Prof. Boćkowski w Wirtualnej Polsce: „Zełenski chce nam pokazać, gdzie nasze miejsce” – Ukraina zaczyna marginalizować Polskę

Prof. Daniel Boćkowski z Uniwersytetu w Białymstoku był gościem Pawła Pawłowskiego w programie „Newsroom” Wirtualnej Polski. Rozmowa dotyczyła braku Polski w europejskiej koalicji antybalistycznej, doniesień o tym, że to Ukraina miała nie chcieć obecności Polski w tym projekcie, zaskakującego zwrotu w ukraińskiej polityce zagranicznej wobec Warszawy, zmian w rządzie Zełenskiego oraz przyczyn narastającej fali hejtu wobec Ukraińców w Polsce.

Czy Polska dała się „wykiwać” w sprawie tarczy antybalistycznej?

Pawłowski przywołał doniesienia Onetu, powołujące się na anonimowe źródła rządowe, według których to Ukraina miała nie chcieć obecności Polski w europejskiej koalicji antybalistycznej. Zapytał wprost, czy Polska została „wykiwana”, czy może po prostu takiej tarczy nie potrzebuje.

Boćkowski ocenił to pytanie jako bardzo trudne, wskazując, że Polska buduje własną, zaawansowaną i przemyślaną tarczę antybalistyczną, kompatybilną od bardzo krótkiego zasięgu aż po systemy Patriot, opartą na już posiadanych systemach i radarach. Przyznał, że przynależność do europejskiej koncepcji, choćby w zakresie wymiany informacji o zagrożeniach, byłaby mile widziana, ale zaznaczył, że cały europejski projekt to na razie dopiero plan, a nie gotowa koncepcja. Ocenił, że jeśli rzeczywiście to Ukraina doprowadziła do pominięcia Polski, jest to sygnał świadczący o sposobie prowadzenia polityki przez Kijów, choć na razie nie wpływa negatywnie na realne zdolności obronne Polski – między projektem a wdrożoną koncepcją jest bowiem, jak to ujął, „przepaść”. Podsumował, że to niedobry sygnał ze strony państwa prowadzącego wojnę, ale „kto Zełenskiemu zabroni popełniać błędy”.

„Nie mamy fabryki amunicji” – argument ministra Motyki

Pawłowski przywołał wcześniejszą wypowiedź ministra energii Miłosza Motyki w tym samym studiu, który argumentował, że Polska nie produkuje rakiet ani amunicji, więc nie ma czego zaoferować koalicji antybalistycznej.

Boćkowski częściowo zakwestionował tę tezę, wskazując, że Polska produkuje różne komponenty systemów obronnych, a jej struktura obrony powietrznej – oparta na systemie Patriot – jest już przemyślana i zintegrowana z procedurami obronnymi kraju. Nie wykluczył, że Polska może w przyszłości produkować efektory, ale podkreślił, że prawdziwym potencjalnym wkładem Polski jest już dopracowany, kompletny system obronny, a nie sama zdolność produkcyjna. Zauważył przy tym, że Ukraina obecnie też niczego nie produkuje w zakresie ochrony balistycznej (poza dronami dalekiego zasięgu), a mimo to Trump zadeklarował zgodę na tamtejszą produkcję Patriotów – choć w praktyce, jak zaznaczył, żadna firma nie zainwestuje pieniędzy w kraju objętym wojną, gdzie infrastruktura może zostać zniszczona, i gdzie istnieje ryzyko infiltracji kontrwywiadowczej.

Obietnica Trumpa o licencji na Patrioty – „mrzonka”?

Pawłowski zapytał wprost, czy obietnica Trumpa dotycząca ewentualnej licencji na produkcję Patriotów dla Ukrainy to zwykła „bzdura”. Boćkowski odpowiedział, że to nie Trump udziela licencji, lecz konkretne firmy zbrojeniowe, a licencja na budowę Patriotów oznaczałaby transfer bardzo wrażliwych technologii do kraju mocno skorumpowanego i penetrowanego przez rosyjskie służby specjalne bardziej niż państwa europejskie. Ocenił, że jedynym realnym miejscem takiej produkcji, wskazywanym dziś przez analityków wojskowych, są Niemcy, które od kilku lat przygotowują odpowiednią infrastrukturę – i to niebombardowaną rakietami balistycznymi.

Czy koalicja antybalistyczna to „przygotowywanie gruntu pod interesy”?

Pawłowski zapytał, czy cała koalicja antybalistyczna może być w istocie przygotowywaniem gruntu pod przyszłe kontrakty zbrojeniowe – państwa dysponujące zdolnościami produkcyjnymi będą mogły potem sprzedawać broń Ukrainie i na tym zarabiać.

Boćkowski przyznał, że Niemcy i tak uzyskają zdolność produkcyjną niezależnie od jakiejkolwiek koalicji, a niemiecka produkcja może w przyszłości trafiać na Ukrainę – wszystko zależy jednak od polityki Stanów Zjednoczonych, które będą miały decydujący wpływ na to, dokąd trafia sprzęt. Ocenił, że nawet jeśli niemiecka zdolność produkcyjna się pojawi, zajmie to co najmniej rok, a budowa takich systemów od podstaw wymaga wielu lat – Ukraina zaś potrzebuje efektorów „na dziś, a nie za dwa, trzy lata”. Zaznaczył, że Ukraina ma pewne doświadczenie związane z silnikami i infrastrukturą pocisków przechwytujących z czasów sowieckich, ale nie wierzy, by poważne firmy zbrojeniowe zaryzykowały inwestycję na terenie regularnie ostrzeliwanego kraju. Wskazał, że najbliższym bezpiecznym miejscem takiej produkcji byłaby Polska, która jednak świadomie nie planowała budowy takich fabryk, stawiając od początku na najbardziej zaawansowaną technologię amerykańską, kompatybilną z NATO.

Order dla von der Leyen jako przytyk do Nawrockiego

Pawłowski przeszedł do wątku politycznego, przywołując niedawną wizytę Ursuli von der Leyen w Kijowie, podczas której otrzymała od Wołodymyra Zełenskiego Order Europy – wręczając go, Zełenski powiedział, że to odznaczenie, którego „nikt nie odbierze”, co odczytano jako bezpośrednią aluzję do decyzji prezydenta Karola Nawrockiego o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego.

Boćkowski potwierdził tę interpretację, wyrażając smutek z powodu, jak to określił, dziwnego zwrotu w ukraińskiej polityce zagranicznej wobec Polski. Ocenił, że Ukraina uznała się za na tyle silną i mającą na tyle dobre relacje z innymi państwami, że może częściowo „podmienić” Polskę jako partnera, prezentując się jako stabilniejszy i bardziej wartościowy sojusznik – w ramach wizji promowanej przez otoczenie prezydenckie (określone jako „bankowa”), zakładającej, że wejście do Unii Europejskiej to kwestia czasu i dogadania się z najsilniejszymi graczami. Ocenił to jako poważny błąd Zełenskiego, wynikający z myślenia w kategoriach „wschodnich” – przekonania, że porozumienie z najważniejszymi państwami wystarczy, bo reszta się podporządkuje, podczas gdy w Unii Europejskiej każde państwo członkowskie ma równorzędny głos, a niektóre decyzje wymagają nawet referendów.

Zmiany w rządzie Ukrainy – „widać, że mają służyć bankowej”

Pawłowski zapytał, czy zapowiadane zmiany w rządzie Ukrainy, w tym powołanie osoby odpowiedzialnej za relacje z Polską i Węgrami, mogą oznaczać deeskalację napięć, czy to jedynie „zagrywka PR-owa”.

Boćkowski ocenił, że nie widzi żadnych realnych działań deeskalacyjnych – wskazał, że gdyby taka była intencja, Zełenski nie robiłby przytyków wobec Polski ani nie dopuszczał do wycieku informacji o wykluczeniu Polski z koalicji antybalistycznej. Zasugerował, że powołanie specjalnego przedstawiciela do spraw relacji z Polską i Węgrami może być jedynie budowaniem alibi – by Zełenski mógł potem twierdzić, że próbował się dogadać, ale to Polacy i Węgrzy nie chcieli ustępstw. Skrytykował też samą logikę rekonstrukcji rządu: zastąpienie pragmatycznej premier Julii Swyrydenko innym pragmatykiem, który wcześniej zarządzał Naftohazem, nie odpowiada – jego zdaniem – realnym potrzebom państwa przygotowującego się do zimowych bombardowań infrastruktury energetycznej, do czego potrzebny byłby raczej wzmocniony, dedykowany przedstawiciel rządu, a nie premier.

Odniósł się też krytycznie do odwołania dotychczasowego ministra obrony, określanego jako pragmatyk i fachowiec w kwestiach infrastrukturalnych, który zapowiadał wzmocnienie walki z korupcją w armii, ale nie potrafił dogadać się z częścią polityków. Ocenił całość zmian jako mające na celu wzmocnienie pozycji otoczenia prezydenckiego oraz budowanie narracji o koncentracji na obronie przed zimą oraz na relacjach z Bliskim Wschodem, Stanami Zjednoczonymi i Europą Zachodnią – a wobec Polski i Węgier potrzebny jest po prostu ktoś, kto „wytłumaczy im, gdzie jest ich miejsce”.

Skąd bierze się fala hejtu wobec Ukraińców w Polsce?

Pawłowski zapytał, kto ponosi odpowiedzialność za narastający hejt wobec Ukraińców mieszkających w Polsce – czy Zełenski przez swoje eskalacyjne działania, polscy politycy wykorzystujący nastroje społeczne pod sondaże, czy może dziennikarze i eksperci nieustannie o tym rozmawiający.

Boćkowski wyjaśnił, że rzeź wołyńska działa na Polaków wyjątkowo mocno, silniej niż pamięć zbrodni sowieckich czy niemieckich – to najbardziej zapalny punkt historyczny, świadomie i konsekwentnie „pielęgnowany” jako zadra od czasów wczesnego komunizmu i polityki sowieckiej. Ocenił, że Zełenski w pełni świadomie uruchomił tę procedurę, by wywołać spontaniczną, ostrą reakcję Polski, co przynosi mu korzyści polityczne zarówno wewnątrz kraju, jak i na zewnątrz – a to, że sytuacja wymknęła się spod kontroli w Polsce, stanowi dodatkową wartość dla Rosji, Białorusi i innych aktorów zainteresowanych skłóceniem Polski z Ukrainą.

Podkreślił, że napięcia te nie powstały na „jałowym gruncie” – Rosja przez ostatnie cztery lata systematycznie pracowała propagandowo nad osłabieniem pozytywnej narracji wobec Ukrainy, przegrywając tę narrację w momencie wybuchu wojny, gdy Polska zareagowała inaczej, niż Moskwa zakładała. Dziś jednak, po czterech latach działań wewnętrznych polskich polityków oraz uruchomieniu „wołyńskich demonów pamięci” przez stronę ukraińską, wszystkie te elementy złożyły się w jedną całość, dając korzyści polityczne wielu stronom – prawica zyskuje na polityce pamięci historycznej przed wyborami, a skrajna prawica przyciąga elektorat podatny na akty przemocy, bo w społeczeństwie wciąż silna jest, jego zdaniem, obawa przed „obcym” i koncepcja „Polski dla Polaków”. Ocenił, że Rosja dziś musi jedynie wzmacniać istniejące już wzajemne fobie i oskarżenia w przestrzeni informacyjnej, by uzyskać efekt eskalacji, a problem ten nie zostanie rozwiązany, dopóki tkwi w głęboko pielęgnowanej pamięci historycznej i narastającym poczuciu, że Ukraina jest „niewdzięczna” wobec polskiej pomocy. Podsumował krótko: „w polityce nie ma wiecznych sojuszy, są tylko aktualne interesy” – i Ukraina, podobnie jak Polska, „odrabia te lekcje”, choć w inny sposób.

Kto odbuduje Ukrainę? Widmo wyludnienia

Na zakończenie Boćkowski zwrócił uwagę, że mimo napięć, diaspora ukraińska w Polsce na razie nie czuje się poważnie zagrożona, co ocenił jako istotne zarówno dla Polski, jak i dla samej Ukrainy. Wskazał na fundamentalny, długoterminowy problem: po zakończeniu działań wojennych i policzeniu realnej liczby mieszkańców pozostałych w Ukrainie, kraj ten desperacko będzie potrzebował powrotu obywateli, którzy wyjechali i związali swoje życie z innymi krajami, w tym z Polską – a nie jest wcale pewne, czy zechcą oni wrócić. Ocenił, że skala strat ludnościowych, wynikająca również z masowej emigracji, będzie ogromnym wyzwaniem dla powojennej odbudowy gospodarczej Ukrainy. Zaznaczył, że dopiero po zakończeniu lub zawieszeniu działań zbrojnych, gdy padnie oficjalne hasło „wracajcie”, okaże się, czy ludzie posiadający już własne firmy i miejsca pracy za granicą, w kraju wciąż zmagającym się z nierozwiązanym problemem korupcji, faktycznie zdecydują się na powrót.


Rozmowę poprowadził Paweł Pawłowski. Program „Newsroom” z udziałem prof. Daniela Boćkowskiego opublikowano na kanale Wirtualna Polska News na YouTube, liczącym 216 tys. subskrybentów, 16 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *