, szczególnie na Wołyniu, a bataliony ukraińskiej policji pomocniczej brały czynny udział w zagładzie miejscowych Żydów.

Zełenski detonuje sprawę historyczną z powodów wewnętrznych

Markowski był zaskoczony nie tym, że Zełenski sięgnął po mit UPA, lecz tym, że nastąpiło to tak późno. Spośród ponad 80 brygad ukraińskiej armii zdecydowana większość nosi imiona patronów niesprzecznych z polską wrażliwością historyczną lub nawiązujących wręcz do wspólnych kart historii wojskowości Rzeczypospolitej. Wybór akurat tej konkretnej nazwy w tym konkretnym momencie nie był przypadkowy.

Profesor wskazał dwa czynniki. Po pierwsze, NABU — ukraińska służba antykorupcyjna działająca w miarę niezależnie — sięga coraz bliżej kręgu osób z najbliższego otoczenia prezydenta. Po drugie, kanclerz Merz co najmniej dwukrotnie dał publicznie do zrozumienia, że Ukraina w najbliższym czasie nie może nawet marzyć o wejściu do Unii Europejskiej. Zełenski znalazł się zatem w podwójnie trudnej sytuacji — i zdecydował się zdetonować sprawę historyczną. Markowski wyraźnie podkreślił, że spór został wywołany przez prezydenta Ukrainy, a nie przez prezydenta Nawrockiego, i ma przede wszystkim charakter wewnętrzny, służąc mobilizacji społecznej i poprawie notowań.

Ocenił też, że Zełenski w dużym stopniu kreuje te nastroje, a nie tylko odpowiada na istniejące oczekiwania społeczne. Jednocześnie stwierdził, że działanie to jest skrajnie cyniczne, bo de facto służy zantagonizowaniu społeczności polskiej i ukraińskiej po bezprecedensowym zbliżeniu, które nastąpiło po lutym 2022 roku. Zatrute owoce tej polityki Polacy i Ukraińcy będą zbierać nie przez miesiące, lecz przez lata.

Zełenski musiał wiedzieć, co robi

Baranowska zapytała, czy możliwe jest, że Kijów nie przewidział tak emocjonalnej reakcji Polski — odebrania orderu, ogromnej fali komentarzy, głębokiej dyskusji. Profesor odrzucił tę hipotezę: Zełenski jest zbyt inteligentnym człowiekiem, aby pozwolić sobie na tego rodzaju naiwność. Tym bardziej że — jak wynika z jego wiedzy — zarówno polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, jak i Kancelaria Prezydenta RP podejmowały kanałami dyplomatycznymi próby załagodzenia konfliktu, zanim osiągnął on obecną skalę. Ukraina te sygnały zignorowała.

Markowski skrytykował przy okazji tych komentatorów, którzy nagle ogłosili się ekspertami od spraw polsko-ukraińskich i usiłują tłumaczyć Polakom konieczność zrozumienia ukraińskich dążeń historycznych. Stwierdził, że jeżeli jako społeczeństwo nie mamy problemu z tym, iż bliskie nam i sojusznicze państwo za swoich najważniejszych bohaterów uznaje ludzi odpowiedzialnych za ludobójstwo popełnione na Polakach osiemdziesiąt lat temu, to coś jest z nami nie w porządku.

UPA a AK — różnica absolutna

Profesor odniósł się do pojawiającego się w polskiej debacie porównania UPA do Armii Krajowej, określając je jako wyraz albo złej woli, albo absolutnego dyletanctwa, wypowiadanego przez kogoś, kto historią żadnej z tych formacji nigdy poważnie się nie zajmował.

Armia Krajowa była zbrojnym ramieniem Polskiego Państwa Podziemnego, będącego przedłużeniem legalnego rządu na uchodźstwie i pełnoprawnym członkiem koalicji antyhitlerowskiej. Walczyła o odtworzenie Polski w jej przedwojennych granicach, lecz żaden rozkaz AK nie nakazywał wymordowania ludności ukraińskiej w celu stworzenia etnicznie czystego terytorium. Dokładnie takie rozkazy wobec Polaków wydawało kierownictwo OUN i UPA.

AK pozostawała formacją antyhitlerowską i antynazistowską do końca. Tymczasem w czerwcu 1944 roku — gdy żołnierze AK ginęli na barykadach Powstania Warszawskiego — przedstawiciele Sztabu Głównego UPA i kierownictwa OUN podpisali z niemieckimi służbami specjalnymi porozumienie o rozejmie między oddziałami UPA a wojskami niemieckimi, dozozbrojeniu UPA przez Wehrmacht i zwolnieniu z więzień czołowych działaczy nacjonalistycznych. Dwa miesiące później Bandera wyszedł na wolność, a do oddziałów UPA popłynęły tysiące sztuk broni, w tym artyleria.

Kolejna fundamentalna różnica: nawet w szczytowym okresie antypolskich zbrodni Komenda Główna AK stała niezmiennie na stanowisku, że akcje odwetowe wobec ludności ukraińskiej należy ograniczyć do minimum, a podczas tych akcji bezwzględnie zakazana jest eksterminacja kobiet i dzieci. Po stronie UPA rozkazy były zupełnie inne — dążono do fizycznej likwidacji polskiej ludności na wszystkich terenach, które kierownictwo OUN zamierzało włączyć do Wielkiej Ukrainy — od Donu na wschodzie aż po Krynicę na zachodzie — wszędzie tam, gdzie w jakimkolwiek odsetku mieszkała ludność uznana za ukraińską. Część miała zostać wymordowana, część wypędzona na zachód, tak aby po wojnie Polacy nie mieli żadnych szans w ewentualnym plebiscycie o te ziemie.

Geneza zbrodni wołyńskiej w dokumentach archiwalnych

Markowski wyjaśnił, że rozkazy dotyczące wymordowania większości polskiej ludności Wołynia zapadły późną wiosną 1943 roku. Prawdopodobnie część z nich wydano jeszcze przed napadem na Janową Dolinę pod Kostopolem w kwietniu 1943 roku — wzorcowe polskie osiedle robotnicze przy kamieniołomie bazaltu, odwiedzane przez korespondentów zachodnioeuropejskiej prasy, które miało służyć jako model dla podobnych osiedli na zachodzie. W tym napadzie zamordowano co najmniej około 600 osób. Po tragedii Janowej Doliny dowództwo UPA Północ na czele z Dmytrem Klaczkiwskim, pseudonim Kłym Sawur, doszło do wniosku, że Polacy nie są w stanie skutecznie bronić się, i podjęło decyzję o fizycznej likwidacji polskiej ludności Wołynia.

Na terenie Galicji Wschodniej względny spokój panował do połowy 1943 roku. Od czerwca 1943 roku zaczęto mordować polską inteligencję, duchownych, działaczy społecznych i kulturalnych, byłych polityków, służbę leśną. Wszystko przybrało na sile, gdy w październiku 1943 roku Szuchewicz wizytował Wołyń. Pod wrażeniem terenów, gdzie nie było już ani jednego żywego Polaka, a ukraińscy chłopi gospodarowali na przejętych polskich ziemiach, Szuchewicz podjął decyzję o przeniesieniu antypolskiej akcji na Galicję Wschodnią.

Historyk podkreślił, że na Wołyniu kierownictwo OUN starało się pozyskać miejscowych chłopów ukraińskich, rozdając im ziemię zamordowanych Polaków. Dodał, że podatny grunt pod masowe zbrodnie wytworzyli przede wszystkim Niemcy — angażując miejscową ludność w antyżydowskie pogromy już latem 1941 roku, a następnie przez kilka lat wyniszczającą wojną doprowadzając do demoralizacji i pauperyzacji całego regionu.

Narracja o oddolnym buncie ludowym — zabieg szczególnie cyniczny

Profesor zwrócił uwagę na szczególnie niebezpieczny kierunek ukraińskiej narracji historycznej — przedstawianie zbrodni wołyńskiej jako spontanicznego, oddolnego konfliktu ukraińskich i polskich chłopów o ziemię, a nie skoordynowanej akcji ludobójczej zaplanowanej i przeprowadzonej przez kierownictwo OUN i UPA. Ten zabieg jest wyjątkowo cyniczny, bo ma na celu włączenie w odpowiedzialność za zbrodnie całego narodu ukraińskiego, nie konkretnych sprawców. Markowski wyraził zdziwienie, że ukraińscy intelektualiści nie biją z tego powodu na alarm, bo skutki tej narracji będą złe dla samej Ukrainy przez długie lata.

Jako ilustrację przywołał rozmowę z ukraińskim historykiem obecnym podczas ekshumacji w Puźnikach, gdzie odkryto masową mogiłę, w której ponad 90 procent ofiar stanowiły kobiety, dzieci i osoby w podeszłym wieku. Historyk powiedział cicho do kolegi, że jakoś nie sprawdza się to, co wszędzie mówią.

Akcje odwetowe — chronologia bezlitosna dla banderowskiej narracji

Profesor zaznaczył wyraźnie, że ofiarom ukraińskim należy się szacunek, pamięć i godny pochówek. Szacuje się, że z rąk Polaków zginęło kilkanaście tysięcy ukraińskich cywilów i nie wolno tego pomijać. Jednak chronologia wydarzeń jest bezlitosna dla banderowskiej wersji historii: polskie akcje odwetowe na Wołyniu nabrzmiewają dopiero późnym latem 1943 roku, a w Galicji Wschodniej — w marcu 1944 roku, czyli ponad dziewięć miesięcy po tym, jak antypolska akcja UPA w tym regionie już się zaczęła. Zrównywanie tych zjawisk jako wzajemnego konfliktu o porównywalnej skali i chronologii jest wyrazem złej woli.

Świadomość historyczna ukraińskich historyków — zróżnicowana, ale część działa z premedytacją

Markowski odrzucił wrzucanie wszystkich ukraińskich historyków do jednego worka. Wśród nich są badacze rzetelni, którzy nie są bezkrytycznymi apologetami nacjonalistycznych i zbrodniczych formacji. Jednak ci, którzy wpisują się w główny nurt propagandy państwowej, robią to jego zdaniem z premedytacją — bo zyskują szersze grono odbiorców, lepszą sprzedaż książek i medialną widoczność. Ci zaś, którzy zapoznali się z dokumentami, w tym z rozkazami OUN, i mimo to wbrew faktom twierdzą, co twierdzą, są w jego ocenie bardziej propagandystami niż historykami.

Niebezpieczną tendencją jest lansowanie przez ukraińskiego historyka i propagandystę Wołodymyra Wiatrowycza pojęcia drugiej wojny polsko-ukraińskiej — próba zrównania polskiej i ukraińskiej strony konfliktu i przedstawienia ofiar polskich jako uczestników symetrycznego starcia, a nie cywilnych ofiar ludobójstwa. Tej narracji natychmiast przeciwstawia się wszelkim polskim działaniom na rzecz ekshumacji — sugerując, że zamordowani Polacy nie byli cywilami, lecz osobami zaangażowanymi w konflikt. Markowski przypomnął, że odkopana w Puźnikach masowa mogiła — gdzie zamordowano w lutym 1945 roku ponad 100 osób, z czego 90 procent stanowiły kobiety, dzieci i starcy — brutalnie falsyfikuje tę narrację.

Stan ekshumacji — przełom to za duże słowo

Historyk odniósł się do ogłoszonego przez premiera Tuska w styczniu 2025 roku przełomu w sprawie ekshumacji. Prace toczą się dziś nieco szerzej niż wcześniej — w Puźnikach, Pugłach na Wołyniu, Kucie Pieniackiej pod Brodami i kilku innych miejscach. Jednak słowo przełom jest wielokrotnie na wyrost. Dla porównania: Niemiecki Czarny Krzyż, organizacja zajmująca się odnajdywaniem i pochówkiem poległych żołnierzy niemieckich na terenie całej Europy, z samej tylko Ukrainy w ciągu ostatnich dwudziestu lat ekshumował i pochował ponad 102 tysiące żołnierzy — bez żadnych większych problemów. Rosja przed pełnoskalową agresją również bez żadnych utrudnień prowadziła poszukiwania swoich żołnierzy na zachodniej Ukrainie — w tym niejednokrotnie tych, którzy po wojnie we krwi utopili właśnie tamte tereny. Ukraina blokuje polskie ekshumacje, bo boi się napływu kolejnych drastycznych materiałów fotograficznych do przestrzeni medialnej. Jako przykład Markowski podał zdjęcia z trupiego pola na Wołyniu, gdzie odkryto masowy grób ponad 330 kobiet i dzieci zamordowanych przez oddział UPA w sierpniu 1943 roku.

Profesor skrytykował też decyzję rządu PiS z 2016 roku o likwidacji Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa — instytucji, która najskuteczniej prowadziła te ekshumacje mimo że stosunki nigdy nie były proste. Po podziale kompetencji między IPN a Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego prace niemal zamarły.

Długofalowe skutki decyzji Zełenskiego — Ukraina przegrywa wojnę o pamięć

Markowski ocenił działania Zełenskiego jako krótkowzroczne, doraźne i czysto politycznie motywowane. Ukraina przegrywa wojnę o pamięć — i przegrywa ją coraz bardziej. W zachodnioeuropejskich i światowych mediach, które wymienił z nazwy — Frankfurter Allgemeine Zeitung, Der Spiegel, tytuły brytyjskie, holenderskie, a nawet japońskie — zaczęły się ukazywać materiały o tym, że Ukraina prowadząca bohaterską obronę przed rosyjską agresją jednocześnie podpiera się najciemniejszymi kartami ze swojej historii.

Przywołał opinię wybitnego ukraińskiego historyka prof. Jarosława Hrytska, który stwierdził, że wojen o pamięć nie da się wygrać. Markowski dodał: można je jednak przegrać bardziej lub mniej.

Ukraina przegrywa tę wojnę coraz bardziej.

Zełenski osiągnął natomiast cel wewnętrzny: jego rating po sporze z Polską wyraźnie wzrósł. Polska staje się zarazem wygodnym chłopcem do bicia, na którego będzie można zrzucić odpowiedzialność za niepowodzenia na drodze do akcesji unijnej — i tak absolutnie poza zasięgiem Ukrainy w najbliższej przyszłości. Markowski przypomniał, że Zełenski nie po raz pierwszy stosuje tę taktykę: podczas kryzysu zbożowego wprost porównał Polskę na forum ONZ do sojuszników Putina. Przestrzegł, by polska klasa polityczna — w tym ekipa rządząca — zdała sobie wreszcie sprawę z tego, z kim rozmawia. Jednocześnie zaznaczył, że nie należy utożsamiać postawy Zełenskiego z relacją całego narodu ukraińskiego wobec Polaków — i promować własną wersję wydarzeń adresowaną do ukraińskiego społeczeństwa.

Ukraińcy w Polsce nie mogą być zakładnikami tego sporu

Profesor zaznaczył wyraźnie, że zakładnikiem politycznego sporu nie mogą zostać Ukraińcy mieszkający w Polsce — pracujący z Polakami, często połączeni z nimi więzami rodzinnymi. Przestrzegł przed próbami wykorzystania tego konfliktu przez środowiska najbardziej skrajne. Puszka Pandory otwarta przez Zełenskiego sprzyja tego rodzaju wybrykom, a do aktów przemocy — do których oby nie doszło na szerszą skalę — jest tylko krok.

Nie wolno rezygnować z kwestii historycznych pod pozorem braku odpowiedniego momentu

Na zakończenie profesor opowiedział się za twardym stanowiskiem Polski. Narracja, że nie ma teraz czasu na rozmowę o Wołyniu, bo trwa война, jest absolutnie niedopuszczalna. Polska powinna argumentować swoje stanowisko w oparciu o fakty — tym bardziej, że te fakty wynikają nie ze źródeł polskich, lecz z dokumentów wytworzonych przez samą OUN. Strona polska zajmuje zdecydowanie lepszą pozycję podczas tych rozmów i powinna z niej korzystać. Polska nie powinna pouczać Ukrainy — ale powinna jasno mówić, że określone działania spotkają się z adekwatnymi konsekwencjami.


Rozmowę przeprowadził Kamila Baranowska. Program dostępny na Kanale Otwartym na YouTube, liczącym 219 tysięcy subskrybentów. Opublikowany 2 lipca 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *