Parafianowicz w Żeby Wiedzieć: „zamordyzm Zełenskiego” to system Jermaka — Łukasiewicz realizuje narrację ukraińskiego MSZ, nie polskiego rządu
Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz Wirtualnej Polski i autor książek „Kłopot z Zełenskim” oraz „Polska na wojnie”, był gościem Pawła Pawłowskiego w 39. odcinku programu „Żeby Wiedzieć”. Rozmowa dotyczyła symetryzującej postawy polskiej dyplomacji w Kijowie, natury systemu władzy zbudowanego wokół Wołodymyra Zełenskiego, sporu historycznego wokół UPA i Armii Krajowej, a także zagrożeń dla Polski wynikających z rosyjskiej strategii eskalacyjnej.
Łukasiewicz realizuje narrację ukraińskiego MSZ, nie polskiego rządu
Pawłowski zapytał wprost, czy polska dyplomacja w Kijowie cierpi na chroniczny syndrom sztokholmski. Parafianowicz ocenił, że po wystąpieniu kierownika polskiej placówki w Kijowie, Bartosza Łukasiewicza, można odnieść takie wrażenie, choć zastrzegł, że krytykowanie go w tym momencie to już do pewnego stopnia kopanie leżącego, bo Łukasiewicz spotkał się z krytyką zarówno ze strony prawicowej sceny politycznej, jak i komentariatu.
Dziennikarz wskazał, że podobnej krytyce, choć z innej strony, poddano wiceministra Andrzeja Szeptyckiego, który uznał za zbyt daleko idące stwierdzenie, że stosunki narodowościowe w przedwojennej Polsce były właściwe i w normie. Zdaniem Parafianowicza obaj urzędnicy, mimo że wypowiadali się z przeciwnych pozycji, doprowadzili do zderzenia dwóch narracji, które w jego ocenie bardziej realizują linię ukraińskiego MSZ niż interesy polskiego rządu. Łukasiewicz wprowadził, jak to określił, fałszywą symetrię win pomiędzy Polakami a Ukraińcami, co od dawna jest celem strategicznym ukraińskiej polityki historycznej. Szeptycki z kolei podbijał narrację o trudnych relacjach narodowościowych sprzed wojny, co według Parafianowicza jest prawdą historyczną, ale nie powinno paść z ust polskiego dyplomaty, bo szkodzi interesom państwa.
Parafianowicz przywołał zasadę znaną w dyplomacji, którą usłyszał od doświadczonego dyplomaty: obowiązuje zasada, czym jest prawda biblijna, stosowana bezwzględnie, oraz powiedzenie ze środowiska wywiadowczego mówiące, że wygrywa ten, kto skuteczniej realizuje swoje interesy. Jego zdaniem to elementarna wiedza dla każdego, kto obejmuje placówkę w trudnym kraju, a mimo to polskiemu dyplomacie nie płaci się za budowanie narracji niekorzystnych dla własnego państwa. Spekulował, że postawa Łukasiewicza może wynikać z głębokiego przekonania o własnej roli jako „wojownika o sprawiedliwość”, co jednak dyskwalifikuje go z pełnienia wysokich funkcji, zwłaszcza że wywodzi się ze środowisk wywiadowczych, gdzie zwykle panuje większy cynizm zawodowy.
UPA to nie odpowiednik Armii Krajowej
Pawłowski przywołał fragment materiału ukraińskiego nadawcy publicznego, w którym tragedię wołyńską określono jako czystkę etniczną dokonaną podczas okupacji nazistowskiej w latach 1943 do 1944, a UPA opisano jako formację sprzeciwiającą się Armii Krajowej w warunkach walki partyzanckiej. Parafianowicz nazwał to dokładnie tym samym symetryzmem, tylko w bardziej stonowanej formie, co wypowiedź Łukasiewicza.
Jego zdaniem porównywanie Armii Krajowej, największej armii podziemnej walczącej z Niemcami, do formacji kolaborującej z III Rzeszą jest kompletnym nieporozumieniem. Zaznaczył, że część przywódców UPA, jak Stepan Bandera, była wprawdzie czasowo osadzana w obozach takich jak Sachsenhausen, ale wynikało to z tego, że Niemcom nie odpowiadały wówczas ich ambicje państwotwórcze, a nie z zasadniczego sprzeciwu wobec współpracy. UPA jako formacja nazistowska dążyła do stworzenia etnicznie czystego państwa, z Polakami wymordowanymi na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, czyli na terenach, za których nazwanie mianem ludobójstwa szef Kancelarii Prezydenta RP trafił na ukraińską listę Mirotworca. Parafianowicz przyznał, że właśnie z tego powodu zamierza konsekwentnie posługiwać się terminem ludobójstwo, by irytować autorów tej listy.
Na tych terenach UPA chciała zbudować państwo na wzór kieszonkowej III Rzeszy, we współpracy z niemieckimi nazistami. Porównywanie tej formacji do Armii Krajowej, która tworzyła podziemne państwo podległe legalnemu rządowi na uchodźstwie i walczyła na wielu frontach, także przeciwko III Rzeszy, jest według dziennikarza niedorzeczne. Ubolewał, że w 2026 roku wciąż trzeba powtarzać te historyczne truizmy.
Pawłowski zapytał, czy prowadzenie tego sporu historycznego w ogóle służy interesowi Rzeczpospolitej. Parafianowicz ocenił, że Ukraińcy grubo przeszarżowali w relacjach z Polską, podobnie jak Polska przeszarżowała przy nowelizacji ustawy o IPN w relacjach z Izraelem. Sprawa została już umiędzynarodowiona i dotarła do Parlamentu Europejskiego, który przyjął w tej sprawie rezolucję. Zdaniem dziennikarza na płaszczyźnie narracyjno-historycznej Ukraina nie ma szans wygrać tego sporu i powtórzy los Polski w sporze z Izraelem, a temat może w przyszłości trafić także do amerykańskiego Kongresu. Próba wyciszenia sporu przez Zełenskiego to najprawdopodobniej efekt refleksji nad tym przeszarżowaniem. Odniósł się też do wypowiedzi szefa wywiadu wojskowego Kyryła Budanowa, oceniając je jako dość żałosne i pokazujące, że zdolny oficer niekoniecznie jest zdolnym politykiem czy dyplomatą; nie wykluczył, że Budanow jako potencjalny kandydat na prezydenta próbuje w ten sposób przejąć elektorat narodowy, konkurując o niego z Zełenskim.
Parafianowicz nawiązał też do wypowiedzi Magdy Gawin z podcastu „Bez Doktryny” o powstającym ukraińskim panteonie narodowym, którego zalążkiem jest cmentarz, na którym pochowano Andrija Melnyka. Ocenił, że niezależnie od materiału, z jakiego panteon powstanie, w tym granitu dostarczonego przez oligarchę handlującego wódką na Krymie i płacącego podatki do rosyjskiego budżetu, nikt do niego nie przyjedzie, jeśli znajdą się tam ludzie mordujący Polaków lub kolaborujący z III Rzeszą. Wymienił w tym kontekście Kłyma Sawura i Romana Szuchewycza jako morderców Polaków, których obecność w panteonie polska strona stara się poprzez inicjatywy takie jak rezolucja PE zablokować. Podkreślił, że niezależnie od tego, czy sama rezolucja pozostanie jedynie deklaracją, kluczowy jest cel strategiczny w postaci niedopuszczenia do oficjalnej heroizacji tych postaci przez ukraińską głowę państwa.
Ekshumacje wołyńskie idą wolno, ale nie zostały zablokowane
Na pytanie, czy spór historyczny może zaszkodzić trwającym pracom ekshumacyjnym na Wołyniu, Parafianowicz odpowiedział, że na razie tak się nie stało. Ocenił, że strona ukraińska w niewielkich ilościach udostępnia kolejne miejsca, w których Polska może poszukiwać ofiar ludobójstwa wołyńskiego, i choć tempo tych prac jest dalece niesatysfakcjonujące, to przynajmniej nie stało się to przedmiotem politycznej gry Kijowa, co uchroniło relacje przed dalszą eskalacją.
Wyjaśnił, że chodzi przede wszystkim o maksymalne uproszczenie procedury administracyjnej wymaganej do uzyskania zgody na ekshumację. Ten postulat pojawił się już w 2022 roku w Wiśle, podczas spotkania prezydenta Andrzeja Dudy z Zełenskim, opisanego zresztą przez Parafianowicza w jego książce. Chodziło o to, by obie strony bezwarunkowo umożliwiły sobie nawzajem prowadzenie ekshumacji, w tym Ukraińcom po stronie polskiej. Postulat ten nie znalazł jednak akceptacji po stronie ukraińskiej. Parafianowicz przypomniał, że obecny minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, będąc wówczas wiceszefem administracji prezydenckiej, publicznie zapewniał, że nie istnieje żadna blokada ekshumacji, ale nigdy nie doszło do realizacji zasady pełnej wzajemności, co mogłoby, jego zdaniem, znacząco rozminować ten element napięć w relacjach polsko-ukraińskich.
Ślady nazizmu w części ukraińskich formacji
Pawłowski przywołał tezy Przemysława Czarnka, kandydata Prawa i Sprawiedliwości na premiera, który stwierdził, że na Ukrainie odradza się nazizm i że Unia Europejska powinna odciąć Ukrainę od wsparcia militarnego. Zapytał, czy w tych twierdzeniach jest ziarno prawdy.
Parafianowicz ocenił, że Czarnek w części zagospodarowuje określony elektorat, ale w jego wypowiedzi jest też część prawdy. Wskazał na brutalizację części ukraińskich sił zbrojnych, przywołując przypadki regularnego torturowania rekrutów w brygadzie Skała, stworzonej przez generała Ołeksandra Syrskiego, a także sprawę 155. brygady szkolonej we Francji i w Polsce, której żołnierze mieli porwać i zabić osoby jeżdżące motorami pod domem dowódcy tej jednostki i irytujące jego żonę. Wskazał to jako przykład tendencji demoralizacyjnych w części ukraińskiej armii.
Kolejnym niepokojącym zjawiskiem jest, według Parafianowicza, przymykanie oka przez najwyższe władze ukraińskie na symbole nawiązujące do III Rzeszy, jak szewrony z symbolem Totenkopf czy napisem SS. Powołał się na publikacje Ziemowita Szczerka, według którego osoby noszące takie oznaczenia tłumaczą je jako drwinę z Rosjan, co Parafianowicz określił jako kiepski żart. Wspomniał też o powrocie symbolu Wolfsangel w ruchu azowskim, nawiązującego do formacji SS, który dla środowiska skrajnie prawicowego funkcjonuje jako symbol narodowy. Zaznaczył, że relatywizowanie symboliki nazistowskiej nie ma racji bytu i stanowi pierwszy krok w kierunku odradzania się nazizmu, choć nie wierzy, by mogło dojść do faktycznego odrodzenia nazizmu jako systemu państwowego, bo skazałoby to dane państwo na izolację międzynarodową na wzór Korei Północnej.
Dziennikarz wspomniał o krążącej w środowiskach dyplomatycznych koncepcji regulacji, która uniemożliwiałaby dostarczanie zachodniej broni formacjom nawiązującym do symboliki III Rzeszy. Ocenił jednak, że taki mechanizm trudno będzie skutecznie egzekwować, przywołując przykład Światosława Szeremety, działacza neobanderowskiego objętego w 2017 roku zakazem wjazdu do strefy Schengen, który mimo to otrzymał niemiecką wizę narodową powołaniem się na względy bezpieczeństwa narodowego i publicznie chwalił się złamaniem polskiej blokady. Mimo ryzyka nadużyć Parafianowicz ocenił, że nawet sama deklaracja firmy takiej jak Rheinmetall o niedostarczaniu broni formacjom nawiązującym do nazistowskiej symboliki miałaby wartość wizerunkową, choć przyznał, że większość obecnie przekazywanego sprzętu to donacje lub zakupy finansowane z unijnego kredytu w wysokości 90 miliardów euro, na który składają się wszystkie państwa członkowskie.
Zakierzonie i granica sporu o historię
Pawłowski zapytał, gdzie przebiega granica sięgania do historii w sporze polsko-ukraińskim, wspominając zarzuty wobec Polaków dotyczące czczenia hetmana Stefana Czarnieckiego w hymnie narodowym, mimo że pacyfikował on Ukraińców. Parafianowicz przyznał, że podobne wątki, jak rola Jaremy Wiśniowieckiego, również mogłyby zostać przywołane, oraz że dyskusja o tym, czy pańszczyzna była formą niewolnictwa, jest wartościowa i pomaga leczyć traumy związane z relacjami feudalnymi.
Za punkt odniesienia we współczesnej debacie o ludobójstwie uznał wiek XX, począwszy od ludobójstwa Ormian, przez normy norymberskie definiujące pojęcia ludobójstwa, czystki etnicznej i zbrodni wojennej. Zauważył, że o ile w Polsce debata historyczna jest pluralistyczna i ożywiona, czego przykładem są prowadzone przez Marcina Giełzaka rozmowy o naturze stosunków pańszczyźnianych, o tyle po stronie ukraińskiej panuje w tej kwestii daleko idąca jednomyślność, bez głosów podważających dominującą narrację.
Na pytanie, czy w internecie ukraińskim popularne jest pojęcie Zakerzonia, czyli mitycznych ziem po zachodniej stronie Sanu jako części Ukrainy, Parafianowicz odpowiedział twierdząco. Wskazał na publikacje jednego z ideologów ruchu azowskiego, na których okładkach Zakerzonie przedstawiane jest jako integralna część Ukrainy sięgającej od Kaukazu po San. Ocenił, że takie tendencje trzeba obserwować, zwłaszcza w kontekście rosnącego znaczenia ruchu azowskiego i przychylności prezydenta Zełenskiego wobec generała Andrija Biłeckiego, lidera III Korpusu Azowskiego, mniej radykalnego niż dowodzący I Korpusem Denys Prokopenko, ale wciąż budzącego zastrzeżenia. Przywołał ostrzeżenia Ośrodka Studiów Wschodnich przed ryzykiem, że ukraińska armia przyjmie charakter nacjonalistyczny o wektorze antypolskim.
Na pytanie o przyczyny braku pluralizmu w ukraińskiej debacie publicznej Parafianowicz wskazał na trwającą wojnę, która z natury nie sprzyja pluralizmowi, ale też na charakter systemu władzy zbudowanego przez Zełenskiego.
System władzy zbudowany przez Jermaka
Parafianowicz określił ten system mianem „zamordyzmu Zełenskiego”, zaznaczając, że mimo wizerunku sympatycznego przywódcy w ubraniach taktycznych, pokazującego się z zachodnimi liderami, rzeczywistość dla osób mających odmienne poglądy lub sprzeczne z prezydentem interesy jest znacznie mniej kolorowa. System ten, jego zdaniem, został w istocie stworzony nie przez samego Zełenskiego, lecz przez Andrija Jermaka, byłego szefa Biura Prezydenta, który przez pewien czas był praktycznie równorzędnym mu ośrodkiem władzy. Ten duumwirat opierał się na kontroli znacznej części mediów, przepływów finansowych, schematów korupcyjnych kryszowanych z administracji prezydenckiej, a także sędziów i prokuratorów, którzy działali na telefoniczne polecenie, w tym w sprawach wymierzonych w byłego prezydenta Petra Poroszenkę.
Zastrzegł jednak, że nie zgadza się z określeniem tego systemu mianem dyktatury, bo Zełenski cieszy się autentycznym poparciem społecznym sięgającym nawet 50 procent, co przy piątym roku wojny i zmęczeniu społeczeństwa jest wynikiem wysokim. Po zniknięciu Jermaka z bieżącej polityki system uległ częściowemu rozmyciu, a jego następca w roli szefa Biura Prezydenta, Rustem Umerow, nie ma już pełnej swobody w kształtowaniu otoczenia prezydenta, jaką miał Jermak. Nie oznacza to jednak zaprzestania nacisków na niezależne media, czego przykładem jest ściganie redakcji Bihus.info, zajmującej się ujawnianiem schematów korupcyjnych wokół Zełenskiego. Parafianowicz opisał przeprowadzoną przez tę redakcję prowokację, w której zorganizowano pozorowaną konferencję o korupcji z ukrytymi kamerami, by nagrać funkcjonariuszy SBU próbujących założyć podsłuchy; w efekcie szef zarządu śledczego SBU stracił stanowisko po tym, jak dał się nagrać dziennikarzom.
Na pytanie, czy Zełenskiego można nazwać „małym Putinem”, Parafianowicz odpowiedział przecząco, choć przyznał, że sposób potraktowania Polski skłania go, by żartobliwie nazywać prezydenta Ukrainy „Władimirem Zielińskim”, czyli w rosyjskiej wersji imienia, zamiast Wołodymyrem Zełenskim. Zaznaczył jednak, że mimo posowieckich podobieństw między oboma państwami, system ukraiński jest znacznie bardziej spluralizowany niż rosyjski, ponieważ liczne ośrodki wpływu, wynikające ze sprzecznych interesów licznych oligarchów, funkcjonują poza ramami konstytucyjnymi, w przeciwieństwie do jednego, scentralizowanego ośrodka władzy Władimira Putina. Przywołał nieudaną próbę Wiktora Janukowycza zbudowania podobnego do rosyjskiego systemu opartego na tzw. simi, czyli klanie rodzinnym kontrolującym inne grupy oligarchiczne, który upadł nie tylko wskutek Majdanu, ale i sprzeciwu rywalizujących grup oligarchicznych. Jako dowód pluralizmu ukraińskiego systemu wskazał niepowodzenie wielokrotnych prób podporządkowania sobie przez Zełenskiego Narodowego Biura Antykorupcyjnego (NABU), w tym poprzez próby podporządkowania go SBU, czystki kadrowe czy aresztowania detektywów oskarżanych o szpiegostwo na rzecz Rosji.
Historia Julii Swyrydenko i „mużykowszczyzna” w ukraińskiej polityce
Parafianowicz przywołał opowiedzianą mu przez polskiego urzędnika anegdotę dotyczącą sposobu, w jaki Andrij Jermak przedstawił polskim gospodarzom w Belwederze Julię Swyrydenko, wówczas ministrę gospodarki, a później premier, która niedawno straciła to stanowisko. Podczas nieformalnego spotkania Jermak miał mówić o niej w sposób patronacki, przedstawiając ją jako swoją protegowaną wyciągniętą z administracji lokalnej, lojalną i posłuszną. Dziennikarz porównał ten sposób mówienia do relacji patronackich znanych z filmu „Ślepnąc od świateł”, określając to zjawisko mianem „mużykowszczyzny”, czyli posowieckiego odpowiednika południowoamerykańskiego mężczyzny (maczyzmu) w polityce.
Zaznaczył, że choć płeć Swyrydenko miała pewne znaczenie, kluczowy jest system wasalny, w jakim funkcjonowała. Odróżnił jej przypadek od postaci Julii Tymoszenko, znacznie bardziej niezależnej i autorytarnej figury w ukraińskiej polityce, która więziona zarówno za czasów Leonida Kuczmy, jak i Janukowycza, współorganizowała ruch „Ukraina bez Kuczmy” i była jedną z liderek pomarańczowej rewolucji. Swyrydenko, w przeciwieństwie do niej, była premierem całkowicie niesamodzielnym, realizującym polecenia z administracji prezydenckiej.
Na pytanie, dlaczego Swyrydenko przestała odpowiadać Zełenskiemu, Parafianowicz wskazał, że mogła stać się obciążeniem właśnie ze względu na swoje powiązania z Jermakiem, w kontekście prób budowania przez inne ośrodki władzy, w tym Budanowa jako obecnego szefa Biura Prezydenta, bardziej niezależnej pozycji.
Hejt wobec Ukraińców w Polsce
Pawłowski zapytał, czy w Polsce nie dochodzi obecnie do przesady w krytyce Ukraińców, przywołując głośny przypadek potraktowania dziecka w autobusie. Parafianowicz ocenił taką postawę jako absolutnie niedopuszczalne chamstwo, które kompromituje Polskę i nie mieści się w standardach cywilizacyjnych państwa Unii Europejskiej, zwłaszcza gdy dotyczy dzieci traktowanych ze względu na narodowość czy paszport rodzica. Jego zdaniem tego typu zachowania powinny być karane z pełną stanowczością.
Na pytanie, kto ponosi odpowiedzialność za obecny stan napięcia, wskazał, że choć łatwo byłoby winić samych internautów, to liderzy polityczni odpowiadają za nastroje generowane w społeczeństwach. Ocenił, że to Zełenski, wywołując spór i przyjmując w nim twardą postawę, a także groźby Budanowa, w znacznej mierze obciążają stronę ukraińską odpowiedzialnością za obecną eskalację, choć indywidualni hejterzy w internecie nie czują się odpowiedzialni za skalę zjawiska, porównanego przez dziennikarza do efektu kuli śnieżnej. Zaznaczył jednak, że linię czasową sporu inaczej postrzega kierownik Łukasiewicz, który po niedawnej naradzie kierowników polskich placówek dyplomatycznych w Warszawie miał zacząć oś czasu od decyzji prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego, co zdaniem Parafianowicza świadczy o myleniu przez dyplomatę przyczyny ze skutkiem.
Nowa strategia Zełenskiego to kolejny spin
Pawłowski zapytał o ogłoszoną przez Zełenskiego zmianę strategii politycznej wobec Polski. Parafianowicz ocenił to jako kolejny spin, obliczony przede wszystkim na potrzeby trwającej już w praktyce kampanii wyborczej na Ukrainie, choć nie da się jeszcze określić konkretnej daty wyborów. Przypomniał, że Zełenski już wcześniej wielokrotnie ogłaszał „strategie zwycięstwa”, w tym w Radzie Najwyższej, gdzie mówił o rychłym wstąpieniu do NATO i Unii Europejskiej, oraz dokonywał zmian personalnych, jak dymisja premiera Denysa Szmyhala, prezentowana wówczas jako nowe otwarcie. Porównał te zapowiedzi do PRL-owskiego dowcipu o człowieku wożącym pustą taczkę, który tłumaczy, że jest tak zarobiony, że nie zdążył jej nawet zapakować.
Na pytanie, czy Polska odczuje realną zmianę nastawienia Kijowa, Parafianowicz ocenił, że relacje polsko-ukraińskie są obecnie na dnie i należy raczej spodziewać się pewnego odbicia oraz próby normalizacji, choćby ze względów geograficznych. Zaznaczył, że choć Polska nie planuje wysłania własnego kontyngentu wojskowego na Ukrainę, pozostanie państwem logistycznie niezbędnym dla funkcjonowania tzw. koalicji chętnych, w tym dla ewentualnej natowskiej misji powietrznej, która startowałaby z polskich lotnisk, oraz dla przerzutu wojsk zachodnich.
Inicjatywy z Ankary i miejsce Polski w koalicji antybalistycznej
Na pytanie, dlaczego Polska nie znajduje się w tworzonej koalicji antybalistycznej, Parafianowicz ocenił ten temat jako mocno przesadzony w debacie publicznej. Wskazał, że po szczycie NATO w Ankarze powstał szereg inicjatyw, w których Polska bierze udział, a czasem jest ich liderem, obejmujących między innymi samoloty wczesnego ostrzegania typu AWACS, w tym program Saab jako ich efektywniejszy następca na wschodniej flance NATO, wartą 40 miliardów euro inicjatywę dotyczącą dronów typu Shahed i FPV, program transportowych samolotów Airbus obejmujący dzielenie się częściami zamiennymi z Turcją, a także inicjatywę dotyczącą przeciwdziałania szpiegostwu w Arktyce, obejmującą głównie Danię, Norwegię, Szwecję i Finlandię, na którą Polska patrzy przychylnie.
Odnosząc się do polskiej obrony powietrznej, Parafianowicz ocenił, że Polska podjęła już strategiczne decyzje dotyczące programu Wisła opartego na współpracy z Raytheonem i zakupach systemów Patriot, w tym inicjatywy dotyczącej serwisowania efektorów do Patriotów. Zaznaczył jednak stanowczo, że zapowiedzi Donalda Trumpa o dzieleniu się z Ukrainą technologią produkcji tych pocisków należy traktować jako fikcję, bo Amerykanie nie oddadzą nikomu technologii swoich najcenniejszych systemów uzbrojenia; realna będzie jedynie możliwość serwisowania efektorów, prawdopodobnie na terenie Niemiec.
Za lansowaną przez Emmanuela Macrona inicjatywę dotyczącą tarczy antybalistycznej, opartą na francusko-włoskim systemie SAMP-T, stoi w istocie, zdaniem Parafianowicza, przyszła sprzedaż sprzętu wojskowego Ukrainie po zakończeniu wojny, finansowana z unijnej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro. Podobny mechanizm dostrzegł w darowiźnie szwedzkich myśliwców Gripen w wersji C/D wraz z pociskami powietrze-powietrze Meteor, licząc na to, że Ukraina w przyszłości kupi kolejnych piętnaście egzemplarzy w wersji E/F, budując na nich swoje przyszłe siły powietrzne.
Polskie kontrakty zbrojeniowe dla Ukrainy
Na pytanie o polski wkład w uzbrojenie Ukrainy, poza wcześniej wspominanymi Krabami i Grotami, Parafianowicz wskazał na zaawansowany etap produkcji armatohaubicy Bohdana, powstającej między innymi w zakładach w Wadowicach współpracujących z przeniesionymi z oblężonego Kramatorska zakładami mechanicznymi, choć dokładna lokalizacja tej produkcji pozostaje niejasna. Ocenił, że armatohaubica kalibru 155 milimetrów, jako tania i skuteczna, stanie się istotnym elementem uzbrojenia wschodniej flanki NATO.
Przypomniał również, że kontrakt na haubice Krab, największy polski kontrakt zbrojeniowy po 1989 roku, został zrealizowany najpierw w formie donacji, a potem zakupów za realne środki finansowe, podczas gdy zapowiadany kontrakt na transportery Rosomak dla Ukrainy, mimo list intencyjnych, nigdy nie doczekał się finalizacji w postaci konkretnej umowy.
Odbudowa Ukrainy może przypaść Chinom
Odnosząc się do trwającej w Gdańsku konferencji o odbudowie Ukrainy, Parafianowicz ocenił, że realny polski udział w tym procesie może być trudny do zrealizowania, nie tylko z powodu napiętych relacji polsko-ukraińskich, ale ze względu na ogólny model funkcjonowania rynku odbudowy na Ukrainie. Jego zdaniem największe korzyści odniosą podmioty gotowe wręczać łapówki, wymienił w tym kontekście Chiny, Turcję oraz ewentualnie Białoruś, mimo obecnego ostrego konfliktu białorusko-ukraińskiego, zaznaczając, że w świecie posowieckim animozje rzadko trwają wiecznie.
Podkreślił, że polskie firmy notowane na giełdzie nie mają możliwości uczestniczenia w systemie korupcyjnych „krysz” typowym dla ukraińskiego rynku, podczas gdy chińskie podmioty takich ograniczeń nie mają. Na pytanie, czy Chiny, wspierające Rosję w tej wojnie, rzeczywiście mogą uczestniczyć w odbudowie Ukrainy, odpowiedział jednoznacznie twierdząco, wskazując też na rosnącą aktywność Ukrainy we współpracy z państwami Zatoki Perskiej.
Ocenił również, że Stany Zjednoczone nie są wszechmocne w relacjach z Ukrainą, o czym świadczą problemy z przekazywaniem zaawansowanych technologii, w tym danych związanych z systemami takimi jak Delta czy operowaniem rojami dronów, a także praktyczna fikcja umowy o surowcach mineralnych. Wskazał na obowiązującą, jego zdaniem, na Ukrainie po wojnie zasadę „portfolio”, zgodnie z którą każdy jest formalnie partnerem, oraz na ryzyko, że Ukraina po zakończeniu wojny straci obecną wyjątkową atrakcyjność dla zachodnich partnerów, podobnie jak stopniowo traciła ją powojenna Polska mimo swojego wkładu w zwycięstwo aliantów.
Sukcesy Ukrainy w izolowaniu Krymu
Na pytanie o obecną sytuację na Krymie Parafianowicz przypomniał nieudaną próbę lądowego odcięcia półwyspu od kontynentalnej Rosji podjętą w 2023 roku, obejmującą planowane zniszczenie Mostu Krymskiego i przebicie korytarza lądowego do Melitopola. Zaznaczył, że choć ta operacja lądowa się nie powiodła, to izolacja Krymu za pomocą dronów morskich i latających, w tym z wykorzystaniem amerykańskiej technologii takiej jak zmodernizowane Switchblade, staje się faktem i stanowi znaczący sukces operacyjny Ukrainy, podobnie jak niszczenie rosyjskiej żeglugi na Morzu Azowskim przez oddziały Ptaki Madziara.
Ocenił obraną przez Ukrainę strategię jako logiczną i błyskotliwą, łączącą izolację Krymu, zagrożenie dla portów czarnomorskich, uderzenia w rosyjską petrochemię na odległość do 2000 kilometrów, zagrożenie dla Moskwy i Petersburga oraz działania sił specjalnych wymierzone we flotę cieni i program celowanych likwidacji realizowany przez wywiad ukraiński. Przewidział, że jeśli wojna potrwa kolejny rok, zimą priorytetowym celem Ukrainy stanie się rosyjska energetyka, w ramach próby powtórzenia wobec Rosji taktyki, jaką w tym roku Rosja zastosowała wobec Ukrainy, niszcząc elektrociepłownie w dużych miastach.
Na pytanie, jak długo rosyjskie społeczeństwo jest w stanie znosić skutki wojny, Parafianowicz odpowiedział, że jego zdaniem bardzo długo, przywołując sformułowanie, że tyranię sprawuje cały naród, nie tylko Putin, co przypisał autorstwu Dekosty, oraz określając rosyjską odporność społeczną mianem posowieckiej skłonności przetrwalnikowo-gułagowskiej. Zaznaczył jednak, że presja ta wpływa na pozycję negocjacyjną Rosji, czego dowodem jest angażowanie przez Moskwę dwóch białoruskich rafinerii, w Mozyrzu i Nowopołocku, do przerobu paliwa.
Ryzyko „wywrócenia stolika” przez Putina
Rozmówcy przywołali profesora Ponomariowa, który miał mawiać, że reżim tkwi w głowach Rosjan, co Parafianowicz powiązał z cytowaną wcześniej myślą Dekosty. Na pytanie, czy narastające doniesienia o wewnętrznym niezadowoleniu w Rosji mogą skłonić Putina do desperackich działań, dziennikarz ocenił koncepcję „wywrócenia stolika” jako całkowicie realną, wynikającą z przekonania Kremla, że nie można negocjować z Ukrainą, którą Putin określa mianem „niedopaństwa”, lecz jedynie z całym NATO. W tym celu, jego zdaniem, Rosja może dążyć do wywołania poważnego incydentu, na przykład wymierzonego w Polskę lub Litwę, co miałoby umożliwić przedstawienie ewentualnego rozejmu jako kompromisu obejmującego demilitaryzację wschodniej flanki NATO.
Ocenił jednak, że taki scenariusz prawdopodobnie się nie powiedzie, bo Putin nie docenia zmiany determinacji w Sojuszu ani skali wzrostu wydatków obronnych na wschodniej i północno-wschodniej flance NATO, w tym około 150 miliardów euro budżetu wojskowego Niemiec, co było widoczne podczas szczytu w Ankarze. Zaznaczył, że nie jest w stanie ocenić, czy Putin jest wprowadzany w błąd przez własne służby, tak jak przed inwazją na Ukrainę, czy po prostu, będąc hazardzistą, jest gotów podjąć ryzykowną decyzję nawet posiadając pełną wiedzę o sytuacji.
Zagrożenia dla Polski i regionu Bałtyku
Odnosząc się do ostrzeżeń ministra Radosława Sikorskiego oraz Stanisława Żaryna, który wskazał na wystąpienie kombinacji warunków mogących skutkować działaniami wymierzonymi w Polskę, Parafianowicz za najbardziej prawdopodobny scenariusz takiej prowokacji wskazał działania w rejonie Przesmyku Suwalskiego, prowadzone z terenu obwodu kaliningradzkiego oraz Grodzieńszczyzny, gdzie na mocy dwustronnej umowy z Białorusią stacjonują rosyjskie wojska w bazach w Grodnie i Brześciu. Zwrócił uwagę na równoległą próbę resetu relacji amerykańsko-białoruskich, ocenianą przez niego jako korzystną z polskiej perspektywy, mimo że kolejny przywódca Białorusi pozostanie, jego zdaniem, w pełni podporządkowany Kremlowi. Nie wykluczył także ryzyka szantażu atomowego, o którym mówił wcześniej były szef wywiadu łotewskiego, wskazując, że bardziej prawdopodobne są jednak ataki z użyciem realnych środków uderzeniowych niż gesty demonstracyjne.
Pawłowski przywołał wyniki międzynarodowego śledztwa przeprowadzonego przez litewskiego nadawcę publicznego, Łotewskie Centrum Dziennikarstwa Śledczego oraz estońską telewizję, według którego Moskwa wraz z propagandystami przygotowuje serię pozwów przeciwko państwom bałtyckim pod pretekstem rzekomej dyskryminacji Rosjan, co eksperci określają jako operację psychologiczną podobną do tej z okolic 2014 roku na Ukrainie. Parafianowicz potwierdził, że Rosja rzeczywiście wykorzystuje sytuację mniejszości rosyjskiej, zwłaszcza na Łotwie, w tym problem apatrydów niechętnych nauce łotewskiego, budując narrację o ich dyskryminacji, choć zastrzegł, że w pojedynczych przypadkach rzeczywiście dochodzi do nadużyć wobec tej mniejszości. Wskazał na powtarzalność schematu obejmującego cyberataki, narracje o ochronie „rosyjskiego świata” oraz groźby atomowe, przywołując Siergieja Karaganowa, analityka z kręgu prokremlowskiego, który nawołuje do przeprowadzenia próby atomowej w Arktyce w celu zastraszenia Zachodu.
Odnosząc się do doniesień o rozważanym przez władze Litwy i litewską spółkę Orlen Lietuva rozmieszczeniu obrony przeciwlotniczej, w tym ewentualnie baterii Patriot, przy rafinerii w Możejkach, Parafianowicz ocenił polską infrastrukturę krytyczną na Bałtyku niejednolicie. Za dobrze chroniony uznał gazoport w Świnoujściu, za niedostatecznie zabezpieczoną rafinerię w Płocku. Farmy wiatrowe określił jako trudne cele ze względu na ich rozproszony charakter. W przypadku Możejek ocenił infrastrukturę jako niemal całkowicie eksponowaną na potencjalny atak rosyjski, zaznaczając jednocześnie, że Litwa dysponuje bardzo ograniczoną obroną powietrzną, przez co realizacja takiego projektu musiałaby zostać przeprowadzona przez Polskę lub innych sojuszników NATO.
Rosja ma coraz większy problem z uzupełnianiem strat
Na zakończenie rozmowy Pawłowski zapytał o ryzyko powszechnej mobilizacji w Rosji. Parafianowicz wskazał na rosnący deficyt ludzi gotowych do walki na Donbasie. Powołując się na szacunki amerykańskiego Instytutu Studiów nad Wojną, ocenił obecne miesięczne straty rosyjskie na około 30 tysięcy zabitych i rannych, podczas gdy w całej dekadzie wojny w Afganistanie Rosjanie stracili łącznie od 15 do 20 tysięcy zabitych. Według przywołanych szacunków od początku pełnoskalowej inwazji Rosja straciła około 450 tysięcy żołnierzy zabitych, przy stosunku strat osobowych między stronami wynoszącym obecnie 8 do 1 na niekorzyść Rosji. Przy miesięcznych stratach rzędu 30 tysięcy Rosja jest w stanie zmobilizować do swoich szeregów około 27 tysięcy osób, co oznacza, zdaniem dziennikarza, że rosyjska armia ma coraz większy problem z uzupełnianiem strat na froncie donbaskim.
Rozmowę poprowadził Paweł Pawłowski. Program „Zaskakująca strategia wobec Polski. Oburzająca wpadka ambasadora | Parafianowicz | Żeby Wiedzieć #39″ dostępny jest na kanale „Żeby Wiedzieć” na YouTube, liczącym 44,6 tys. subskrybentów. Opublikowany 15 lipca 2026.










