Publicysta i analityk Krzysztof Wojczal w najnowszym komentarzu na swoim kanale przeanalizował serię ostatnich wydarzeń, które jego zdaniem mogą wskazywać na przygotowania Rosji do eskalacji wojny na Ukrainie — z wykorzystaniem Białorusi — a być może również do działań hybrydowych wymierzonych w państwa NATO.
Ultimatum Zełenskiego i wizyty Łukaszenki
Punktem wyjścia analizy jest ultimatum, jakie prezydent Ukrainy skierował do Alaksandra Łukaszenki w sprawie nadajników na terytorium Białorusi, które miały pomagać rosyjskim środkom napadu powietrznego w namierzaniu celów na Ukrainie. Ukraina zagroziła, że jeśli Białoruś ich nie wyłączy, zrobi to sama. Według komentatora żądanie to zostało spełnione znacznie szybciej, niż wyznaczał to tygodniowy termin — w ciągu zaledwie trzech dni.
Zdaniem publicysty to ustępstwo nie mogło pozostać niezauważone w Moskwie. Niedługo później Łukaszenko odbył wizytę w rosyjskiej stolicy, a zaraz po niej — nieplanowaną wcześniej podróż do Pekinu, oficjalnie tłumaczoną częściowo sprawami rodzinnymi, ale obejmującą też rozmowy z Xi Jinpingiem dotyczące współpracy gospodarczej i technologicznej.
Komentator przedstawił własną interpretację tej sekwencji: jego zdaniem Putin mógł skarcić Łukaszenkę za brak dostatecznego wsparcia dla rosyjskich systemów napadu powietrznego z terytorium Białorusi, a wizyta w Pekinie miała służyć pozyskaniu przez Białoruś systemów obrony przeciwlotniczej i antydronowej, których krajowi — jak i samej Rosji — brakuje. Publicysta zastrzegł wyraźnie, że jest to jego spekulacja, nieoparta na potwierdzonych źródłach, a treść obu rozmów pozostaje w dużej mierze nieznana.
Zamykanie granic i sygnały możliwej mobilizacji
Autor zwrócił uwagę na równoległą sekwencję zdarzeń: Rosja zamknęła kolejowe przejścia graniczne z Łotwą, Estonią i Finlandią, a jednocześnie miała zwrócić się do Kazachstanu, Gruzji i innych państw partnerskich o zamknięcie ruchu granicznego ze swojej strony. Komentator ocenił, że taki układ pozwala Moskwie ograniczyć możliwość wyjazdu własnych obywateli, nie przyznając się wprost do zamykania granic — co według niego może być jedną z oznak przygotowań do przynajmniej częściowej mobilizacji, mającej zapobiec ewentualnemu exodusowi osób niechcących jej podlegać. Zastrzegł jednocześnie, że alternatywnym wytłumaczeniem może być przygotowanie do działań hybrydowych wobec państw NATO, i że oba scenariusze uważa za możliwe.
Ostrzeżenia o rosyjskiej operacji z kierunku białoruskiego
Publicysta przypomniał wcześniejsze sygnały ze strony ukraińskiej — w tym wypowiedzi głównodowodzącego Ołeksandra Syrskiego — mówiące o przygotowaniach Rosji do uderzenia na Kijów przez Czernihów z wykorzystaniem terytorium Białorusi, gdzie od pewnego czasu rozbudowywana jest infrastruktura wojskowa: stanowiska artylerii, stanowiska dowodzenia i drogi dojazdowe.
W tym kontekście komentator rozważył, czy tematem rozmów Putina z Łukaszenką mogło być również naciskanie białoruskiego przywódcy na udostępnienie terytorium, a nawet własnej armii — liczącej w ocenie autora ok. 30 tysięcy żołnierzy zawodowych, co po ewentualnej mobilizacji mogłoby znacząco wzrosnąć.
Argument o „masie” żołnierzy i analogia do I wojny światowej
Zdaniem publicysty w obecnych warunkach wojny dronowej, w której dron-kamikadze jest na tyle skutecznym i trudnym do powstrzymania środkiem rażenia, Rosja nie dysponuje wystarczającą liczbą systemów antydronowych, by wznowić manewr na skalę strategiczną. Jedynym dostępnym jej narzędziem pozostaje więc liczebność wojsk — masa żołnierzy, której nie da się powstrzymać samą liczbą dronów. Autor porównał obecną sytuację do frontu zachodniego I wojny światowej, gdzie codziennie ginęły tysiące żołnierzy, a mimo to masowe uzupełnianie szeregów siłą żywą ostatecznie przeważyło szalę na korzyść aliantów po włączeniu się Amerykanów — z tą różnicą, że tamten front był w pełni statyczny od kanału La Manche po Szwajcarię, podczas gdy front na Ukrainie jest, jego zdaniem, znacznie węższy i można na nim otworzyć nowe kierunki uderzenia, na których obrona ukraińska nie byłaby tak zagęszczona jak na obecnych odcinkach.
Publicysta ocenił, że skoro Ukraina wycofuje się obecnie w Donbasie i nie jest w stanie zatrzymać rosyjskiego pochodu, oznacza to brak wystarczających rezerw kadrowych do wzmocnienia obrony — co w jego ocenie czyni ewentualną rosyjską mobilizację i wprowadzenie masy wojsk na nowych kierunkach scenariuszem grożącym znacznie poważniejszymi postępami terytorialnymi Rosji niż dotychczasowe, powolne zdobycze, a nawet — jak to ujął — potencjalną klęską Ukrainy, choć zastrzegł, że mało kto obecnie bierze taki scenariusz pod uwagę.
Autor ocenił prawdopodobieństwo eskalacji jako rosnące, choć zaznaczył, że to wciąż spekulacja — obecnie nie widać jeszcze zgromadzonych na Białorusi wojsk rosyjskich, a do ataku pozostaje w jego ocenie jeszcze sporo czasu, prawdopodobnie do jesieni. Przywołał przy tym analogię do 2022 roku, kiedy Rosja przed inwazją zaangażowała polskie i litewskie wojsko w kryzys migracyjny na granicy, by odwrócić uwagę od przygotowań wojskowych — i ocenił, że podobny scenariusz działań hybrydowych wobec wschodniej flanki NATO, wskazywanej głównie w kontekście państw bałtyckich, Finlandii i Polski, mógłby ponownie towarzyszyć rosyjskim przygotowaniom.
Sytuacja gospodarcza Rosji i teza o „wyścigu do 2027 roku”
Komentator podtrzymał swoją wcześniejszą tezę, że Rosja będzie dążyć do rozstrzygnięcia wojny do 2027 roku, wskazując na rosnące koszty prowadzenia działań wojennych w warunkach intensywnej „dronizacji” pola walki oraz na sygnały słabości gospodarczej — w tym konieczność zwracania się do Kazachstanu o dostawy paliwa mimo wcześniejszego eksportu ropy do Indii. Ocenił eskalację ataków na cele cywilne jako wyraz słabości i desperacji Rosji, służący celom propagandowym, a nie realnemu przełamaniu ukraińskiego oporu.
W tym kontekście przywołał głos anonimowego ukraińskiego komentatora, którego wpis wcześniej zauważył w mediach społecznościowych: zwracał on uwagę, że mimo doniesień o brakach paliwa w Rosji, system rosyjski gwarantuje zaopatrzenie wojska kosztem reszty społeczeństwa, podczas gdy w warunkach demokratycznych, jakie panują na Ukrainie, głos wyborcy ma większe znaczenie, co może oznaczać, że to raczej wojsku ukraińskiemu może zabraknąć paliwa, a nie rosyjskiemu. Publicysta przyznał, że rosyjskie władze — nie licząc się z własnym społeczeństwem — będą gotowe kontynuować wojnę nawet kosztem głodu i braków, jeśli tylko pozwoli to na postępy na froncie.
Publicysta zwrócił też uwagę na szerszy kontekst geopolityczny sprzyjający — jego zdaniem — kalkulacjom Kremla: zapowiadane ograniczenie zaangażowania USA w Europie, amerykańskie zaangażowanie w Iranie oraz braki w systemach obrony powietrznej po stronie amerykańskiej i ukraińskiej.
Spór o nazwę jednostki UPA i relacje polsko-ukraińskie
Odnosząc się do sporu wokół nadania jednej z ukraińskich jednostek nazwy nawiązującej do UPA, komentator poinformował, że sprawa trafiła również na forum Parlamentu Europejskiego, gdzie jedna z grup politycznych złożyła wniosek o głosowanie nad potępieniem tej decyzji. Ocenił to jako przykład błędu dyplomatycznego strony ukraińskiej, argumentując, że tego rodzaju działania w jego ocenie niepotrzebnie wzmacniają rosyjską narrację o „denazyfikacji” Ukrainy. Wspomniał także o wysłaniu do Polski ministra Andrija Sybihy w celu złagodzenia napięć.
W tym kontekście publicysta opowiedział się za prowadzeniem przez Polskę wobec Ukrainy polityki czysto transakcyjnej, opartej na nieufności i „wystawianiu rachunków” za wsparcie — w tym w kwestii przekazania samolotów MiG, wokół której — jak zauważył — funkcjonują sprzeczne przekazy dotyczące faktycznych potrzeb ukraińskiej strony. Ocenił, że relacje polsko-ukraińskie i wizerunek Ukrainy w polskich mediach uległy w jego opinii trwałemu pogorszeniu w porównaniu z otwartością społeczną z 2022 roku.
Rosnąca pozycja Polski i siła NATO
W drugiej części materiału autor odniósł się do doniesień o możliwym podziale państw NATO na szczycie w Ankarze na dwie kategorie sojuszników w zależności od poziomu wydatków obronnych, przy czym Polska miałaby znajdować się w grupie wiodącej. Publicysta ocenił, że Polska faktycznie awansowała do pierwszej kategorii sojuszników, wskazując na obecność V Korpusu, bazę w Redzikowie oraz rotacyjną obecność wojsk amerykańskich — w przeciwieństwie do wcześniejszych dekad, gdy kraj pozostawał bez stałej infrastruktury natowskiej mimo formalnego członkostwa.
Komentator przedstawił tezę, że mimo powszechnego postrzegania NATO jako osłabionego przez retorykę administracji Donalda Trumpa, sojusz jest w jego ocenie najsilniejszy militarnie od początku XXI wieku. Argumentował to porównaniem: dwunastoletnia wojna na Ukrainie (licząc od 2014 roku) trwa dłużej niż obie wojny światowe razem wzięte, a mimo to realna militaryzacja Europy przyspieszyła dopiero w ostatnich latach — najbardziej w ciągu ostatniego roku. Autor podkreślił, że retoryczne wystąpienia Trumpa i jego rozmowy z Putinem mają w praktyce niewielki wpływ na realną siłę sojuszu — jego zdaniem po każdej takiej rozmowie w Europie produkuje się jedynie więcej uzbrojenia i amunicji, ponieważ inwestycje zbrojeniowe trwają niezależnie od bieżącej narracji medialnej.
Zdaniem publicysty niska wiarygodność gwarancji amerykańskich nie stanowi problemu ani dla samych Stanów Zjednoczonych — pozostających praktycznie bezalternatywnym gwarantem bezpieczeństwa Zachodu — ani w istocie dla Europy, dla której stała się ona, jego zdaniem, najlepszym możliwym motywatorem do zwiększenia własnych zdolności obronnych po latach zaniedbań.
Autor ocenił, że Europa nigdy wcześniej w XXI wieku nie była tak zjednoczona wobec zagrożenia rosyjskiego jak obecnie, mimo że strategiczne cele USA — utrzymanie globalnej hegemonii i przygotowanie sojuszników do stawienia czoła Chinom — pozostają niezmienne niezależnie od administracji. Zdaniem komentatora silna Europa zdolna samodzielnie powstrzymywać Rosję pozwoli Waszyngtonowi skoncentrować więcej zasobów na rywalizacji z Chinami, co czyni obecny kierunek korzystnym również dla samych Stanów Zjednoczonych.
Autor ocenił, że słabnąca pozycja Rosji — utrata dźwigni energetycznej wobec Europy oraz wyczerpywanie się potencjału militarnego (dźwigni siłowej) na Ukrainie — działa w tym układzie na niekorzyść Moskwy i pośrednio Pekinu, a na korzyść Polski, Europy i Stanów Zjednoczonych. Zaznaczył przy tym, że tendencja ta może się w przyszłości odwrócić, a losy samego sojuszu NATO są wtórne wobec pytania, która ze stron — Zachód czy blok wschodni złożony z Rosji i Chin — pierwsza dozna wewnętrznego załamania.
Rozmówca zakończył materiał zapowiedzią dalszego monitorowania relacji Putin–Łukaszenko jako kluczowego wskaźnika ewentualnej eskalacji.
Materiał dostępny na kanale Krzysztof Wojczal na YouTube, liczącym sześćdziesiąt siedem tysięcy czterysta subskrybentów. Opublikowany 2 lipca 2026.