Rokita kontra Czarnek — spór o Ukrainę w polskiej prawicy

Wypowiedzi Jana Rokity cieszą się w Polsce sporym zainteresowaniem, ponieważ – rzadko w naszej debacie publicznej – łączą w sobie niezależność myślenia, spójność poglądów i erudycję. Jego ostra, w dużej mierze uzasadniona krytyka Przemysława Czarnka powinna jednak być punktem wyjścia do szerszej dyskusji o tym, czym dziś jest tożsamość polskiej prawicy w sytuacji, gdy traci ona swój dotychczasowy jednolity ośrodek władzy i słabnie dominacja Jarosława Kaczyńskiego. Rokita bowiem sam jest zwolennikiem tego, by Polska trwała w roli obrońcy Zachodu w starciu z „osią zła”, a także – spójnie z tym stanowiskiem – pozostawała wierna duchowi liberalnemu.

Koniec zgody co do Ukrainy

22 lipca na łamach „Rzeczpospolitej” Jan Rokita opublikował tekst „Zatrzymać Czarnka”, w którym postawił kandydatowi PiS na premiera bardzo mocny zarzut: pogląd głoszony przez Czarnka jawnie zaprzecza – jego zdaniem – nie tylko ideowemu dziedzictwu PiS, ale całej tradycji polskiej myśli politycznej, zarówno z czasów antykomunistycznej emigracji, jak i podziemia solidarnościowego. Dążenie do wyzwolenia Bałtów, Białorusinów i Ukraińców spod sowieckiej dominacji było, jak pisał Rokita, rzeczywistym konsensusem ówczesnej polskiej myśli politycznej, a w wolnej Polsce przełożyło się na jednoznaczne poparcie dla niepodległości tych narodów od Moskwy, traktowane powszechnie jako egzystencjalny polski interes narodowy.

Kita przyznaje, że trudno się z tą oceną nie zgodzić. Dyskusyjne pozostaje jedynie to, na ile Czarnek rzeczywiście prezentuje w tej sprawie przemyślane stanowisko, a na ile po prostu – w typowym dla siebie emocjonalno-oratorskim stylu – wypowiedział się dalej, niż faktycznie zamierzał. W późniejszych wystąpieniach Czarnek próbował łagodzić swoje słowa, twierdząc, że nie różni się w tej kwestii od Jarosława Kaczyńskiego. Zdaniem Kity oczywiste jest jednak, że chodzi mu o wpisanie się w aktualne nastroje antyukraińskie i zbudowanie wizerunku twardego polityka, by pozyskać część elektoratu Konfederacji i Korony – co można tłumaczyć m.in. faktem, że cztery miesiące po ogłoszeniu jego kandydatury sondaże PiS są najgorsze od kilkunastu lat.

Kita przypomina, że gdyby Polska rzeczywiście zaangażowała się dziś w naciski na Unię Europejską o zawieszenie wsparcia finansowego i militarnego dla Ukrainy, byłoby to całkowitym odwróceniem linii, jaką rząd PiS – w którym Czarnek był ministrem – przyjął po 24 lutego. Wówczas rząd i prezydent aktywnie przekonywali Stany Zjednoczone oraz państwa Europy Zachodniej do przekazywania Kijowowi broni i środków finansowych, co przez pierwsze miesiące wojny było głównym priorytetem polskiej polityki, mimo sceptycyzmu w Waszyngtonie, Berlinie, Paryżu czy Brukseli. Odzwierciedlało to ówczesne nastroje społeczne, gdy Polacy masowo angażowali się w pomoc Ukraińcom. Polski rząd wspierał wtedy również starania o otwarcie Ukrainie drogi do członkostwa w Unii Europejskiej – projekt, który dziś prezydent Nawrocki i część PiS chcą blokować, przejmując w tej sprawie stanowisko Konfederacji.

Gdy jednak Ukraina, wbrew powszechnym oczekiwaniom w Polsce, Europie i USA, obroniła się przed szturmem na Kijów, w Polsce zaczęło narastać oczekiwanie odwzajemnienia tej pomocy – poprzez ustępstwa w sprawie pamięci o ludobójstwie wołyńskim oraz budowę trwałego sojuszu politycznego. Władze Ukrainy nie zdecydowały się jednak ani na jedno, ani na drugie. Z czasem doszły do tego rozbieżne interesy gospodarcze, między innymi w sprawie zboża i transportu, a także nieuniknione przy tak dużej skali migracji napięcia między Polakami a mieszkającymi w Polsce Ukraińcami, dotyczące choćby warunków i kosztów dostępu do usług publicznych. W efekcie dawny konsensus zaczął pękać, aż nastroje społeczne oddaliły się znacząco od tych z wiosny 2022 roku.

Prawdziwe i pozorne zagrożenia

Zdaniem Kity rewizja polskiej polityki wschodniej, konieczna wobec niepowodzenia dotychczasowej strategii, powinna zacząć się od rozdzielenia relacji polsko-ukraińskich na kilka odrębnych płaszczyzn i precyzyjnego określenia, jakie cele odpowiadają polskiemu interesowi narodowemu oraz jakimi środkami można je realizować. Czarnek, w ocenie Kity, niczego takiego nie zaproponował – zamiast tego, w stylu przypominającym emocjonalne wzmożenie antyrosyjskie sprzed kilku lat, ogłosił, że banderyzm na Ukrainie stanowi śmiertelne zagrożenie dla Polski, a Warszawa powinna głośno alarmować świat o odradzającym się tam nazizmie.

Kita zwraca uwagę, że Rokita trafnie zauważył, iż tak daleko nie posuwa się żaden liczący się polityk europejskiej prawicy – ani Marine Le Pen, ani liderka AFD Alice Weidel, ani nawet Wiktor Orban, który niedawną kampanię wyborczą oparł na podgrzewaniu nastrojów antyukraińskich. Czarnek, aspirujący do kierowania polską polityką zagraniczną, proponuje w istocie powrót do jednych z najgorszych polskich tradycji narodowych – dawania świadectwa moralnej czystości i rzucania anatem w roli pięknie przegrywających, tym razem wobec ludzi, których jeszcze niedawno namawiał, by jak najwięcej dawali Ukrainie, a teraz każe im natychmiast przestać. To myślenie kategoriami powszechnej sprawiedliwości zamiast partykularnego interesu narodowego – zaznacza Kita, dodając, że sama fraza o „śmiertelnym zagrożeniu” jest kuriozalna.

Kult zbrodniarzy i ludobójców na Ukrainie jest, jak podkreśla Kita, moralnie odrażający i budzi w Polakach słuszne oburzenie – konieczne jest dążenie do ekshumacji i godnych pochówków ofiar, jednak nie stanowi to śmiertelnego zagrożenia dla Polski, która – jak zauważa autor – przetrwa nawet, gdyby Ukraińcy postawili pomniki Bandery i Szuchewycza na każdej ulicy. Tego rodzaju inflacja skrajnych sformułowań jest niebezpieczna dla debaty publicznej i żeruje na podsycaniu społecznych lęków, bo w rzeczywistości trudno wskazać cokolwiek, co realnie zagrażałoby istnieniu Polski po ponad tysiącu lat jej historii. Po głębszym namyśle Kita wskazuje dwa scenariusze, które rzeczywiście mogłyby być takim zagrożeniem: masową imigrację osadniczą prowadzącą w dłuższej perspektywie do przejęcia terytorium przez obcą populację o silnej własnej tożsamości, albo zbrojną napaść innego państwa dążącego do wymordowania Polaków (jak Niemcy hitlerowskie) lub totalitarnego wyplenienia polskości (jak komuniści). Nic, zdaniem autora, nie wskazuje na to, by Ukraińcy dążyli do któregokolwiek z tych scenariuszy, ani by mieli do tego zdolność – w nadchodzących latach będą raczej trudnym sąsiadem i rywalem gospodarczym. Zasadniczym interesem Polski pozostaje przetrwanie Ukrainy jako bufora oddzielającego nas od Rosji, a dziś – w odróżnieniu od wiosny 2022 roku – nie grozi jej upadek: Kijów stracił część terytorium, ale skutecznie odpiera Rosjan, co pozwala Polsce skupić się przede wszystkim na budowie własnego potencjału odstraszania.

Zdaniem Kity kolejna wypowiedź Czarnka potwierdza, że nigdy nie powinien on zostać premierem – wypowiada się nieodpowiedzialnie nawet w sprawach dotyczących podstawowych interesów narodowych, specjalizując się w wiecowej retoryce i pokazowej stanowczości zamiast w rzeczywistym przywództwie. Były minister, jak ocenia autor, skacze między skrajnościami i upraszcza złożone zagadnienia, w praktyce ogłupiając i podburzając odbiorców zamiast ich prowadzić – podobnie kompromitujące, zdaniem Kity, były jego wcześniejsze wypowiedzi w sprawie imigracji. Zmiana kandydata na premiera przez Jarosława Kaczyńskiego byłaby, jak zaznacza autor, decyzją korzystną dla Polski, choć nie to jest głównym celem tekstu.

Oś zła według Rokity

Kita przechodzi do polemiki z drugą częścią artykułu Rokity, który sam przyznaje, że stosunek Czarnka do Ukrainy jest jedynie przejawem głębszej zmiany aksjologicznej. Rokita, odświeżając termin ukuty przez Ronalda Reagana, pisał, że dzisiejszą „oś zła” – a raczej sojusz wschodnich dystopii – tworzą przede wszystkim Pekin sprzymierzony z Teheranem, Moskwą i Pjongjangiem: sojusz wrogi Europie i Ameryce, rywalizujący z Zachodem o globalną hegemonię i mogący w każdej chwili znaleźć się w stanie otwartej wojny z NATO i sojusznikami USA. Zależy mu, zdaniem Rokity, na upadku niepodległej Ukrainy, postrzeganej jako uzbrojona, zdeterminowana wysunięta placówka Zachodu w kluczowym punkcie świata.

Kita wskazuje, że Rokita w ten sposób wyraża fundamentalne dla dominującego nurtu myślenia politycznego w powojennej Polsce powiązanie interesu Polski z dobrem Zachodu oraz przekonanie, że rywalizacja między Zachodem a jego przeciwnikami ma charakter zasadniczego starcia wartości. Polskość bywa w tym ujęciu utożsamiana z zachodnimi wartościami, na czele z wolnością wskazywaną jako istota naszej tożsamości narodowej – co ma głębokie korzenie w reakcji na rozbiory, klęskę Napoleona i porażkę powstania listopadowego. Wówczas upowszechniło się przekonanie łączące nadzieję na odzyskanie niepodległości z powszechnym odrodzeniem moralnym i budową sprawiedliwego porządku w Europie, a misją Polaków miało stać się niesienie wolności sobie i innym narodom.

Kita przypomina, że najpełniej wyraził to Adam Mickiewicz w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” – bestsellerze polskiej emigracji. Zestawiając los Polski z męką Chrystusa, wieszcz z Nowogródka głosił, że po zmartwychwstaniu naród polski uwolni wszystkie ludy Europy z niewoli, podobnie jak zmartwychwstanie Chrystusa położyło kres krwawym ofiarom. Istotą polskiej misji miało być przeciwstawienie się despotyzmowi jako takiemu – Rosja jawiła się w tym ujęciu nie jako zwykłe zagrożenie dla niepodległości, lecz jako mistyczna potęga wroga wolności. Stąd, jak przypomina Kita, Mickiewicz pisał, że ojczyzną Polaka jest wszędzie tam, gdzie w Europie toczy się walka o wolność, i że naród nie powinien składać broni, dopóki despotyzm panuje choćby nad skrawkiem wolnej ziemi. Znajdziemy u Mickiewicza także idealizację Stanów Zjednoczonych jako siły wolności, przeciwstawianej europejskim monarchiom osuwającym się w tyranię – jak w młodzieńczym poemacie „Kartofla”, gdzie autor pisał o Ameryce jako miejscu, z którego lud miał obalić stare tyranie i rozniecić w Europie nowy ogień wolności.

Rokita jako spadkobierca tradycji mesjanistycznej

Zdaniem Kity perspektywa Rokity w niemałej mierze wyrasta właśnie z tej tradycji, silnej w czasach antykomunistycznej emigracji i podziemia solidarnościowego, a także przez większość III RP. Polski mesjanistyczny uniwersalizm dobrze współgrał wówczas z wiarą w szerzenie demokracji liberalnej i Pax Americana na cały świat, a głównym celem polskich elit i społeczeństwa było dołączenie do Zachodu, zrealizowane przez wejście do NATO i Unii Europejskiej. Sprzyjała temu marginalizacja komunistów, którzy pod wodzą Leszka Millera chcieli skierować Polskę ku postsowieckiej patologii – państwu rządzonemu przez układy oligarchów, polityków i służb, przy wysokim bezrobociu i dążeniu grupy trzymającej władzę do kontroli mediów. Rokita jako aktywny polityk zapisał się w tej historii przede wszystkim jako uosobienie ówczesnej nadziei na głęboką przebudowę instytucji politycznych i debaty publicznej – najpierw jako osoba rozliczająca aferę Rywina, później jako kandydat na premiera.

Kita ocenia, że wyzwaniem dzisiejszej polskiej polityki jest zdefiniowanie interesów narodowych w nowych okolicznościach. Niepodległość Polski okazała się trwała, wzrósł nasz potencjał gospodarczy, ale pozostajemy państwem średniej wielkości, a próba eksportu demoliberalizmu na wschód się nie powiodła. Wokół nas postępuje z kolei destabilizacja zarówno wewnętrznej polityki USA i Europy, jak i relacji międzynarodowych, dlatego – zdaniem autora – nie należy przenosić na dzisiejszą złożoną rzeczywistość anachronicznych schematów rodem z zimnej wojny. Postrzeganie stosunków międzynarodowych jako walki Zachodu z „osią zła” jest dla Polski niebezpieczne – to błąd analityczny i szkodliwe mieszanie aksjologii z polityką. Nie jesteśmy już też, jak zaznacza Kita, narodem rewolucjonistów gotowych – zgodnie z wezwaniem Mickiewicza z „Ksiąg” – walczyć o powszechną wolność ludów, lecz relatywnie sytą wspólnotą o fatalnych wskaźnikach demograficznych, która powinna unikać jakiejkolwiek konfrontacji militarnej.

Każde z czterech państw wymienionych przez Rokitę stanowi, zdaniem Kity, inny przypadek: Rosja jest realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski, choć nie oznacza to, że wszystko, co szkodzi Rosji, automatycznie służy Polsce; Chiny są dla nas przede wszystkim wyzwaniem gospodarczym związanym z zalewem europejskiego rynku ich produktami; agresywne działania Iranu i Korei Północnej dotyczą głównie regionów odległych od Polski. Państwa te współpracują ze sobą, także militarnie, ale nie tworzą spójnego sojuszu działającego wspólnie w swojej obronie – są wrogie Stanom Zjednoczonym, lecz każde z nich kieruje się przede wszystkim własnymi interesami i zachowuje odrębność cywilizacyjną. Upadek Ukrainy nie jest, zdaniem Kity, priorytetem ani dla władz w Teheranie, ani w Pjongjangu. Same Stany Zjednoczone nie są już i nie będą niekwestionowanym hegemonem i światowym policjantem – dysponują ograniczonymi zasobami, w tym przemysłu zbrojeniowego, dlatego w interesie Polski nie leży, by USA angażowały się w każdy konflikt przeciw „osi zła”: niepowodzenia zbędnych interwencji militarnych mogą osłabiać amerykańskie poparcie dla zaangażowania w naszym regionie, w tym dla Ukrainy i wschodniej flanki NATO.

Iran jako przestroga

Jako przykład szkodliwości myślenia kategoriami „osi zła” Kita przywołuje niedawny atak na Iran, który przyniósł, jego zdaniem, wyłącznie negatywne konsekwencje – dla Polski, Europy, Stanów Zjednoczonych, samego Donalda Trumpa, relacji amerykańsko-europejskich oraz szans prawicy po obu stronach Atlantyku – nie dając w zamian praktycznie żadnych korzyści. Był to, jak ocenia autor, scenariusz całkowicie przewidywalny, bo trudno wskazać poważnego specjalistę od Bliskiego Wschodu, który wierzyłby w możliwość siłowego obalenia Islamskiej Republiki. Mimo to w polskich mediach pojawiało się sporo nieracjonalnych głosów – o rzekomej korzyści ataku dla osłabienia Rosji, opowieściach o rychłym powrocie do władzy syna obalonego szacha, czy życzeniowych prognozach porozumienia Amerykanów z irańskimi wojskowymi na wzór Wenezueli. Widoczna była też, zdaniem Kity, wciąż silna skłonność do myślenia kategoriami powszechnej wojny o wolność ludów oraz absurdalnego zestawiania Islamskiej Republiki Iranu z PRL jako pokrewnych, związanych z Moskwą wschodnich satrapii uciskających społeczeństwa – narrację tę redakcja „Nowego Ładu” krytykowała od początku, trafnie przewidując jej skutki.

To władze Iranu, w ocenie Kity, faktycznie zaszkodziły Polsce i Europie – ale dopiero swoją odpowiedzią na amerykański atak; gdyby nie działania Trumpa, cieśnina Ormuz pozostałaby otwarta. Prezydent USA z własnej winy uwikłał się w sytuację bez dobrego wyjścia, na której politycznie zyskują siły liberalno-lewicowe w Stanach Zjednoczonych i Europie, przejmujące dziś z rąk prawicy hasła suwerenności i pokoju. Najwyraźniej, zdaniem autora, widać to we Włoszech, gdzie zbędne spory o Grenlandię i Iran przyczyniły się prawdopodobnie do porażki Giorgii Meloni w istotnym referendum dotyczącym reformy wymiaru sprawiedliwości – jedyny prawicowy rząd dużego państwa europejskiego stał się przy tym obiektem regularnych, kuriozalnych ataków prezydenta USA, torującego drogę do władzy pacyfistycznej i antyamerykańskiej lewicy po drugiej stronie Tybru.

Realizm zamiast mesjanizmu, ale bez cynizmu

Polska polityka zagraniczna potrzebuje, zdaniem Kity, realizmu, a nie mesjanizmu – co nie oznacza jednak wpadania w drugą skrajność, cynizmu odrzucającego tradycyjne przywiązanie Polaków do moralności w polityce. Przywołuje w tym kontekście myśl Romana Dmowskiego, który nawołując do silnej, stanowczej polityki narodowego interesu, jednocześnie odradzał uciekanie się do brutalnych gwałtów, wiarołomstwa czy oszustwa – budzących głęboki wstręt u człowieka prawdziwie cywilizowanego i moralnie rozwiniętego. Fatalnym błędem byłoby też popadnięcie w odwróconą wersję politycznego mesjanizmu, w której siłami globalistycznej ciemności stają się Trump, USA i Izrael, a naszymi przyjaciółmi – Iran czy Chiny.

Rzeczywistość polskiego interesu narodowego jest, zdaniem autora, i pozostanie w przewidywalnej przyszłości bardziej skomplikowana. Mesjanistyczny instynkt można w pewnym stopniu realizować wewnątrz Europy, budując relacje ze środowiskami dążącymi do powrotu wartości naszej cywilizacji lub większej suwerenności państw narodowych – wiele z nich patrzy na Polskę z nadzieją, choć nasz kraj w niewielkim stopniu wykorzystuje ten sentyment do wzmacniania swojej pozycji instytucjonalnej na arenie międzynarodowej. Powinien to być jednak, zaznacza Kita, tylko jeden z wielu wymiarów polskiej polityki europejskiej, uwzględniającej różnice interesów poszczególnych narodów. Misją Polaków może być również obrona prześladowanych chrześcijan – na Bliskim Wschodzie, Kaukazie, w Azji czy Afryce – oraz ich prawa do życia we własnych ojczyznach, mimo że świadomość społeczna losu współwyznawców w Libanie, Armenii, Nigerii czy Pakistanie pozostaje dziś niska.

Pokrewieństwo wartości może też być, zdaniem autora, elementem budowy relacji z amerykańską prawicą, choć wymaga uwzględnienia trwających w niej przetasowań ideowych w duchu nie- lub postliberalnym oraz świadomości niestabilności wewnętrznej USA, gdzie władza będzie sprawowana naprzemiennie przez obie partie i ich różne frakcje. Mimo silnego proamerykanizmu polskich elit i społeczeństwa, wyróżniającego nas na tle Europy, instytucjonalna siła Polski w USA pozostaje bardzo słaba – na co zwraca uwagę Marek Magierowski w swojej najnowszej książce. Potrzeba, zdaniem Kity, więcej rzetelnej wiedzy o USA i konkretnego programu działań, a mniej podniosłych fraz o pokrewieństwie dawnej Rzeczpospolitej z Ameryką czy idealizowania Trumpa lub Reagana.

Zachód, Europa i pokoleniowa różnica z Rokitą

Kita przywołuje myśl Witolda Gombrowicza, że trzeba wyodrębnić się z Europy, by do niej prawdziwie przynależeć – i ocenia, że dziś, wskutek wzrostu dobrobytu i aspiracji Polaków, a także działań Trumpa, zaczyna zachodzić potrzebne mentalne wyodrębnienie się ze zmitologizowanego Zachodu. Podczas ubiegłorocznej, niestety nienagranej dyskusji w Przemyślu, prowadzonej przez Marcina Giełzaka na zaproszenie Fundacji Karmelicka I, Jan Rokita stwierdził, że czuje się bardziej człowiekiem Zachodu niż Europejczykiem – Kita deklaruje odwrotne odczucie. Różnica ta koresponduje, jego zdaniem, z przywiązaniem wieloletniego posła do liberalnego ducha, które Rokita w jednym z tekstów łączy z myślą świętego Tomasza, wolnościowym rozumieniem polskości, większą wyrozumiałością wobec Trumpa oraz przywiązaniem do reaganowskiej walki z „osią zła”. To połączenie, jak zauważa Kita, częste u pokolenia, które w młodości bezpośrednio doświadczyło upadku komunizmu, wcześniej odważnie stawiając czoła „czerwonemu złu”, jest wyraźnie rzadsze wśród ludzi urodzonych i ukształtowanych już w III RP – co widać także na zdehegemonizowanej dziś polskiej prawicy.

Rokita, zdaniem Kity, wyraźnie zachowuje konsekwentnie liberalną odrębność, podkreślając własną samodzielność myślenia wobec naporu „rozkrzyczanych kolektywnych tożsamości”. Pamiętająca zimną wojnę liberalna centroprawica z niepokojem obserwuje wzrost nacjonalizmów – podobne napięcia pokoleniowe Kita dostrzega dziś także w samych Stanach Zjednoczonych, o czym pisze redakcja w aktualnym numerze „Polityki Narodowej”. Wspólnym mianownikiem może być, jego zdaniem, doświadczenie erozji wspólnot i więzi społecznych, które wielu przedstawicieli młodej prawicy po obu stronach Atlantyku chce przełamać, skłaniając się ku rehabilitacji tożsamości etnicznych i religijnych w polityce – co dla Rokity zapewne jawi się jako kolektywistyczne zagrożenie.

Kita nawiązuje też do obaw Rokity przed technologiami cyfrowymi, zauważając, że żyjemy dziś w świecie bliższym chińskiej dominacji technologicznej, niż mogło się wydawać w czasach, gdy podobne obawy wyrażał Stanisław Ignacy Witkiewicz. Zagrożeń tych nie należy lekceważyć, choć – jak zaznacza autor – nieoczywiste pozostaje, w imię czego dokładnie należy się przed nimi bronić.

Sieneński gibelin

Ostatnim elementem wypowiedzi Rokity, na który zwraca uwagę Kita, jest jego autoidentyfikacja jako „zatwardziałego gibelina”, przywiązanego do Sieny w imię oporu wobec nadmiernego zaangażowania papiestwa w politykę. Atlantyzm zakorzeniony w „Boskiej komedii” i liberalizm powołujący się na świętego Tomasza trudno, zdaniem Kity, sprowadzić do jednej popularnej dziś w internecie tożsamości. Przywołuje przy tym sieneńskie Palazzo Pubblico z jego słynnymi malowidłami przedstawiającymi Cezara i Pompejusza w strojach średniowiecznych władców jako przestrogę przed pychą dla obywateli zmierzających do sali obrad, sprawujących władzę wspólnie, w kilkumiesięcznych kadencjach — którzy, jak przypomina Kita, ostatecznie zdradzili republikę i cnotę. To, jego zdaniem, jedna z najlepszych reklam ponadczasowego ideału Rzeczpospolitej, tym bardziej że towarzyszą jej postaci pozytywne, takie jak Arystoteles, Scypion, Juda Machabeusz czy święty Franciszek. Ostatecznie jednak zwyciężyła Florencja i gwelfowie.

Kita konkluduje, że nie będzie ani szerokiego entuzjazmu dla afirmacji „liberalnego ducha”, ani spadku liczby gotowych do walki o kolektywne tożsamości „dziarskich chłopców”, dopóki nie nastąpi odbudowa ładu i przywrócenie wspólnot nadających sens ludzkiemu życiu — religii, narodu, rodziny. Wola i siła takich ludzi są, jego zdaniem, niezbędne, by umożliwić dobre życie członkom wspólnoty oraz bronić cywilizacji i jej dorobku, w tym dorobku pielęgnowanego przez subtelnych intelektualistów. Uporządkowanie liberalnego bałaganu będzie trudne — przywoływani przez Rokitę myśliciele, tacy jak Aleksandr Dugin czy Alain de Benoist, a tym bardziej Wiktor Orban, nie dają prostych i konkretnych odpowiedzi. Z pewnością jednak te poszukiwania muszą być zakorzenione w bogatym dziedzictwie naszej cywilizacji. Jest to także warunek rzeczowej dyskusji wewnątrz prawicy, skupiającej ludzi o różnych wrażliwościach i doświadczeniach — oraz sposób uniknięcia zagrożenia, które Rokita nazywa mówieniem do siebie o najważniejszych sprawach etyki i polityki tak odmiennymi językami, że rozmówcy przestają traktować nawzajem swoje przekonania poważnie.

Kultura, jak zaznacza Kita, jest źródłem ukojenia bólu i nadziei — dobrze oddaje to, jego zdaniem, ostatnia scena filmu „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego, poruszającego również relacje między jednostką a wspólnotą, tożsamość narodową i różnice pokoleniowe. Autor kończy wezwaniem do czytania, odbudowywania korzeni, wzmacniania cnót i łączenia słowa z czynem — by, nawiązując do tytułu zbioru esejów Zbigniewa Herberta (poświęconego między innymi Sienie), Polacy byli nie barbarzyńcami w ogrodzie, lecz pełnoprawnymi ogrodnikami przywracającymi ład w sobie samych, w swoim kraju i na swoim kontynencie.


Materiał opublikowany na kanale Nowy Ład na YouTube, liczącym 114 tys. subskrybentów, w ramach cyklu „Audioteka Nowego Ładu”. Opublikowany 6 sierpnia 2026 roku. Oryginalny tytuł materiału: „Kacper Kita – Rokita się myli? Ukraina, Czarnek, Mickiewicz i spór o tożsamość prawicy”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *