Ukraina traktuje Polskę jak peryferyjnego partnera — Zbigniew Parafianowicz w Bez Tajemnic

Dziennikarz Zbigniew Parafianowicz, autor książek „Kłopot z Zełenskim” i „Polska na wojnie”, ocenił w rozmowie z Dymitrem Błaszczykiem, że w optyce prezydenta Ukrainy Polska jest krajem średniej wagi, którego znaczenie jest systematycznie niedoceniane — w oficjalnych dokumentach ukraińskiego MSZ pozycjonowana jest mniej więcej na poziomie Azerbejdżanu. Rozmowa objęła m.in. relacje polsko-ukraińskie, ocenę Wołodymyra Zełenskiego jako polityka, kulisy jego spotkań z Donaldem Trumpem oraz prognozy dotyczące rosyjskich prowokacji wobec wschodniej flanki NATO jesienią.

Polska w cieniu Azerbejdżanu

Parafianowicz podkreślił, że mimo iż Polska odegrała istotną rolę na początku wojny — udostępniając lotnisko w Jasionce, dostarczając broń i przyjmując dużą diasporę — w kalkulacjach Kijowa jest ona państwem peryferyjnym, podobnie jak Azerbejdżan. Wytłumaczył to specyfiką myślenia państw peryferyjnych w ramach Zachodu: Ukraina, podobnie jak Polska, orientuje się przede wszystkim na centrum systemu — Francję, Niemcy, Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone — a nie na inne kraje peryferyjne. Zaznaczył, że Azerbejdżan, mimo pozornie mniejszego znaczenia, odgrywa istotną rolę geopolityczną: wygrał wojnę o Górski Karabach, dysponuje zasobami ropy i dostępem do Morza Kaspijskiego, a przede wszystkim blokuje lądowy dostęp Rosji do Iranu, co czyni go ważnym partnerem zarówno dla Rosji, jak i dla USA oraz Turcji.

Jako przykład tej roli Parafianowicz przywołał niedawne poufne rozmowy niemiecko-rosyjskie w Baku, o których poinformował prezydent Azerbejdżanu — dotyczyły one przyszłości konfliktu na Ukrainie i uczestniczyli w nich m.in. Ronald Pofalla, były szef Urzędu Kanclerskiego za czasów Angeli Merkel, oraz wpływowy polityk SPD, nazwany w rozmowie „panem Platzeckiem” — mimo że nie byli oficjalnymi przedstawicielami rządu, w niemieckiej doktrynie dyplomatycznej pełnią funkcję nieoficjalnych wysłanników realizujących zadania dyplomatyczne. Zdaniem Parafianowicza z punktu widzenia przyszłości wojny rola Azerbejdżanu w tym kontekście może być nawet istotniejsza niż rola Polski, a wcześniejsze zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w uregulowanie konfliktu o Górski Karabach pokazało Rosji, że Waszyngton potrafi skutecznie rozwiązywać tego typu spory.

Wspólne bezpieczeństwo, rozbieżne interesy

Odpowiadając na pytanie, dlaczego mimo wyraźnie większych możliwości Polski niż Azerbejdżanu Ukraina traktuje oba kraje podobnie, Parafianowicz wskazał na to, że łączy nas z Ukrainą przede wszystkim geografia — długa granica lądowa, autostrada przez Wrocław łącząca Ukrainę z Zachodem oraz waga głosu Polski w instytucjach unijnych, mająca znaczenie przy ewentualnym traktacie akcesyjnym Ukrainy do jednolitego rynku. Zastrzegł jednak, że elity obu krajów nigdy nie podjęły próby zbudowania wspólnej podmiotowości regionalnej — mimo wspólnoty interesów bezpieczeństwa dzielą je poważne rozbieżności, przede wszystkim w ocenie ludobójstwa wołyńskiego, traktowanego przez stronę ukraińską jako temat marginalny, a przez Polskę jako sprawa pierwszorzędna.

Kolejnym źródłem napięć są, zdaniem Parafianowicza, sprzeczne interesy gospodarcze — oba kraje konkurują na jednolitym rynku europejskim, m.in. w eksporcie żywności i usług, a także są eksporterami siły roboczej, przy czym Polska z powodów transformacyjnych, a Ukraina głównie z powodu wojny. Zwrócił uwagę, że nawet obszar bezpieczeństwa może w przyszłości stać się polem rywalizacji — Ukraina, świadoma że nie wstąpi do NATO, może próbować budować własny model bezpieczeństwa regionalnego, na przykład oferując państwom bałtyckim dwustronne gwarancje bezpieczeństwa oparte na swoich sprawdzonych w boju wojskach dronowych, lub – jak sugerował były szef MSZ Ukrainy Dmytro Kułeba – oferując państwom nordyckim i bałtyckim współpracę wojskową w zamian za kapitał, np. od bogatej w nadwyżki finansowe Norwegii.

Parafianowicz ocenił też krytycznie sposób, w jaki Polska patrzy na Ukrainę – jako na „strefę zgniotu”, w której korzystnie jest, że na polskim sprzęcie walczy ktoś inny, a nie giną polscy żołnierze, co określił jako racjonalny, anglosaski model prowadzenia wojny cudzymi rękami.

Zełenski jako polityk — talent komunikacyjny mimo kryzysu

Pytany o ocenę Zełenskiego jako prezydenta, Parafianowicz podkreślił, że mimo piątego roku wojny, przedłużającej się kadencji wynikającej ze stanu wojennego, problemów z mobilizacją i uzależnienia finansowego od zagranicznej pomocy, Zełenski utrzymuje zaskakująco wysokie poparcie społeczne – według niepublicznych sondaży prowadzonych dla biura prezydenta, do których miał dostęp przez ukraińskie źródła. Ocenił to jako duży sukces polityczny, porównywalny z umiejętnościami komunikacyjnymi Ronalda Reagana, wynikający z talentu aktorskiego Zełenskiego i jego zdolności zarządzania emocjami oraz narracją. Zaznaczył jednocześnie, że Zełenski jest politykiem o autorytarnych skłonnościach — stworzył swoisty duumwirat władzy z szefem swojej kancelarii Andrijem Jermakiem, zmonopolizował państwo i obsadził je swoimi ludźmi — co, jego zdaniem, jest jedną stroną medalu, podczas gdy drugą jest niezaprzeczalny kunszt polityczny w komunikacji ze społeczeństwem. Przypomniał także kontrowersyjny epizod z przeszłości estradowej Zełenskiego — głośne wykonanie utworu na pianinie za pomocą genitaliów — od którego, jak zauważył, prezydent dziś wyraźnie stara się odciąć, ponieważ obniża mu to powagę jako politykowi; to właśnie ta artystyczna przeszłość sprawiła, zdaniem Parafianowicza, że Władimir Putin początkowo nie doceniał Zełenskiego, uznając go za zdegenerowanego showmana.

Przypomniał rolę Mychajła Fedorowa, odwołanego niedawno wicepremiera i wieloletniego współpracownika Zełenskiego, który odpowiadał za skuteczną komunikację w mediach społecznościowych oraz rozwój technologii dronowych i wojsk opartych na sztucznej inteligencji. Zdaniem Parafianowicza odwołanie Fedorowa było błędem Zełenskiego, którego jednak prezydent szybko starał się naprawić, oferując mu inne stanowiska, by zneutralizować potencjalnego rywala politycznego.

Odnosząc się do niechęci części Ukraińców wobec Zełenskiego, Parafianowicz wskazał, że dotyczy ona głównie mężczyzn unikających poboru wojskowego, sfrustrowanych brakiem jasnych reguł dotyczących czasu służby — prezydent nie zdołał w piątym roku wojny wymusić na Radzie Najwyższej przejrzystych zasad kontraktu wojskowego określających, kiedy mężczyzna trafia do wojska, a kiedy może z niego wyjść. Jako punkt odniesienia dla oceny popularności Zełenskiego przywołał niskie poparcie, jakim pod koniec swojej prezydentury cieszył się Wiktor Juszczenko, oraz utratę autorytetu przez Petra Poroszenkę. Podkreślił także narastające podziały społeczne między osobami służącymi w wojsku a tymi, które się przed poborem ukrywają — zjawisko to, jak zauważył, jest szczególnie widoczne w miastach średniej wielkości, takich jak Chmielnicki czy Żytomierz, gdzie prowadzone są, jak to określił, „łapanki” — potocznie nazywane „busyfikacją” lub „grobifikacją” — czyli wyłapywanie uchylających się mężczyzn wprost z ulic i autobusów przez ukraińskie TCK (terenowe centra rekrutacji, odpowiednik polskiego WKU).

Życie codzienne w cieniu wojny

Opisując realia życia w ukraińskich miastach, Parafianowicz zaznaczył, że mimo dramatycznej zimy związanej z brakiem prądu i ogrzewania, podstawowe usługi cywilizacyjne — prąd, woda, internet — funkcjonowały w Kijowie praktycznie od początku wojny, w przeciwieństwie do miast bliżej frontu, jak Charków, Czernihów czy Mariupol. Porównał normalizację zagrożenia przez mieszkańców Ukrainy do zjawiska, jakie zaobserwował w Polsce po upadku rosyjskiej rakiety pod Lublinem — mimo że chodziło o pocisk zdolny przenosić głowicę nuklearną, społeczne zainteresowanie tematem szybko opadło, podobnie jak po wcześniejszych incydentach z dronami czy pociskiem, który spadł pod Bydgoszczą. Przywołał przy tym analogię do relacji z getta warszawskiego, gdzie skrajnie trudne warunki życia z czasem stawały się punktem odniesienia normalności. W Charkowie, oddalonym о 30 km od granicy rosyjskiej, wskazał na powszechne zagłuszanie sygnału GPS, przez co nawigacja satelitarna często pokazuje lokalizacje w Ameryce Południowej.

Polska polityka wobec Ukrainy — ocena trzydziestolecia

Odpowiadając na pytanie, czy polscy politycy przeszacowali rolę Polski w relacjach z Ukrainą, Parafianowicz oddzielił warstwę retoryczną od realnych decyzji politycznych. Ocenił, że wsparcie dla Ukrainy — dostawy broni, lobbing za pomocą wojskową, budowanie relacji z Zełenskim jeszcze przed wojną — było racjonalną kalkulacją, wynikającą z obawy przed bezpośrednim zagrożeniem dla Polski w razie upadku Ukrainy, a nie efektem naiwnego mesjanizmu.

Przywołał w tym kontekście rolę Aleksandra Kwaśniewskiego podczas pomarańczowej rewolucji w 2004 roku, kiedy to – jak relacjonował – ważne było niedopuszczenie do rozlewu krwi między zwolennikami Wiktora Janukowycza i Wiktora Juszczenki oraz zablokowanie scenariusza uczynienia z Ukrainy „drugiej Białorusi”. Wspomniał, że Kwaśniewski, mimo późniejszych oskarżeń o prorosyjskość, odrzucił swego czasu ofertę rosyjskiego poparcia jego kandydatury na sekretarza generalnego ONZ w zamian za wycofanie się z działań dyplomatycznych wobec Ukrainy, przypłacając to zablokowaniem drogi do tego stanowiska przez Rosję jako stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Podobnie ocenił zaangażowanie Leszka Millera, którego krytykę pod adresem obecnej polityki Kijowa uznał za autentyczne przekonania polityka, który – jego zdaniem – nie ma już żadnych powodów, by komukolwiek się przypodobywać.

Parafianowicz podkreślił, że kluczową różnicą między transformacją Polski a Ukrainy jest to, że polskie elity, niezależnie od barw politycznych, od początku lat 90. konsekwentnie trzymały się kierunku transatlantyckiego – czego dowodem jest szybkie uznanie niepodległości Ukrainy przez Polskę oraz zaangażowanie w rozbrojenie nuklearne młodego państwa ukraińskiego. Po stronie ukraińskiej, jego zdaniem, tak jednoznacznego wyboru geopolitycznego nigdy nie dokonano, o czym świadczy m.in. wcześniejsza wielowektorowa polityka Janukowycza. Odnosząc się wprost do obecnego kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich, Parafianowicz jednoznacznie obarczył odpowiedzialnością stronę ukraińską, a konkretnie samego Zełenskiego — podkreślił, że to nie polscy politycy nadali jednej z jednostek Sił Specjalnych Ukrainy imię bohaterów UPA, i to nie Polska „pociągnęła za spust” w tym sporze, a obecne załamanie stosunków jest efektem błędu po stronie ukraińskiego prezydenta, a nie negatywnej kalkulacji polskiej elity politycznej. Ocenił mimo to, że kierunkowo polska polityka wschodnia pozostawała w miarę spójna i konsekwentna niezależnie od ekipy rządzącej, a mimo utraty 20 procent terytorium przez Ukrainę i utrzymującego się kryzysu w relacjach dwustronnych, obecny prozachodni kurs Kijowa i zakorzenienie Polski w strukturach transatlantyckich to niezły bilans ostatnich trzydziestu lat.

Spotkania w Białym Domu

Duża część rozmowy dotyczyła relacji na linii Waszyngton–Kijów–Moskwa. Parafianowicz skomentował kontrastujące powitania Donalda Trumpa z Władimirem Putinem i Wołodymyrem Zełenskim, przypominając, że sam Trump publicznie przyznał, iż lubi Zełenskiego, ale Putina „lubi chyba jeszcze bardziej” – co, zdaniem dziennikarza, wynika z emocjonalnego respektu Trumpa wobec silnych przywódców. Zauważył, że podczas kolejnej wizyty w Waszyngtonie Zełenski dostosował swój ubiór do oczekiwań protokołu – pojawił się w ciemnym, zapiętym garniturze bez krawata, co spotkało się z pozytywnym komentarzem Trumpa.

Odnosząc się do głośnego starcia w Gabinecie Owalnym, ocenił, że trudno zakładać, iż sytuacja została w pełni wyreżyserowana – w polityce tego rodzaju spontaniczne, żywiołowe przebiegi zdarzeń są częste, tyle że rzadko rozgrywają się przed kamerami. Podkreślił, że mimo przewagi liczebnej rozmówców i niesprzyjających mu dziennikarzy, Zełenski nie ukorzył się podczas tej wymiany zdań, choć poniósł polityczne straty, w tym czasowe wstrzymanie przez USA dostaw broni i danych wywiadowczych.

Zdaniem Parafianowicza pozycję Zełenskiego wzmacnia fakt, że Putin nie podejmuje realnej współpracy z Trumpem, oferując mu jedynie pozory ustępstw – dotyczy to zarówno kwestii ukraińskiej, jak i szerszych planów, np. wokół programu nuklearnego Iranu czy współpracy Rosji z Koreą Północną w zakresie technologii okrętów podwodnych. W efekcie – jak ocenił – Trump, zdając sobie sprawę z ograniczeń własnej potęgi, zaczął dywersyfikować swoją politykę, otwierając się na współpracę z Zełenskim jako skutecznym partnerem zdolnym do atakowania celów w głębi Rosji.

Wojna postkolonialna, nie zastępcza

Zapytany, czy wojna na Ukrainie jest de facto wojną amerykańsko-rosyjską, Parafianowicz zdecydowanie to zanegował, odrzucając hipotezę wojny zastępczej. Jego zdaniem podstawową przyczyną konfliktu jest brak akceptacji przez Rosję samego faktu istnienia niepodległej ukraińskiej państwowości – najpierw poprzez próby korupcyjnego wpływu, potem aneksję Krymu, a finalnie pełnoskalową inwazję. Określił to jako wojnę postkolonialną, w której Moskwa kwestionuje prawo Kijowa do niezależnego funkcjonowania, traktując Ukrainę jako naturalny „podnóżek Kremla”. Zaznaczył, że gdyby była to rzeczywiście amerykańska wojna zastępcza, Stany Zjednoczone angażowałyby się w nią w pełnej skali, dążąc do całkowitego wykrwawienia Rosji, zamiast przerzucać ciężar finansowy i logistyczny na Europę.

Prognozy na jesień — prowokacje na wschodniej flance

Parafianowicz ocenił, że w najbliższych miesiącach należy spodziewać się nasilenia prowokacji testujących gotowość NATO, mających na celu przeniesienie negocjacji o rozejmie z poziomu ukraińsko-rosyjskiego na poziom Rosja–NATO. Wskazał, że im mniej skuteczne będzie zestrzeliwanie rosyjskich pocisków wchodzących w polską przestrzeń powietrzną – jak w przypadku incydentu pod Lublinem – tym bardziej Rosja będzie skłonna testować granice wschodniej flanki, ponieważ Putin, jego zdaniem, rozumie wyłącznie język siły.

Jako państwo najbardziej zagrożone jesienną falą prowokacji wskazał Łotwę – ze względu na zbliżające się w październiku wybory, upadek rządu po naruszeniu przestrzeni powietrznej przez drony (w tym zniszczenie pustego magazynu paliwa), najsłabszą w regionie ochronę przeciwdronową, trwający kryzys migracyjny na granicy z Białorusią przypominający wydarzenia z Polski z 2021 roku, a także rosyjską retorykę o rzekomej potrzebie ochrony rosyjskojęzycznej mniejszości. Odrzucił natomiast wcześniejsze prognozy wskazujące na Mołdawię jako pierwszy cel ewentualnego ataku, argumentując, że kraj ten jest logistycznie niedostępny dla Rosji – otoczony przez Rumunię i kontrolowaną przez Ukrainę przestrzeń powietrzną i morską, co uniemożliwia przeprowadzenie desantu. Zamiast tego Rosja, jego zdaniem, będzie kontynuować w Mołdawii działania polityczne poprzez wspierane przez siebie ugrupowania prorosyjskie, jak partia Ilana Szora czy blok Igora Dodona, a także rozważać scenariusze dywersyjne na wzór prób zamachu stanu w Czarnogórze w 2016 roku.

Czy Polska ma się czego obawiać

Na pytanie, czy Polacy powinni obawiać się bezpośredniego zagrożenia, Parafianowicz ocenił, że pełnoskalowa agresja na Polskę jest dziś mało prawdopodobna – systemy wywiadowcze NATO są w stanie wykryć koncentrację dużych sił wojskowych. Możliwe pozostają natomiast ataki podprogowe, z wykorzystaniem dronów pod obcą flagą lub działań sabotażowych. Zwrócił uwagę na stałe zagrożenie wynikające z sąsiedztwa z Białorusią, funkcjonującą w dużej mierze jako element rosyjskiej machiny wojennej, oraz z obecnością rosyjskich wojsk w obwodzie królewieckim.

Oceniając reakcję Polaków na dotychczasowe incydenty – upadek rakiety pod Lublinem czy pocisku pod Bydgoszczą – Parafianowicz stwierdził, że społeczeństwo nie wykazuje cech narodu lękliwego, choć zauważalna normalizacja tego typu zdarzeń nie jest, jego zdaniem, zjawiskiem pozytywnym. Podkreślił, że Rosja najprawdopodobniej obserwuje reakcje Polski na kolejne incydenty, oceniając poziom gotowości i determinacji, a prowokacje ustaną dopiero wtedy, gdy polska armia i wschodnia flanka NATO jednoznacznie wykażą się skutecznością w neutralizowaniu zagrożeń.


Rozmowę przeprowadził Dymitr Błaszczyk. Program dostępny na kanale Bez Tajemnic na YouTube, liczącym 378 tys. subskrybentów. Opublikowany 5 sierpnia 2026 roku. Oryginalny tytuł materiału: „POZNAŁEM PRAWDZIWEGO ZEŁENSKIEGO I TO POWIEM GŁOŚNO – KIM JEST NAPRAWDĘ I KIM JESTEŚMY DLA NIEGO?”.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *