Marek Budzisz: Polska deklaruje gotowość do wojny z Rosją, mając mniej rakiet Patriot niż Dania

Nowe

Marek Budzisz z Strategy & Future w rozmowie z Igorem Janke w „Kanale Otwartym” ocenił rosyjską presję hybrydową na Europę, realne możliwości eskalacyjne Moskwy, ograniczenia gwarancji NATO oraz systemowe zaniedbania polskiej polityki bezpieczeństwa.

Reakcja Niemiec na ataki hybrydowe

Janke zapytał o adekwatność niemieckiej odpowiedzi na rosyjskie działania hybrydowe, w tym zamknięcie rosyjskiego konsulatu w Bonn i Domu Rosyjskiego w Berlinie, na co Moskwa odpowiedziała zamknięciem niemieckich Instytutów Goethego i konsulatu w Petersburgu. Budzisz przywołał głos niemieckiego polityka CDU, pułkownika rezerwy Rolanda Kiesewettera, według którego tego typu środki są w gruncie rzeczy przejawem słabości — Rosjan niespecjalnie martwi zamknięcie konsulatu, zwłaszcza że władze rosyjskie i tak dążą do ograniczenia wyjazdów własnych obywateli. Kiesewetter postulował zamiast tego decyzję o przekazaniu Ukrainie rakiet Taurus — decyzji, której rząd niemiecki mimo wieloletniej dyskusji wciąż nie jest w stanie podjąć. Budzisz ocenił obecną odpowiedź Niemiec jako niewystarczającą.

Cel rosyjskich działań hybrydowych: „partia pokoju”

Budzisz przeformułował pytanie o ewentualne działania Rosji w rodzaju „zielonych ludzików” w Narwie czy prób stworzenia „Republiki Narewskiej” — zamiast pytać, gdzie Rosja może uderzyć, zapytał, po co w ogóle stosuje narzędzia sabotażu i dywersji, w tym ostatnie podpalenia w Polsce. Jego zdaniem celem jest wywołanie konkretnego efektu politycznego — w przypadku Niemiec chodzi o wykreowanie „partii pokoju”, która już się pojawiła w postaci Sahry Wagenknecht i liderów AfD, twierdzących, że kanclerz Merz jest nadmiernie antyrosyjski. Najdalej idącym celem, o którym mówił sam Putin, jest wymiana elit rządzących w kluczowych krajach zachodnich tak, by Ukraina i państwa Europy Środkowej graniczące z Rosją nie mogły liczyć na niemieckie wsparcie — co radykalnie zmieniłoby układ sił na korzyść Moskwy.

Budzisz zauważył, że podobna „partia pokoju” pojawiła się też w Polsce i może się okazać, że po przyszłorocznych wyborach nie da się sformować rządu bez udziału jej reprezentantów — nie trzeba wygrać wyborów, wystarczy mieć punkty nacisku. Ocenił, że wszystkie cele Federacji Rosyjskiej są dziś podporządkowane jednemu nadrzędnemu: złamaniu woli oporu Ukrainy i zakończeniu wojny na warunkach dyktowanych przez Kreml, a docelowo — po ewentualnym zwycięstwie na Ukrainie — Rosja przystąpi do kolejnej fazy rozgrywki o zmianę realiów w całym regionie. Zastrzegł, że głównym punktem odniesienia rosyjskich operacji będą jednak nie kraje bałtyckie, lecz Polska i Niemcy jako kluczowi gracze regionu, choć nie oznacza to braku działań w Estonii — gdzie niedawno do dymisji podał się minister obrony w związku ze skandalem dotyczącym dostaw amunicji dla Ukrainy.

Zdolności eskalacyjne Rosji poza tradycyjną wojną lądową

Na pytanie, czy Rosja jest w stanie prowadzić wojnę na dwa fronty, Budzisz odpowiedział, że wszystko zależy od definicji wojny — jeśli patrzeć przez pryzmat wielkich operacji lądowych, rosyjskie zdolności są dziś więcej niż ograniczone, ale jeśli uwzględnić scenariusze ataków rakietowych i dronowych na terytorium państw NATO, rachunek wygląda zupełnie inaczej. Przytoczył konkretne dane: w ostatnim miesiącu Rosja użyła 2,5 tysiąca dronów Geran-5 z napędem odrzutowym (szybszych i trudniejszych do przechwycenia niż wcześniejsze generacje, przez niektórych ekspertów uznawanych już za uproszczone systemy rakietowe) — miesiąc wcześniej było to 1500 sztuk, co wskazuje na wyraźną eskalację zarówno użycia, jak i zdolności produkcyjnych.

Budzisz postawił hipotetyczne pytanie: gdyby Rosja zdecydowała się użyć zaledwie 10 procent swojego arsenału Geranów-5 przeciwko Polsce lub państwom bałtyckim, czy Polska miałaby zdolność przechwycenia takiego ataku i odpowiedzi na niego? Jego odpowiedź brzmiała jednoznacznie: nie. Polska ma zdolność reagowania w scenariuszu wielkiej wojny z zaangażowaniem sił lądowych, ale w scenariuszu bolesnego, choć nie pełnoskalowego ataku — takiej zdolności brakuje, co oznacza też brak zdolności odstraszania, ponieważ przeciwnik ocenia właśnie te realne możliwości.

Ograniczenia Artykułu 5 i problem atrybucji

Budzisz zaznaczył, że mechanizmy NATO zostały zaprojektowane z myślą o wielkiej agresji na dużą skalę, jak spodziewana niegdyś agresja bloku sowieckiego — w przypadku konfliktu o mniejszej intensywności czy w charakterze asymetrycznym reakcja sojuszu może wyglądać zupełnie inaczej, ponieważ inaczej ocenia się skalę ryzyka. Dodatkowo komplikuje to problem atrybucji — przykładem są drony nad lotniskiem w Lipsku, obsługującym też Ukrainę, gdzie do dziś nie wiadomo jednoznacznie, kto za tym stoi (Niemcy wskazują na Rosję, Putin zaprzecza), a potencjalnym sprawcą prowokacji równie dobrze mogłaby być Białoruś, jak choćby w przypadku kryzysu granicznego czy niedawnych dziesiątek balonów wlatujących na Litwę. Budzisz ocenił, że Polska powinna zakładać, iż na niektórych poziomach reagowania będzie zdana wyłącznie na siebie — i uważa, że dziś nie jest do tego wystarczająco przygotowana.

Retoryka rządu kontra realne przygotowania

Odnosząc się do wypowiedzi premiera Donalda Tuska o możliwym ataku w ciągu kilku miesięcy, Budzisz przyznał, że kieruje się inną logiką — skoro tak się diagnozuje sytuację, powinno to skutkować energicznymi działaniami budującymi odporność społeczną i zdolności obronne, tymczasem widzi w tym duży rozdźwięk między retoryką a realnymi działaniami. Wskazał konkretne przykłady zaniedbań: nieadekwatne regulacje prawne — przy okazji niedawnego uderzenia rakiety na Lubelszczyźnie polscy piloci są zobowiązani do nawiązania kontaktu wzrokowego z obiektem przed jego identyfikacją, co wydłuża czas reakcji i jest rozwiązaniem właściwym dla czasu pokoju, nie realnego zagrożenia. Skrytykował też słabo działający system ostrzegania ludności — mimo ogólnopolskich ćwiczeń przeprowadzonych w kwietniu, incydent na Lubelszczyźnie w sierpniu pokazał, że niewiele w tym zakresie zmieniono.

Kontrowersje wokół nuclear sharing

Janke zapytał o wypowiedź wiceministra obrony Pawła Zalewskiego sugerującą, że Polska nie powinna dążyć do uczestnictwa w programie nuclear sharing. Budzisz częściowo wziął ministra w obronę, wyjaśniając, że Zalewski mówił jedynie o tym, iż Polska nie musi aspirować do składowania amerykańskiej broni jądrowej na własnym terytorium — co jest zasadną kwestią do dyskusji, ponieważ miejsca składowania takiej broni, jak baza Büchel w Niemczech, stają się potencjalnymi celami ataku, a Polska, granicząc z Rosją i obwodem królewieckim wyposażonym w Iskandery, miałaby na reakcję raptem kilka minut. Ocenił jednak wypowiedź Zalewskiego jako niefortunną, zwłaszcza że została skontrowana przez jego bezpośredniego przełożonego, wicepremiera — co świadczy o braku wewnętrznej komunikacji w resorcie obrony.

Budzisz podkreślił kluczowe rozróżnienie: uczestnictwo w programie nuclear sharing nie implikuje automatycznie obowiązku przyjęcia na własne terytorium amerykańskich bomb grawitacyjnych składowanych obecnie we Włoszech czy Niemczech — prawdziwym problemem jest to, że polski rząd w ogóle nie podejmuje działań, by do tego programu wejść, ograniczając się do głośnego formułowania aspiracji, zamiast budować choćby konwencjonalny potencjał rakietowy dalekiego zasięgu, tak jak robią to Niemcy, testujący ostatnio izraelskie rakiety LORA na wodach północnego Atlantyku.

Matematyka rakiet PAC-3: iluzja gotowości

Budzisz przedstawił szczegółową analizę afery wokół przekazania Ukrainie pięciu rakiet PAC-3 do systemów Patriot z polskich zapasów liczących 308 sztuk. Wyjaśnił, że są to jedyne na świecie systemy zdolne skutecznie zwalczać pociski balistyczne (rakiety manewrujące i drony można zwalczać innymi środkami), a standardowo do przechwycenia jednego pocisku balistycznego potrzeba dwóch rakiet PAC-3 — nawet przy dobrze wyszkolonej obsłudze, o czym świadczy niedawny atak Iranu na cele USA w Jordanii, gdzie Amerykanie zużywali od trzech do pięciu rakiet na jeden irański pocisk balistyczny, mimo że technologia irańska nie należy do najbardziej zaawansowanych.

Przy założeniu optymistycznym — dwie rakiety na jeden cel — polskie 308 sztuk pozwoliłoby przechwycić około 150 pocisków balistycznych. Tymczasem Rosja w ciągu jednego miesiąca wystrzeliła w stronę Ukrainy 190 rakiet balistycznych. Budzisz podkreślił, że to pokazuje, iż z posiadanym dziś zasobem Polska nie byłaby w stanie bronić się dłużej niż miesiąc, gdyby znalazła się w sytuacji podobnej do ukraińskiej — a więc oddanie pięciu, dziesięciu czy nawet stu rakiet Ukrainie nie zmienia w praktyce niczego, ponieważ z 300 rakietami Polska jest równie nieprzygotowana, jak byłaby z zerem.

Odnosząc się do narracji o kolejnym zamówieniu (ponad 600 dodatkowych rakiet, łącznie blisko tysiąc), Budzisz przywołał dane amerykańskiego think tanku CSIS: potwierdzone kontrakty eksportowe rakiet PAC-3 od 2020 roku obejmują łącznie 1880 sztuk dla kilkunastu krajów (od Arabii Saudyjskiej po Danię z dwudziestoma sztukami) — i na tej liście nie ma Polski, co oznacza, że formalna zgoda USA na sprzedaż wciąż nie została udzielona. Przy rocznych mocach produkcyjnych rzędu 650 sztuk (mających wzrosnąć do 2000 do 2030 roku) i istniejącej już kolejce zamówień na 1880 sztuk, realistyczny termin dostawy dla Polski to, zdaniem Budzisza, najwcześniej rok 2031 — podczas gdy obecnie mamy rok 2026. Podsumował to porównaniem: Warszawy bronią obecnie zaledwie dwie (a właściwie, po utracie jednej jednostki ogniowej, półtorej) baterie Patriot, podczas gdy Moskwę chroni 80 baterii różnych systemów.

Systemowa słabość polskiej debaty o bezpieczeństwie

Janke zapytał, dlaczego rząd nie podejmuje bardziej energicznych działań — czy to kwestia bieżącej polityki i unikania ryzyka. Budzisz przywołał w odpowiedzi analogię do 1939 roku i sloganu „silni, zwarci, gotowi”, porównując go do współczesnych zapewnień polityków o pełnym przygotowaniu Polski do konfrontacji z Rosją. Ocenił to jako wadę systemu politycznego, w którym można mówić rzeczy całkowicie oderwane od rzeczywistości bez ponoszenia konsekwencji. Wskazał na deficyt wiedzy wojskowej i braku wyobraźni strategicznej wśród części polskich polityków, w tym niechęć do rozważania możliwości wysyłania polskich żołnierzy poza granice kraju w ramach obrony sojuszniczej — co jego zdaniem byłoby racjonalniejszą strategią niż dopuszczenie do prowadzenia wojny na terytorium Polski.

Rosyjska eskalacja i groźby wobec Ukrainy

Budzisz omówił deklaracje prezydenta Zełenskiego o zamknięciu nieba nad Rosją, zaznaczając, że były one w rzeczywistości dość ostrożne — Zełenski nie zapowiedział wprost ataków na infrastrukturę lotniskową czy zestrzeliwania samolotów pasażerskich, co byłoby sprzeczne z prawem międzynarodowym. Mimo to spotkało się to z twardą odpowiedzią Putina, zapowiadającego „wielokrotnie silniejszą” odpowiedź — co część zachodnich obserwatorów interpretuje jako sygnalizowanie gotowości do użycia taktycznej broni jądrowej. Budzisz ocenił to zagrożenie jako realne, przywołując wywiad prezydenta Nawrockiego (określonego w transkrypcie jako „prezydent Stupp”) dla „Die Welt”, w którym ten relacjonował zapewnienia chińskich dyplomatów, że Chiny nie dopuszczą do takiej eskalacji — sam fakt prowadzenia takich rozmów na tym szczeblu świadczy, zdaniem Budzisza, o powadze zagrożenia.

Wyraził wątpliwość, czy Ukraina rzeczywiście dysponuje zdolnościami do systemowego zamknięcia rosyjskiej przestrzeni powietrznej, sugerując, że deklaracje te świadczą raczej o desperacji strony ukraińskiej po ewidentnym niepowodzeniu wcześniejszej zapowiedzi Zełenskiego o skłonieniu Rosji do stołu negocjacyjnego w ciągu 40 dni. Wspomniał o odrzuconym przez otoczenie prezydenckie planie byłego ministra obrony (nazwisko w transkrypcie: „Fiodorow”), zakładającym użycie dronów zaprogramowanych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji do ataków na cele — uznanym za zbyt ryzykowny, ponieważ oznaczałby de facto intencjonalny atak na rosyjskie lotnictwo cywilne, co mogłoby kosztować Ukrainę spadek gotowości Zachodu do finansowania wojny.

Wizyta szefa CIA w Moskwie i rola Stanów Zjednoczonych

Budzisz ocenił, że jedynym państwem zdolnym realnie złamać Rosję są Stany Zjednoczone, dysponujące skutecznymi narzędziami ekonomicznymi — w tym potencjalną ustawą sankcyjną senatora Grahama, choć nie ma pewności, czy zostanie uchwalona przed wyborami śródokresowymi. Odnosząc się do niedawnej wizyty szefa CIA (w transkrypcie: „Ratcliffe”/„Driscoll”) w Moskwie, ocenił, na podstawie napływających przecieków, że była to próba wymuszenia rozmów pokojowych między Rosją a Ukrainą poprzez przedstawienie Rosji czarnego scenariusza dla jej gospodarki — choć równolegle poruszano zapewne także kwestie Iranu (transfer rosyjskiej technologii rakietowej) i Korei Północnej. Misja zakończyła się jednak niepowodzeniem — Putin miał odwołać zaplanowane spotkanie po zapoznaniu się z celem wizyty, a w odpowiedzi rozpoczął intensywne, sześćdziesięciodniowe bombardowanie Kijowa.

Zapytany, czy Stany Zjednoczone w ogóle mają realny wpływ na Rosję, biorąc pod uwagę wcześniejsze bezowocne próby (misje Witkoffa i Kushnera, spotkanie na Alasce), Budzisz odpowiedział, że Amerykanie mają „klucz”, ale nie chcą go użyć — kluczem tym byłoby uniemożliwienie Rosji korzystania z tzw. floty cienia poprzez zamknięcie Bałtyku dla rosyjskiej żeglugi i przejmowanie statków tej floty. Zastrzegł jednak, że byłoby to de facto równoznaczne z wojną z Federacją Rosyjską — Moskwa już wielokrotnie demonstrowała gotowość do eskortowania statków floty cienia okrętami wojennymi na Bałtyku i Morzu Północnym, a Putin zapowiadał odwetowe przejmowanie statków brytyjskich czy francuskich jako rzekomy akt przeciwko „piractwu”. Ocenił, że Stany Zjednoczone nie są zainteresowane eskalacją z Rosją, zwłaszcza w imię poprawienia pozycji negocjacyjnej Ukrainy — ich celem jest zakończenie wojny na możliwie korzystnych warunkach przy minimalnym własnym zaangażowaniu, nawet kosztem ustępstw dotyczących wyłącznie interesów Ukrainy, nie Ameryki.

Budzisz przywołał w tym kontekście wcześniejszą propozycję Trumpa, by Donbas stał się strefą wolnego handlu pod amerykańskim nadzorem — koncepcję, do której nawiązywał sam Zełenski w przemówieniu z okazji rocznicy niepodległości, sugerując otwartość na taką opcję. Na pytanie, czy Putin mógłby zaakceptować i „sprzedać” taki układ rosyjskiemu społeczeństwu, Budzisz ocenił, że w takiej dosłownej formule raczej nie, ale możliwe są inne warianty, na przykład wspólne rosyjsko-amerykańskie przedsięwzięcia inwestycyjne w regionie.

Rozbieżne interesy Europy, USA i Chin

Budzisz zaznaczył, że interesy Europy i Stanów Zjednoczonych wobec Ukrainy są po prostu odmienne, a słabnąca pozycja Zełenskiego ogranicza zdolność Ukrainy do opierania się zewnętrznym sugestiom. Ocenił, że wcześniej czy później dojdzie do jakiegoś spotkania na szczycie między przywódcami — wojna nie będzie trwać kolejne dwadzieścia lat.

Odnosząc się do roli Chin, Budzisz zdecydowanie odrzucił tezę, jakoby klucz do Moskwy leżał w Pekinie w sensie gotowości Chin do wywierania presji na Rosję — byłaby to dla Chin strategia samobójcza, zwiększająca ryzyko, że Rosja dokona geostrategicznego zwrotu w stronę Stanów Zjednoczonych. W chińskim interesie leży raczej kontynuowanie obecnej sytuacji — ścieranie się rosyjskiego potencjału i rosnące uzależnienie Rosji od Chin na wielu polach, czego przykładem jest gazociąg Siła Syberii 2 oraz rosnąca chińska obecność na arktycznych szlakach żeglugowych. Wyjaśnił, że zarówno USA, jak i Chiny muszą brać pod uwagę przyszłość Rosji, ponieważ jej ewentualny zwrot geostrategiczny w stronę któregokolwiek z tych mocarstw zmieniłby globalny układ sił.

Rekomendacje strategiczne dla Polski

Na zakończenie Budzisz przedstawił swoją wizję polskiej polityki bezpieczeństwa: po pierwsze, wykorzystanie obecnego czasu wojennego do wzmocnienia własnych zdolności obronnych — co Polska robi, ale w sposób niewystarczający; po drugie, roztropne kształtowanie relacji z sąsiadami na wschodzie (Białoruś i Ukraina), które trudno dziś nazwać pełnowartościowymi sojusznikami; po trzecie, aktywność w Basenie Morza Bałtyckiego jako kluczowym regionie odniesienia. Skrytykował ostro deklaracje polskich polityków o niebraniu odpowiedzialności za ewentualną obronę sojuszników w państwach bałtyckich, określając to jako poważny błąd strategiczny świadczący o krótkowzroczności i „atrofii aspiracji”.

Podkreślił, że realizacja tej wizji zależy wyłącznie od jednego warunku — posiadania elity państwowej zdolnej do strategicznego zarządzania państwem w perspektywie najbliższych dwudziestu lat, z wyobraźnią strategiczną, jasną hierarchią celów i determinacją do przezwyciężania oporów.

Zapytany wprost, czy w polskim interesie leży przedłużanie się wojny (ponieważ wiąże ona Rosję), Budzisz odpowiedział jednoznacznie, że w interesie Polski jest zakończenie wojny — ale nie na dowolnych warunkach, lecz takich, które zachowają suwerenność Ukrainy i jej zdolność do utrzymania licznych sił zbrojnych, a Ukraina pozostanie państwem przyjaznym Polsce, nie wrogim. Ocenił, że kryzys w relacjach polsko-ukraińskich wynika częściowo z niedojrzałości części ukraińskich elit, zaznaczając jednak przy tym, że deficyty myślenia strategicznego dotyczą w równym stopniu Polski — a Ukraińcy, jak zauważył na podstawie własnych licznych rozmów z Ukraińcami, są nawet bardziej krytyczni wobec własnego państwa niż Polacy wobec swojego. Na koniec wyraził przekonanie, że polscy politycy boją się mówić wyborcom prawdę, wolą pochlebstwa i budowanie miraża „równoległej rzeczywistości” niż konfrontowanie społeczeństwa z rzeczywistym stanem przygotowania kraju.


Materiał „Czy NATO wystarczy? MAREK BUDZISZ o rosyjskiej presji, Ukrainie i polskich zaniedbaniach – skrót”, kanał Kanał Otwarty (224 tys. subskrybentów), 14 września 2026


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *