Siemiątkowski w Nowym Ładzie: sprawa orderu to tylko skutek. Przez ponad 30 lat Polska przespała szansę wpływania na Ukrainę

Jakub Siemiątkowski opublikował na portalu Nowy Ład tekst — odczytany w formie audio — w którym analizuje kryzys polsko-ukraiński nie przez pryzmat decyzji prezydenta Nawrockiego, lecz przez pryzmat kilkudziesięcioletnich zaniedbań polskiej polityki wobec Ukrainy i rosnącego tam kultu UPA.

Nawrocki miał rację — ale nie ma powodu do entuzjazmu

Siemiątkowski zaczyna od nieoczywistego zastrzeżenia. Prezydent Nawrocki miał rację, odbierając order — i stojąc na pozycjach propaństwowych, trudno byłoby brać pod uwagę inne wyjście. To kwestia symboliczna, godnościowa. Pewne gesty mają znaczenie, na pewne nie możemy sobie pozwolić, inne musimy wykonywać, o ile chcemy myśleć o sobie jako wspólnocie narodowej. Jeśli między głowami obu państw istniało porozumienie, że Polska pomaga Ukrainie, a Kijów w zamian nie eksponuje w oficjalnej polityce nawiązań do UPA — to złamanie tej umowy słusznie spowodowało reakcję Warszawy.

Siemiątkowski przyznaje też, że sprawa przebiła się do mediów zagranicznych — polska krzywda z rąk UPA znalazła nieco więcej zrozumienia wśród postronnych narodów.

Ale od razu zastrzega — to, że znaleźliśmy się w takiej sytuacji, powinno stać się przyczynkiem do refleksji. Mamy do czynienia nie tylko z winą strony ukraińskiej, lecz także z zaniedbaniami po polskiej stronie. W kwestiach walki o sprawy ważne dla własnej tożsamości.

Nie ma powrotu do rusofobii ani do bezkrytycznego uwielbienia

Siemiątkowski od razu zaznacza — wielbiciele Rosji nie mają racji. Można wyrażać nadzieję, że cała ta sprawa nauczy polskie społeczeństwo myślenia nieco bardziej realistycznego. Gorzej, jeśli jedną skrajność wymienimy na drugą.

Już w 2022 roku pisał na łamach Polityki Narodowej, że we współczesnych Ukraińcach — w zależności od sytuacji — widzi się albo krwiożerczych banderowców, albo obiekt bezkrytycznego uwielbienia. Owocna współpraca wymagać będzie podejścia bardziej przemyślanego i transakcyjnego — poparcia dla ich walki, ale nie utożsamienia się z ich celami.

Wyraźnie odrzuca też tezę, że sprawa orderu dowodzi, iż polska pomoc Ukrainie była błędem. Nic bardziej mylnego. Takie stwierdzenia zdradzają romantyczne podejście do polityki, nawet jeśli operujący nimi pozornie walczą z romantyzmem z pozycji rzekomego realizmu. Z punktu widzenia polskiej racji stanu militarna i polityczna pomoc Ukrainie bezpośrednio po rosyjskiej inwazji była oczywistą koniecznością. Każdy, kto spojrzy na mapę, powinien mieć świadomość, jakie niebezpieczeństwo czyhałoby na Polskę w razie przejęcia kontroli nad tym krajem przez Moskwę. Scenariusz, w którym Rosja staje się w bliższej lub dalszej perspektywie jednym z wiodących czynników decydujących o europejskim systemie bezpieczeństwa, był dla Polski bardzo niebezpieczny. Stara koncepcja państw buforowych znów ukazała swoją wartość.

Kult UPA rósł — a Polska patrzyła i nic nie robiła

Siemiątkowski wskazuje, że zdziwienie faktem kultu UPA na Ukrainie dobrze obrazuje stan polskiej świadomości i polskie zaniedbania. Bo nazwanie jednostki ukraińskiej armii mianem bohaterów UPA nie jest żadnym szczególnie śmiałym aktem gloryfikacji — w porównaniu z tym, co od lat dzieje się na Ukrainie. Od lat hymnem ukraińskiej armii jest nieco przerobiona pieśń OUN. Ukraińscy politycy wielokrotnie afirmowali UPA w oficjalnych wypowiedziach. Kult OUN-UPA stanowi dziś ważny element państwowej narracji historycznej.

Polska mogła wpływać na kształtowanie ukraińskiej świadomości historycznej — ale skala możliwości kurczyła się z biegiem lat, bo właściwym momentem działania były nie lata po 2022, lecz lata 90. XX wieku.

Trzydzieści lat letargu — wybudzenia tylko po to, żeby zadowolić się gestem

Przez niemal cały ten długi okres polskie elity intelektualne i polityczne generalnie nie były zainteresowane podnoszeniem kwestii rzezi wołyńsko-galicyjskiej. Do pewnego momentu niemal nie istniała ona w dyskursie państwa polskiego. Co więcej — przed 2013 rokiem, wyłączając środowiska kresowe, narodowe i rodziny potomków ofiar, zainteresowanie tym zagadnieniem było w samej Polsce bardzo niewielkie. Świadomość społeczna była nikła. W polskim parlamencie toczył się spór o to, czy rzeź wołyńska w ogóle była ludobójstwem — większość posłów uznała ją oficjalnie za czystkę etniczną o znamionach ludobójstwa, nie chcąc wprost powiedzieć, że chodziło o to ostatnie. Obecny brak sporów w tej sprawie to kwestia wzrostu świadomości społecznej — bo prace naukowe o rzezi wołyńsko-galicyjskiej powstawały już w latach 90., a sam profesor Motyka nie polemizował z faktem ludobójczego i zaplanowanego przebiegu tych wydarzeń.

Tymczasem kult UPA rósł na Ukrainie kaskadowo. Na początku lat 90. obejmował kręgi Ukraińców galicyjskich. Po pomarańczowej rewolucji 2004 roku zaczął powoli zdobywać silne przyczółki w centralnej części kraju — przy udziale przychylnego mu prezydenta Juszczenki. Przełomem był rok 2014 — Majdan, a później wojna w Donbasie uwiarygodniły tezę, że to ludzie mający UPA za pozytywny punkt odniesienia są zdolni do największych poświęceń dla ukraińskiej niepodległości. Wciąż jednak — badania mówiły o około połowie społeczeństwa, szczególnie ze wschodnich, bardziej zsowietyzowanych obwodów — wielu Ukraińców było opornych wobec mitu UPA.

Rok 2022 przyniósł kolejny przewrót. Badania przeprowadzone krótko po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji wykazały, że 81% Ukraińców uznaje bojowników OUN-UPA za uczestników walki o niepodległość Ukrainy, 71% ocenia ich pozytywnie, a pozytywny stosunek do samego Bandery zadeklarowało 74%. W zestawieniu z badaniami z lat poprzedzających pełnoskalową inwazję to niemal dwukrotny wzrost pozytywnych odpowiedzi. Wojna po prostu uwiarygodniła w oczach narodu ukraińskiego sens tego wzorca — ci, którzy przez lata przestrzegali przed Rosją, okazali się mieć rację. Zapewne od tego momentu było już za późno na całkowite porzucenie mitu UPA przez naród ukraiński.

Ale i to nie znaczy, że musieliśmy znaleźć się w miejscu, w którym jesteśmy dziś. Przez ponad 30 lat Polska działań praktycznie nie podejmowała — co jakiś czas wybudzając się z letargu, by zadowolić się gestem w rodzaju jakiejś uchwały sejmowej. Warszawa nie zdawała sobie sprawy z dynamiki rozwoju tego zjawiska. Nie była w stanie się do niego w żaden konstruktywny sposób ustosunkować — choćby przez formułowanie w rozmowach z nastawionymi niepodległościowo ukraińskimi przywódcami stwierdzenia: popieramy wasze uniezależnienie się od Rosji, ale formacja, do której się odwołujecie, popełniła ludobójstwo — w zamian za pomoc chcemy pochówku ofiar.

W roku 2022 — gdy Polska dysponowała narzędziami mającymi realne przełożenie na to, co Ukraina jest w stanie zrobić na froncie — osiągalne było co najmniej doprowadzenie do ekshumacji. Ale nawet wtedy UPA była już punktem odniesienia dla świadomej części narodu walczącej na froncie. Trudno byłoby oczekiwać wyparcia się tego mitu. Dałoby się jednak więcej niuansować — bo z polskiego punktu widzenia lepsza jest sytuacja, w której Ukraińcy cenią UPA za walkę niepodległościową, mając jednocześnie świadomość, że jest to formacja obciążona czynami obiektywnie godnymi potępienia. Można sobie wyobrazić sytuację, w której państwo ukraińskie pozytywnie odnosi się do walki UPA z Sowietami, jednocześnie dopuszczając ekshumacje na dużą skalę — które zresztą mogłyby mieć długofalowy wpływ na recepcję UPA w społeczeństwie ukraińskim, bo obnażyłyby skalę ludobójstwa z lat 40.

Galicja i dwoistość sprawy — rzecz, której nie wolno przemilczać

Siemiątkowski zmierzył się z dilematem, który gmatwa całą tę kwestię. Matecznikiem ukraińskich tendencji niepodległościowych jest Galicja — od XIX wieku przez cały okres komunizmu aż po rok 2014 to galicyjska inteligencja wytwarzała imaginarium ukraińskiego ruchu niepodległościowego. I w tym imaginarium swoje miejsce zajmuje UPA — formacja, która w stopniu większym niż jakakolwiek inna dawała się wpisać w narrację zajadłej i bezkompromisowej walki o niepodległość.

Z jednej strony ten ruch upowszechniał mit UPA w skali kraju. Z drugiej jednak — jego działania wpływały na umacnianie się poczucia narodowego w innych rejonach Ukrainy, co z czasem prowadziło do stopniowego zwiększania zakresu niezależności od Rosji. Odbywało się to na polu mentalności — coraz bardziej świadomego zerwania z modelem dwóch bratnich narodów wywodzących się z Rusi. Przed rokiem 2013-2014 rozmowy o ukraińskiej podmiotowości państwowej toczyły się w zupełnie innym tonie niż dziś — popularne były twierdzenia, że Ukraina nie będzie w stanie wyzwolić się z polityczno-kulturowych zależności od Rosji.

Siemiątkowski stawia więc pytanie wprost: jeśli uznajemy, że ostateczne wyodrębnienie się etnosu ukraińskiego z tego, co zwiemy ruskim mirem, stanowi dla Polski fakt pozytywny — bo odsuwa od nas wpływy rosyjskie i daje bufor — to nie ma innego wyjścia niż oceniać geopolityczny wymiar całościowo ujętej pracy galicjan pozytywnie. Zagadnienie obecności mitu UPA w tej pracy komplikuje sprawę — ale czy z punktu widzenia polskich interesów ma ono wyższą wartość niż tamto? To zależy od przyjętej perspektywy. Nieuczciwe byłoby pomijanie tego aspektu.

Środowiska liberalne — trochę racji, które przesłaniało wszystko inne

Siemiątkowski wskazał, że środowiska liberalne usprawiedliwiające zaniedbania w kwestii UPA mają trochę racji — z naciskiem na słowo trochę. Problem polega na tym, że owo trochę racji przesłaniało im przez dziesięciolecia wszystko inne. Nie liczyło się absolutnie nic poza popieraniem walki Ukraińców przeciw Rosji. Nie liczył się nawet za bardzo liberalny światopogląd samych tych środowisk — bo UPA była zjawiskiem tak krańcowo nieliberalnym, że trudno byłoby znaleźć coś bardziej nieliberalnego.

Ale Siemiątkowski grzeszy wskazuje też na grzeszących po drugiej stronie — tych, którzy od 2022 roku operują pozbawionym sensu hasłem pomoc dla Ukrainy tak, ale tylko jeśli wyprze się ona UPA. Jeśli ta pomoc miała sens — a miała — to z przyczyn geostrategicznych, a nie dlatego że zadowalała walczących z obcym najazdem. Kwestia UPA należy do innej płaszczyzny relacji polsko-ukraińskich. Nie można do tego jednego wątku redukować całej wielopoziomowej, skomplikowanej struktury — historycznych relacji i krzywd po obu stronach, warunków geopolitycznych, naporu Rosji, polityki twardej i miękkiej, spraw dotyczących Ukraińców w Polsce i Polaków na Ukrainie.

Co dalej — na kursie kolizyjnym przez dłuższy czas

W roku 2026 trudno się spodziewać, by na Ukrainie — gdzie dyskurs historyczny kształtują badacze ukraińscy, nie polscy — pogląd na te sprawy był tożsamy z polskim. Z drugiej strony świadomość tego, czym była rzeź wołyńsko-galicyjska, z biegiem czasu pogłębia się wśród Ukraińców — i dziś jest daleko większa niż 10 lat temu, choć dynamika tego procesu nie powinna nas zadowalać. My jednak swoich oczekiwań w tym zakresie często w ogóle nie formułowaliśmy — może dlatego ukraińscy politycy tak bardzo nie szanują naszego państwa.

Siemiątkowski konkluduje: dziś jesteśmy w tej sprawie na kursie kolizyjnym z Ukraińcami i jest niemal pewne, że tak będzie przez dłuższy czas. Odebranie orderu Zełenskiemu może nas zadowalać wyłącznie doraźnie. Całe to zagadnienie nie wyczerpuje zresztą obszernego tematu współczesnych relacji polsko-ukraińskich — kwestie historyczne należy uznać za tylko jedną z płaszczyzn, nieraz stojącą niżej w hierarchii interesów narodowo-państwowych niż te wynikające z czynników geopolitycznych. Może to pozytywny znak, że powoli uczymy się rozpoznawać te różnice — że popieranie antyrosyjskiej walki Ukrainy nie musi wiązać się z przymykaniem oczu na kwestie ważne dla naszej pamięci i tożsamości.


Tekst napisał Jakub Siemiątkowski. Materiał dostępny na portalu Nowy Ład i kanale Nowy Ład na YouTube, liczącym ponad 114 tysięcy subskrybentów. Opublikowany 29 czerwca 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *