Kanał „Nie wiem, ale się dowiem!” opublikował obszerny materiał dokumentalny poświęcony Rzezi Wołyńskiej, łączący relacje ocalałych świadków z historycznym kontekstem tragedii, która pochłonęła dziesiątki tysięcy istnień. Autorzy materiału zaznaczają, że temat nabiera dziś dodatkowego znaczenia w związku z decyzją władz Ukrainy o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia UPA, co w Polsce odbierane jest jako bolesny gest wobec pamięci ofiar.
Korzenie konfliktu na Kresach
Autorzy materiału przypominają, że wschodnie rubieże II Rzeczpospolitej – tereny dzisiejszej zachodniej Ukrainy oraz w mniejszym stopniu Lubelszczyzny i części Białorusi – od stuleci znały krwawe konflikty, sięgające jeszcze powstań kozackich z końca XVI wieku. W dwudziestoleciu międzywojennym na tych ziemiach utrwalił się układ, w którym katoliccy Polacy zajmowali pozycję uprzywilejowaną, mając lepszy dostęp do ziemi i władzy, mimo że stanowili mniejszość etniczną. Prawosławni Ukraińcy byli w tym układzie stroną gorzej sytuowaną. Twórcy materiału podkreślają jednak, że różnice majątkowe nie tłumaczą wszystkiego – równie istotna była odrębność etniczna, językowa, religijna i kulturowa, przez którą znaczna część Ukraińców nie identyfikowała się z państwem polskim. To na tym gruncie zaczęły się formować ukraińskie ruchy nacjonalistyczne.
Radykalizacja ukraińskiego nacjonalizmu
W 1929 roku powstała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), zajmująca się od lat 30. działalnością terrorystyczną – napadami na banki i placówki pocztowe, podpaleniami domów zamieszkiwanych przez Polaków oraz zamachami na osoby dążące do polsko-ukraińskiego pojednania. W odpowiedzi na te działania polskie władze, po zabójstwie ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, utworzyły obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej, do którego trafili między innymi czołowi ukraińscy nacjonaliści, w tym Stepan Bandera.
Autorzy materiału zwracają uwagę, że OUN w tamtym okresie skupiała margines ukraińskiej społeczności – według przywoływanych szacunków do 1939 roku przez jej szeregi przewinęło się około 20 tysięcy osób, podczas gdy liczba Ukraińców w II RP sięgała 4,4–5 milionów, a w Wojsku Polskim we wrześniu 1939 roku służyło nawet do 150 tysięcy Ukraińców.
Kluczowy dla dalszego biegu wydarzeń okazał się rozłam w ruchu nacjonalistycznym w 1940 roku. Powstałe wówczas dwie frakcje – umiarkowana OUN-M, skupiona wokół Andrija Melnyka, oraz radykalna OUN-B, związana z nazwiskiem Stepana Bandery – przyjęły odmienne strategie wobec Polaków. OUN-M, mimo wrogości, nie popierała fizycznej przemocy i później potępiła zbrodnie na Wołyniu. To OUN-B i jej zbrojne ramię, Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), formowana od 1942 roku, odpowiadają w głównej mierze za późniejsze czystki. Twórcy materiału przywołują wypowiedź Romana Szuchewycza, głównodowodzącego UPA, wzywającą do bezwzględnej eksterminacji ludności polskiej na Kresach – cytat ten, ich zdaniem, w świetle dalszych wydarzeń nabiera szczególnie złowieszczej wymowy.
Za początek Rzezi Wołyńskiej wielu badaczy uznaje luty 1943 roku, kiedy kierownictwo OUN-B podjęło decyzję o akcji wymierzonej w Polaków, choć – jak zaznaczają autorzy – pojedyncze zbrodnie miały miejsce jeszcze przed tą konferencją.
Pierwsze mordy i „Krwawa Niedziela”
Jedną z pierwszych zbrodni zaliczanych do Rzezi Wołyńskiej był atak na wieś Parośla 9 lutego 1943 roku. Oddział UPA, podający się za radzieckich partyzantów, zażądał od mieszkańców jedzenia i noclegu, a następnie – pod pretekstem ochrony wsi przed ewentualnymi Niemcami – związał Polaków, po czym dokonał masakry przy użyciu siekier i noży. Według niektórych szacunków w Parośli zginęło nawet 173 osoby, w tym dzieci.
W nocy z 22 na 23 kwietnia 1943 roku dwa oddziały UPA, wspierane przez ukraińskich chłopów – w tym, jak podaje Instytut Pamięci Narodowej, także kobiety i dzieci podpalające zabudowania – zaatakowały liczącą około 3 tysięcy mieszkańców Janową Dolinę, mimo obecności niewielkiego niemieckiego garnizonu. W wyniku napadu, pożarów, rabunków i mordów życie straciło około 600 osób.
Punktem kulminacyjnym była tzw. Krwawa Niedziela, 11 lipca 1943 roku, gdy siły UPA zaatakowały jednocześnie ponad sto polskich miejscowości w powiatach włodzimierskim, kowelskim i horochowskim. Atak poprzedziły nieudane rozmowy polskiego podziemia z ukraińskimi nacjonalistami – przedstawiciele strony polskiej zostali kilka dni wcześniej pojmani i zamordowani. Data ataku nie była przypadkowa: większość Polaków przebywała rano w kościołach, uczestnicząc we mszy, co pozbawiało ich możliwości obrony.
Rodziny rozdarte nienawiścią
Autorzy materiału poświęcają osobny wątek dramatowi małżeństw mieszanych polsko-ukraińskich, które na Kresach nie były rzadkością. Zgodnie z panującym zwyczajem synowie z takich związków przyjmowali wyznanie i tożsamość ojca, córki – matki. W czasie rzezi prowadziło to do sytuacji, w których banderowcy zmuszali prawosławnych członków rodzin do zabijania swoich rzymskokatolickich bliskich pod groźbą śmierci; część osób z mieszanych małżeństw ginęła niezależnie od takiego „wyboru”, uznawana za zdrajców z racji samego związku z Polakiem lub Polką.
Poruszona została również kontrowersyjna kwestia zaangażowania grekokatolickiego duchowieństwa w podburzanie ludności do mordów. Historycy nie są zgodni co do skali tego zjawiska – część uważa doniesienia świadków za zawodną pamięć, inni wskazują na zachowane źródła. Autorzy przywołują dokument Komendy Głównej Narodowej Organizacji Zbrojnej z kwietnia 1944 roku, opisujący święcenie noży przez grekokatolickiego popa i nawoływanie do mordów podczas kazania, a także notatkę sporządzoną dla Rady Głównej Opiekuńczej we Lwowie z września 1943 roku, mówiącą o święceniu w cerkwiach noży, siekier i broni palnej, którymi miano niszczyć „co polskie”. Twórcy materiału zastrzegają, że mimo istnienia takich świadectw nie ma pewności co do faktycznej skali zaangażowania duchowieństwa w te praktyki.
Huta Pieniacka i udział formacji kolaboranckich
28 lutego 1944 roku zaatakowana została Huta Pieniacka. W przeciwieństwie do wcześniejszych zbrodni, sprawcami nie byli wyłącznie członkowie UPA, lecz również żołnierze 4. Galicyjskiego Ochotniczego Pułku Policji SS, powiązanego z 14. Dywizją Grenadierów SS (Galizien) – a więc formacją współpracującą z niemieckim okupantem. Atak mógł mieć związek z ukrywaniem przez mieszkańców wsi ludności żydowskiej. W wyniku pacyfikacji zginęło nawet 850 osób, wiele w wyjątkowo okrutny sposób.
Polska odpowiedź zbrojna
Materiał podkreśla z całą mocą, że nie można stawiać znaku równości między zbrodniami ukraińskich nacjonalistów a polskimi akcjami odwetowymi, prowadzonymi głównie przez oddziały Armii Krajowej wymierzone w ukraińskie wsie. Atak UPA był niesprowokowany i realizował plan eksterminacji, podczas gdy działania AK stanowiły reakcję, a ich celem było przede wszystkim ratowanie życia Polaków, nie odwet na cywilach. Autorzy przywołują rozkaz Kazimierza Bąbińskiego, dowódcy 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej, nakazujący bezwzględną walkę z oddziałami ukraińskimi przy jednoczesnym zakazie krzywdzenia ukraińskich kobiet i dzieci, pod groźbą pociągnięcia do odpowiedzialności własnych żołnierzy łamiących ten zakaz. Materiał przyznaje, że zdarzały się przypadki łamania tych zasad przez stronę polską, określając je jednak jako margines, przy nieporównywalnie mniejszej skali polskich akcji odwetowych.
Ukraińcy, którzy ratowali Polaków
Twórcy materiału poświęcają istotną część opowieści Ukraińcom, którzy mimo grożącej im śmierci ostrzegali polskich sąsiadów przed atakami, ukrywali ich lub dzielili się żywnością. Przywołana zostaje historia Ukraińca Tarasa Nowaczoka, zamordowanego przez rodaków za ostrzeżenie polskiej rodziny przed napadem na wieś Lipniki w marcu 1943 roku. Ostrzeżona przez niego rodzina, mimo ucieczki, padła ofiarą ataku – matka, próbując ratować się z rannym w głowę półtorarocznym synkiem, zgubiła go podczas ucieczki, lecz otrzymała pomoc od ukraińskich kobiet, które nakarmiły ją, ubrały i powstrzymały przed samobójczym powrotem po dziecko. Chłopiec przeżył i odnalazł się następnego dnia. Jak podkreślają autorzy, tym dzieckiem był Mirosław Hermaszewski, zmarły w 2022 roku pierwszy polski kosmonauta.
W materiale pojawia się także relacja mężczyzny określanego przez narratora jako generał, który jako dziecko przeżył zasadzkę na swojego ojca, wychowywany później samotnie przez matkę. Podkreślił on, że z czasem zrozumiał, iż odpowiedzialność za zbrodnie ponoszą nie wszyscy Ukraińcy, lecz banderowcy, których pamięć jest dziś gloryfikowana za wschodnią granicą poprzez stawianie pomników.
Bilans tragedii i spór o pamięć dziś
Zbrodnie na ludności polskiej trwały praktycznie do końca II wojny światowej, czyli do połowy 1945 roku. Dokładna liczba ofiar wciąż jest przedmiotem sporów badaczy, jednak przyjmuje się, że w wyniku ukraińskich ataków zginęło od 80 do 120 tysięcy Polaków, podczas gdy w polskich akcjach odwetowych życie straciło do 12 tysięcy Ukraińców. Ofiarami zbrodni ukraińskich nacjonalistów padali w mniejszej liczbie także Żydzi, Czesi, Rosjanie oraz Ukraińcy uznawani za zdrajców z racji związków z Polakami.
Autorzy materiału zaznaczają, że zdecydowana większość dzisiejszych Ukraińców nie ma żadnego związku z tamtymi wydarzeniami i nie ma sensu szukać wśród nich winnych. Problemem pozostaje jednak, ich zdaniem, postawa ukraińskich władz, które – jak podkreślają – wciąż unikają jednoznacznego rozliczenia z tą częścią własnej historii. W tym kontekście przywołana zostaje decyzja prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek ukraińskiego wojska imienia UPA, określona jako bolesny cios wymierzony w pamięć ofiar. Twórcy materiału zastrzegają przy tym, że rozumieją trudną sytuację Ukrainy, apelując jednocześnie, by strona ukraińska uznała Rzeź Wołyńską za ludobójstwo i zaprzestała czczenia pamięci jej sprawców – podkreślając, że Polska nie oczekuje w związku z tym ani odszkodowań, ani reparacji, a jedynie wspólnego stanięcia w prawdzie jako fundamentu przyszłych relacji sąsiedzkich.
Materiał dokumentalny kanału „Nie wiem, ale się dowiem!” na YouTube, liczącego 914 tys. subskrybentów. Opublikowany 9 lipca 2026.