Dr Zajączkowski w „Historii bez Kitu”: jak Polacy bronili się przed UPA na Wołyniu

Gościem cyklu „Rozmowy o historii” na kanale Historia bez Kitu był dr Mariusz Zajączkowski, pracownik Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk oraz Wojskowego Biura Historycznego. Rozmowa dotyczyła zorganizowanego oporu polskiej ludności cywilnej wobec czystek UPA na Wołyniu w latach 1943–1944 — powstawania placówek samoobrony, działań Armii Krajowej, bilansu ofiar oraz losów 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

Odbudowa polskiej konspiracji po okupacji sowieckiej

Prowadzący zapytał, jak polska konspiracja na Wołyniu przetrwała pierwszą okupację sowiecką z lat 1939–1941. Zajączkowski wyjaśnił, że struktury podziemia związane z rządem emigracyjnym zostały w dużym stopniu zlikwidowane przez NKWD i trzeba je było odbudowywać praktycznie od zera od 1942 roku, kiedy powstała Armia Krajowa. Początki tej odbudowy wiązały się ze strukturami tzw. Wachlarza — komórki dywersyjnej AK działającej poza granicami przedwojennej Rzeczpospolitej, by nie prowokować okupanta do odwetu wobec ludności polskiej, a jednocześnie dostarczać aliantom, zwłaszcza Brytyjczykom, dowodów na aktywność polskiej konspiracji. Ludzie tworzący Wachlarz z czasem zasilili struktury Okręgu Wołyń AK.

Pierwsza zbrodnia: Kolonia Parośl

Zajączkowski wskazał na Kolonię Parośl I jako miejsce pierwszej masowej zbrodni zorganizowanej akcji antypolskiej — na początku lutego 1943 roku zginęło tam co najmniej 150 osób. Sprawcą był oddział pierwszej sotni UPA dowodzony przez Hryhorija Perehiniaka ps. „Dovbeszka-Korobka”, który wcześniej zaatakował posterunek policji niemieckiej we Włodzimiercu, a następnie, podszywając się pod sowiecką partyzantkę, dokonał mordu w Paroślu. Zajączkowski potwierdził, że są twarde dowody na to, iż sprawcami byli Ukraińcy, nie sowieccy partyzanci.

Odnosząc się do pytania o rolę zdezerterowanej policji ukraińskiej w służbie niemieckiej, wyjaśnił, że kilka tysięcy jej członków przeszło do lasu na początku marca 1943 roku, tworząc trzon partyzantki banderowskiej — ludzi uzbrojonych, doświadczonych, w tym poprzez wcześniejszy, tragiczny udział we wspólnych z Niemcami zbrodniach na ludności żydowskiej. Rozmówcy przypomnieli, że w miastach wołyńskich, takich jak Kowel czy Równe, ludność żydowska stanowiła nawet blisko połowę mieszkańców, a pierwszy etap Zagłady na tych terenach polegał na masowych rozstrzeliwaniach na miejscu, zanim zorganizowano fabryki śmierci.

Plan usunięcia Polaków

Zajączkowski przedstawił, w jaki sposób informacje o planowanej akcji dotarły do polskiego podziemia — za pośrednictwem cichociemnego ppor. Lecha Łady-Żagwy, który został na jakiś czas wprowadzony w struktury kierownicze podziemia ukraińskiego i przekazał raport, z którego wynikało, że sprawa polska traktowana była nie jako wojskowa, lecz jako „mniejszościowa” — miała zostać rozwiązana analogicznie do sprawy żydowskiej. Zajączkowski wyjaśnił genezę tego planu, sięgającą końca lat 30. i doktryny wojennej Organizacji Nacjonalistów Ukraińskich autorstwa Michała Kołodzińskiego (poległego w 1939 roku, zastąpionego przez Romana Szuchewycza) — pod koniec 1942 roku zapadła decyzja o usunięciu Polaków z ziem uznanych za etnograficznie ukraińskie. Z dokumentacji podziemia ukraińskiego, określającej działania mianem „antypolskiej akcji”, wynika, że usuwanie polegało przede wszystkim na zabijaniu, mające zastraszyć i skłonić do ucieczki tych, których nie zamordowano od razu.

Pierwsza fala wiosną 1943 roku

Ppor. Łada, wyznaczony wiosną 1943 roku na dowódcę pierwszego oddziału partyzanckiego AK na tym terenie, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w maju 1943 roku w Lasach Dubieńskich — w wyniku konfliktu z gruzińskim oficerem podkomendnego mu oddziału (złożonego z byłych czerwonoarmistów i jeńców), po czym część tego oddziału dołączyła ostatecznie do UPA. Apogeum pierwszej fali ataków przypadło na okres Wielkanocy 1943 roku, obejmując m.in. Janową Dolinę, gdzie zginęło około 600 osób.

Zajączkowski opisał pierwsze, oddolne formy samoobrony jako bardzo słabo uzbrojone — początkowo były to głównie nocne patrole ostrzegające mieszkańców przed atakiem, umożliwiające ucieczkę lub ukrycie się w wcześniej przygotowanych kryjówkach. Broń zdobywano na napastnikach, odnajdywano wcześniej ukrytą (z okresu 1939–1941), a niekiedy zwracano się z prośbą o pomoc do niemieckiej administracji okupacyjnej — Niemcy udzielali jednak wsparcia głównie symbolicznego, przekazując pojedyncze karabiny, co w praktyce legalizowało tylko samodzielne dozbrajanie się ludności. Z powodu chronicznego niedoboru broni palnej w instrukcjach polskiego podziemia pojawiały się zalecenia wyposażania samoobrony w broń drzewcową — widły, kije, siekiery. Po stronie ukraińskiej analogicznym zjawiskiem było mobilizowanie do akcji tzw. „siekierników” — okolicznych chłopów ukraińskich, częściowo pod przymusem, częściowo w nadziei na łup.

Ograniczona kontrola Niemców nad terenem

Odnosząc się do skali obecności niemieckiej na Wołyniu, Zajączkowski potwierdził, że była ona znacznie mniejsza niż w Generalnym Gubernatorstwie — Niemcy kontrolowali głównie miasteczka i linie kolejowe istotne dla zaopatrzenia frontu wschodniego, natomiast w terenie nie panowali nad sytuacją. Próby ściągania kontyngentów żywnościowych narażały ich na kontrakcję ze strony podziemia ukraińskiego, które chroniło ludność ukraińską przed takimi rekwizycjami, traktując zaopatrzenie jako przeznaczone dla własnej partyzantki. Zaznaczył przy tym, że głównym wrogiem UPA byli Sowieci, nie Niemcy — ci ostatni byli postrzegani jako siła, która i tak wkrótce opuści ten teren po klęskach pod Stalingradem i na Łuku Kurskim. Polacy byli traktowani jako wróg „najłatwiejszy”, bo w znakomitej większości bezbronny.

Czy Armia Krajowa mogła zrobić więcej

Prowadzący przedstawił rozpowszechnioną tezę, że Armia Krajowa zlekceważyła sygnały o zagrożeniu i mogła zrobić więcej dla ochrony ludności. Zajączkowski nie zgodził się z tym twierdzeniem — ocenił, że AK zrobiła tyle, ile mogła, mając niewiele możliwości. Wskazał, że pierwsze instrukcje Komendy Głównej AK dotyczące tworzenia oddziałów partyzanckich pochodzą dopiero ze stycznia 1943 roku i przewidywały jedynie szkieletowe grupy z myślą o przyszłym powstaniu powszechnym, z głównym przeciwnikiem w postaci Niemców — sytuacja na Wołyniu była lokalną specyfiką, do której trzeba było się dopiero dostosować.

Odpowiadając na porównanie z równoległą akcją niemiecką na Zamojszczyźnie, gdzie AK i Bataliony Chłopskie podjęły kontrakcję, Zajączkowski wyjaśnił, że sytuacja tam była wyjątkowa (silniejszy żywioł polski, brak analogicznie silnej struktury ukraińskiej), a nawet tam Komenda Główna nakazywała ograniczoną, aktywną obronę, by nie sprowokować Niemców do krwawego odwetu. Na Wołyniu dodatkową przeszkodą był konflikt między delegaturą rządu (kierowaną przez Kazimierza Banacha) a dowództwem Okręgu Wołyń AK (Kazimierz Bąbiński „Luboń”) — delegatura opowiadała się za rozwiązaniem politycznym i próbą porozumienia z bardziej ugodowymi Ukraińcami, AK za twardą walką. Próba negocjacji zakończyła się tragicznie: wysłani w lipcu 1943 roku, w przeddzień apogeum antypolskiej akcji, delegaci z Zygmuntem Rumlem na czele nie wrócili ze spotkania z Ukraińcami. Zajączkowski zastrzegł, że nie ma twardych dowodów na dokładny przebieg ich śmierci — dramatyczna scena z filmu „Wołyń” pokazująca okoliczności ich zabójstwa (podobnie jak scena święcenia narzędzi zbrodni przez duchownego, przy czym na Wołyniu dominującym wyznaniem był prawosławny, nie grekokatolicki) opiera się na niepotwierdzonych źródłowo pogłoskach krążących w środowiskach kresowych, wobec których należy zachować dużą ostrożność metodologiczną — porównywalną, jak zauważył prowadzący, do mechanizmu pojedynczego zeznania dziecka, które doprowadziło do pogromu kieleckiego w 1946 roku.

Decyzja o formowaniu oddziałów partyzanckich

Po apogeum antypolskiej akcji z lipca 1943 roku, gdy zapadł wreszcie konsensus mimo wcześniejszych sporów kompetencyjnych, podjęto decyzję o trybie pilnym sformowania dziewięciu lotnych oddziałów partyzanckich AK, dowodzonych przez skoczków cichociemnych, liczących łącznie około tysiąca ludzi — słabszych liczebnie i uzbrojeniowo od sił ukraińskich, ale mobilnych, zdolnych wspierać konkretne bazy samoobrony, takie jak Przebraże.

Janowa Dolina jako przedwojenny ośrodek modelowy

Zajączkowski opisał Janową Dolinę jako wzorcowe przedwojenne osiedle przy kopalni bazaltu, liczące pod koniec lat 30. ponad 1100 mieszkańców, z garnizonem niemieckim i lokalną grupą samoobrony, do której napływali uciekinierzy z okolicznych miejscowości w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Mimo to ośrodek został zaatakowany w kwietniu 1944 roku, ginęło tam 600 Polaków. Po ataku Niemcy ściągnęli do wzmocnienia garnizonu oddział polskiej policji w służbie niemieckiej, zastępującej wcześniejszą policję ukraińską — była to jednak znacznie mniejsza liczebnie formacja (jeden batalion przerzucony z Generalnego Gubernatorstwa). Na początku 1944 roku kolejny, kilkusetosobowy batalion polskiej policji, złożony z miejscowych, których rodziny ucierpiały w antypolskiej akcji, zdezerterował ze służby niemieckiej dzięki inicjatywie Władysława Filara i dołączył do formującej się 27. Wołyńskiej Dywizji AK — Zajączkowski zaznaczył przy tym, że wcześniej te same jednostki, działając pod niemieckim dowództwem, uczestniczyły w akcjach pacyfikacyjnych wymierzonych w ludność ukraińską.

Konflikt struktur cywilnych i wojskowych

Zajączkowski podkreślił, że skuteczność przeciwdziałania antypolskiej akcji utrudniał wewnętrzny konflikt między delegaturą rządu (Kazimierz Banach) a dowództwem Okręgu Wołyń AK (Kazimierz Bąbiński) — spór dotyczył zarówno podejścia do kwestii ukraińskiej, jak i szerszej rywalizacji politycznej sięgającej okresu międzywojennego (obawy ludowców tworzących delegaturę przed nadmiernymi wpływami sanacyjnej „wojskówki”). Delegatura rządu próbowała tworzyć własne, nieliczne i słabo uzbrojone pododdziały Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa, co spotykało się z zarzutami upolityczniania struktur wojskowych. Konflikt ten doprowadził ostatecznie do rezygnacji Banacha z funkcji.

Przebraże: największa baza samoobrony

Centralnym punktem rozmowy było Przebraże — największy kompleks samoobrony na Wołyniu, w którym schroniło się według szacunków około 10 tysięcy osób z okolicznych miejscowości. Jego organizatorem był Henryk Cybulski, leśnik, ofiara wcześniejszej deportacji sowieckiej, który powrócił pieszo z Syberii i mimo braku zawodowego wykształcenia wojskowego okazał się utalentowanym organizatorem, formującym kilkusetosobowe oddziały samoobrony z niewielkiego zawiązku. Podobnie jak w innych miejscach, początkowe wsparcie od niemieckiej administracji sprowadzało się do symbolicznych kilkunastu karabinów, co Zajączkowski zinterpretował jako formę „umywania rąk” przez okupanta, który formalnie odpowiadał za bezpieczeństwo ludności, ale realnie nie był w stanie go zapewnić. Istotną, choć niejednoznaczną rolę odegrała też sowiecka partyzantka — jeden z największych ataków na Przebraże został odparty dzięki wspólnym działaniom miejscowej samoobrony, mobilnego oddziału AK oraz oddziału partyzantki sowieckiej.

Zajączkowski potwierdził, że wywiad UPA doskonale orientował się w istnieniu takich baz, traktując je jako przeszkodę blokującą swobodne działanie partyzantki w terenie. Obrona Przebraża miała charakter aktywny — obejmowała nie tylko odpieranie ataków, ale i uderzenia wyprzedzające na okoliczne wsie ukraińskie, uznawane za bazę wypadową i zaplecze społeczne UPA, a jednocześnie źródło aprowizacji dla samej samoobrony (zbiory z pól ukraińskich pod osłoną zbrojną). Zajączkowski otwarcie przyznał, że polskie samoobrony, po traumatycznych doświadczeniach, dopuszczały się również aktów terroru wobec ludności ukraińskiej o charakterze zbiorowego odwetu.

Architekci antypolskiej akcji

Zajączkowski wskazał Dmytra Kljaczkiwśkiego ps. „Kłym Sawur” jako głównego architekta i odpowiedzialnego za przebieg antypolskiej akcji jako dowódcę UPA i struktur OUN na Wołyniu i Polesiu. Latem 1943 roku Roman Szuchewycz odsunął od władzy zastępcę Stepana Bandery, Mykołę Łebedia, i przejął faktyczne kierownictwo podziemia ukraińskiego, w pełni popierając działania Kljaczkiwśkiego — jesienią 1943 roku odbył inspekcję Wołynia, zaakceptował tamtejsze wydarzenia i podjął decyzję o rozszerzeniu antypolskiej akcji na Galicję Wschodnią, gdzie przybrała ona nieco inny charakter: rozdawano ulotki z ultimatum (24–48 godzin na opuszczenie terenu), grożąc zabiciem mężczyzn w razie niepodporządkowania się, a w przypadku stawienia oporu — wymordowaniem całej miejscowości i spaleniem jej, choć w praktyce często realizowano scenariusz wołyński niezależnie od formalnych instrukcji. Apogeum antypolskiej akcji w Galicji Wschodniej przypadło na wiosnę 1944 roku.

Bilans ofiar: potężna asymetria

Zajączkowski przedstawił ustalone przez Władysława i Ewę Siemaszków szacunki: od 40 do 60 tysięcy polskich ofiar na Wołyniu, z czego ponad 20 tysięcy zidentyfikowanych z imienia i nazwiska. Zaznaczył, że w tej liczbie mieszczą się także ofiary ukraińskiej policji w służbie niemieckiej — choć osobiście uważa, że odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w ramach niemieckich pacyfikacji powinna obciążać okupanta, nie strony konfliktu polsko-ukraińskiego, analogicznie do zbrodni dokonywanych przez partyzantkę sowiecką.

Odnosząc się do badań zespołu ukraińskich historyków pod kierunkiem prof. Igora Hałagidy z Uniwersytetu Gdańskiego, Zajączkowski wskazał, że przypisują one polskiemu podziemiu i samoobronom odpowiedzialność za nieco ponad 3 tysiące ukraińskich ofiar cywilnych na Wołyniu (przy łącznej liczbie ponad 9 tysięcy ofiar ukraińskich, obejmującej też straty od Niemców, Węgrów i sowieckiej partyzantki z udziałem Polaków) — ocenił, że te ustalenia w zasadzie potwierdzają liczby wcześniej podawane przez polskich historyków. Skonkludował, że na Wołyniu mamy do czynienia z potężną asymetrią ofiar: kilkadziesiąt tysięcy po stronie polskiej wobec kilku tysięcy po stronie ukraińskiej, przy czym w Galicji Wschodniej asymetria była jeszcze większa (ponad 30 tysięcy do około tysiąca), natomiast na obecnych ziemiach polskich (już po 1945 roku) więcej ofiar odnotowano po stronie ukraińskiej, co wynikało z przewagi żywiołu polskiego na tamtym terenie.

Przywołując dane demograficzne, prowadzący wskazał, że przedwojenny Wołyń liczył około 2,1 mln mieszkańców, z czego Polacy stanowili 16–17 proc. (340–360 tys.), a Ukraińcy blisko 1,5 mln. Zajączkowski uzupełnił to szacunkami Grzegorza Hryciuka, według których w 1943 roku, po wcześniejszych deportacjach sowieckich i wywózkach na roboty przymusowe do Rzeszy, na Wołyniu pozostawało nieco ponad 300 tysięcy Polaków — z czego 40–60 tysięcy zginęło, ponad 100 tysięcy uciekło do Generalnego Gubernatorstwa, a sto kilkadziesiąt tysięcy zostało po 1944 roku wysiedlonych przez władze sowieckie, co łącznie zamyka się liczbą 300–310 tysięcy osób.

Inne ośrodki samoobrony

Rozmówcy omówili kolejne bazy samoobrony. Huta Stepańska, w której schroniło się 5,5 tysiąca osób, ostatecznie musiała zostać ewakuowana — część uciekinierów zginęła podczas ewakuacji mimo ochrony ze strony samoobrony. Huta Stara wielokrotnie skutecznie odpierała ataki, a jesienią 1943 roku zadała UPA większe straty, niż sama poniosła — Zajączkowski ocenił to jako jeden z największych militarnych sukcesów obrony polskiej ludności na Wołyniu. Wymieniono także mniejsze ośrodki: Bielin (2,5 tys. ocalonych) i Hutę Sopaczewską (tysiąc osób). Łącznie, według przywołanych przez prowadzącego szacunków, samoobrony ocaliły od 25 do 30 tysięcy osób.

Zasmyki i zachodni Wołyń

W zachodniej części Wołynia, gdzie dowództwo AK przewidywało możliwość koncentracji większych sił w kontakcie z Okręgiem Lubelskim, kluczową rolę odegrała baza samoobrony w Zasmykach (3,5 tys. ocalonych), która na początku 1944 roku stała się jednym z miejsc koncentracji 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Wspierały ją dwa lotne oddziały partyzanckie — „Jastrząb” (dowodzony przez Władysława Czermińskiego) i „Sokół”. Organizatorem samoobrony w Zasmykach był ppor. Henryk Nadratowski, lokalny mieszkaniec, szybko wsparty przez struktury AK — jak zauważył prowadzący, ujawniając osobisty wątek rodzinny, Henryk Nadratowski był bratem Teofila Nadratowskiego, osoby z jego własnej dalszej rodziny; Teofil niemal do samej mobilizacji do 27. Dywizji był przekonany, że służy w Batalionach Chłopskich. Zajączkowski zaznaczył przy tym istotny szczegół konspiracyjny: członkowie wielu samoobron przez długi czas nie wiedzieli, że ich dowódcy są zaprzysiężonymi żołnierzami AK — utrzymywano pozór oddolnej, spontanicznej inicjatywy, by ukryć faktyczne podporządkowanie strukturom wojskowym.

Prowadzący opisał również epizod, w którym Niemcy, zorientowawszy się w istnieniu silnego zgrupowania partyzanckiego w rejonie Kowla, zaatakowali część wsi Zasmyki broniącej garnizonów przygotowujących się do obrony przed nadciągającą Armią Czerwoną. Zajączkowski ujawnił, powołując się na powojenny raport Tadeusza Klimowskiego, że lokalny niemiecki dowódca ze Stützpunktu Kowel zaproponował polskim oddziałom zawieszenie broni i dozbrojenie w zamian za wspólną walkę przeciwko Sowietom — propozycja spotkała się z odmową, a wysłany przez Niemców oddział rozpoznawczy został przez Polaków rozbrojony.

Formowanie 27. Wołyńskiej Dywizji AK

Zajączkowski opisał trudną decyzję o koncentracji oddziałów w ramach akcji „Burza” na przełomie 1943 i 1944 roku — część dowódców samoobrony sprzeciwiała się wykonaniu rozkazu, obawiając się pozostawienia ludności cywilnej bez ochrony. Przywołał list polskich chłopów z rejonu Sarn z listopada 1943 roku, proszących dowódcę sowieckiej partyzantki o przybycie do opuszczonej przez uzbrojonych obrońców wsi w zamian za pełne zaopatrzenie. Dowódca samoobrony w Przebrażu, by uniknąć wykonania rozkazu koncentracji, został objęty swoistym „aresztem domowym” wymuszonym przez okoliczną ludność — z zastrzeżeniem, że przestawał on obowiązywać w razie ataku ukraińskiego.

Formujące się oddziały 27. Wołyńskiej Dywizji, licznej ostatecznie na około 7 tysięcy żołnierzy, przeprowadziły między styczniem a marcem 1944 roku 16 akcji zbrojnych przeciwko UPA, oczyszczając teren przyszłej operacji — w ich wyniku ginęła też ludność cywilna ukraińska. Do formacji dołączył wyprowadzony z Kowla, dobrze uzbrojony batalion polskiej policji w służbie niemieckiej (określany w dokumentach jako „Batalion Błękitnych”), rozparcelowany jednak między inne oddziały ze względu na niepełne zaufanie dowództwa.

Dywizja, dwukrotnie okrążona podczas walk z Niemcami, przebiła się na Polesie, długo oczekując zgody Komendy Głównej AK na przejście na teren Generalnego Gubernatorstwa. Zgodę taką otrzymała dopiero w pierwszej dekadzie czerwca 1944 roku po ciężkich walkach w okolicach Lasów Parczewskich — część sił przedarła się przez linię frontu, ponosząc straty od ognia obu stron, część przeszła na Lubelszczyznę i wzięła udział w akcji „Burza”, w tym w wyzwoleniu Lubartowa. Finał nastąpił w lipcu 1944 roku w Pałacu w Kozłówce, gdzie po zaproszeniu na rozmowy dowództwo zostało przez Sowietów rozbrojone i internowane — kadra oficerska w dużej mierze została wywieziona w głąb ZSRR, szeregowi żołnierze trafili do armii Berlinga, a część zbiegłych z obozu na Majdanku zasiliła później oddziały polskiego podziemia antykomunistycznego.

Polacy w partyzantce sowieckiej i batalionach niszczycielskich

Zajączkowski omówił zjawisko wstępowania Polaków do oddziałów podporządkowanych sowieckiemu dowództwu partyzanckiemu — jak oddział „Jeszcze Polska nie zginęła” Roberta Satanowskiego czy oddziały Józefa Sobiesiaka. Wyjaśnił, że realizowały one sowieckie dyrektywy rozpętania walki z Niemcami na terenach zamieszkanych przez Polaków i prowadziły działania wywiadowcze wymierzone w AK, nakłaniając miejscową ludność do wstępowania w ich, a nie akowskie szeregi. Po wybuchu antypolskiej akcji część z nich stanęła jednak do walki z UPA, stanowiąc dla wielu Polaków — którzy nie mieli dostępu do oddziałów AK — jedyną dostrzeganą szansę na przetrwanie, a niekiedy i na zemstę. Zapytany o udział Polaków w sowieckich batalionach niszczycielskich (tzw. istriebitielnych), Zajączkowski zastrzegł, że to wątek dotyczący przede wszystkim Galicji Wschodniej, gdzie udział Polaków w takich formacjach był znikomy.

Podsumowanie: dramat samoorganizacji

Kończąc rozmowę, prowadzący zwrócił uwagę na kontrast między filmem „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego a rodzinnymi wspomnieniami osób, które przetrwały dzięki samoobronie — historiami nie tylko strachu i przerażenia, ale też skutecznego oporu. Wyraził żal, że pierwszy duży film o tragedii wołyńskiej nie powstał raczej w konwencji zbliżonej do historii braci Bielskich — Żydów, którzy w czasie wojny zorganizowali na Nowogródczyźnie bazy przetrwania dla uciekinierów, co dałoby bardziej wyważony, obejmujący także wątek skutecznego oporu obraz wydarzeń. Zajączkowski podkreślił, że dramat Polaków na Wołyniu polegał na jednoczesnym doświadczeniu masowej śmierci i poczuciu, że polskie podziemie nie zawsze mogło skutecznie pomóc, co czyni szczególnie godnym uznania wysiłek osób odpowiedzialnych za oddolną samoorganizację. Zaznaczył, że nawet ci, którym udało się uciec do Generalnego Gubernatorstwa (ponad 100 tysięcy osób), często trafiali później na roboty przymusowe do Rzeszy lub pod opiekę Rady Głównej Opiekuńczej, tracąc dorobek całego życia — co pozostawiło trwałą traumę pokoleniową obecną w rodzinach wołyńskich do dziś.

Na zakończenie prowadzący ocenił, że skoro samoobrony ocaliły co najmniej 25–30 tysięcy Polaków przed losem, jaki spotkał kilkadziesiąt tysięcy ofiar na Wołyniu, w pełni zasadne było upamiętnienie ich osobną tablicą na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Zajączkowski przyznał mu rację, podkreślając, że ludzie ci walczyli wszelkimi dostępnymi sposobami — w tym poprzez kontakty z Niemcami czy sowiecką partyzantką — o przetrwanie własne i swoich najbliższych, nie czyniąc tego z entuzjazmem, lecz z determinacji, by ocalić rodziny.


Program „Rozmowy o historii” poprowadził gospodarz kanału Historia bez Kitu. Gościem był dr Mariusz Zajączkowski, pracownik Instytutu Studiów Politycznych PAN i Wojskowego Biura Historycznego. Materiał dostępny na kanale Historia BEZ KITU na YouTube, liczącym 36,7 tys. subskrybentów. Opublikowany 8 lipca 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *