„Płk Lewandowski w Kanale Otwartym: ukraińska »busyfikacja« budzi coraz większy opór, internet zalany nagraniami łapanek”
Igor Janke gościł w „Kanale Otwartym” pułkownika Piotra Lewandowskiego, z którym rozmawiał o kryzysie rekrutacyjnym w ukraińskiej armii, korupcji w systemie zakupów wojskowych, sytuacji na froncie wokół Konstantynówki oraz wynikach szczytu NATO w Ankarze i wcześniejszych deklaracji ze szczytu w Madrycie.
Zamieszki we Lwowie jako punkt wyjścia rozmowy
Igor Janke otworzył program od informacji o zamieszkach we Lwowie, do których doszło dzień wcześniej. Demonstranci wdarli się do autobusu, w którym prowadzono punkt rekrutacyjny, zaatakowali obsługujących go żołnierzy, skakali po pojeździe i ostatecznie go podpalili. Prowadzący zaznaczył, że w mediach ukraińskich pojawiają się dwie równoległe narracje dotyczące przyczyn protestu – jedna mówi o sprzeciwie wobec samego sposobu przeprowadzania rekrutacji, druga sugeruje, że u podstaw zamieszek mogły leżeć podejrzenia o korupcję wśród żołnierzy prowadzących pobór, choć jak zastrzegł, nie ma na to pewnych dowodów.
Cztery etapy ukraińskiej mobilizacji
Płk Lewandowski, poproszony o sięgnięcie do korzeni problemu, przedstawił chronologię ukraińskiej mobilizacji od 2022 roku. W pierwszym etapie, w początkowych miesiącach wojny, Ukraina notowała nadmiar ochotników – w patriotycznym zrywie do biur rekrutacyjnych zgłaszały się setki tysięcy mężczyzn, a także pewna liczba kobiet, przy czym równolegle podobnie liczna grupa próbowała opuścić kraj. Chętnych było wówczas więcej niż miejsc, co przejawiało się tym, że biura odsyłały mężczyzn bez wcześniejszego przeszkolenia wojskowego. Już na tym etapie pojawił się jednak problem systemowy – bazy danych ukraińskich biur rekrutacyjnych okazały się w dużej mierze nieaktualne.
Drugim etapem było ogłoszenie mobilizacji jako takiej, wynikającej ze stanu wojny – zniknęła dobrowolność zgłoszeń, w jej miejsce pojawił się przymusowy pobór. Wtedy też, jak relacjonował pułkownik, na dobre ruszyła korupcja: mężczyźni bez kart powołania, którzy chcieli opuścić kraj mimo braku formalnych podstaw do zwolnienia (kwestie wieku, sytuacji rodzinnej czy zawodowej), masowo płacili łapówki, by uzyskać zwolnienia z obowiązku mobilizacyjnego. Według Lewandowskiego mówimy tu dosłownie o milionach dolarów i euro, które trafiały głównie do rąk szefów okręgowych biur mobilizacyjnych. Jako najbardziej znany przykład podał sprawę szefa obwodu odeskiego, w której mowa była o milionach dolarów i euro – środki te miały być następnie dywersyfikowane poprzez zakup mieszkań rejestrowanych na nazwiska członków rodziny.
Po około dwóch latach władze zdecydowały się odgórnie wymienić wszystkich szefów biur mobilizacyjnych. Ich miejsce zajęli tzw. weterani poszkodowani – uczestnicy walk, którzy odnieśli rany. Pułkownik zaznaczył, że ta grupa w większości nie jest skorumpowana, jednak zupełnie nie miała doświadczenia w zarządzaniu instytucjami tego typu, co negatywnie odbiło się na zdolności organizacyjno-administracyjnej systemu. Równolegle zaczął się nabór do służb bezpośrednio odpowiadających za rekrutację terenową, które – jak ocenił Lewandowski – zaczęły charakteryzować się dużą brutalnością wobec osób poborowych. Internet, jak stwierdził, jest dziś zalany nagraniami pokazującymi tzw. busyfikację (określenie używane na Ukrainie) – załogi specjalnych pojazdów sprawdzają mężczyzn na ulicach, a zakwalifikowani do poboru są dosłownie wciągani do środka, często wprost od dzieci i żon, co rodzi dramatyczne sceny.
To zjawisko, według pułkownika, spotyka się z rosnącym oporem społecznym – wcześniej dochodziło już do aktów obywatelskiego sprzeciwu, ale też do sabotażu i dywersji, w tym podpaleń biur rekrutacyjnych. Lewandowski wskazał, że zna co najmniej pięć przypadków wymiany ognia między ekipami rekrutacyjnymi a organizacjami stawiającymi opór bądź pojedynczymi osobami. Zjawisku temu towarzyszy również fala odejść z wojska – ukraińska Rada Najwyższa ocenia, że na różnych etapach wojny szeregi opuściło łącznie około 400 tysięcy żołnierzy, przy czym pułkownik podkreślił, że strona ukraińska celowo unika słowa „dezercja”, rozróżniając kategorie takie jak „krótkotrwałe oddalenie”. Liczbę tę zestawił z etatową wielkością armii ukraińskiej wynoszącą milion żołnierzy – 400 tysięcy stanowiłoby więc 40 procent stanu etatowego.
Igor Janke zauważył, że jeszcze niedawno mówiło się o znacznie niższej liczbie – 150 tysiącach. Pułkownik odpowiedział, że ta liczba pojawiała się na początku ubiegłego roku, później rosła do ponad 200 tysięcy, a obecne dane – 400 tysięcy – pochodzą z analizy Instytutu Studiów Wschodnich, opartej na informacjach strony ukraińskiej, których sam nie ma możliwości zweryfikować. Zastrzegł, że w pełni potwierdzone liczby sięgają około 250 tysięcy. Dodatkowo przywołał dane ukraińskich organów ścigania, według których ponad 2 miliony mężczyzn jest obecnie poszukiwanych za uchylanie się od obowiązku mobilizacyjnego. Zwrócił też uwagę na charakter ostatnich protestów we Lwowie – uczestniczące w nich osoby, w przeciwieństwie do wcześniejszych demonstracji, nie zasłaniały twarzy, co jego zdaniem świadczy o narastającej sile oporu społecznego, przy czym zastrzegł, że mowa o Lwowie jako jednym z największych ośrodków miejskich kraju.
Pieniądze z NATO: 70 miliardów rocznie
Igor Janke przeszedł do tematu wsparcia finansowego, przywołując przypisywane Napoleonowi słowa o trzech rzeczach potrzebnych do prowadzenia wojny – pieniądzach, pieniądzach i jeszcze raz pieniądzach – po czym przypomniał, że podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem w Ankarze prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski miał usłyszeć sugestię dotyczącą zgody na produkcję pocisków do systemów Patriot. Zełenski miał przy tym podkreślać, że Ukraina zyskuje inicjatywę w wojnie dzięki technologii, a nie liczbie żołnierzy. Janke zestawił to z informacją o dotychczasowych 90 miliardach z Unii Europejskiej oraz nowo zadeklarowanych 70 miliardach dolarów rocznie od państw NATO, zaznaczając, że nie są to „magiczne” środki, lecz pieniądze pochodzące między innymi z budżetów państw członkowskich, w tym Polski.
Płk Lewandowski określił stwierdzenie Zełenskiego o przewadze technologicznej jako prawdziwe tylko częściowo. Wyjaśnił, że mimo iż drony – nazywane bezzałogowcami dlatego, że nie mają załóg – zadają dziś największe straty (jest to potwierdzone procentowo), to nadal potrzebni są operatorzy, którzy sami znajdują się w bezpośrednim zasięgu rażenia przeciwnika, a obie strony konfliktu dysponują wyspecjalizowanymi jednostkami polującymi właśnie na operatorów dronów – artyleria i moździerze traktują wykryte stanowiska takich operatorów jako cele priorytetowe. Podkreślił, że nadal potrzeba żołnierzy utrzymujących i zajmujących teren, a front trzyma się – zarówno po stronie ukraińskiej, jak i rosyjskiej – między innymi dzięki użyciu dziesiątek tysięcy dronów miesięcznie i milionów w skali roku.
Pułkownik przywołał też niepotwierdzoną wypowiedź, w której prezydent Ukrainy miał mówić o 200 miliardach dolarów strat poniesionych w ciągu ponad pięciu lat wojny – zastrzegł jednak, że sam nie widział tej wypowiedzi, a jedynie osobę, która ją cytowała, i nie może zaręczyć za jej prawdziwość.
Odnosząc się do samych funduszy, Lewandowski jasno zadeklarował, że nie jest przeciwnikiem wspierania Ukrainy i nigdy nim nie był, uznając pomoc finansową za warunek konieczny dalszego prowadzenia wojny z Rosją. Zaznaczył jednak, że na obecnym etapie konfliktu niezbędne jest stworzenie skuteczniejszych narzędzi kontroli wydatkowania tych środków. Jako przykład dobrze funkcjonującego mechanizmu wskazał utworzone przy udziale Amerykanów, pod egidą FBI i innych amerykańskich agencji, ukraińskie biuro antykorupcyjne. Igor Janke dodał, że mimo licznych afer ujawnianych przez tę agencję, sam fakt ich wykrywania i nagłaśniania świadczy o tym, że instytucja działa skutecznie i pozostaje niezależna – przypomniał przy tym próbę podporządkowania jej otoczeniu prezydenckiemu, powstrzymaną w wyniku masowych protestów społecznych. Lewandowski skomentował to, zwracając uwagę, że Ukraińcy jako społeczeństwo chcą być postrzegani jako państwo wolne od korupcji, o czym świadczą właśnie te protesty – ironizując, że znacząca część otoczenia prezydenckiego, które próbowało przejąć kontrolę nad agencją, sama ma dziś poważne zarzuty korupcyjne.
Spór o źródło ukraińskiej przewagi technologicznej
Pułkownik rozwinął wątek technologiczny, zastrzegając, że wsparcie finansowe pozwala Ukrainie na masową produkcję dronów, ale wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu nie chodzi o najbardziej zaawansowane rozwiązania technologiczne. Wskazał, że ukraińska produkcja opiera się w dużej mierze na podzespołach podwójnego zastosowania, montowanych masowo, choć bardzo skutecznie i efektywnie. Docenił przy tym ukraińską „wynalazczość” – zdolność szybkiej adaptacji rozwiązań do bieżących potrzeb – zastrzegając jednocześnie, że nie mamy tu do czynienia z przełomami technologicznymi. Jako przykład podał pocisk manewrujący Flamingo, który początkowo nie trafiał celnie w cele i zaczął działać skuteczniej dopiero dzięki wsparciu technologicznemu Francji i Wielkiej Brytanii za pośrednictwem firmy Firepoint.
Igor Janke zapytał wprost o sprzeczność z wcześniejszymi doniesieniami – według relacji osób odwiedzających ukraińskie laboratoria polowe, rozlokowane wzdłuż linii frontu, miały tam pracować najlepsi inżynierowie opracowujący najnowocześniejsze rozwiązania konkurencyjne wobec rosyjskich, których wnioski trafiają następnie do dziesiątek małych fabryk rozsianych po kraju. Lewandowski odpowiedział, że rozwiązania te faktycznie nie są wyrafinowane, ponieważ – jak to ujął – coś produkowanego masowo, w setkach warsztatów garażowych przy użyciu tysięcy drukarek 3D, z definicji nie może być wyrafinowane. Zaznaczył, że modyfikacje (na przykład dotyczące oprogramowania czy zasięgu dronów) są bardzo szybkie, ale bazują na istniejącej technologii – siłą Ukraińców jest sprawne wdrażanie jej do bieżących potrzeb, a nie technologiczne przełomy. Podkreślił, że nie jest to zarzut wobec Ukrainy, lecz apel o patrzenie na sytuację realistycznie, a nie przez pryzmat propagandowej narracji. Dodał, że polskie drony trafiające na Ukrainę są technologicznie lepsze, a to, co faktycznie interesuje Polskę i inne państwa zachodnie, to nie sama technologia dronowa (którą już posiadają), lecz ukraińskie know-how w postaci baz danych zbieranych dzięki masowemu użyciu dronów oraz system implementacji tej wiedzy do taktyki wojskowej na wszystkich szczeblach dowodzenia, od najniższego po brygadowy.
Korupcja w zakupach sprzętu i luka w kontroli wydatków
Płk Lewandowski wskazał na powszechne na Ukrainie zjawisko zawyżania kosztów sprzedaży uzbrojenia dla wojska, umożliwione brakiem systemu przetargowego przy tzw. zakupach bezpośrednich. Obecnie, jak podał, prawo do takich zakupów – bez przetargów, bezpośrednio od producentów – ma około pięćdziesiąt jednostek ukraińskich (lista rozrosła się z wcześniejszych trzydziestu kilku). W praktyce oznacza to, że dana brygada otrzymuje środki i samodzielnie kupuje sprzęt, bez mechanizmu porównywania cen czy weryfikacji, dopóki nie wybuchnie afera. Jako przykład podał niedawną sprawę w jednej z brygad walczących w obwodzie charkowskim, na kierunku północnym – aresztowano dowódcę brygady, szef logistyki uciekł i jest poszukiwany, a szef sztabu popełnił samobójstwo, po tym jak ujawniono, że jednostka kupowała pojazdy typu pick-up po wielokrotnie zawyżonych cenach; sprawa wyszła na jaw dopiero po wkroczeniu prokuratury.
Pułkownik ocenił, że taki system, choć drastycznie skraca czas między potrzebą a dostawą sprzętu, jest jednocześnie silnie korupcjogenny. Zaznaczył, że z perspektywy Kijowa sprawy korupcyjne są traktowane jako drugorzędne, chyba że państwo samo na nich zarabia. Podkreślił przy tym, że tego typu praktyki mogą być tolerowane, a czasem nawet niezbędne, w warunkach wojennych, natomiast w czasie pokoju nie da się w ten sposób funkcjonować.
Front w Donbasie: bitwa o Konstantynówkę
Rozmówcy przeszli do sytuacji na froncie. Płk Lewandowski wyjaśnił, że obecnie uwaga skupiona jest na Donbasie, a konkretnie na obszarze wokół Konstantynówki, po tym jak wcześniej centralnym punktem walk był rejon Pokrowska. Odniósł się do materiału filmowego opublikowanego przez stronę rosyjską, dokumentującego spotkanie prezydenta Rosji Władimira Putina z oficerami rosyjskich sił zbrojnych, w tym z szefem sztabu generalnego – rozmówcy chwilowo pomylili się co do strony spotkania, po czym pułkownik doprecyzował, że chodzi o oficerów rosyjskich, nie ukraińskich. Głównym tematem tej narady, jak wskazał, było właśnie zdobycie Konstantynówki.
Na podstawie map Instytutu Studiów Wojskowych pułkownik opisał, że obecna kampania wiosenno-letnia rosyjskich sił zbrojnych obejmuje pas ciągnący się od Dobropola przez centrum frontu, w kierunku północno-wschodnim i północnym, aż po Łyman, a jej celem jest w istocie zdobycie dwóch miast – Słowiańska i Kramatorska. W operację zaangażowane są trzy grupy armii: Grupa Armii Centrum, działająca z kierunku pokrowskiego na Dobropole; główna Grupa Armii Południe, odpowiadająca za Konstantynówkę oraz kierunek na Drużkiwkę i dalej Kramatorsk; oraz Grupa Armii Zachód, atakująca ze wschodniego brzegu Dońca w stronę Łymania i dalej na Słowiańsk. Lewandowski zaznaczył, że w pełni zaangażowana w działania jest jedynie centralnie umiejscowiona Grupa Armii Południe, pozostałe grupy angażują tylko część swoich sił.
Wyjaśnił też strategiczne znaczenie Słowiańska i Kramatorska: ich zdobycie pozwoliłoby Władimirowi Putinowi ogłosić zajęcie całego Donbasu, ponieważ na tej linii kończy się granica administracyjna obwodu donieckiego (obwód ługański pozostaje już niemal całkowicie pod kontrolą rosyjską), a także kończy się tam pas najcięższych umocnień budowanych od 2014 roku. Część jego kolegów-analityków ocenia, że po zdobyciu tych miast otworzyłoby się przed Rosjanami tzw. miękkie podbrzusze, ułatwiające dalszy marsz – pułkownik zastrzegł, że nie do końca się z tą oceną zgadza, choć przyznał, iż upadek miast pozwoliłby Rosji ogłosić realizację celu określanego jako „Donbas”. Dodał, że pozostałymi celami Rosji są obwody zaporoski i chersoński (nie charkowski, jak się początkowo przejęzyczył), lecz w tych rejonach Rosjanie są, jego zdaniem, daleko od sukcesu.
Odnosząc się do serii kolejnych miast zdobywanych przez Rosję w toku dwóch kampanii prowadzonych rocznie (wiosenno-letniej i jesienno-zimowej), pułkownik wymienił chronologię: przed Konstantynówką były Pokrowsk i Myrnohrad, wcześniej Siewiersk, a jeszcze wcześniej Awdijiwka i Bachmut. Podkreślił, że upadek Konstantynówki otworzyłby Grupie Armii Południe drogę do kontynuowania uderzenia przez Drużkiwkę na Kramatorsk.
Na pytanie, czy Konstantynówka została już zdobyta, pułkownik odpowiedział, że materiały filmowe z geolokalizacją wskazują z wysokim prawdopodobieństwem na obecność wojsk rosyjskich w północnej części miasta, podczas gdy strona ukraińska publikuje materiały świadczące o utrzymywaniu pozycji w centrum. Jego oceną jest, że miasto nie zostało jeszcze zdobyte w pełni, lecz znajduje się pod rosyjską kontrolą z zastrzeżeniem trwających walk w wielu punktach – za miasto zdobyte uznaje bowiem sytuację, w której opanowano teren na tyle, by kontynuować operację dalej. Przywołał przykład Pokrowska, gdzie mimo jego upadku walki trwały jeszcze miesiącami, zanim Rosjanie ruszyli dalej w stronę Chryszczewatego – potrzebowali czasu na zabezpieczenie zdobytego terenu pod względem bojowym i logistycznym.
Obecnie, jak ocenił, wojska ukraińskie prawdopodobnie utrzymują skraj Konstantynówki, przygotowując obronę na kierunku Drużkiwki, podczas gdy Rosjanie zdobyli większość obszaru miasta, lecz nie na tyle, by móc go w pełni wykorzystać. Wyjaśnił, że sens zdobycia Konstantynówki polega właśnie na uzyskaniu dogodnej pozycji wyjściowej do dalszego uderzenia na Kramatorsk – dopóki Rosjanie nie uzyskają pełnej kontroli, nie mogą tego wykorzystać. Ocenił, że wojska ukraińskie wycofują się z miasta i przewidział, że najprawdopodobniej ostatecznie trafi ono pod pełną kontrolę rosyjskich sił zbrojnych, o ile Ukraińcy nie przeprowadzą kontrataku. Zastrzegł jednocześnie, że pełen sukces rosyjski nastąpi dopiero, gdy sytuacja w mieście zostanie całkowicie ustabilizowana, a to może jeszcze potrwać, zwłaszcza że walki toczą się w dwóch częściach miasta rozdzielonych linią kolejową i rzeką.
Pułkownik podał szczegóły dotyczące jednostek atakujących: lewą część miasta atakowała rosyjska 4. Brygada Strzelców Zmotoryzowanych, prawą – 6. Dywizja Strzelców Zmotoryzowanych. Informacje te, jak zaznaczył, wynikały z odprawy prowadzonej osobiście przez prezydenta Putina, podczas której meldunki składali bezpośrednio dowódcy tej brygady i dywizji. Zwrócił uwagę na ciekawostkę – wspomniana brygada ma podporządkowane sobie pułki, czyli faktycznie została rozwinięta do poziomu dywizji, ponieważ straty po obu stronach są na tyle duże, że stany osobowe jednostek sięgają często zaledwie 30 procent stanów wyjściowych. W czasie walk normą jest więc scalanie jednostek w celu zachowania zdolności bojowej – dowódca rosyjskiej brygady i dowódca dywizji po drugiej stronie linii walk meldowali się nie tylko za własne jednostki macierzyste, ale też za podporządkowane im elementy innych pułków czy dywizji.
Lewandowski opisał również samą taktykę walk: codziennie w ruch idą niewielkie grupy szturmowe liczące po dwóch–trzech żołnierzy, w łącznej liczbie kilkudziesięciu na dany odcinek. Część z nich ginie, część dociera do linii walki, gdzie na chwilę się konsoliduje w celu wykonania zadania, po czym się rozprasza – powrót bowiem jest równie niebezpieczny jak dotarcie na miejsce ze względu na strefę śmierci kontrolowaną przez drony, więc straty są po prostu uzupełniane kolejnymi grupami. W efekcie na relatywnie wąskim odcinku walk jednostki są ugrupowane bardzo głęboko i wysyłają kolejne grupy aż do osiągnięcia celu, co – jak podsumował pułkownik – ma wysoką cenę w ludziach: drony decydują o utrzymaniu frontu, ale o sukcesie wciąż decyduje piechota, a wygrywa ten, kto ma jej więcej i jest w stanie dłużej uzupełniać straty.
Według danych ukraińskich przywołanych przez pułkownika, straty rosyjskie w przeliczeniu na zdobyty kilometr kwadratowy wzrosły w tym roku dziewiętnastokrotnie w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. W czerwcu bieżącego roku Rosjanie tracili około 1300 żołnierzy na kilometr kwadratowy zdobytego terenu, podczas gdy w czerwcu ubiegłego roku było to niespełna 70 – przy zbliżonym poziomie strat bezwzględnych, ale znacznie większych wówczas postępach terytorialnych. Igor Janke zwrócił uwagę, że mimo tych walk miejscowości takie jak Kramatorsk, Słowiańsk czy Drużkiwka od dwóch lat pozostają w rękach ukraińskich, mimo że nie są to duże miasta. Pułkownik odpowiedział, że mimo to sumaryczne postępy na całym froncie w skali roku liczone są w setkach kilometrów kwadratowych – w lipcu ubiegłego roku Rosjanie stracili według danych ukraińskich około 3200 żołnierzy, w tym roku około 3600, przy wielokrotnie mniejszych postępach terytorialnych, stąd kilkunastokrotny wzrost strat na kilometr kwadratowy.
Na pytanie Igora Janke, czy jest to efekt zmiany technologii, pułkownik odpowiedział, że obie strony intensywnie wykorzystują drony, więc jeśli straty rosyjskie wielokrotnie wzrosły, można zakładać, że analogicznie wzrosły też straty ukraińskie, choć Ukraina takich danych nie publikuje. Podkreślił jednak, że mimo to sytuacja jest korzystna dla Ukrainy, ponieważ to Rosja dąży do zajmowania terytorium, a Ukraina broni swojego – rosnący koszt zdobycia każdego kilometra kwadratowego działa więc na niekorzyść strony atakującej.
Anonimowy rosyjski generał o stagnacji na froncie
Igor Janke przywołał opublikowany tego samego dnia rano przez portal Interia wywiad z anonimowym rosyjskim generałem, którego udzielić miał dziennikarzowi mieszkającemu obecnie w Portugalii, prawdopodobnie Ukraińcowi. Zastrzegł, że nie może ręczyć za autentyczność rozmówcy, ale zrelacjonował główne tezy: na froncie ma panować stagnacja, a Putin ma być świadomy, że wojsko przekazuje mu zafałszowane raporty. Generał miał ocenić, że zdobycie Donbasu graniczy dziś z cudem, a jedynym sposobem na przełamanie impasu byłoby pozyskiwanie co najmniej 55–60 tysięcy nowych żołnierzy miesięcznie. Miał też wskazywać na dużą niekompetencję wśród dowódców i żołnierzy, ilustrując to przykładem – jeśli rosyjskie Ministerstwo Obrony informuje o zestrzeleniu 400 dronów, oznacza to najczęściej, że ponad tysiąc pozostałych nie zostało uszkodzonych. Rosja miałaby być w stanie dogonić Ukrainę pod względem liczby produkowanych systemów bezzałogowych, ale nie pod względem ich jakości, a do tego dochodzą narastające problemy demograficzne.
Płk Lewandowski, komentując te doniesienia, przedstawił własne szacunki oparte na krzyżujących się źródłach: straty rosyjskie na głównych kierunkach uderzeń sięgają w skali kompanii często 300–400 żołnierzy, podczas gdy rosyjskie kompanie wchodziły do walki w składzie rzędu 70–90 żołnierzy – oznacza to, że stan osobowy tych jednostek zmienił się już czterokrotnie, choć nie oznacza to, że wszyscy z pierwotnego składu zginęli. Wyjaśnił, że zazwyczaj do walki w pierwszej kolejności wysyła się świeże uzupełnienia, które najczęściej ponoszą największe straty, podczas gdy weterani dbają o sprawne funkcjonowanie całego mechanizmu – zjawisko to występuje w podobnej formie po stronie ukraińskiej, zwłaszcza w tzw. wojskach szturmowych, głównym narzędziu łatania frontu przez Kijów.
Co do zdolności Rosjan do kontynuowania ataków w Donbasie, pułkownik odmówił jednoznacznej prognozy, wskazując, że wymagałoby to wiedzy o aktualnym stanie 4. Brygady i 6. Dywizji – poniesionych stratach, otrzymanych uzupełnieniach oraz planowanym wsparciu dronowym, artyleryjskim, lotniczym i logistycznym – której nikt z komentujących nie posiada. Ocenił krytycznie anonimowego rosyjskiego generała, sugerując, że może to być emerytowany oficer komentujący sytuację z bezpiecznego dystansu, próbujący dorobić na wywiadzie, i zastrzegając, że sam znajduje się w podobnej sytuacji obserwatora z tysiąca kilometrów – z tą różnicą, że nie udaje, iż wie więcej, niż faktycznie wie.
Podsumowując sytuację na kierunku donieckim, pułkownik przypomniał, że Siewiersk, stanowiący pas twierdz, już upadł, podobnie jak silnie umocniony las sieriebriański, a Konstantynówka – mimo braku pełnej kontroli rosyjskiej – powinna być traktowana jako zdobycz Rosji. O Łyman wciąż toczą się ciężkie walki, w których Rosjanie utknęli, choć zajęli już ważną operacyjnie miejscowość Ołeksandriwka. Podkreślił, że trzy zaangażowane grupy armii dysponują znacznymi możliwościami przerzucania odwodów i wsparcia (własną artylerią i lotnictwem), pod warunkiem jednak, że są w stanie na bieżąco uzupełniać straty bojowe – a to, jak zaznaczył, nie jest już oczywiste: w tym roku Rosjanie nie nadążają z uzupełnieniami, choć Ukraińcy borykają się z tym samym problemem. Kluczem do dalszego rozwoju sytuacji będzie, jego zdaniem, utrzymanie przez stronę ukraińską Łymania i Drużkiwki – jeśli obie miejscowości pozostaną pod kontrolą Kijowa, Rosjanie nie zdobędą w tym roku Kramatorska ani Słowiańska; jeśli Łyman upadnie, a Drużkiwki nie uda się utrzymać, oba miasta znajdą się w tym roku w strefie bezpośrednich walk.
Uderzenia w rosyjską infrastrukturę paliwową
Igor Janke przeszedł do tematu ataków dronowych na rosyjską infrastrukturę naftową, informując, że w ciągu ostatnich 72 godzin ukraińskie drony trafiły łącznie w 19 tankowców należących do tzw. floty cieni oraz w prom w Kerczu na Krymie – w tym dwa kolejne tankowce zaatakowane dzień wcześniej w południowej Rosji. Płk Lewandowski uzupełnił te dane, wskazując, że spośród zidentyfikowanych jednostek rosyjskiej floty cieni jest ich ponad 600, choć analitycy szacują, że cała flota może liczyć nawet dwa do dwóch i pół razy więcej, a więc grubo ponad tysiąc. Ocenił, że ataki na kilkanaście jednostek są dotkliwe, ale niewystarczające, by całkowicie zatrzymać rosyjski eksport i import morski.
Zaznaczył jednak, że Rosja mimo swojego statusu potęgi naftowej ma poważny problem z benzyną – kraj określany mianem „jednej wielkiej stacji benzynowej” eksportuje głównie surowiec nieprzetworzony, produkując benzynę przede wszystkim na potrzeby własne. Uderzenia w rafinerie odpowiedzialne za tę produkcję prowadzą, jego zdaniem, do powszechnego kryzysu paliwowego w Rosji, co wiąże się z wypowiedziami prezydenta Ukrainy o przejmowaniu inicjatywy przez stronę ukraińską – rzeczywiście, jak ocenił pułkownik, Ukraina zyskała przewagę w operacjach dronami dalekiego zasięgu, ponieważ jej własna infrastruktura, w przeciwieństwie do rosyjskiej, została w dużej mierze rozproszona (część produkcji zbrojeniowej przeniesiono też na Zachód), co utrudnia Rosjanom niszczenie celów wysokiej wartości. Rosyjska infrastruktura – rafinerie, terminale portowe, stacje przesyłowe, przepompownie – pozostaje z kolei zcentralizowana i wciąż stanowi atrakcyjny cel.
Lewandowski wskazał, że trudniejsze do zniszczenia dronami kompleksy fabryczne zbrojeniowe mogą być natomiast rażone przez nowy ukraiński pocisk manewrujący FP-5 Flamingo, który dzięki tonowej głowicy jest w stanie wyrządzić poważne szkody przy trafieniu w taki kompleks. Konsekwentne atakowanie rosyjskich zdolności produkcyjnych, zwłaszcza w sektorze paliwowym, ocenił jako najlepszy ruch Ukrainy w ciągu ostatnich dwóch lat. Odnosząc się do zapowiedzi prezydenta Zełenskiego, że działania te w 40 dni „rzucą Rosję na kolana”, pułkownik zauważył, że Zełenski już wcześniej składał podobne, niespełnione zapowiedzi, i ocenił, że do całkowitego załamania Rosji to nie doprowadzi – zastrzegł jednak, że Rosja przechodzi obecnie przez chyba najpoważniejszy kryzys od czasu, gdy jej front zaczął się chwiać w pierwszym roku wojny.
Rozczarowujący dla Polski szczyt NATO w Ankarze
Na zakończenie rozmowy Igor Janke zapytał, co z perspektywy Ukrainy i Polski było najważniejszym efektem szczytu NATO – nowe środki finansowe czy wzmocnienie wschodniej flanki Sojuszu. Płk Lewandowski odpowiedział, że z perspektywy polskiej szczyt był dla niego kluczowy właśnie ze względu na kwestię flanki wschodniej, ściśle powiązaną z tematem ukraińskim.
Podsumowując zyski Ukrainy, wskazał na dwa elementy: strumień pieniędzy niezbędny do utrzymania funkcjonowania państwa oraz liczne kontrakty na systemy bezzałogowe, podpisywane nie tylko podczas samego szczytu NATO, ale też przy okazji szczytu ekonomicznego w Gdańsku – w tym kontrakty dotyczące bezzałogowców naziemnych.
Z perspektywy Polski, jak ocenił pułkownik, szczyt przyniósł niewiele w zakresie bezpieczeństwa flanki wschodniej. Skomentował ogólnikowe deklaracje o „jedności NATO”, wskazując, że w praktyce sprowadzają się one do pozycji Stanów Zjednoczonych, których prezydent nadal utrzymuje twardy kurs handlowy wobec Hiszpanii, kontynuuje spór o Grenlandię i podtrzymuje narrację o tym, że NATO „zdradziło” Amerykę w kontekście wojny z Iranem – zaznaczył, że ta amerykańska narracja się nie zmieniła, poza jednym wyjątkiem: zmianą tonu wobec samej Ukrainy, z wcześniejszego przekazu o braku kart przetargowych na przekaz mówiący o tym, że Rosja zaczyna tracić inicjatywę.
Lewandowski wskazał, że dla Polski przełomowy potencjalnie był szczyt w Madrycie, na którym zadeklarowano utworzenie sił lądowych rzędu 300 tysięcy żołnierzy, w tym 100 tysięcy w bardzo wysokiej gotowości. Przyznał, że wówczas był pozytywnie zaskoczony tą deklaracją, jednak – jak zaznaczył – po ponad dwóch, a właściwie już trzech latach pozostała ona w sferze deklaratywnej. Skrytykował funkcjonowanie dowództw korpuśnych w NATO – z około dziesięciu istniejących struktur korpuśnych zdecydowana większość nie dowodzi realnie żadnymi siłami, a jedynie ma przejąć dowodzenie na wypadek kryzysu nad siłami przekazanymi przez inne państwa, tak jak miało to miejsce w Afganistanie, gdzie brytyjskie dowództwo Korpusu Szybkiego Reagowania sprawnie dowodziło siłami koalicji w jednym z sektorów.
Pułkownik zakwestionował jednak, czy takie struktury są faktycznie regularnie sprawdzane w praktyce – wskazał, że deklarowane na ćwiczenia całe brygady w rzeczywistości bywają reprezentowane przez pojedyncze bataliony złożone z pożyczonego sprzętu z całej brygady, uzupełnione o artylerię pożyczoną od sąsiedniej jednostki, jedynie po to, by stworzyć pozory sprawności. Zaapelował o wprowadzenie realnych inspekcji NATO-wskich weryfikujących, czy zadeklarowane do sił wysokiej gotowości jednostki faktycznie są zdolne do działania w pełnym składzie, bez pożyczania sprzętu. Ocenił, że obecnie nic takiego się nie dzieje – wyjątkiem jest Turcja, która podporządkowała NATO-wskiemu korpusowi wielonarodowemu swój własny, trzeci korpus, traktując sprawę poważnie, podobnie jak Polska. Skrytykował za to stan armii brytyjskiej czasu pokoju, przywołując dymisję najważniejszego brytyjskiego generała złożoną w proteście przeciwko brakowi finansowania rozwoju sił zbrojnych. Podsumował, że z perspektywy Polski ostatni szczyt NATO stanowi dla niego duże rozczarowanie.
Na zakończenie programu Igor Janke podziękował pułkownikowi Lewandowskiemu, przypomniał o partnerstwie odcinka z firmą Helikon-Tex oraz o trwającej rekrutacji do Szkoły Przywództwa, w ramach której płk Lewandowski prowadzi zajęcia i dodatkowe warsztaty, zachęcając widzów do subskrybowania kanału.
Rozmowę przeprowadził Igor Janke z płk. Piotrem Lewandowskim w programie „Kanał Otwarty” na YouTube, liczącym 220 tys. subskrybentów. Premiera 10 lipca 2026.










