Nie terytorium, lecz upadek jednej ze stron zdecyduje o końcu wojny — mówi dr Adam Eberhardt
Paweł Pawłowski rozmawiał z dr. Adamem Eberhardtem, analitykiem i ekspertem w tematyce wschodnioeuropejskiej ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, byłym dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich, o kulisach dyplomatycznej gry wokół wojny w Ukrainie, priorytetach administracji Donalda Trumpa oraz o wewnętrznej sytuacji politycznej, społecznej i gospodarczej w Rosji.
Spotkanie Tomasza Siemoniaka z szefem CIA
Pawłowski otworzył rozmowę wpisem ministra koordynatora służb specjalnych Tomasza Siemoniaka, który poinformował o odbytym w siedzibie CIA spotkaniu z jej szefem Johnem Ratcliffe’em. Siemoniak napisał, że przekazał premierowi Donaldowi Tuskowi najistotniejsze informacje dotyczące bezpieczeństwa Polski wynikające z tej rozmowy, podkreślając niezachwianą siłę sojuszu polsko-amerykańskiego oraz ścisłą współpracę służb specjalnych obu krajów jako jeden z jego fundamentów. Pawłowski zapytał, czy taki komunikat należy odczytywać jako przekaz skierowany do polskiego społeczeństwa, czy raczej jako sygnał wysłany w stronę Rosji.
Eberhardt ocenił, że samo spotkanie koordynatora polskich służb z szefem CIA powinno być w zasadzie rutynową praktyką, jednak tym razem przyciąga większą uwagę, ponieważ odbyło się dwa tygodnie po zagadkowej wizycie szefa CIA w Moskwie i jego rozmowach z przedstawicielami władz rosyjskich. Zaznaczył, że cała sytuacja pozostaje w cieniu domysłów i spekulacji dotyczących tego, jaką wiedzą dysponują Amerykanie, a jaką Europa. Pawłowski dopytał, czy Amerykanie mogą wiedzieć coś, czego nie wiedzą Europejczycy. Eberhardt przywołał w odpowiedzi sytuację sprzed lutego 2022 roku, gdy amerykańskie służby zapowiadały przygotowania Rosji do pełnoskalowej ofensywy, a ostrzeżenia te były w Europie i na samej Ukrainie traktowane jako przesadnie alarmistyczne — Ukraińcy mieli wręcz argumentować, że tego typu komunikaty szkodzą gospodarce, powodując ucieczkę kapitału i strach wśród ludności. Eberhardt zasugerował, że mogła to być część rosyjskiej gry obliczonej na budowanie napięcia, niekoniecznie prowadzącej do faktycznej, jak się później okazało, szaleńczej wojny, do której Rosja nie była wystarczająco przygotowana.
Odnosząc się do pytania, czy dziś Europa nie reaguje na podobne ostrzeżenia ze zbyt dużym strachem, Eberhardt zaznaczył, że kluczowym problemem jest brak jasnego punktu odniesienia — czyli wiedzy, co dokładnie planują Rosjanie. Podkreślił, że nawet decyzje racjonalne z perspektywy Władimira Putina i władz rosyjskich bywają obarczone błędną kalkulacją. Istotnym elementem dodatkowego ryzyka eskalacji relacji NATO–Rosja jest, jego zdaniem, możliwość błędnego odczytania przez Rosjan wypowiedzi prezydenta Trumpa i innych przywódców zachodnich — na przykład założenia, że Zachód nie zareaguje w przypadku rosyjskiej agresji wobec państw bałtyckich, podczas gdy w rzeczywistości taka reakcja by nastąpiła, co doprowadziłoby do gigantycznych kosztów dla wszystkich stron.
Priorytety administracji Trumpa: Iran ważniejszy niż Ukraina
Pawłowski zwrócił uwagę na dwie odrębne wizyty amerykańskich przedstawicieli w Moskwie — najpierw Johna Ratcliffe’a, a następnie Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera, którzy mieli przekazać Władimirowi Putinowi pozdrowienia od Donalda Trumpa — pytając, jak interpretować tak odmienny wydźwięk obu wizyt. Eberhardt ocenił, że można przynajmniej spróbować określić hierarchię amerykańskich priorytetów, w której na obecnym etapie Iran zajmuje wyższą pozycję niż Ukraina. Przypomniał, że Trump obejmował urząd z deklaracjami o zaprowadzeniu pokoju na Ukrainie w ciągu jednego dnia czy kilku godzin, jednak — jak ocenił — sam prezydent USA zdaje sobie już sprawę, że w tym konflikcie trudno znaleźć realne pole do kompromisu.
Eberhardt wskazał trzy możliwe wymiary amerykańskich rozmów z Rosją. Pierwszym jest kwestia irańska — z perspektywy Waszyngtonu istotne byłoby zneutralizowanie potencjału szkodzenia, jakim dysponuje Rosja w tym kontekście. Drugim jest konfrontowanie rosyjskich planów z wiedzą amerykańskich służb, tak by pokazać Moskwie przewidywalny ciąg przyczynowo-skutkowy ewentualnej odpowiedzi USA na rosyjskie działania — czemu mogła służyć wizyta szefa CIA. Trzeci, najbardziej optymistyczny wymiar dotyczy prób doprowadzenia do pokoju na Ukrainie — Eberhardt zastrzegł jednak, że nie wierzy w pokój w bliskiej, dostrzegalnej perspektywie, więc nie wiązałby z tym celem wizyty szefa CIA, choć w przypadku Witkoffa i Kushnera taki związek jest bardziej oczywisty. Zaznaczył przy tym, że sam fakt jeżdżenia amerykańskich wysłanników do Moskwy w sprawie pokoju nie oznacza, że rozmowy te faktycznie koncentrują się na sposobach jego zaprowadzenia — istnieje bowiem równoległy, bardzo interesujący Amerykanów „drugi tor” rozmów, dotyczący możliwych powiązań i deali gospodarczych, którymi Rosja stara się kusić stronę amerykańską, licząc na wymuszenie złagodzenia sankcji. Jak dotąd się to nie udało, co Eberhardt uznał za pozytywny fakt, który należy zapisać na plus prezydentowi Trumpowi.
Czy rozejm jest możliwy?
Pawłowski zapytał wprost, czy w obecnej sytuacji możliwe jest osiągnięcie choćby rozejmu czy zawieszenia broni, skoro pełny pokój wydaje się nieosiągalny. Eberhardt odpowiedział, że rozejm byłby możliwy jedynie wtedy, gdyby obie strony — ukraińska i rosyjska — uznały, że na nim zyskują, co stanowi wewnętrzną sprzeczność obecnej sytuacji. Choć teoretycznie Ukraina mogłaby potrzebować wytchnienia i uznać rozejm za korzystny, nic nie wskazuje na to, by Putin, z zupełnie innych powodów, doszedł do podobnego wniosku. Ocenił, że rosyjska kultura strategiczna zakłada, iż słabszego przeciwnika należy tym bardziej naciskać — Rosjanie liczą na otwierające się wraz z sezonem jesienno-zimowym „okno możliwości”, wynikające z braków w ukraińskiej obronie przeciwlotniczej, licząc, że ataki rakietowe i dronowe pozwolą wyłączyć ukraiński system energetyczny, doprowadzić do załamania sytuacji w Kijowie, konieczności ewakuacji ludności, chaosu wewnętrznego, a w konsekwencji kryzysu politycznego i wewnętrznego zapadnięcia się Ukrainy.
Odnosząc się do pytania Pawłowskiego, czy Ukraina w ogóle mogłaby skorzystać na rozejmie — skoro wstrzymanie działań wojennych uniemożliwiłoby zarówno odbijanie terytoriów, jak i inwestowanie w odbudowę, dopóki utrzymuje się ryzyko wznowienia strefy śmierci — Eberhardt potwierdził, że Ukraina jest zainteresowana wyłącznie trwałym zakończeniem wojny. Wskazał na poważne ryzyko związane z dłuższym rozejmem: może on dać Rosji czas na wzmocnienie się, między innymi dzięki złagodzeniu sankcji i odbudowie potencjału ofensywnego, podczas gdy jednocześnie w samym Kijowie mogą narastać negatywne zjawiska gospodarcze. Przypomniał, że niemal połowa ukraińskiego budżetu opiera się na zewnętrznym finansowaniu, głównie europejskim, a strumień tego wsparcia będzie z czasem wysychał. Wskazał również na podział społeczny w Ukrainie — część środowisk, zwłaszcza w armii, jest bardziej radykalna i może postrzegać jakiekolwiek nawet tymczasowe ustępstwa jako zdradę, podczas gdy inni skłaniają się bardziej ku pokojowi, co przy nietrwałym rozejmie rodzi ryzyko wewnętrznego chaosu.
Eberhardt podsumował jednoznacznie, że obecnie nie ma pola ani do trwałego porozumienia, ani nawet do taktycznego dogadania się między stronami. Rosjanie czekają na zimę, licząc, że do lutego czy marca 2027 roku Ukraina znajdzie się „na kolanach”, a jednocześnie w Europie mogą zajść procesy polityczne osłabiające gotowość do dalszego wsparcia — wymienił tu zbliżające się wybory prezydenckie we Francji oraz wzmacnianie się sił niechętnych finansowaniu Ukrainy, co oddziałuje na cały polityczny mainstream. Jako przykład wskazał kolejne zwycięstwa Alternatywy dla Niemiec w wyborach landowych — zaznaczając, że ich znaczenie wykracza poza przejęcie władzy w pojedynczym landzie, ponieważ sukcesy regionalne stanowią sygnał ostrzegawczy oddziałujący na całą politykę federalną, zmuszając mainstream do dostosowywania stanowiska w wrażliwych społecznie tematach w celu odzyskania wyborców. Pawłowski zwrócił przy tym uwagę, że wybory w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i w Berlinie zbiegają się w czasie z wyborami do rosyjskiej Dumy Państwowej.
Eberhardt ocenił, że mimo imponującego, pięcioletniego, wojskowego i gospodarczego wsparcia dla Ukrainy — realizowanego także poprzez otwarcie unijnego rynku i transfery finansowe — nie należy zakładać, że będzie ono trwać wiecznie. Stwierdził wprost, że raczej znajdujemy się u schyłku tego procesu niż w fazie jego kontynuacji, zaznaczając, że Stany Zjednoczone od dwóch lat właściwie nie finansują już Ukrainy bezpośrednio — dostarczają informacje wywiadowcze, a uzbrojenie sprzedają, choć coraz mniej chętnie, ponieważ konflikt w Iranie obciąża amerykańskie zasoby. Cały ten wysiłek spoczywa dziś na barkach Unii Europejskiej, a gotowość do jego kontynuowania — jego zdaniem — będzie się zmniejszać.
Ryzyko rosyjskiej agresji wobec wschodniej flanki NATO
Pawłowski zapytał o ocenę doniesień i domysłów dotyczących możliwych zaczepnych działań Rosji wobec wschodniej flanki NATO, przywołując wypowiedzi Siergieja Ławrowa, który zapewniał, że Moskwa niczego nie planuje, ale w razie uderzenia ze strony europejskiej ewentualny konflikt miałby zupełnie inny, bardzo krótki charakter. Eberhardt rozróżnił wymiar wojskowy i polityczny tej kwestii. W wymiarze wojskowym ocenił, że dopóki rosyjskie siły są związane działaniami na Ukrainie — a zwłaszcza dopóki ugrzęzły pod Słowiańskiem i Kramatorskiem — jakiekolwiek działania kinetyczne wobec państw NATO są praktycznie nierealne ze względu na olbrzymie ryzyko.
W wymiarze politycznym Eberhardt zwrócił uwagę, że to właśnie ten aspekt jest zawsze istotniejszy od wojskowego, ponieważ nim kierują się decyzje polityczne. Opisał sytuację Putina, który od pięciu lat nie zdołał pokonać Ukrainy, mierzy się z rosnącymi kosztami politycznymi ukraińskich ataków na rosyjską infrastrukturę — Rosja musi sprowadzać benzynę nawet z Indii, po uprzedniej sprzedaży im ropy naftowej, a moce rafineryjne są ograniczone przez ataki na infrastrukturę logistyczną. Wojna, jak to ujął Eberhardt, „przychodzi do Rosjan” i sytuacja na tym polu pogarsza się, a poparcie dla Putina jest — jego zdaniem — na tyle płytkie, że nastroje społeczne mogą szybko przejść od haseł „musimy ukarać Ukrainę” do pytania „po co wdepnęliśmy w to bagno”. W obliczu takiego ryzyka odpowiedzią polityczną Kremla jest, zdaniem Eberhardta, dalsza eskalacja i przedstawianie konfliktu nie jako wojny z samą Ukrainą (którą — jak zaznaczył ironicznie — Rosja „wygrałaby w trzy dni”), lecz jako wojny przeciwko całemu Zachodowi, porównywalnej do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w której przejściowe trudności są częścią drogi do ostatecznego zwycięstwa — podobnie jak Hitler dotarł do Stalingradu, a mimo to ZSRR ostatecznie wygrał. Taka kalkulacja polityczna wskazuje, zdaniem Eberhardta, że na niekinetycznym froncie relacji Rosja–Zachód będzie się raczej pogarszać, przynosząc coraz więcej działań dywersyjnych i hybrydowych, takich jak wcześniejsze incydenty z dronami na lotnisku w Lipsku czy ataki na infrastrukturę energetyczną i cyfrową — przy czym Rosjanie sięgają dotąd po tego typu działania w skali pozostawiającej im margines dalszej eskalacji.
Jak Zachód może odpowiadać na rosyjskie działania dywersyjne
Pawłowski zapytał, czy demokracje zachodnie w ogóle mogą odpowiadać na taką eskalację w sposób symetryczny — przywołując pojawiające się pomysły o działaniach dywersyjnych wymierzonych bezpośrednio w Rosję, na przykład w okolicach Petersburga. Eberhardt zaznaczył, że państwa demokratyczne nie będą chciały się nadmiernie chwalić tego typu działaniami, ponieważ rodzi to dodatkowe napięcia społeczne — działania odczytywane jako ofensywne wobec Rosji cieszą się w zachodnich elektoratach mniejszym poparciem niż działania czysto defensywne, łatwiejsze do politycznego uzasadnienia.
Mimo to Eberhardt jednoznacznie opowiedział się za aktywną postawą — stwierdził, że najlepszą obroną jest atak, i że należy podnosić Rosji koszty prowadzenia działań dywersyjnych, między innymi poprzez ofensywne działania informacyjne wymierzone w rosyjską opinię publiczną. Jako przykład wskazał możliwość wykorzystania sztucznej inteligencji do generowania filmów fałszujących rzeczywistość — na przykład przedstawiających mieszkańców Rosji opowiadających o tym, jak zostali oszukani przez władze niewypłacaniem odszkodowań za poległych żołnierzy. Zaznaczył, że Rosjanie prowadzą tego typu działania wobec Europy na wielką skalę, podczas gdy Zachód sięga po analogiczne środki rzadko — paradoksalnie częściej robią to sami Ukraińcy niż państwa europejskie. Odnosząc się do pytania, czy tego typu przekaz w ogóle „trafi” do rosyjskiego społeczeństwa, Eberhardt zaznaczył, że nastroje wśród Rosjan są zróżnicowane w zależności od miejsca zamieszkania — mieszkańcy prowincji, w przeciwieństwie do wielkomiejskich elit, w większym stopniu odczuwają „dobrodziejstwa” wojny, traktując podpisanie kontraktu wojskowego jako swoistą windę społeczną i formę awansu.
Wojna jako źródło poczucia społecznej potrzebności
Eberhardt rozwinął ten wątek, zaznaczając, że nie sprowadzałby go wyłącznie do kwestii finansowych — dla wielu mieszkańców rosyjskiej prowincji, po dziesięcioleciach marazmu, wojna dała poczucie posiadania funkcji społecznej i bycia potrzebnym. Rosja, jego zdaniem, „zauważa” tych ludzi nie tylko poprzez wypłacane za kontrakty pieniądze, ale też symbolicznie — na przykład nadając szkołom imiona poległych żołnierzy. Wskazał jednocześnie na potencjalne ryzyko dla przyszłej stabilności Rosji, jakim jest poczucie bezkarności i wyjątkowości wśród zdemobilizowanych już weteranów tak zwanej „specjalnej operacji wojskowej”, uważających się za bohaterów, którym „wszystko wolno”. Ocenił, że ta skomplikowana układanka emocji społecznych jak dotąd działa na korzyść Putina, utrzymując wysoki poziom poparcia, choć zastrzegł, że trzeba pamiętać o braku realnej alternatywy politycznej i rosnących kosztach jakiegokolwiek sprzeciwu wobec reżimu, który stał się de facto państwem neototalitarnym. W efekcie większość niezadowolonych Rosjan ucieka w emigrację wewnętrzną, nie przekładając swojego niezadowolenia na gotowość do protestu.
Ryzyko powszechnej mobilizacji w Rosji
Pawłowski zapytał, czy zanosi się na kolejną, tym razem powszechną mobilizację wojskową w Rosji, biorąc pod uwagę zbliżające się wybory do Dumy Państwowej. Eberhardt przypomniał, że częściowa mobilizacja z początku wojny, obejmująca 300–400 tysięcy osób, wywołała w Rosji dużą panikę i falę wyjazdów do Kazachstanu, Gruzji czy Azerbejdżanu, w dużej mierze wśród młodych ludzi odczuwających w Rosji swoisty „brak powietrza” (Pawłowski uzupełnił, że według ostatnich doniesień sama Gruzja przyjęła ostatnio około 30 tysięcy Rosjan). Zaznaczył, że dotychczasowy system kontraktowy — mimo licznych patologii, takich jak podpisywanie kontraktów pod presją, w stanie upojenia alkoholowego czy zmuszanie żołnierzy do dzielenia się wynagrodzeniem z dowództwem pod groźbą wysłania na pewną śmierć — nie wywołuje w rosyjskim społeczeństwie strachu ani oburzenia, ponieważ postrzegany jest jako względnie „czysty układ”: ktoś świadomie podpisał kontrakt, otrzymał pieniądze, a w razie śmierci jego rodzina dostaje odszkodowanie.
Eberhardt ocenił, że gdyby Putin zdecydował się na powszechną mobilizację, zyskałby dodatkowych około 300 tysięcy żołnierzy, co pozwoliłoby rozszerzyć linię frontu o kolejne 100–200 kilometrów, otwierając ponownie zagrożenie na północy Ukrainy i pogłębiając trudną sytuację obronną Ukraińców — samych zresztą uzupełniających swoje szeregi w drodze poboru, o czym świadczą liczne nagrania ulicznych „łapanek” mężczyzn niedysponujących odpowiednimi zwolnieniami. Jednocześnie taka decyzja niosłaby dla Putina ryzyko wewnętrznych wstrząsów i negatywnych emocji społecznych.
Sens wyborów do Dumy i systemowa opozycja
Odnosząc się do zbliżających się wyborów do rosyjskiej Dumy Państwowej, Eberhardt zaznaczył, że traktuje je raczej jako „pewne show bez większego znaczenia” niż realny akt wyborczy — co Pawłowski podsumował pytaniem, czy zatem bardziej trafne byłoby określenie tego procesu jako „głosowania”, a nie „wyborów”. Eberhardt wyjaśnił, że każdy reżim, nawet autorytarny czy totalitarny (poza nielicznymi wyjątkami, jak Erytrea), stara się uwiarygadniać swoje rządy poprzez formalny akt wyborczy — podobnie robi to Korea Północna. Zaznaczył jednak, że nawet takie kontrolowane wybory niosą pewne ryzyko dla Kremla, ponieważ mogą działać jako katalizator emocji społecznych — przywołał przykład Białorusi z 2020 roku, gdzie dopuszczenie do wyborów Swiatłany Cichanouskiej, żony niedopuszczonego kandydata opozycji, doprowadziło do jej faktycznego zwycięstwa w odbiorze społecznym i masowych protestów mimo oficjalnie przyznanych jej jedynie 10 procent poparcia.
Na pytanie, czy podobny scenariusz jest możliwy w rosyjskich metropoliach, Eberhardt zastrzegł, że trudno przewidywać, co jest, a co nie jest możliwe w naukach społecznych, gdzie sytuacje uznawane dziś za niemożliwe mogą stać się realne już za rok. Ocenił jednak, że na obecnym etapie Kreml „dmucha na zimne” — nie ma odczucia, by społeczne emocje w Rosji były na tyle nabrzmiałe, by grozić wybuchem. Jako przykład takiej prewencyjnej ostrożności przywołał niedopuszczenie do wyborów jedynej antywojennej partii Jabłoko — nie dlatego, że mogłaby wygrać (Kreml dysponuje pełną kontrolą nad procesem liczenia głosów, w tym korespondencyjnych), lecz po to, by w rosyjskim społeczeństwie nie pojawiło się samo wrażenie istnienia jakiejkolwiek alternatywy politycznej. Zamiast tego w wyborach startuje grupa partii tworzących tak zwaną „systemową opozycję” — pozornie bardziej radykalną od partii władzy, lecz w rzeczywistości mającą pokazywać Jedną Rosję jako najbardziej racjonalną i umiarkowaną siłę na tle „wariatów dookoła”. Eberhardt zaznaczył, że jest to trwały mechanizm, stosowany już za czasów Borysa Jelcyna, tworzący pozór politycznego pluralizmu przy zachowaniu pełnej administracyjnej kontroli nad wszystkimi partiami — niezależnie od tego, czy chodzi o partię komunistyczną, liberalno-demokratyczną (dawniej Władimira Żyrinowskiego) czy nowo powstające twory, zagospodarowujące niezadowolenie społeczne w duchu radykalizmu i proputinizmu, a nie faktycznego sprzeciwu.
Los rosyjskiej opozycji
Odnosząc się do losu osób, które ośmieliły się jawnie krytykować Putina, Eberhardt przywołał przykład Igora Girkina-Striełkowa, obecnie osadzonego w więzieniu, oraz Jewgienija Prigożyna, który zginął w katastrofie lotniczej po zbyt daleko idących działaniach. Na pytanie o istnienie faktycznego zalążka opozycji wobec Putina, Eberhardt wskazał na postać Aleksieja Nawalnego, również zabitego, tłumacząc, że Nawalny stanowił dla Kremla szczególne zagrożenie, ponieważ atakował Putina nie z pozycji liberalno-demokratycznych i proeuropejskich, lecz antykorupcyjnych — z posmakiem mocarstwowym, określając władzę jako „bandę złodziei” i „nieefektywnych ludzi”. W ocenie Eberhardta taka krytyka była z perspektywy Kremla znacznie groźniejsza niż siły jawnie proeuropejskie, na które popyt w rosyjskim społeczeństwie jest ograniczony, zwłaszcza w warunkach wojny rozpalającej emocje.
Eberhardt przywołał tu badania niezależnego ośrodka Lewady, które pokazują, że poparcie dla nurtu imperialnego w Rosji — nawet w klasie średniej wielkich miast, takich jak Moskwa czy Petersburg — nie maleje, a wręcz rośnie. Ocenił, że wynika to z wpisania całego dyskursu politycznego w narrację wojny Rosji przeciwko Zachodowi i poczucia „kolejnej wojny ojczyźnianej”, które — jego zdaniem — jest zjawiskiem płytkim i może się szybko odwrócić, choć na obecnym etapie wciąż działa.
Dlaczego Rosja nie chce być Zachodem
Pawłowski przywołał wypowiedź pisarki Mai Wolny (autorki książki „Pociąg do Imperium”, objętej dwudziestoletnim zakazem wjazdu do Rosji), według której Rosjanie postrzegają siebie jako broniących „starego świata” wartości konserwatywnych przed „zgniłą, tęczową, migrancką” Europą. Eberhardt potwierdził istnienie takiego nurtu myślenia, zaznaczając jednocześnie, że konserwatyzm rosyjskiej elity ma charakter fałszywy — ludzie ci są, jego zdaniem, pozbawieni jakiejkolwiek moralności i etosu służby państwowej, a system oparty jest na przemocy, kulcie siły, wielkich pieniądzach i gigantycznej korupcji, czego przykładem jest rosyjska cerkiew prawosławna, zaangażowana w przeszłości w przemyt papierosów w ramach schematów biznesowych kontrolowanych przez władze. Zaznaczył jednak, że mimo tej fasadowości, retoryka konserwatywna skutecznie trafia do części środowisk zachodnich zmęczonych procesami postrzeganymi jako patologiczne — zwłaszcza związanymi z migracją i przemianami kulturowymi — w tym do amerykańskiej prawicy skupionej wokół ruchu MAGA, szukającej sojuszników podzielających podobną wizję rzeczywistości, przy czym brak pogłębionej wiedzy o Rosji sprawia, że kult siły niektórym przedstawicielom tego środowiska (jak Witkoffowi) wręcz imponuje. W ten sposób Putin buduje wizerunek konserwatyzmu, który — jak większość rzeczy w Rosji — jest, zdaniem Eberhardta, jedynie „zrobiony na pozór” (potiomkinowski).
Stabilność systemu władzy Putina
Pawłowski zapytał, czy Zachód nie interpretuje mylnie sytuacji na Kremlu, oczekując rychłego upadku systemu władzy, skoro Putin od lat konsoliduje władzę, umieszczając na kluczowych stanowiskach osoby ze swojego bliższego i dalszego otoczenia rodzinnego. Eberhardt odpowiedział, że każdy autorytaryzm wygląda na stabilny tak długo, jak pozostaje stabilny — dopiero pojawienie się realnych rys ujawnia jego faktyczną niestabilność. Zaznaczył, że obecnie nic nie wskazuje na ryzyko pęknięcia czy obalenia elity rządzącej, jednak każdy ewentualny następca Putina, nawet wywodzący się z jego bezpośredniego otoczenia, będzie miał inną perspektywę niż on sam — będzie mógł zrzucić odpowiedzialność za „błędy i wypaczenia” na poprzednika oraz podjąć pewne działania o charakterze odwilży, na wzór historycznych cykli zaostrzania i łagodzenia kursu przez kolejnych rosyjskich władców, bez fundamentalnej zmiany samego systemu.
Mafijny mechanizm rządzenia Rosją
Pawłowski przywołał doniesienia medialne o krewnych prezydenta Rosji — w tym bratankach ze strony rodziny Jewgienija Putina — obejmujących stanowiska i dochody w strukturach państwowych, sugerując, że do władzy dochodzi już trzecie pokolenie rodziny Putina, i zapytał, czy można mówić o zjawisku analogicznym do stalinizmu — „putinizmie”. Eberhardt potwierdził istnienie putinizmu jako pewnej ideologii, ukształtowanej i ewoluującej przez ostatnie trzydzieści lat, zaznaczając zarazem, że Putin nie jest wyłącznie arbitrem, lecz również głównym, samodzielnie decydującym decydentem. Zastrzegł jednak, że mechanizm władzy nie ma charakteru rządów „szalonego cesarza” czerpiącego korzyści wyłącznie ze swoją rodziną — jest to raczej mechanizm mafijny, oparty na grupie kilkunastu bliskich, zaufanych i sprawdzonych przez dekady współpracowników (wymienił nazwiska Rotenbergów, Tymczenki i Miedwiediewa), którzy choć nie są związani więzami krwi, funkcjonują niczym rodzina zbudowana wokół wspólnie zarządzanej „kolonii daczy” nad jeziorem jeszcze sprzed dojścia Putina do władzy. Grupa ta przejęła pierwsze strumienie finansowe z majątku byłych oligarchów, a dziś władzę sprawują już nie tylko oni sami, ale też ich dzieci, a być może i wnuki.
Sytuacja gospodarcza Rosji i wsparcie Chin
Odnosząc się do pytania o stan rosyjskiej gospodarki, wciąż niepadającej mimo licznych wcześniejszych prognoz jej rychłego załamania, Eberhardt ironicznie porównał sytuację do komunistycznej Kuby, o której podobne przewidywania formułowane są od sześćdziesięciu lat. Ocenił, że stan wojny i mobilizacji społecznej stanowi dodatkowy czynnik spowalniający procesy, które w czasie pokoju mogłyby zachwiać stabilnością systemu — wskazał na głęboką demodernizację Rosji, w tym praktycznie całkowity zanik krajowej produkcji samochodów, zastąpionej importem z Chin. W czasach wojny ograniczenia takie jak zawężanie dostępu do mobilnego internetu łatwiej uzasadnić koniecznością czujności wobec zagrożeń związanych z „operacją wojskową” i „wojną z Zachodem” — co znaczna część społeczeństwa akceptuje, w dużej mierze ze względu na charakterystyczny dla Rosjan fatalizm i przyzwyczajenie do znoszenia w pokorze sytuacji, na które nie mają wpływu.
Eberhardt zaznaczył, że mimo wysokiej inflacji, wysokich stóp procentowych i ograniczonego potencjału inwestycyjnego wynikającego zarówno z polityki monetarnej, jak i sankcji zachodnich (utrudniających dostęp zarówno do towarów konsumpcyjnych wyższej klasy, jak i technologii inwestycyjnych), rosyjski dług publiczny pozostaje relatywnie niski — „chcielibyśmy mieć taki dług publiczny, jak ma Rosja”. Wskazał również na rzadko poruszany czynnik: gotowość Chin do finansowego wsparcia Rosji w razie realnego zagrożenia jej gospodarczym lub militarnym załamaniem, wynikającą ze świadomości, że porażka Rosji w tej wojnie wzmocniłaby hegemonię Zachodu i twardość Stanów Zjednoczonych wobec samych Chin. Zaznaczył, że choć Chińczycy sami unikają bezpośredniego dostarczania Rosji specjalnych technologii wojskowych z obawy przed wtórnymi sankcjami amerykańskimi, to dostawy żołnierzy i sprzętu z Korei Północnej nie odbywałyby się bez błogosławieństwa w trójkącie Rosja–Korea Północna–Chiny.
„Nie jesteśmy w stanie obalić reżimu na Kremlu, dopóki nie obalimy reżimu w głowach Rosjan”
Pawłowski przywołał tezę rosyjskiego opozycjonisty mieszkającego w Polsce, profesora Władimira Ponomariowa, według którego obalenie reżimu na Kremlu jest niemożliwe bez wcześniejszego „obalenia reżimu w głowach Rosjan”. Eberhardt w pełni zgodził się z tą oceną, wiążąc ją z wcześniej opisanym fatalizmem, poczuciem oblężonej twierdzy oraz społecznym „wyciągnięciem w górę” znacznej części prowincjonalnej Rosji dzięki pieniądzom i poczuciu misji płynącym z wojny. Wskazał na nieustanną narrację propagandową o wojnie egzystencjalnej, której przegrana miałaby przynieść skutki gorsze niż „przeklęte lata dziewięćdziesiąte”, aż po ryzyko całkowitego załamania się Rosji — przywołując przypisywane Putinowi hasło „po co nam świat, jeżeli miałoby w nim nie być Rosji”, które jednocześnie stanowi sygnał ostrzegawczy (w tym nuklearny) skierowany do zachodniej opinii publicznej, a jednocześnie buduje wśród Rosjan poczucie, że jedyną alternatywą dla wygranej wojny jest nieistnienie.
Dlaczego to nie o terytorium toczy się ta wojna
Odnosząc się do pytania, jak Rosja miałaby „wygrać” wojnę, w której od pięciu lat zdobywa jedynie pojedyncze metry terenu, Eberhardt zaznaczył, że prawdziwym problemem Putina nie jest brak postępów terytorialnych, lecz fakt, że wojna „przyszła do Rosjan” — codziennie napływające do niego raporty o ukraińskich atakach rakietowych i dronowych na terytorium Rosji, ich stratach i wpływie na postrzeganie jego własnej potęgi, sprawiają, że czas zaczął biec dla niego szybciej. Podkreślił, że dla Kremla to nie linia frontu zadecyduje o wyniku wojny, lecz to, która strona pierwsza się załamie — Ukraina wskutek ograniczenia zachodniego wsparcia, albo sama Rosja. Zakończył kategoryczną oceną: ta wojna nie toczy się o terytorium i nie da się jej zakończyć, oddając terytorium — nie istnieje scenariusz „pokój za ziemię”, ponieważ każde ustępstwo terytorialne skłoniłoby Rosję do żądania znacznie więcej, aż po całkowitą utratę suwerenności przez Ukrainę, zamienioną w państwo zwasalizowane lub upadłe. Ostatecznie to nie kwestia przebiegu linii frontu, lecz upadek jednej ze stron konfliktu będzie, zdaniem Eberhardta, początkiem końca tej wojny.
Źródło: YouTube, kanał „Żeby Wiedzieć” (53,9 tys. subskrybentów), odcinek „Pilne spotkania szefa CIA! Ukraina schodzi na dalszy plan” (#47), rozmowa Pawła Pawłowskiego z dr. Adamem Eberhardtem, 57 462 wyświetlenia, publikacja: 9 września 2026.








![Rok wojny na Ukrainie [FILM DOKUMENTALNY OSW]](https://e-ukraina.pl/wp-content/uploads/2023/02/rok-wojny-film.jpg)

