Bartkiewicz w Rzeczpospolitej: „Zełenski skalkulował, że Polacy ustąpią. Polska pokazała, że tak nie jest”

Bartkiewicz odrzucił tezę, że Ukraina nie wiedziała, jak bardzo sprawa UPA porusza Polaków. Polska od lat sygnalizuje to Kijowowi, Sejm uchwalił stosowną uchwałę, a Zełenski rozmawiał z kolejnymi polskimi prezydentami właśnie o kwestiach historycznych. „Trudno uwierzyć, że Budanow dopiero teraz przyjechał i dowiedział się, że mamy jakiś problem z UPA” — powiedział. Jego zdaniem Zełenski świadomie ważył racje i uznał, że skłóci się z Polakami, ale ma silne poparcie na Zachodzie i powstrzymuje Rosjan — więc Polacy pokrzyczą i ustąpią. Polscy politycy — od lewa do prawa — pokazali jednak, że tak nie jest i że przekroczona została pewna czerwona linia.

Nawrocki eskalował niepotrzebnie

Jednocześnie Bartkiewicz przyznał, że prezydent Nawrocki eskalował sprawę szybciej niż było to konieczne. Do momentu, gdy padła deklaracja o odebraniu orderu, wszystko toczyło się prawidłowo — wyrażano oburzenie, ambasador został wezwany do MSZ, politycy ze wszystkich stron reagowali. Inicjatywa Konfederacji w sprawie orderu nie wymagała natychmiastowej, jednoznacznej odpowiedzi. „Były metody mniej eskalujące — wezwanie ambasadora Polski z Kijowa na konsultacje, silniejsze komunikaty dyplomatyczne. Kiedy jednak już to powiedziano, trudno się wycofać” — stwierdził.

Zaznaczył, że fakt, iż Nawrocki po posiedzeniu kapituły wstrzymał się z ostateczną decyzją, stworzył przestrzeń dla ukraińskiego gestu — i że najlepszym scenariuszem byłoby, gdyby Zełenski wyszedł z własną inicjatywą i poprosił o rozmowę z Nawrockim.

Co Ukraina powinna zrobić

Bartkiewicz nie oczekuje, że Ukraina wyrzeknie się całej tradycji UPA. Rozumie, że w warunkach wojennych nacjonalizmy przybierają na sile i że UPA jest dla części Ukraińców symbolem walki z Sowietami, a nie zbrodni na Polakach. Za absolutne minimum uznał jednak odcięcie się Zełenskiego od ludobójczego elementu dziedzictwa UPA — publiczne wyjaśnienie, że nadając nazwę jednostce, miał na myśli walkę z Sowietami, nie rzeź Polaków. „Nie jest to nadmiarowe oczekiwanie, bo Ukraina chyba nie chce budować tożsamości na tym, że w latach 1943–1945 wymordowała sto tysięcy Polaków” — powiedział. Dodał, że Rosja robi dziś z Ukraińcami dokładnie to, co UPA robiła z Polakami — próbuje ich wynarodowić — więc odwoływanie się do tego dziedzictwa jest dla Ukrainy strategicznie bez sensu.

Przemilczenie sprawy też nie wchodzi w grę

Bartkiewicz przestrzegł przed pokusą zamiecenia sprawy pod dywan i powrotu do status quo bez żadnego ukraińskiego gestu. Jego zdaniem takie rozwiązanie byłoby politycznie niebezpieczne — utrwaliłoby w polskim społeczeństwie przekonanie, że elity znów poświęciły polski interes na ołtarzu relacji z Ukrainą, co z kolei dałoby pożywkę siłom skrajnym i nakręciło nastroje antyukraińskie. „Zamiecenie tego pod dywan nie jest w naszym interesie, bo to może doprowadzić do kolejnych antyukraińskich wystąpień, a na tym będą żerować siły skrajne” — powiedział.

Polska musi być przy odbudowie Ukrainy

Bartkiewicz przypomniał, że Polska i Wielka Brytania były na początku wojny najsilniejszymi głosami w Europie na rzecz wsparcia Ukrainy i faktycznie pomogły jej przetrwać. Byłoby tragedią, gdyby teraz, gdy zbliżamy się do końca konfliktu, Polska poróżniła się z Ukrainą na tyle, żeby zostać zepchnięta na margines procesu odbudowy — podczas gdy Niemcy, które na początku dawały tylko hełmy, stałyby się głównymi beneficjentami. Polska musi uczestniczyć w tym procesie, a spór historyczny nie powinien jej z niego wykluczać.

Sytuacja na froncie i perspektywy pokoju

Na marginesie wątku ukraińskiego Bartkiewicz ocenił, że mimo intensyfikacji ukraińskich uderzeń dronowych w głąb Rosji i rosnących strat po stronie rosyjskiej — Zełenski mówi o ponad 30 tysiącach zabitych i ciężko rannych miesięcznie — na przewidywalnym horyzoncie nie widać zakończenia wojny. Putin liczy na zajęcie całego Donbasu i dopóki nie uzna, że nie jest w stanie tego osiągnąć, nie będzie skłonny do poważnych rozmów pokojowych. Ukraina jest gotowa przyjąć obecną linię frontu jako punkt wyjścia do negocjacji — co oznaczałoby de facto tymczasową utratę blisko 20 procent swojego terytorium — ale Rosja żąda więcej. Do końca roku ta patowa sytuacja prawdopodobnie się utrzyma.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *